Ten wpis będzie dosyć pokręcony. Tak naprawdę to już tytuł jest błędny, bo wcale nie zaczynam swojej aktywności ruchowej. Ta trwa wiele lat z mniejszymi lub większymi nawarstwieniami. Dokładnie od roku siłuję się ze sztangielkami czy ciężarem własnego ciała w Tiger Gym w Rumi. Tutaj jednak będę pisał o czymś innym, czymś szybszym.

Biegać zacząłem rok temu. Cholera, poprzednie zdanie właściwie też jest nieprawdziwe, bo nie można powiedzieć „zacząłem biegać” skoro przez cały poprzedni rok miałem może z 10 rozbiegów po rumskich chodnikach. 10-minutowych rozgrzewek po bieżni na siłowni nie liczę – nie róbmy sobie jaj z biegania ;) Chciałbym powiedzieć, że zacząłem wreszcie regularne biegi wraz ze startem roku 2013. Wiecie, postanowienia noworoczne i tego typu bzdety. Owszem, zarówno w godzinach względne rannych Nowego Roku byłem biegać (taki ze mnie krejzol, a co!) jak i pod koniec stycznia byłem biegać ale o regularności żadnej nie było mowy. Bieg pod koniec stycznia był dla sprawdzenia siebie na dystansie 10 km. Nigdy wcześniej takiego dystansu nie przebiegłem, a w styczniu zapisałem się na urodzinowy bieg Gdyni (09.02.2013) i chciałem sprawdzić czy nie zostawię nóg gdzieś na Świętojańskiej. Dałem radę. Ba! Dałem radę również w Biegu Urodzinowym odnotowując czas 58:55, z którego to byłem niezmiernie zadowolony.

Czy tak błyskotliwy początek kariery i niesamowity sukces związany z dosapaniem się do linii mety obudziły we mnie ambicję do treningów? Tak, trenowałem przecież już od kilku miesięcy… ale nie bieganie. Będąc dumnym posiadaczem rocznego karnetu na siłownię stwierdziłem, że ni chu nie zrezygnuję z fabryki karków, bo za nią zapłaciłem. Chciałem jakoś pogodzić treningi siłowe z bieganiem. Udało się to właściwie od razu jak za jednym ruchem czarodziejskiej różdżki. Otóż nie zmieniło się nic, tj. rozgrzewka na bieżni i trening siłowy :) Czasami zdarzało się, że olewałem rzucanie żelazem i wsiadałem na godzinę na kręcący się taśmociąg. Tzn. nie że na niego siadałem. Stawałem na nim, ruszałem kończynami i tak lewa, prawa, lewa, prawa, lewa,… wiadomix.

Nadszedł maj. Miesiąc, w którym od samego początku byłem nastawiony na zmiany. Czy zacząłem biegać tak jak miałem? Nie :) Razem z instruktorem Marcinem (któremu z tego miejsca bardzo chciałem podziękować za pomoc, pokazanie możliwości TRX’a, ustawienie diety i treningu) stworzyliśmy na moje potrzeby trening, który składał się z treningu ogólnego wszystkich partii na pasach TRX oraz biegu na bieżni. I tak to zacząłem regularne ruszanko, 2-3 razy na tydzień, po treningu siłowym wskakiwałem na bieżnię i machałem 30, 60, a czasami 90 minut. Z dietą bywało różnie, starałem się jednak trzymać ją jak najbardziej umiałem (na tyle na ile pozwalała mi moja silna wola).

Efektem majowo-czerwcowo-lipcowych zmagań była utrata wagi z 97 kg (na początku maja) do 92 kg (w lipcu). Odbył się w międzyczasie również Bieg Europejski (11.05.2013), na którym zanotowałem czas 55:11 oraz Nocny Bieg Świętojański (21.06.2013) gdzie na mecie pojawiłem się po 53:17 (wszystkie czasy netto) z ogromną zadyszką i brakiem chęci na cokolwiek. Kolejne tygodnie upływały bez zmian. Najgorsze okazało się to, że nie nastąpiła dalsza zmiana w wadze, choć zdaję sobie sprawę, że powrót do litrów kakao może być powodem małego niepowodzenia ;) Cieszę się jednak, że ograniczyłem słodycze – mały sukces. Do tego warto odnotować dłuższe wybiegi po Rumi. Wreszcie wylazłem na dwór i zacząłem ruszać się po świeżym powietrzu. Te dłuższe wybiegi miały pewien cel, o którym prawie zapomniałbym napisać. Startowałem w półmaratonie. Jak sobie przypomnę sam bieg to rozumiem dlaczego chcę o tym zapomnieć ;) Jednak gdy spojrzę na zdjęcie z linii mety i poczuję to same emocje, chcę jeszcze raz, tylko szybciej. Całe wydarzenie miało miejsce 27 lipca 2013 roku w Pucku. Temperatura była bardzo fajna, bo wysoka. Bardzo fajna dla plażowiczów, nie biegaczy. Czas 2:14:14 to nie to czego się spodziewałem ale powiedziałem sobie, że to pierwszy start w połówce i że miałem nie nastawiać się na wynik tylko metę. Zatem wynik został zapisany, a ja skoncentrowałem się na tym co dalej. I to by było na tyle z lipca.

Jakby ktoś nie zdawał sobie sprawy to kończy się sierpień. Zaraz nasze dzieci (a przynajmniej jedno z mojego mieszkania) idzie do szkoły. Będzie dużo emocji i trudności. Fajnie. Dla mnie wrzesień będzie podobny jak maj. Chce zmian, obciążenia, potu, zmęczenia i wyników. I tu pojawia się owy blog, który jest jednym z kolejnych moich mobilizatorów do treningu. Ma być też miejscem uwolnienia mojego narcystycznego ducha, wskazówką dla innych zaczynających przygodę z bieganiem oraz zachętą dla nieruszających się aby zaczęli zmieniać swoje życie poprzez aktywność ruchową. Oczywiście tylko wtedy gdy tego naprawdę chcą ale brakuje im bodźca, np. delikatnego kopa w d, o! Nie ma litości, mówię wam ;)

To miał być krótki wpis powitalny. Zwykłe „Cześć, jestem Marcin”. Wyszło trochę dłużej i zacząłem zdawać sobie sprawę, że chciałbym jeszcze popisać. Zrobię to ale już nie teraz. W jednym z kolejnych wpisów napiszę jaka jest w ogóle idea tego bloga oraz coś o moich celach. A te są konkretnie po*e*ane.

Ahoy!

3 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here