Maratończyk, a sprinter

Jakiś czas temu wrzuciłem na FB pewien kontrowersyjny (aczkolwiek bardzo prawdziwy) obrazek. Wiem, że niektórzy zaczęli się zastanawiać nad sobą, choć oczywiście zdjęcie było specjalnie tak zrobione aby pokazać jak największy kontrast.

maratonczyk

Dzisiaj chciałem się podzielić materiałem, który tłumaczy na czym polega różnica i dlaczego tak musi być. Polecam filmik poniżej. Krótko i zwięźle przedstawia temat. Miłego oglądania.

 

To był męczący, tzn. piękny tydzień!

Było mocno! Poniedziałek – wolne… ;)

Wtorek przyspieszenia. 2 minuty szybko, 1 minuta wolno. 10 powtórzeń. Żwirek na rumskim MOSiRze uciekał spod kopytek jak szalony hyhy. Pierwsze 2 minuty – 5:00’/km. Kolejne osiem 2-minutówek w zakresie 4:34-4:46’/km. Ostatnie zerwanie wyszło z tempem 4:21’/km :) Trochę ruszyłem z kopyta, bo było już po wszystkim ale jak trzeba by było, to jeszcze bym jakieś dwuminutówki porobił. Tętno dojechało do 176 także serducho dostało trochę po komorach.

Środa to standardowe zapoznawanie się z błękitem wody na basenie. Czwartek to standardowe roztruchtanie. Wyszło 13km i ponownie pojawił się lekki ból brzucha. Wciąż nie mam ciśnienia na głębsze zainteresowanie się tematem diety chociaż na pewno nie jem źle. Czwartkowe średnie tętno wyszło 135 przy średnim tempie 6:30’/km. Droga dość płaska więc było baaardzo spokojnie.

NADSZEDŁ WEEKEND, a w weekend wiadomo – bawimy się! Środkowa część piątkowego treningu to 8 km ze średnią 5:25’/km. Miało być 5:30’/km ale tak jakoś dobrze mi się biegło, że nie mogłem zwolnić ;) Biegam dopiero od paru miesięcy więc nie wiedziałem jak piękną porą roku jest jesień. Szczególnie taka jaką mamy do tej pory. Te temperatury są cudowne. No i jak na razie nie mamy zbyt wielu opadów. Wracając do piątkowego wieczora. Było fajnie i jak na mnie mocno ale po 8 kilosach miałem jeszcze chęć na więcej. Plan zakładał inaczej więc zwolniłem i zacząłem schłodzenie.

W sobotę jednak zerwałem z planem. Był Parkrun, był bieg na 1 km, między biegami 5km po klifach, były gifty, sporo ludzi, bardzo dobra pogoda, fajny klimat, ludzie. Pisałem już o tym. Bardzo polecam na przyszłość, choć sam raczej rzadko będę odwiedzał tę imprezę. Wieczorkiem jeszcze udało się wcisnąć basen na 20:45. Dalej uczę się oddychać.

Śliczna jesień. Źródło: własne.

Śliczna jesień. Źródło: własne.

Nadeszła niedziela i pierwsze oznaki zmęczenia. Zacznę jednak inaczej. W ten dzień dużo się miało wydarzyć więc musiałem wyjść wcześnie na trening, by zdążyć na czas wrócić. Zmiana czasu okazała się zbawienna. 7 rano, ja wyspany, na dworze jasno. No to w las. Tym razem skręciłem w stronę Redy, która przywitała mnie bagnem i breją. Z 10 minut mi zeszło na pokonanie kilkuset metrów bagnistej ścieżki. Dobrze, że założyłem stare kapcie, bo jaskrawa zieleń słabo by się prezentowała po tym treningu ;)

Woda, glina, liście. Źródło: własne.

Woda, glina, liście. Źródło: własne.

Później już poszło lepiej choć ze względu na górki, prędkości były jak zwykle bardzo niskie. W ogóle jakoś sporo gliny i błota w tych rejonach było. Na dwóch stromych podbiegach ześlizgiwałem się normalnie w dół. Masakra i radość :) Całość niedzielnego trudu zaskutkowała wynikiem 17 km z haczykiem.

Do góry, przez las, przed siebie :) Źródło: własne.

Do góry, przez las, przed siebie :) Źródło: własne.

Na koniec pewna mała obserwacja. Po niedzielnym wybieganiu bolały mnie nogi. W sensie czułem zmęczenie mięśni. Nie przypominam sobie żebym czuł je tak wyraźnie po wcześniejszych wybieganiach, mimo że dystanse były podobne. Mimo niskiego tętna na niektórych górkach czułem że zbliża się lekkie pieczenie w czworogłowych. Trasa była trudna, a sobotnie zabawy wzdłuż bulwaru przy HR=180 bpm też pewnie przyczyniły się do tego. Jest dobrze.

Niby nie pod górkę ale trasy równej nazwać nie można ;) Źródło: własne.

Niby nie pod górkę ale trasy równej nazwać nie można ;) Źródło: własne.

Parkrun – fajna impreza dla zabawy i sprawdzianu

W sobotę nastąpił nieoczekiwany sprawdzian formy. Jakiś czas temu zapisałem się na bieg z Prezydentem na godzinę 11:00, a wyszło tak, że aby odebrać książki o bieganiu musiałem stawić się na Skwerku wcześniej i (jeśli bym chciał) przy okazji pobiec w biegu na 5km – Parkrun Gdynia. Trafiłem przy okazji na Parkrun numer 101. Właśnie odbywały się drugie urodziny tej imprezy. Dzięki tak pięknemu zbiegowi wypadków można było skosztować urodzinowego ciasta po biegu jak i przyjąć prezent w postaci technicznej koszulki. Ciasta nie posmakowałem :(

Sam bieg bardzo fajny. Przebieżka Bulwarem Nadmorskim oraz Aleją Topolową. Trasa równa jak stół. Lekko posapałem i na zegarku wyskoczyło 24:14. Na chwilę obecną niewiele bym z tego mógł urwać. Wszystko fajnie, organizacja dobra (choć podejrzewam, że na nieurodzinowych Parkrun’ach jest jeszcze lepiej, bo nie ma aż 200-stu chętnych na bieg). Bardzo fajnie, że są ludzie, którzy chcą organizować takie eventy. Brawo panowie. Podziękowania również dla chętnych wolontariuszy do obsługi tej cotygodniowej imprezy. Każdy może tam pobiec. Ten kto chce się sprawdzić na szybkiej 5-kilometrowej trasie oraz ten kto dopiero zaczyna i chce zobaczyć jak da radę sobie z tym dystansem czując smak współzadownictwa.

Ciekawostką dla mnie był mail, który otrzymałem po biegu. Było w nim sporo detali odnośnie osiągniętego wyniku (czas był o 3 sekundy dłuższy pewnie ze względu na sposób pomiaru stosowany przez organizatorów). Przytoczę część maila (niektórzy lubią statystyki):

Bieg ukonczyle(a)s na 85-ej pozycji sposród ogólnej liczby 202 uczestników, którzy ukonczyli bieg. Wsród uczestników Twojej plci bieg ukonczyle(a)s jako 82-y mezczyzna.
Bieg ukonczyle(a)s jako 18-y wsród uczestników zarejestrowanych w Twojej kategorii wiekowej SM25-29, którzy ukonczyli bieg w dniu dzisiejszym.
W dniu dzisiejszym osiagnale(a)as 53.12% najlepszego wyniku uzyskanego na swiecie na tym dystansie dla Twojej plci oraz kategorii wiekowej. Wiecej informacji na temat tej statystyki dostepnych jest tutaj.

Meta biegu na 1km. Źródło: własne.

Meta biegu na 1km. Źródło: własne.

Później było sporo czekania w kolejkach po gadżety. Swoje zgarnąłem i poleciałem pozwiedzać klify. Długo nie latałem, bo zaraz musiałem wracać na start biegu z Prezydentem na 1km. Tym razem posapałem mocniej bo tempo zupełnie niemoje. 3:46 na zegarku ale chyba za szybko go wyłączyłem. Mniejsza o wynik. Impreza udana, sporo ludzi, fajnie było.

Finiszujący na 1 km. Mali i duzi :) Źródło: własne.

Finiszujący na 1 km. Mali i duzi :) Źródło: własne.

Zen

Scott Jurek pisze:

Jeśli jesteś sportowcem i miałeś szczęście, to tak samo jak ja doznałeś tego uczucia, wrażenia, że jesteś we właściwym miejscu, w „strefie”, że doświadczyłeś satori, tego nagłego olśnienia rodem z zen, które pojawia się w najmniej spodziewanym momencie, kiedy twoje ciało znajduje się na granicy swojej wytrzymałości. Rugbiści opowiadają, jak wówczas wszystko zwalnia, jak pozostali gracze poruszają się niemrawo niczym postaci w kreskówce, podczas gdy oni uwijają się między nimi z piłką pod pachą. Koszykarze mogliby przysiąc, że obręcz kosza, do którego celują, nie tylko wydaje się większa, ona jest większa. Biegacze wspominają o poczuciu jedności ze wszechświatem, jakby cała historia życia zawierała się w jednym jedynym krzaczku, rosnącym przy szlaku.

Kiedy i mnie zdarza się to poczuć, mam wrażenie lekkości, łatwości. Dzieje się to zwykle wtedy, gdy intensywność biegu, presja, by wygrać, a także ból, osiągają poziom, na którym stają się nie do wytrzymania. Wtedy coś się we mnie otwiera. Znajduję w sobie coś, co przerasta ból.

Komentarz:

1234422_445334765585911_811879253_n

Weselny tydzień i szukanie czasu na treningi

Rozkład tygodnia dyktował weekendowy plan ślubu i wesela kolegi. Kwestie diety ;-) sobotnio-niedzielnej odpuszczę, bo nie o tym jest ten blog. Od poniedziałku wiedziałem jednak, że trzeba się uwijać z treningami, żeby nie zostawić sobie nic na koniec tygodnia.

Poniedziałek to przyspieszenia, podczas których zmieniłem taktykę w kroczu ;) tzn. w kroku! Przyspieszenia po 1 lub 2 minuty. Prędkości ładnie kręciły się w okolicach 5:00″/km. Jak sobie pomyślałem, że za parę tygodni mam tak latać nogą przez 50 minut na Biegu Niepodległości to zupełnie tego nie widzę.

We wtorek nastąpiło bieganie po bardzo często uczęszczanych przeze mnie, rumskich chodnikach. Tym razem jednak znalazłem zaskakująco dużą ilość piaskowych ścieżek wzdłuż ciągów komunikacyjnych. Fajowo. Trening był względnie nudny. Zero problemów z brzuchem czy nogami :) Wolniutkie 12 km.

W czwartek było to co gumisie lubią najbardziej. Szczególnie po zażyciu soku z gumijagód. Pakiet startowy składający się z 3 km do 145 bpm, 10 minut ćwiczeń i paru przyspieszeń, a potem akcent. 10 kilometrów ciągłego, wesołego biegu po twardym podłożu ze średnią 5:35″/km. Wybrałem mroczne trasy, a księżyc oświetlał mi trasę. Ciekawie było. Wysoka kadencja i pocisnąłem to dość dobrze. Średnie prędkości na poszczególnych kilometrach wachały się między 5:26, a 5:46″/km więc dość równo jak na mnie. To było dobre. Po tym treningu, zupełnie inaczej niż po wtorkowym uwierzyłem, że mogę podkręcić trochę tempo i zacząć bieg na 10km z prędkości 5:10-5:20 i w miarę kolejnych kilosów lekko przyspieszać. Na przeszkodzie (jak zwykle) może stanąć tylko ul. Świętojańska. Ten podbieg zabija tempo, motywację i wynik ;)

Później zaczęła się już nerwówka. W piątek nie zdążyłem z niczym. W sobotę miałem mało czasu przed pracą i długie wolne wybieganie do zrealizowania. Chciałem pocisnąć coś bliżej 20km, a wyszło 15,8 km, czas prawie 2 h i ledwo co zdążyłem do pracy na czas. Po pracy nastąpiła akcja ślub+wesele Karolka więc o treningach nie było mowy :) Chociaż nogi sporo pracowały aż do rana! Nie wliczając pracy wykonanej podczas tańców weselnych, tydzień zamknął się przebiegiem 57,1 km.

W niedzielę znowu nie udało się zrealizować tego co chciałem. Dzisiaj mamy poniedziałek i już widzę, że będę musiał gonić tydzień aby się wyrobić. Niefajnie :( Dzisiaj kolejny dzień z rzędu bez treningu… w sumie to dopiero drugi :P Tydzień treningowy zaczynam zatem jutro… ale tak naprawdę jutro, a nie tak jak poniżej ;)

jutro nigdy nie nadchodzi