Pamiętam jak bałem się przed pierwszym startem na 10000 m. Nie wiedziałem czy dobiegnę. To jednak nic w porównaniu z debiutem w triathlonie. Woda nie jest naszym normalnym środowiskiem i obawy narastały. Dzisiaj pytam tri-lejdis o ich obawy przed sierpniowym (jeszcze jest dużo czasu! ;-) ) startem w sprincie HTG.

Na pierwszy rzut idzie Ania:

Hmmmm jestem boi dudkiem i boję się wszystkiego. Zawsze jednak staram się nie wywoływać wilka z lasu i nie pisać czarnych scenariuszy, tak więc nie rozpisze się za bardzo na zadany temat ;)

Przed każdym startem jestem zdenerwowana (niezależnie od dyscypliny – czuję się jak przed egzaminem!), ale nigdy nie zadałam sobie wprost pytania, czego tak naprawdę się obawiam? Zazwyczaj jęczę moim współtowarzyszom, że nie uda się dobiec, że zabraknie sił… i to jest chyba największa obawa, że pomimo treningów nie uda się połączyć wszystkich 3 dyscyplin i gdzieś po drodze zabraknie powera. Taki ze mnie Kłapouchy. Mam jednak postanowienie noworoczne – patrzeć na szklankę do połowy pełną, a nie na tą w połowie pustą. Dodam jeszcze jedną obawę – brak czasu na wyznaczone treningi… wiem wiem kwestia organizacyjna, ale wierzcie mi, czasem faktycznie się nie da, albo nie chce ;) – i wtedy na starcie stanę nieprzygotowana tak jak sobie to założyłam.

No cóż, wszyscy to znamy. Ania pracuje oraz jest mamą. Nie zawsze da się to pogodzić, chociaż sportowcy potrafią często w magiczny sposób znaleźć czas na trening. Z mojego punktu widzenia fajnie, że Ania nie boi się najbardziej wody. Widocznie nie jest źle skoro nie zwraca na nią szczególnej uwagi. ;-) Rower i bieg jakoś pójdzie tylko trzeba zachować spokój.

Do tej pory udawało mi się ukończyć wszystkie zawody. Niestety 3 razy miałam problem i walczyłam sama ze sobą – w biegach górskich (przy każdym zbieganiu z górek dostawałam paraliżu nóg i musiałam stawać) i w ostatnim biegu Westerplatte – ten bieg określiłam mianem największej porażki sezonu. Otóż w upale, po zabiegu, z dużymi nerwami przed startem, źle wyliczoną godziną startu … itd. Itp. walczyłam na trasie, walczyłam, żeby nie zejść z trasy i nie zejść z tego świata. Tętno masakrycznie wysokie, brak sił, płacz i zawroty głowy. Doszłam (bo biec już nie mogłam) do mety. Nie zeszłam z trasy, bo jestem uparta, ale czasami ta upartość nie pomaga… bo trzeba znać granice i wsłuchać się w swój organizm. A ja tego nie umiem!

Jest ok. Ania boi się o formę. Ja ze swojej strony mogę uspokoić. Bieganie po rowerze nie jest takie straszne. Zawody trwają trochę czasu ale 90 minut biegu, a 90 minut zawodów triathlonowych to inna para kaloszy. Ja miałem tak, że odczuwałem zdecydowanie mniejszy wysiłek podczas tri. Ania ma za sobą półmaraton, więc… ;-) W kwestii zostawiania zdrowia dla sportu powtórzę to co mówiłem kolegom w zeszłym roku. Debiut w tri będę traktował krajoznawczo, żeby mieć siły na rozglądanie się wokół, cieszenie zawodami i wchłanianiem atmosfery. Mega polecam takie podejście. Na bicie rekordów będzie jeszcze czas (o ile ktoś ma takie zapędy).

A teraz kilka słów od Doroty:

Czego najbardziej obawiam się w moim debiucie ?
Pewnie mogłabym powiedzieć, że pływania, bo to wychodzi mi najgorzej – w tej chwili. Jednak wiem, że jest sporo czasu i jeżeli go uczciwie go przepracuję to jakimś cudem dystans przepłynę.

Przerabiałem temat. Lepiej się człowiek czuje, stojąc na plaży, gdy nie liczy na cud. ;-)

Boję się kontuzji, ale to raczej dotyczy czasu przed startem. Po moich różnych przejściach jestem bardzo wyczulona na najmniejsze sygnały dochodzące z mojego organizmu.

To jest dosyć ciekawy temat. Dorota ma swoje przejścia, ja też muszę uważać na kostkę… pewnie do końca życia. Co do wyczulenia na sygnały dawane przez ciało mam swoją teorię. Gdy skupiamy się na jakiejś części ciała, to odczuwamy ból znacznie mocniej. Tak mam z kostką. Gdy za bardzo się nią interesuje i się z nią pieszczę, to od razu coś złego w niej wyczuje. Pamiętam jak musiałem oddać zegarek czy pasek HR do naprawy i próbowałem skupić się na określeniu poziomu wysiłku podczas biegu. Nagle zacząłem biegać wolniej, sapiąc przy tym okropnie. Gdy odebrałem pasek okazało się, że forma jest i biegałem zbyt wolno. Tak mocno skupiałem się na oddechu, że podejmowany wysiłek wydawał mi się większy niż był w rzeczywistości.

Tak naprawdę najbardziej obawiam się w moim debiucie nie tego, że się podtopię, czy złapię gumę na rowerze, albo, że się przewrócę na biegu, obawiam się tego, że nie będę dość dobrze przygotowana, że nie zdążę, że nie dam z siebie 110%.

Byle wyrobić się w limicie. ;) Dla informacji. W biegach na 10000 m limit jest 2h, a zwycięzca ma ok. 30 minut. W sprincie HTG limit również jest 2h ale zwycięzca ma w okolicach 1h. Teoretycznie jest trudniej ale myślę, że dziewczyny spokojnie sobie poradzą. :D Byle mnie nie wyprzedziły. :P ;-)

Pewnie dla niektórych będzie to głupota, ale dla mnie, przy moim stylu życia i wszystkich moich obowiązkach znalezienie czasu i zmobilizowanie się do treningu to duże wyzwanie.
Przecież to jest powód, dla którego to robimy prawda? Wyzwanie. :)

Tytułowe zdjęcie pochodzi ze strony ironcology.net.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here