I Amber Expo Półmaraton Gdański

I Amber Expo Półmaraton Gdański

To były świetne zawody. Może nie pod względem osiągniętego wyniku (choć nie mogę narzekać) ale na pewno pod względem atmosfery i radości z uczestnictwa.

Selfie na spontanie. :)

Selfie na spontanie. :)

Na start pojechaliśmy razem, rumską paczką sportową. ;) Dwóch debiutantów i ja… cały na biało. ;-) Czarno -biało właściwie. Na miejscu tłum ludzi, a mimo to od razu wyłowiło się kilku znajomych. Ogólna atmosfera jak zazwyczaj bardzo radosna. Wiele osób miało obawy. Jedni ze względu na debiut na tym dystansie, inni ze względu na stan własnego zdrowia. Nie byłem jedynym narzekającym na „chrypkę”. ;) Mimo to duch w narodzie nie ginął. Optymizm aż ściekał pomiędzy betonowymi płytami. ;)

IMG_7871 copy_mini

Po strzale startera… wróć! Po odliczaniu 3, 2, 1, START ruszyliśmy. Pierwsze 100 metrów troszkę ciasno, a później przez cały wyścig mega luz na trasie. 1, 2, a czasami 3 pasy zamknięte dla biegaczy. Ta trasa jest w stanie przyjąć zdecydowanie większą ilość biegaczy (choć hala za metą pewnie już nie). Mam nadzieję, że za rok pobiegnie tam chociaż z 4-5 tys. ludzi i będzie można porównać czy w wąskich gardłach nie robi się ciasno. Tym razem biegło się mega luksusowo już od samego startu.

IMG_5361

Machałem, a na stopklatce wyszła jakaś dziwna gimnastyka. ;)

Sama trasa wiodła głównie przez dobrze znane ulice i uliczki Gdańska. Generalnie noga się kręciła, nabijała metry… kilometry, a ja spędzałem czas na rozglądaniu się, uśmiechaniu i kontrolowaniu tempa i tętna… właściwie bardziej tętna, bo noga lekko rwała do przodu ale hamowałem się, bo tętno od razu skakało. W ogóle przez infekcję na dzień dobry zobaczyłem 160 bpm na budziku i musiałem zwolnić. Myślałem żeby trzymać się balonika na 1:40 ale z uwagi na swój stan zdrowia nie miałem ambicji ich gonić gdy zaczęli się oddalać. Nie żałuję. Czysty „run for fun” aczkolwiek bez opierdzielania się. ;) Chciałem trzymać się średniego tempa 5:00 ale też nie za wszelką cenę. Pierwsza piątka pękła w równe 25 minut. Chciałem przyspieszyć przed dziesiątym kilometrem żeby chociaż trochę oddalić się od 1:45 na mecie. W pewnym momencie wyprzedziła mnie kolorowa biegaczka. ;) To był dobry moment na przyspieszenie więc skorzystałem z okazji i wyrównałem z nią tempo. Wreszcie zacząłem mijać większą liczbę biegaczy. Tempo lekko wkręciło się na 4:40-4:50 ale na podbiegach nie ujeżdżałem się tylko zwalniałem. Mijały kolejne kilometry i trzeba było znowu przyspieszyć, bo mimo utrzymywania prędkości tętno zaczęło… maleć. :P

Patrzę teraz na czasy poszczególnych kilometrów i widzę, że przyspieszenia były wręcz symboliczne. Może stąd to dobre samopoczucie aż do końca zawodów? ;-) Na pewno będę je dobrze pamiętał, bo po raz kolejny (tak samo było w Warszawie) kilkukrotnie wybuchałem śmiechem. Czasami powstawała ogólna wrzawa gdy grupa biegaczy mijała pary co ładniejszych wolontariuszek ;), raz pośmialiśmy się z „piątki mocy” Biegacza z Północy, a na 20-tym kilometrze jeden facet zaczął się rozciągać, to mu rzuciłem że „to jeszcze nie meta” i śmiejąc się pobiegliśmy dalej. Takich sytuacji było jeszcze kilka.

400m do mety. (Prawie) wszyscy z uśmiechami. ;-)

400m do mety. (Prawie) wszyscy z uśmiechami. ;-)

Na mecie – super komfort. W hali było cieplutko, wszystko było pod ręką i na miejscu. Życzę każdej imprezie takiej organizacji. Zawsze znajdzie się coś do poprawy, by ułatwić zawodnikom przejście przez różne procedury. W tym wypadku zdecydowanie więcej było plusów niż minusów. Moim zdaniem wszystko zagrało tak jak powinno. Byłem zaskoczony ilością strażników miejskich oraz policji przy zabezpieczaniu trasy. Być może dlatego, że trasa prowadziła przez dużą liczbę skrzyżowań. Chociaż widziałem też ich na długi prostych – uszanowanko! Brawa też dla wolontariuszy, szczególnie tych przy bufetach. W grupach, w których ja biegłem był względny luz i wszystko było podstawione pod nos. Być może przy balonikach kongestia w bufetach była większa. ;)

Za metą trochę pogadanek, przybitych piątek itp. Było też parę zupełnie niespodziewanych spotkań. Pozdro ludzie! :) Wtedy też poczułem, że moja stopa jest lekko obita (prawa, czyli ta z kostką po przejściach). Dzisiaj w poniedziałek już wszystko jest w normie. Boli mniej niż przed półmaratonem. :) Wielkie gratulacje dla debiutantów. Wszyscy pobiegli mądrze, czasem bardzo zachowawczo. Jak się okazało jedna osoba z „paczki” się wyrwała trochę do przodu i znowu jest kogo gonić. Jacku – uszanowanko – jestem w szoku. :) Będę walczył! :)

DSC_1114

Finalnie:
Oficjalny czas: 1:43:43 (średnie tempo 4:54’/km)
Miejsce: 578 na 1981 zawodników, którzy ukończyli bieg. W klasyfikacji M30-114.

1911879_305353326327651_9002224996359419452_n

Pozwolę sobie jeszcze podsumować rok 2014. Na początku roku wypisałem ambitne (wtedy tak myślałem) plany. Po drodze spotkałem wiele przeszkadzajek w ich realizacji. Pozytywne nastawienie sprawiło, że nie było to takie ciężkie jakie na początku się wydawało.
A czy było warto?
… ;-)

  1. Debiut w triatlonie
  2. Półmaraton w 1:45
  3. 10k poniżej 45 minut
  4. 5k poniżej 20 minut
Poprawa postawy

Poprawa postawy

Czas na zmiany. Zmiany na lepsze. Bo lepsze jest wrogiem dobrego.

Kontuzja kostki pozwoliła mi zatrzymać się (dość dosłownie, hłe hłe), przemyśleć parę spraw i co nieco posprawdzać. Dała też okazję do lepszego poznania swoich braków i niedoskonałości. Kto by pomyślał, że jestem niedoskonały? ;-) Z niechęcią wybrałem się na zabiegi, które miały za zadanie przyspieszyć mój powrót do zdrowia. Półmaraton Gdański szybko się zbliżał, a ja wciąż odczuwałem ból w stawie skokowym. Samych elektrostymulacji i ultradźwięków opisywał nie będę. Chodziłem na zabiegi TUTAJ. Możesz sobie zobaczyć z czym to się je i wygooglować więcej informacji.

Z uwagi na sympatyczną obsługę gabinetu i ich spore chęci do dzielenia się informacjami, zacząłem wypytywać o różne części mojego ciała. Starałem się nie pomijać niczego, co zaobserwowałem w sobie w ostatnich miesiącach. W efekcie tego pan Maciej wziął mnie na spytki i zrobił kilka ćwiczeń/badań sprawdzających. Wyszło to i owo. Dowiedziałem się bardzo oczywistych rzeczy, na które sam nigdy bym nie wpadł.

Jednym z prostych ćwiczeń było leżenie na plecach. Nogi zostały pociągnięte w dół i przyciśnięte tak by leżały nieruchomo. Podniosłem lekko głowę – były równiutko. Mając nogi nieruchome podniosłem się do siadu płaskiego. Okazało się, że w tej pozycji jedna z nóg wystaje o centymetr niżej niż druga. Od lat wiem, że założenie prawej nogi na lewą robię bez problemu nie czując napięcia w mięśniach, natomiast założenie lewej nogi na prawą odbywa się z dużym trudem. Okazuje się, że przez lata układając nogi po najmniejszej linii oporu pogłębiałem wadę. Efekt: biodro wypchnięte do przodu z jednej strony. Przez owe biodro również stawiałem lekko krzywo stopy. Z tego też powodu stawiałem je nierównolegle do podłoża co w ostatnich tygodniach poskutkowało kilkukrotnym stanięciem bokiem stopy na podłoże i finalnie skręceniem kostki.

Co robić? Jak żyć? ;) Gdy już uporam się z kostką mam zamiar razem z fizjoterapeutą zająć się postawą oraz zluzować mięśnie. Sporo pracy przede mną ale jestem na nią gotowy… przynajmniej tak mi się wydaje. ;) W efekcie chciałbym biegać ładniej, ekonomiczniej i wolniej… Zostałem ostrzeżony, że mięśnie będą pewnie pracować minimalnie inaczej i nim się przyzwyczają osiągi mogą się pogorszyć ale później będzie lepiej. Także zapowiada się zimowa praca u podstaw. Dawno temu powinienem był to przerobić. Teraz jest okazja, jest świeżość pomysłu, jest odpowiednie miejsce do posunięcia tematu i jest motywacja.

W związku z całą akcją październikową pod kryptonimem „kostka-kaputt” zluzowałem z ambicjami na najbliższe miesiące. Jak gdzieś będę biegł, to będę biegł na wynik ale bez ciśnienia na rekordy. Dopiero w lutym pewnie pocisnę na urodzinowym, a później… debiut na nowym dystansie, więc pewnie też nie będę za bardzo kozaczył. ;) Po dwóch tygodniach muszę to powiedzieć: brakuje mi biegania.

Gdyby kózka nie skakała…

Gdyby kózka nie skakała…

Wszystko szło dobrze. Walczyłem (ze ścieżkami biegowymi) jak umiałem. Niestety moje krzywe stawianie stóp zebrało żniwo. Las nie okazał się łaskawy.

Ze stawianiem stóp podczas biegu jest o tyle źle, że najpierw spadam na zewnętrzną stronę stopy. Widać to dobrze na przykładowych zdjęciach poniżej. Zwróciłem na to uwagę już dawno temu. Gdy teren robi się nierówny i nagle mamy krzywiznę to łatwo stanąć na boku stopy zamiast na podeszwie. :/ Miałem takie pojedyncze kroki na prawie każdym treningu w lesie. Tym razem skończyło się to głośnym strzałem w stawie skokowym.

polmaraton warszawski marzec 2014

Półmaraton Warszawski – marzec 2014

bieg gorski gdynia 28 lipca 2014

Bieg Górski w Gdyni – lipiec 2014. Fot. Agata Masiulaniec

parkrun gdynia wrzesien 2014

Parkrun Gdynia – wrzesień 2014. Foto od organizatora.

No i teraz pytanie do znawców. Co zrobić by kłaść stopę prosto? Teraz nie mam okazji, by uczyć się stawiać stopy prosto, bo ledwo co chodzę. Nie wiem czy się tak da w ogóle… zmienić sposób biegu. Z ustawieniem i wybraniem miejsca, z którego chce biec w płaszczyźnie wzdłużnej nie mam problemu, tzn. czy uderzać piętą czy biec bardziej ze śródstopia. Jednak jak widać jest problem z płaszczyzną poprzeczną. Chyba za bardzo komplikuje to tłumaczenie. ;) Wydaje mi się jednak, że jeśli tego nie zmienię, to problem będzie się co chwilę pojawiał. No cóż, ja w ten sposób wyrzucam stopy przed siebie. :(

To teraz coś pozytywnego. Treningowo, ten tydzień przerobiłem w 95%. :) Ymmm no ale w kolejnym tygodniu pewnie w ogóle nie pobiegam. :/ Poniżej ostatnie 3 tygodnie walki.

2014-38-39

kalendarz treningowy pazdziernik 2014-1

Jak widać w tym tygodniu były tylko (hehe) 4 treningi. W poniedziałek miało być spokojne 12 kilometrów… ale pomyliłem tygodnie patrząc na plan i zrobiłem 18. :P W środę spokojne 14 km (teraz widzę, że jest źle opisany trening), a od czwartku zaczęła się nieco większa intensywność. Tak na prawdę ten plan wydaje mi się dosyć lekki. W sumie był tylko jeden ciężki trening w tygodniu. Coach mówił, że to będą najtrudniejsze 2 tygodnie ale pewnie chodziło o narastające zmęczenie, i że po tych 2 tygodniach już luzujemy i będzie tapering. Od środy byłem osowiały. Nogi były drewniane i dreptały kolejne kaemy bez specjalnej werwy. W czwartek po dyszce były przyspieszenia. Najpierw szły tragicznie ale jak rozkręciłem nogi, to było zdecydowanie lepiej. Jednak od jakiegoś czasu po powrocie do domu gdy mięśnie się schłodzą, czuję się mega kołkowato… tzn. nogi są kołkowate. ;) Do tego standardowo shin splints, chociaż w porównaniu do przygotowań do PMW, tym razem ból wydaje się dużo łagodniejszy.

Droga na Zbychowo. Akurat ktoś mi wjechał w kadr ale fajnie przez to wyszło. :)

Droga na Zbychowo. Akurat ktoś mi wjechał w kadr ale fajnie przez to wyszło. :)

Nadeszła sobota. Najpierw praca, później trochę pozdychałem w domu i trzeba było zbierać się do lasu aby złapać trochę promyków słońca. Po 4 km nie miałem sił i ochoty na ćwiczenia i przyspieszenia – standard. Jeszcze te przyspieszenia to się przymusiłem, bo wiem, że później zdecydowanie lepiej biegnie się szybszym tempem. No i poszło! Kurcze, nawet fajnie się leciało. Była chęć do przyspieszenia, nie to co ostatnim razem na takim treningu. Co z tego skoro kulasy musiałem stawiać krzywo i tuż po minięciu jakiejś parki w lesie, po dłuższym zbiegu, gdy poczułem wiatr we włosach, mimo wypłaszczenia trasy, poczułem gruchnięcie w kostce. Słyszałem to mimo słuchania audiobooka na słuchawkach. :/ Z 10 szybkich km zrobiłem 8. Najpierw pokuśtykałem, później poszedłem i później zacząłem biec do domu. :) Po kilku minutach jednak nie dało się biec. Po kolejnych kilkunastu ciężko było iść. Dodreptałem do domu, wio na pogotowie, RTG, wszystko ok. W międzyczasie oczywiście okłady z lodu trele morele. No i przygotowania do półmaratonu w Gdańsku skończyły się przedwcześnie…

Tytułowe zdjęcie pochodzi ze strony unsplash.com.

Ironfactory.pl ma roczek :)

Ironfactory.pl ma roczek :)

Wiele razy próbowałem tworzyć jakieś teksty w necie. Najczęściej podchodziłem do tego bardzo zmotywowany. Tym razem podszedłem do tematu lekko od niechcenia… i pierwszy raz zostałem z tą formą na dłużej.

Zacząłem pisać gdyż była to moja kolejna motywacja do utrzymania reżimu treningowego. Przez ostatni rok, tylko raz miałem wielką ochotę dać sobie ze wszystkim spokój i w tamtej chwili byłem strasznie zły na to, że zacząłem pisać tutaj, na tym blogu. Naprawdę postarałem się, by mi nie przeszła chęć na bieganie i pływanie. :) Wiele razy mi się nie chciało, wiele razy chciałem zrezygnować, schować się pod dywan albo chociaż pozostać przy bieganiu, skoro nie idzie mi nauka pływania. Gdzieś tam w oddali był jednak cel. Co prawda bardzo daleko ale z drugiej strony ja… bardzo chciałem. Jak widać do tej pory udawało się zwalczyć wszelkie „nie chce mi się”, „nie udaje mi się”, „nie umiem”, a nawet „nie mam czasu” czy „jest okazja by przestać”. Oficjalne przyznanie się do swoich marzeń ma jednak w sobie jakąś moc. :) Do nie odpuszczania na pojedynczych treningach bardzo zmotywował mnie trener. Nie chodzi o to, że stał nade mną. Zapisane przez kogoś innego litery na kartce były dla mnie czymś, co zwyczajnie musiałem wykonać. Nawet gdybym umiał rozpisać sobie sam dobry trening, to łatwiej byłoby coś skrócić/odpuścić, bo „akurat wieje wiatr”. To siedzi w psychice. Chyba nigdy nie miałem mocnej, co widać po mojej wiecznej walce ze słodyczami. ;)

trener a ciezka praca

Motywacja jednak nie pochodziła tylko ze środka. Tytułowy obrazek ma coś w sobie. :) Nie przewidywałem takiej sytuacji. Blog miał być pamiętnikiem, spisem myśli, dzienniczkiem treningowym. Po 2-3 miesiącach pisania dostałem kilka wiadomości od znajomych, którzy powiedzieli, że czytając mnie, też zmotywowali się do ruszania. Oczywiście napotkali takie same problemy jak, ja i prawie każdy, kto zaczynał kiedyś biegać. Cóż, ja zawsze mówiłem, że takie bieganie jest bez sensu. Nienawidziłem tego. Teraz już nie muszę się do niego zmuszać. ;) Rozmowy z osobami, które rzekomo natchnąłem do działania były potężną dawką obustronnej motywacji. Coś niesamowitego. :) Okazało się, że to był dopiero początek. Takich osób było coraz więcej, a później nastąpiła cisza… po której niektóre z tych osób dziękowały za to, że pomogłem im wytrwać w regularnych ćwiczeniach i że zaczęło im się to podobać. Ja pomogłem? Ja tu tylko zaspokajam moją hedonistyczno-narcystyczno-ekspresyjną naturę. ;) To wszystko ma jednak wpływ na to jak zacząłem postrzegać pisanie na blogu, choć wciąż nie wiem, w którą stronę chciałbym z IF iść. Na razie zresztą nie mam czasu na myślenie na ten temat. :P Tak czy inaczej chciałem przesłać wielkie DZIĘKUJĘ! dla tych kilkunastu osób, z którymi miałem przyjemność rozmawiać przez ostatni rok!

Niestety emocje związane z tym wpisem blokują moją kreatywność i nie umiem wyrazić tego co bym chciał. :( Zresztą nie ma co tworzyć romantycznych czy ckliwych wpisów. Trzeba skończyć wpis, ubrać buty i zrealizować plan – jak zawsze. ;) Do zobaczenia na biegowych (i nie tylko) trasach. :)

„Your life is your message to the world. Make it inspiring.”
Lorrin L. Lee