W tym tygodniu było wszystko. Były podbiegi, były tysiączki z przerwami, było długo i wolno (takie wolno to biegałem 8 miesięcy temu na 10 km z wywieszonym jęzorem) oraz również szybko. Zdarzyło mi się też trochę skracać noce, co na pewno nie wpływało dobrze na regenerację kopytek.

Oprócz poniedziałkowej i środowej kąpieli na pływalni, standardowo wyszły 4 treningi (+1 TRX, którego miało nie być). We wtorek dwunastka, ćwiczenia i przyspieszenia. Coraz wolniej i luźniej biegam te szybkie kawałki (około 4:20’/km tym razem) ale nie ma się co spinać skoro prędkość rejsowa na połówce będzie wynosiła sporo powyżej 5:00’/km. Nie zarzynam się na treningach i jest wielki fun zarówno podczas biegu jak i po. W czwartek z kolei poszła dyszka, ćwiczenia i podbiegi. Tym razem był jeszcze większy fun, a pompujące z prędkością serii z „kałacha” serce zupełnie nie przeszkadzało. Mimo wysokich obrotów robiłem podbiegi z uśmiechem na ustach. Kapitalne samopoczucie! Setki wychodziły w okolicach 25 sekund czyli w tempie ~3:35’/km. Nie ukrywam że trochę posapałem ale cały czas byłem rześki i zajarany. :) Czułem się tak dobrze że ostatnie powtórzenie chciałem pocisnąć i wyszło 3 sekundy mniej. Równe 22 s (3:15’/km). Ogień!

Weekend zapowiadał się mocno. Napotkałem pewne problemy organizacyjne związane z dostępnym czasem, ale po to są problemy żeby je rozwiązywać. Finalnie utrzymałem zadany plan i zrealizowałem cyferki rozpisane na kartce papieru. :) Specjalnie układam dwa treningi na weekend żeby móc ładować się świecącym słoneczkiem. W sobotę wyszedłem o 18 więc musiałem pobiec względnie standardową trasą wzdłuż miejskich latarni. Głównym speciałem zaserwowanym sobie w sobotę było 10x1km w tempie 5:20’/km z przerwami 200m w truchcie. Trochę byłem zdrętwiały na początku ale jak para naszła do tłoków i organizm zdał sobie sprawę, że „nie-ma-opierdalania-się” to poszło luźno – czyli tak jak powinno. Niedziela, ach ta niedziela. Z zaskoczeniem skonstatowałem (yyy?), że mam zrobić 22 km do 145bpm. Myślałem że będzie do 140bpm, tj. standardowo. Po chwili ucieszyłem się że jest trochę większa robota do zrobienia. Słońce świeciło i zew życia odezwał się w głowie. Ubrałem się za ciepło. Na dworze było bezwietrznie i się trochę zgrzałem. Nie przeszkodziło mi to zrobić 24,6km ze średnią 5:50’/km. Na początku trochę górek w lesie, a później asfalt, asfalt, asfalt. W okolicy 18-ego kilometra chwilowo brakowało mocy ale przytrzymałem tempo i zaciesz wrócił. Resztę dnia miałem wylegiwać się i odpoczywać ale wieczorem wyszła 30-minutowa, intensywna sesja na TRX, w efekcie której dzisiaj rano nie mogłem zwlec się z łóżka. Zakwasy na plecach – miodzio!

pokonac siebie

Tytułowe zdjęcie pochodzi ze strony unsplash.com.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here