Przygotowania trwają. Każdy ma swoje zajęcia i przeszkody. Dziewczyny walczą. So am I. ;)

Mała uwaga na początek. Dziewczyny się znają (kojarzą) ale piszą zupełnie osobno. Tzn. z tego co mi wiadomo to nie konsultują się. :P Zostały 3 miesiące. Hasło „studniówka” brzmi groźnie ale 3 miesiące to kupa czasu by zrobić robotę na taki dystans jak sprint. Tak że z jednej strony proponuję stoicki spokój ale tylko pod warunkiem, że dupa zostanie mocno ruszona (to dla tych co jeszcze nie ruszyli). ;-)

Pierwszy przekaz idzie od Ani:

Studniówka! Daje kopa do działania, choć może już być za późno. Powoduje stres, że dotychczasowy trening nie był wystarczająco mocny. Sieje przerażenie…, że to jeszcze TYLKO 100 dni!

Ludzie, czy ja świadomie się na to zdecydowałam? Na początku wmawiałam sobie, że to dla zabawy, sprawdzenia o co come on. Wychodziłam z założenia, że najważniejsze jest po prostu stanąć na mecie. Wydawało mnie się, że te treningi, które uskuteczniam spowodują jakiś wzrost formy i dam radę, bo jak nie ja to kto? A teraz na te 100 dni przed strasznie panikuję! Obawiam się, że będzie to jednak porażka na całej linii, i tylko tłumaczenie samej siebie, że poszło tak słabo bo…

Wszelkie plany u mnie zawsze się rujnowały i z założeń wychodziły nici. Marzec i kwiecień, pokazały, że trzeba więcej pokory i szacunku do własnego ciała. Udowodniły, ze kontuzja czy choroba niestety wycinają to co człowiek zaplanował, a każda przerwa w działaniu cofa formę o te kilka kroków. I co wtedy? A no nic. Żyje się dalej. TEGO BĘDĘ SIĘ TRZYMAŁA!

Po basenie (na którym nadal pomykam tylko żabką) wpadłam na genialny pomysł próby szpagatu i konkurs z córą, która z nas zrobi większy ala’szpagat… i wygrałam… kontuzję! Coś się zerwało/przeskoczyło /naderwało… nie wiem, ale bolało. Wszystko bolało – nawet chodzenie, więc o bieganiu musiałam zapomnieć. Wszelka aktywność powodowała dyskomfort (żeby nie nadużywać słowa ból/mega ból/okropny ucisk) – Pilates, Step. Basen też odpadł. Tydzień po feralnym zdarzeniu opuściłam pływalnię po 30 basenach, które zrobiłam z zaciśniętymi zębami w wielkim bólu. Dwa tygodnie po tym żabka nadal powodowała ból. Podjęłam próbę nauki kraula. Nieskutecznie. Jedyne co pozostało to spinning. Tam jakoś dawałam radę ;). Rower na świeżym powietrzu też był, ale wsiadanie i zsiadanie to już było mega wyzwanie ;)

Żabka to chyba najgorszy styl na jakiekolwiek problemy z nogami. ;P Mocne wykopy z obu nóg zamiast swobodnych, lekkich machnięć przy kraulu robi jednak różnicę. Jednak jak już jedziesz żabką to na HTG też lepiej żabką popłynąć. Takie jest moje zdanie.

Przetrwałam ten czas, powoli wracałam do zaplanowanych zajęć, dyskomfort jest nadal i lęk przed większym bólem. Ale walka trwa. Cały marzec był bez biegania. Tę dyscyplinę odświeżyłam dopiero w kwietniu uczestnicząc w PARKRUN RUMIA. I tu zapraszam wszystkich sympatyków biegania do uczestnictwa – zarówno jako biegacz jak i wolontariusz! Szacun dla ludzi za zorganizowanie tego typu eventu w naszym mieście!

Kwiecień był bardziej łaskawy – udało się pobiegać, pojeździć na rowerze, rolkach, pospinnigować, postepować i jeszcze pospacerować. Zaliczyłam bieg górski bez bólu mięśni ud. Rok temu miałam z tym duży problem – paraliżowało mi nogi, przy zbieganiu. Tym razem było lepiej! Miałam też swój pierwszy zakładkowy trening – hi hi, mini trening. Pojechałam po Natalię jej rowerem (koła 21’), wyglądałam na nim komicznie. Po czym młoda pedałowała a matka biegała. Da się? DA! Udało się nawet pobiegać w Chinach – ale tam idzie to jakoś ślimaczo i z dużym wysiłkiem. AAA i oprócz treningów – pojawiły się wypady rowerowe z córką / córkami. Wspólne spacery, rolkowanie… bo przecież mamą też trzeba być. No i mój ogród/łąka. Sezon na kilometry z kosiarką uważam za otwarty.

2015-04-30 17.06.35_mini

A triatlon trzeba przeżyć. Będą to zawody jak każde inne – tylko chyba bardziej stresowe. Sam udział ma być frajdą. Nie walczę o złote kalesony ale o świetną zabawę. Nie zawsze muszę być od kogoś lepsza. Nie na każdej dyszce muszę pobijać rekord. Liczy się udział i ruszenie tyłka z kanapy! O i tego będę się trzymała.

Dorota, Marcin – powodzenia! Sobie też tego życzę.

Ps. W sprawach sprzętowych – do łask wróciło bieganie/rowerowanie z telefonem. Garmin odmówił posłuszeństwa. Dziś odebrałam nowy zegarek. Zadebiutuje w Gdyni z kijami ;)

A teraz czas na zwierzenia Doroty ;)

Czas pędzi nieubłaganie, jak to się stało, że zostało już tylko 100 dni? Gdzie się podziały „miesiące na przygotowania”?

Najlepsze jest to, że nie zdawałam sobie z tego sprawy dopóki nie oświecił mnie Marcin. Może to dobrze, bo teraz nagle dostałam kopa do zmobilizowania się. :-)

Jak się czuję na 100 dni przed debiutem? 

Jest jedna rzecz która zmieniła się diametralnie, im bliżej startu tym coraz bardziej dociera do mnie, że nie ma sensu się stresować, że nie chodzi tu o żaden wynik, chodzi tu o zabawę. I mimo tego, że nie jestem nawet w połowie tam gdzie chciałam być z formą, to cieszę się tym co robię. 

Kiedy przypomnę sobie moje obawy na początku przygotowań ogarnia mnie śmiech, bałam się pływania, rower myślałam, że „zaliczę”, a na bieganie stawiałam najbardziej. Cóż, teraz jest zupełnie odwrotnie. 

Pływanie: pokochałam pływać, idzie mi bardzo dobrze, mam dobrego trenera i ZAWSZE z treningu wracam pozytywnie zmęczona i UŚMIECHNIĘTA. Na myśl o basenie aż mi się przyjemnie robi. To duże zaskoczenie, ale pływanie jako jedyna z 3 dyscyplin idzie mi świetnie i zgodnie z planem. Celuję w 15 minutowy występ w sierpniu. Ale do tego czasu czeka mnie jeszcze sporo godzin na basenie i moich ukochanych interwałów. :-)

Rower: okazało się, że wcale nie jest łatwo kręcić korbą na moim ciężkim rumaku, wcale to pedałowanie już nie jest takie fajne jak kiedyś. Są trudności, ale to dobrze bo przecież bez nich nic się człowiek nie rozwija.  

Muszę się skupić na wyjeżdżeniu większej ilości km tygodniowo i zacząć robić dłuższe treningi 40 i więcej km.

Bieganie: tu największe zaskoczenie, największe rozczarowanie i załamanie. 

Jak dla mnie najgorsza część przygotowań. Nie chce mi się biegać, nudzi mnie to, uciekam od tego jak mogę. Zabawne, że od biegania zaczęła się moja przygoda z Tri. Mam ostatnią chwilę by coś jeszcze naprawić, ale sama myśl o tym mnie frustruje i powoduje niechęć. Chyba muszę iść na jakąś „biegową terapię”. ;-) Ktoś ma pomysł co z tym zrobić ? Jak czuć znów fun z biegania?

Miałem podobnie na koniec zimy aczkolwiek u mnie przesyt bieganiem nastąpił, bo głównie biegałem. ;) Teraz jest jasno i przyjemnie, więc co złe minęło. Ustaw się może z kimś na wspólne bieganie!

10463757_1075427125819057_7998132261757828579_o_mini

Zdrowotnie ogólnie czuję się lepiej, mam wrażenie, że zmiana diety na głównie roślinną (wegańską) pomogła nie tylko mojej odporności, ale też zażegnała moje problemy żołądkowe z którymi dość długo się męczyłam. 

Niestety odzywa się moja stara przewlekła kontuzja o której już pisałam: kręgosłup odcinek lędźwiowy + pas boczny lewej kończyny. Możliwe, że również te dolegliwości zniechęcają mnie do biegania. Niestety nie pomagają już domowe ćwiczenia i rozciągania, jeszcze w tym miesiącu udam się do mojego fizjoterapeuty.

Zdecydowałam się nie kupować roweru ani pianki. Swój rower odchudzę, a piankę wypożyczę. Do kupienia pozostało jeszcze parę rzeczy, ale do końca maja powinnam zgromadzić najważniejsze. Nic tylko trenować, a czerwcu zaczną się powoli zakładki. :-) 

Podsumowując: 100 dni przed czuję dużo więcej spokoju niż na początku, nie zawracam sobie głowy już szczegółami, nie martwię się tak bardzo. W trakcie przygotowań zyskałam dużo pewności siebie i poznałam swój organizm jeszcze lepiej. Teraz wiem, że co ma być to będzie i niezależnie od wyniku odwalam kawał dobrej roboty, robię coś dla siebie i powinnam być z tego dumna. UŚMIECH i jeszcze raz uśmiech ! :-)

Widać że wiosna wstąpiła do głów. ;-) Fun zastąpił marudzenie o chorobach i kontuzjach hyhyhyh. Fajnie się to czyta!

Zdjęcia przesłała mi Ania. Na zdjęciu tytułowym możecie zobaczyć Sławka, który organizuje w Rumi Parkruna, na którego również zapraszam. Sobota, 9:00, park przy Domu Kultury.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here