W ostatnich paru postach nie opowiadałem, co ja w ogóle robię w kierunku rozruszania kopytek. Przy okazji napiszę, że w tym miejscu, na tym blogu będę poruszał tematy ogólnosportowe z nastawieniem na bieganie, pływanie oraz jazdę na rowerze. Jam jest człowiek skromny więc nie będę pisał tylko o sobie ale o tym co mnie w międzyczasie zainteresuje, zmotywuje, poruszy. Może ktoś rzuci na to okiem i powie sobie w duchu, że koniec z płakaniem w poduszkę i czas na zapie*#ol :D Także tego… to moje miejsce w sieci i będę tu robił co będę chciał, no! Ale na gołe baby nie liczcie.

W tym tygodniu oprócz bliskiego spotkania trzeciego stopnia przedniego płata czaszki z konstrukcją stalową wykonałem parę treningów. Tak jak w temacie: było wolno, później szybko i na koniec wolno :) W środę bardzo spokojne 8 kilometrów, ponownie z HR<140. Wyszła niecała godzinka, tempo wręcz spacerowe. Kolejny krok w kierunku boskości Króla Juliana ;) wykonałem w piątek. Był to bardzo milusi akcent, podczas którego dokonałem ciekawych odkryć. Na początku i końcu treningu wykonałem po kilka spokojnych „kaemów”. Akcentem były: 3 km (śr. 5:20’/km) + 2 km (śr. 5:15’/km) + 1 km (śr. 5:10’/km). Pomiędzy truchtałem 200 m dla rozluźnienia. Odkryciem okazało się to, że gdy przyzwyczaiłem się do tempa, które akurat biegłem nie czułem narastającego zmęczenia. Tętno stabilizowało się na jakimś poziomie i mogłem tak sobie lecieć bez problemu. Piątek zakończył się 11,50 kilometrami w nogach.

Nadszedł weekend. Sobota była dniem „wolnym” (tjaaaaa), w którym ledwo co wyrobiłem się z planem. Między pracą, a trójmiejskim tweetup’em udało się odwiedzić siłownię. Godzinka z haczykiem na pasach TRX upłynęła dość szybko. Wykres tętna wygląda jak grzebień dla łysiejących ;) Później chwila w saunie i do domu. O pasach TRX planuję napisać nieco więcej, bo wydaje mi się to super ciekawym tematem. Wpis na ten temat planuję na grudzień/styczeń. Dlaczego? Skłamię i powiem, że muszę nabyć o nich trochę wiedzy ;) (choć właściwie to też jest powód)

Wczoraj (niedziela) upłynęła obrzydliwie leniwie. Na wieczór planowałem wybieg, a plan rzecz święta. Kolejne 12 km z HR<140. Zdziwiłem się jak po 7 kilometrach trzeba było lekko przyspieszyć, bo tętno zaczęło spadać do 130. Zdziwiłem się kolejny raz jak na koniec treningu zobaczyłem czas. Biegłem wolno. W lutym tego roku biegłem troszeńkę szybciej podczas pierwszych zawodów na 10 km. Tyle że teraz biegłem na luzaku, mogłem spokojnie rozmawiać cały bieg, a w lutowym Biegu Urodzinowym w Gdyni biegłem ze spoconymi pisankami ;-) i wywieszonym jęzorem. To był fajny tydzień. Wolny, luźny z jednym mocniejszym akcentem. Dobre wprowadzenie do treningów w/g planu Piotra. Kolejny tydzień zapowiada się lekko, ponieważ w sobotę będziemy gryźć chodniki w Gdańsku (51. Bieg Westerplatte).

Owocnego tygodnia pracy życzę :) A po pracy… wiadomix – samo się nie zrobi!

0_0_0_1239084576_middle

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here