Po Biegu Westerplatte nastąpiły przygotowania do Półmaratonu Gdańskiego. Te zostały przerwane wraz z trzaskiem w kostce podczas treningu w terenie. Stwierdziłem wtedy, że sezon dla mnie się skończył, że trzeba zadbać o własne zdrowie, a jeśli będę biegł w jakichś zawodach, to na tyle na ile pozwoli zdrowie. Czas minął, w połówce wystartowałem mimo obaw, a w Gdyni na 10k mogłem już pobiec na maksa, chociaż z braku czasu, treningów było jak na lekarstwo. Kostka zresztą wciąż nieco dokucza…

Z rana przyjechaliśmy na Skwerek, by dopingować i pobiec na 1000 m. Młodziaki spisały się na medal. Biegłem z moim młodszym synkiem. 5 lat – sam chciał. W połowie trasy posmutniał i zapytał czy będzie dla niego medal. W ¾ trasy się uśmiechnął i powiedział, że pachnie mu goframi. Uśmiałem się. :) A jaki miał finisz! :D

Za zdjęcie dziękuję Michałowi R. :)
Za zdjęcie dziękuję Michałowi R. :)

Do Biegu Niepodległości podchodziłem na spokojnie. Bez presji na czas, aczkolwiek wiedziałem, że lekko nie będzie i zamierzałem się ostro spocić. W głowie brakowało trochę motywacji ale wszystko przyszło w odpowiednim momencie. Przed biegiem parę miłych spotkań… być może efekt tych spotkań niedługo będzie mocno widoczny na blogu i nie tylko (ale cicho szaaaaa). :)

fot. Dorota P. :-)
fot. Dorota P. :-)

Strzał startera (całkiem duży ten nasz gdyński starter ;) ) i ruszyliśmy. Pewnie już to pisałem ale… uwielbiam moją strefę startową. Moim zdaniem bieg ze strefy 40′-45′ mimo tak potężnej ilości startujących jest już bardzo komfortowy. Od pierwszego kilometra nogi niosły. Zawsze był chociaż lekki korek czy skakanie nad ludźmi. Nie powiem żeby tego zupełnie nie było, jednak jak na tak liczne, biegowe towarzystwo było super. Pierwszy kilometr w 4:17′ (średnie tempo z zawodów to 4:11′), więc nie mogło być mega ciasno! W ogóle jak zobaczyłem podsumowanie pierwszych 1000 m to się zdziwiłem. Drugi km w 4:15′. Tętno szalało ale nie odpuszczałem. Stwierdziłem, że samopoczucie jest ok, więc nie będę się sugerował że serducho bucha 175 na minutę. :P

Tempo było… równe. Górki, nie górki, a ja robiłem swoje. Już na trzecim kilometrze stwierdziłem, że jeśli tak to ma dzisiaj wyglądać, to trzeba dać z siebie więcej niż wszystko, bo jest szansa pełnego zadowolenia na mecie. :) Totalny zaskok dyspozycją po okresie laby i narzekania. 3 km to górka przy Rondzie Ofiar Grudnia ’70 – wyszedł w 4:15′. Później trochę z górki i po płaskim. 4 km – 4:05′. Szok. Czekałem aż padnę, na tętno zerkałem z obawą, jednak biegło się równo i całkiem przyjemnie. :) Piąty kilometr kończył się podbiegiem na wiadukt na ul. T. Wendy. Tam dałem sobie trochę odpocząć. Wyraźnie skróciłem krok ale jakoś nikt nie chciał mnie wyprzedzić (choć ludzie przede mną zaczęli się powoli oddalać) – 4:14′.

Wszystko szło zbyt pięknie. Żeby zrobić sobie większe „kuku” trzeba było przyspieszyć. Wszak półmetek został osiągnięty. ;) 6 km w 4:08′ i zderzyłem się ze Świętojańską. Tam oddałem sporo zdrowia, zostawiłem płuca, motywację i kilka przekleństw – to chyba standard. Jednak nie to zapamiętam z tego fragmentu. Pierwszy raz widziałem aby w tym miejscu utworzył się taki tunel z ludzi. Kibice wylewali się z chodników na ulicę. Trasa się przez to zwęziła i to było… piękne! W ogóle doping podczas tych zawodów był mega epicki. Takie rzeczy widziałem do tej pory tylko na HTG. Morsy przy Placu Kaszubskim robili kapitalny hałas za co trzeba im podziękować! Wracając do Świętojańskiej… 4:19′ i 4:17′ to czasy kolejnych kilometrów. Tempo lekko siadło, bo podbieg solidny. Samopoczucie: nie miałem żadnej ochoty biec ani kroku dalej. Pomyślałem sobie wtedy, że przecież właśnie o to chodzi, wszystko idzie zgodnie z planem skoro po pokonaniu 8 kilometrów mam dość. Trzeba było zacząć finisz. ;)

Nie wiem czy to „piątka mocy” przybita na podbiegu, czy brak prawidłowej pracy mózgu ;) ale zebrałem się na dalsze dreptanie w tempie odpowiednim. Zbieg Piłsudskiego nie był tak piękny jak podczas Nocnego Biegu Świętojańskiego ale dziewiąty km wyszedł w 3:57. Samopoczucie… lepiej nie wspominać. Na bulwarze poznałem po plecach jednego z chłopaczków z UKS Tri Saucony z Rumi. Młodziaki cholerne, przed staruchami tak biec – wstydziliby się! ;) Oddałem wszystko co miałem w płucach, by trzymać jego tempo. Contrast, al. Topolowa – mroczki przed oczami. Ostatki na skwerku – pedal to the metal. ;) Za linią mety chciałem powiesić się na ratowniku medycznym ale na wpół zgięty pomaszerowałem do przodu. Masakra… tylko cyfry na zegarku tworzyły miód w sercu. :) Przy okazji poznałem moje nowe HRmax = 185 bpm. :P

To był fajny bieg. Ba! To był fajny rok! Tyle się podczas niego nauczyłem. Poznałem co to ból i zniechęcenie oraz radość z wyniku. Nie będę się jednak o tym rozpisywał. Piękna sprawa. Polecam każdemu. :)

Tegoroczne blachy. :)
Tegoroczne blachy. :)

Za zrobienie tytułowego zdjęcia dziękuje Biegaczowi z północy. :) Przy okazji dzięki również za #5mocy ;)

„Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach.”
Maya Angelou

11 KOMENTARZE

          • Jak mus, to mus, usuwaj wedle uznania ;P
            Odnotowałem ciekawe dwa zbiegi okoliczności, a że są to dla mnie dość istotne sprawy, to je wyłapałem.
            Wiem, że nawaliła Tobie stopa, albo dokładniej kostka. Otóż mam to samo od kilku tygodni i przez to musiałem dać odpocząć nodze. Spadek formy przez brak treningów jest spory i dokładnie rozumiem co mogłeś czuć podczas biegu… W moim przypadku, podczas biegu, stopa nic nie bolała, ale za to bardzo czułem, że mogę mniej, niż np. miesiąc temu na maratonie czy przed nim. Biorąc pod uwagę te problemy, tym bardziej możesz być dumny z nowego PB :)
            Druga rzecz to HRmax. Nie wiem czy mój zegarek się nie pomylił, ale mnie też po tym biegu wyszło 185…
            Dziwne to w sumie.

  1. Podziwiam, że tak pamiętasz każdy kilometr :) Dla mnie był start, potem coś tam, jakiś podbieg, potem ostrożnie, Świętojańska, piątka, ostra jazda do mety. Mój wpis byłby zatem bardzo krótki ;)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here