Miało być lekko i przyjemnie. Już niedługo start więc trzeba wypocząć. Kilometrów było sporo mniej jednak z treningów wracałem spompowany. Myślę że to wszystko wina słoneczka, które coraz mocniej praży z góry. ;-) Zimo – NIE WRACAJ.

Cały tydzień czułem kolano. Najczęściej było tak, że przy pierwszym kilometrze chciałem wracać do domu. Generalnie nie jest dobrze. Po 1000m ból stawał się do wytrzymania więc realizowałem treningi zgodnie z planem. Najpierw było to 10 x 200 m, które miałem pobiec szybko. Wychodziły w 43-48 sekund. To było dla mnie bardzo szybkie bieganie. Cieszyłem się jak już ten trening się skończył. ;) Dałem radę. Później (w czwartek) też były szybkie kawałki ale tylko 20-sekundowe, które pozwoliłem sobie już pobiec na większym luzie. Ogólnie tydzień miał być krótszy i szybszy. Mało biegam szybko więc odzwyczaiłem się od ciężkiego sapania. ;)

Nadejszła wiekopomna chwila. Sobotni trening zrobiłem za mocno. Dobra, solidna rozgrzewka i potem: 4 x 2 km [5:20/km] przerwa 300m + 2 x 1km [5:00]. Dwójki po 5:20 wychodziły względnie równo, nie za szybko i nie za wolno. Tysiączki na dobranoc poleciałem trochę za szybko. :P Jak serducho wleci na wyższe (ale nie za wysokie) obroty, to jest tak fajnie że człowiek biegnie i daje się łatwo ponieść. No chyba że nogi nie chcą nieść ale to inna kwestia. ;) Dopiero jak zwolniłem na koniec treningu to dotarło do mnie że bodziec był silny. Kolano jak to kolano – uwierało cały czas. Było mocno więc w niedzielę zdecydowanie zluzowałem. Zamiast baardzo wolnych 16 km było baaaardzo wolne 11 km. Taka tam leniwa niedziela. :)

„How am I to know what I can achieve if I quit?”
Jason Bishop

Tytułowe zdjęcie pochodzi ze strony unsplash.com.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here