Rozkład tygodnia dyktował weekendowy plan ślubu i wesela kolegi. Kwestie diety ;-) sobotnio-niedzielnej odpuszczę, bo nie o tym jest ten blog. Od poniedziałku wiedziałem jednak, że trzeba się uwijać z treningami, żeby nie zostawić sobie nic na koniec tygodnia.

Poniedziałek to przyspieszenia, podczas których zmieniłem taktykę w kroczu ;) tzn. w kroku! Przyspieszenia po 1 lub 2 minuty. Prędkości ładnie kręciły się w okolicach 5:00″/km. Jak sobie pomyślałem, że za parę tygodni mam tak latać nogą przez 50 minut na Biegu Niepodległości to zupełnie tego nie widzę.

We wtorek nastąpiło bieganie po bardzo często uczęszczanych przeze mnie, rumskich chodnikach. Tym razem jednak znalazłem zaskakująco dużą ilość piaskowych ścieżek wzdłuż ciągów komunikacyjnych. Fajowo. Trening był względnie nudny. Zero problemów z brzuchem czy nogami :) Wolniutkie 12 km.

W czwartek było to co gumisie lubią najbardziej. Szczególnie po zażyciu soku z gumijagód. Pakiet startowy składający się z 3 km do 145 bpm, 10 minut ćwiczeń i paru przyspieszeń, a potem akcent. 10 kilometrów ciągłego, wesołego biegu po twardym podłożu ze średnią 5:35″/km. Wybrałem mroczne trasy, a księżyc oświetlał mi trasę. Ciekawie było. Wysoka kadencja i pocisnąłem to dość dobrze. Średnie prędkości na poszczególnych kilometrach wachały się między 5:26, a 5:46″/km więc dość równo jak na mnie. To było dobre. Po tym treningu, zupełnie inaczej niż po wtorkowym uwierzyłem, że mogę podkręcić trochę tempo i zacząć bieg na 10km z prędkości 5:10-5:20 i w miarę kolejnych kilosów lekko przyspieszać. Na przeszkodzie (jak zwykle) może stanąć tylko ul. Świętojańska. Ten podbieg zabija tempo, motywację i wynik ;)

Później zaczęła się już nerwówka. W piątek nie zdążyłem z niczym. W sobotę miałem mało czasu przed pracą i długie wolne wybieganie do zrealizowania. Chciałem pocisnąć coś bliżej 20km, a wyszło 15,8 km, czas prawie 2 h i ledwo co zdążyłem do pracy na czas. Po pracy nastąpiła akcja ślub+wesele Karolka więc o treningach nie było mowy :) Chociaż nogi sporo pracowały aż do rana! Nie wliczając pracy wykonanej podczas tańców weselnych, tydzień zamknął się przebiegiem 57,1 km.

W niedzielę znowu nie udało się zrealizować tego co chciałem. Dzisiaj mamy poniedziałek i już widzę, że będę musiał gonić tydzień aby się wyrobić. Niefajnie :( Dzisiaj kolejny dzień z rzędu bez treningu… w sumie to dopiero drugi :P Tydzień treningowy zaczynam zatem jutro… ale tak naprawdę jutro, a nie tak jak poniżej ;)

jutro nigdy nie nadchodzi

5 KOMENTARZE

  1. Gratuluję efektów. Jak jest dobry plan treningowy to tylko się go trzymać, a efekty będą. Szkoda tylko, że ja nigdy nie mam tyle samozaparcia aby trzymać się wyznaczonego planu i jaki by nie był zawsze staje coś na przeszkodzie. W tym roku w Gdyni niestety nie wystartuję, ale za to przyjadę pokibicować – trochę znajomych się wybiera więc powinno być sympatycznie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here