4:58, 36, 30, 33, 22, 26, 37, 24, 10, 13 = nowe PB.

IMG_5491_mini

Powyżej, cyferkowe porno, które doprowadziło mnie do… euforii. ;) To był dla mnie kolejny, wręcz idealny bieg, biorąc pod uwagę warunki zastane. Bodaj trzeci raz udało mi się dobrze finiszować i mimo totalnego odlotu walczyłem, by czasem nie zwolnić biegu w końcówce.

Pierwszy kilometr to tradycyjne przeciskanie się między ludźmi. Chciałem na świeżo, nawet tracąc trochę dodatkowej energii poskakać nad ludźmi i wykręcić dobry czas na początku. Sił co prawda trochę straciłem, bo latałem prawo-lewo żeby wyprzedzać ale gdy kilometr wyszedł w 4:58, wkurzyłem się. Startowałem z przodu strefy 45-50, a mimo to musiałem hurtowo przeciskać się do przodu. Cieszę się strasznie, że awansowałem do kolejnej strefy startowej, bo tam pewnie mniej jest takich przypadków. :)

Od drugiego-trzeciego kilometra wbiłem się w odpowiednią grupę ludzi i już do końca był mega meeega komfort biegu jak na taką ilość uczestników. Drugi kaem miał wyjść już mocno szybko, bo miałem gonić średnie tempo 4:30, a wyszedł 4:36. Wtedy właściwie straciłem nadzieję na jakiś super wynik i pozostało jak najbardziej zbliżyć się do 46 minut.

fot. Przemek Dalecki
fot. Przemek Dalecki

Kolejne kilometry mijały 4:30, 4:33, 4:22, 4:26… ooo, zaczęło się szybsze bieganie i zaczął się znajomy ból brzucha od zakwaszenia. Noga fajnie się kręciła ale wydawało mi się, że taki ból brzucha, i to już na tym etapie (gdzieś na 4-tym km), zwiastuje rychły koniec biegania. :) W głowie cały czas była tylko „walka, walka, walka”, więc walczyłem o utrzymanie trudnego dla mnie tempa.

Bufet z wodą na 5-tym km w tej edycji gdyńskiego biegania był porażką. Byłem zdechły, ludzie rzucili się na wodę, a ja usłyszałem że „dalej też jeszcze są stoły”. No to spoko: stolik drugi, po chwili trzeci i koniec. Myślę sobie, że pewnie właściwa, konkretna strefa z wodą będzie w standardowym miejscu na ul. Waszyngtona. To się przeliczyłem. Bufet dla grubo ponad 5000 biegaczy był krótki jak radość Marcina Lewandowskiego po finałowym biegu na 800m w Sopocie.

Pobiegliśmy dalej, przy skwerze stali ludzie, byłem zamroczony. Później zobaczyłem moich kibiców i Świętojańską. W listopadzie i lutym mimo przepracowanej zimy biegłem Świętojańską tym samym tempem – 4:50, więc tym razem chciałem powalczyć. Udało się odzyskać świadomość ;) i wstąpiły nowe siły, więc udało się wykręcić 4:37. Przy okazji skorzystałem z elegancko podanego kubka z wodą, przy okazji zachłystując się płynem. :P Piłsudskiego nawet nie pamiętam.

Poszło 8 km, rzut okiem na czas i szybkie obliczenia w głowie. Odetchnąłem z ulgą, bo złamanie 46 było pewne. Policzyłem że ostatnie 2 km musiałbym pobiec średnio 4:15’/km żeby złamać 45 minut. Nie musiałem się zastanawiać. Od razu pomyślałem, że to niemożliwe. Nastawiłem się jednak na walkę całym serduchem i chciałem powalczyć o każdą sekundę. Dziewiąty km pełen bólu w 4:10 i nagle światło w tunelu i uśmiech przez pot i łzy. Walka, walka, walka, a później szok i niedowierzanie… Szczerze życzę każdemu podobnych wrażeń po minięciu linii mety każdych kolejnych zawodów.

IMG_5499_mini

12 KOMENTARZE

    • Też tak myślałem podczas biegu. 4:10 biegłem średnio na zawodach na 5 km. Tutaj czułem się już totalnie zdemolowany, a miałem przyspieszyć z 4:25 nagle na 4:15 lub szybiej i to utrzymać do końca. A jednak się udało. :)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here