Było mocno! Poniedziałek – wolne… ;)

Wtorek przyspieszenia. 2 minuty szybko, 1 minuta wolno. 10 powtórzeń. Żwirek na rumskim MOSiRze uciekał spod kopytek jak szalony hyhy. Pierwsze 2 minuty – 5:00’/km. Kolejne osiem 2-minutówek w zakresie 4:34-4:46’/km. Ostatnie zerwanie wyszło z tempem 4:21’/km :) Trochę ruszyłem z kopyta, bo było już po wszystkim ale jak trzeba by było, to jeszcze bym jakieś dwuminutówki porobił. Tętno dojechało do 176 także serducho dostało trochę po komorach.

Środa to standardowe zapoznawanie się z błękitem wody na basenie. Czwartek to standardowe roztruchtanie. Wyszło 13km i ponownie pojawił się lekki ból brzucha. Wciąż nie mam ciśnienia na głębsze zainteresowanie się tematem diety chociaż na pewno nie jem źle. Czwartkowe średnie tętno wyszło 135 przy średnim tempie 6:30’/km. Droga dość płaska więc było baaardzo spokojnie.

NADSZEDŁ WEEKEND, a w weekend wiadomo – bawimy się! Środkowa część piątkowego treningu to 8 km ze średnią 5:25’/km. Miało być 5:30’/km ale tak jakoś dobrze mi się biegło, że nie mogłem zwolnić ;) Biegam dopiero od paru miesięcy więc nie wiedziałem jak piękną porą roku jest jesień. Szczególnie taka jaką mamy do tej pory. Te temperatury są cudowne. No i jak na razie nie mamy zbyt wielu opadów. Wracając do piątkowego wieczora. Było fajnie i jak na mnie mocno ale po 8 kilosach miałem jeszcze chęć na więcej. Plan zakładał inaczej więc zwolniłem i zacząłem schłodzenie.

W sobotę jednak zerwałem z planem. Był Parkrun, był bieg na 1 km, między biegami 5km po klifach, były gifty, sporo ludzi, bardzo dobra pogoda, fajny klimat, ludzie. Pisałem już o tym. Bardzo polecam na przyszłość, choć sam raczej rzadko będę odwiedzał tę imprezę. Wieczorkiem jeszcze udało się wcisnąć basen na 20:45. Dalej uczę się oddychać.

Śliczna jesień. Źródło: własne.
Śliczna jesień. Źródło: własne.

Nadeszła niedziela i pierwsze oznaki zmęczenia. Zacznę jednak inaczej. W ten dzień dużo się miało wydarzyć więc musiałem wyjść wcześnie na trening, by zdążyć na czas wrócić. Zmiana czasu okazała się zbawienna. 7 rano, ja wyspany, na dworze jasno. No to w las. Tym razem skręciłem w stronę Redy, która przywitała mnie bagnem i breją. Z 10 minut mi zeszło na pokonanie kilkuset metrów bagnistej ścieżki. Dobrze, że założyłem stare kapcie, bo jaskrawa zieleń słabo by się prezentowała po tym treningu ;)

Woda, glina, liście. Źródło: własne.
Woda, glina, liście. Źródło: własne.

Później już poszło lepiej choć ze względu na górki, prędkości były jak zwykle bardzo niskie. W ogóle jakoś sporo gliny i błota w tych rejonach było. Na dwóch stromych podbiegach ześlizgiwałem się normalnie w dół. Masakra i radość :) Całość niedzielnego trudu zaskutkowała wynikiem 17 km z haczykiem.

Do góry, przez las, przed siebie :) Źródło: własne.
Do góry, przez las, przed siebie :) Źródło: własne.

Na koniec pewna mała obserwacja. Po niedzielnym wybieganiu bolały mnie nogi. W sensie czułem zmęczenie mięśni. Nie przypominam sobie żebym czuł je tak wyraźnie po wcześniejszych wybieganiach, mimo że dystanse były podobne. Mimo niskiego tętna na niektórych górkach czułem że zbliża się lekkie pieczenie w czworogłowych. Trasa była trudna, a sobotnie zabawy wzdłuż bulwaru przy HR=180 bpm też pewnie przyczyniły się do tego. Jest dobrze.

Niby nie pod górkę ale trasy równej nazwać nie można ;) Źródło: własne.
Niby nie pod górkę ale trasy równej nazwać nie można ;) Źródło: własne.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here