Kolejne (ostatnie) fragmenty z książki „Jedz i biegaj” Scotta Jurek’a. Nie mam bladego pojęcia jak powinno się odmieniać jego nazwisko. Nie jest to polak (choć ma polskie korzenie) ale palce same chciałyby napisać „Jurka”. ;) Poniżej fragment mówiący o udziale w Spartathlonie i pogoni Scotta za polakiem, Piotrem Kuryłą. Chciałbym kiedyś wziąć udział w czymś takim. Może na 40-te urodziny. :)

Po sto dziewięćdziesiątym kilometrze dotarłem do miasta Tegea. Ktoś rzucił, że Polak był tu dosłownie minutę wcześniej. Złapałem napój energetyczny i kilka żeli Clif Shot. Zobaczyłem przed sobą pulsujące czerwone światło – to policyjna eskorta towarzysząca liderowi wyścigu na całej trasie. Zbawienie zapachniało pyłem, miażdżonymi winogronami i historią. Zalśniło. Pobiegłem ku niemu. Kiedy mijałem Kuryłę, miałem wrażenie, że ledwo się porusza. Ja biegłem najszybciej, jak umiałem.
– Dobra robota – rzuciłem i jeszcze przyspieszyłem.
Wiedziałem, że zbyt długo nie utrzymam takiego tempa, ale zarazem miałem świadomość, jak zniechęcająco działa na przeciwnika widok innego biegacza, który wyprzedza go z, wydawałoby się, niebotyczną prędkością. Współczułem Polakowi, podziwiałem jego odwagę i nieustępliwość, ale kiedy pojawia się okazja zdemoralizowania konkurenta, po prostu z niej korzystasz. Tak też zrobiłem.

Z tego co pamiętam z książki to Kuryła na start tego ultramaratonu… przybiegł ciągnąć/pchając wózek na kółkach ze swoimi rzeczami. Za każdym razem jak przypominam sobie tą książkę, serce zaczyna szybciej bić. Świetna pozycja!

Niemal każdy wyczynowy biegacz, jakiego znam, w pewnym momencie przeżywa okres zwątpienia i ma ochotę zrezygnować. Ja również zaliczam się do tej kategorii. Cała ironia w tym, że cechy, które pozwalają zaliczyć sportowca do elitarnego grona – skupienie, wysiłek, zainteresowanie nowoczesną technologią – wcale nie przynoszą odpowiedzi na to, jak się pozbyć przygnębienia. Przekonałem się, że w moim przypadku najlepszym sposobem na odzyskanie woli walki jest odrzucenie technologii, zapomnienie o wynikach, po prostu bieganie swobodne. Nie myśl, że bieganie musi się wiązać z bólem albo że jest karą. (Zdecydowanie zapomnij o trenerach każących „zrobić okrążenie”, bo na przykład w koszykówce popełniłeś błąd kroków albo w futbolu nie odebrałeś podania). Biegaj tak, jak biegałeś, gdy byłeś dzieckiem: dla frajdy. Zdejmij zegarek. Pobiegnij w dżinsach. Pościgaj się ze swoim psem (czy on wygląda na zmartwionego?). Biegaj z kimś starszym albo młodszym, a inaczej spojrzysz na bieganie i na świat. Tak było w moim przypadku.

Skręć na szlak, którym nigdy wcześniej nie biegłeś. Wyznacz sobie nowy cel: zawody lub trasę, które będą cię motywowały do ruszenia się z domu w paskudny dzień. Rób to wszystko albo tylko niektóre z tych rzeczy wystarczająco często, a wkrótce przypomnisz sobie, dlaczego w ogóle zacząłeś biegać: bo to dobra zabawa.

1391581_470290096423711_1733071136_n

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here