Są treningi gorsze, są lepsze. Tak samo z zawodami. Czasami coś nie zagra, a czasami wręcz na odwrót. Dzień przed startem w Charzykowy jak i parę godzin przed startem wszystko mnie bolało. Odzywał się ból pięty, goleni i miałem nerwówkę związaną z logistyką wyjazdu. Ostatnimi czasy gdy wszystko szło pięknie to start wychodził kiepsko, dlatego tym razem domyślałem się, że może być fantastycznie. ;) I tak też było.

Przygotowania do wyjazdu zaczęły się tydzień wcześniej. Pierwszy raz miałem wieźć rower na bagażniku rowerowym, który musiałem dodatkowo pożyczyć od rodzinki (dzięki!!). Później, nie dość że stresowałem się, że nie zdążę odebrać pakietu (jechaliśmy w piątek wieczorem), to jeszcze zaczęło padać na mój rowerek… patrząc w tylne lusterko serce się krajało jak widziałem kapiącą z korby i łańcucha wodę. :( Biuro zawodów było otwarte do 21, a my na miejsce dobiliśmy kilkanaście minut przed zamknięciem. Nie dostałem swojego numeru, bo jak się okazało chip nie działał, więc dostałem zapasowy numerek, na którym nie było mojego imienia i nazwiska – to akurat mało istotne. Chciałem tego samego dnia złożyć rower w strefie zmian ale kolega powiedział że to nie jest dobry pomysł, bo dzięki obecności jeziora, rano będę miał wszystko mokre – mieli rację. #protip

Po dojeździe do hotelu i zakwaterowaniu się, musiałem jeszcze przygotować kilka rzeczy na następny dzień, zjeść coś i tak się wszystko złożyło że położyłem się spać dość późno… a pobudkę miałem jakoś przed 6 rano. Śniadanko, pakowanie roweru na samochód i jazda z powrotem do Charzykowy (hotel miałem w Chojnicach). Zacząłem rozkładać się w strefie zmian, wszystko na swoje miejsca (zabrałem cały sprzęt oprócz pianki) i czekałem na 7 rano na odprawę. Po odprawie z powrotem wio do hotelu na drugie, solidne śniadanie i odpoczynek – wreszcie mogłem spokojnie położyć się na łóżku. :)

start2_mini

Do Charzykowy trafiłem ponownie przed 10. Trwały zawody na dystansie sprinterskim ale o 10:20 wpuścili nas do strefy zmian (start mieliśmy o 11). Czasu było bardzo dużo i zdążyłem wszystko 10 razy sprawdzić i pożartować z kolegami. Na koniec stwierdziłem, że dopompuje sobie koła i pożyczyłem od ziomka pompkę (choć specjalnie wiozłem swoją, piękną, nową, pro-pompę z trójmiasta ale jej nie zabrałem ze sobą). Tak się targałem z nią, że chyba więcej spuściłem powietrza z tylnej opony niż napompowałem. To oczywiście dodało stracha, bo tego dnia najbardziej bałem się że złapię gumę na rowerze i nie ukończę zawodów. Wreszcie zaczęła nadchodzić godzina zero i można było wbijać się w piankę. Pogoda była piękna, widoki jeszcze piękniejsze.

swim1_mini

Nadszedł czas rozgrzewki ale ledwo co weszliśmy do wody, to sędziowie zaczęli wołać zawodników na brzeg aby ustawiali się w strefie startowej. Taka heca. ;) Po wejściu do wydzielonej strefy na plaży zaczęła się przedstartowa „sraczka”… tym razem tylko w przenośni. ;) Brzuch ściskał, serducho waliło jakby miało wyskoczyć przez gardło. Razem z kolegą Michałem wymieniliśmy się tym spostrzeżeniem i bardzo ale to bardzo oczekiwaliśmy wystrzału z armaty, bo wiadome było, że gdy zawody się zaczną, to cały stres z nas zejdzie i będzie można ruszyć.

Start

Wystrzał z armaty dał znak by ruszyć niczym husaria do przodu. Już w pierwszej sekundzie zawodów przekonałem się, że koledzy nie zamierzają ułatwiać mi życia. Tuż po kliknięciu „start” na zegarku dostałem od Michała z łokcia w rękę i nacisnął się przycisk „lap” przez co zegarek skończył etap pływacki i zaczął mierzyć etap T1, hyhyhyhy. Dlatego też zamiast wbijać w wodę, powoli dreptałem do przodu klikając szybko na zegarku by przejść przez cały triathlon, usunąć aktywność i rozpocząć ją od nowa. Śmiałem się sam z siebie z tego wszystkiego. Ogólnie tego dnia humor miałem mega pozytywny. :D Gdy tylko ogarnąłem temat zegarka, a trwało to parędziesiąt sekund byłem już na tyle głęboko w wodzie, że można było zacząć przebierać łapami.

Swim

swim2_mini

Pierwsza bojka była bardzo daleko. Za nią skręcało się o ok 135 stopni w prawo do kolejnej bojki na której dokręcało się brakujące 45 stopni by prostopadle płynąć w kierunku brzegu. Podczas płynięcia oczywiście nadeszło zmęczenie ale wstąpiła we mnie potężna wewnętrzna motywacja, która nie pozwoliła mi odstawić kroku. Płynąłem, nawigowałem, rozglądałem się gdzie są inni by w nikogo nie wpłynąć lub nie dostać zbyt mocnego kopniaka. Kontrolowałem sytuację i zbliżałem się do bojki. Chciałem chwilowo zwolnić by odsapnąć przed nawrotem ale zamiast tego zmniejszyłem kadencję ale w każdy ruch wkładałem więcej siły. Być może nawet przyspieszyłem. ;) Nastawiałem się na mega walkę w tym miejscu. Nie chciałem zostać wgniecionym w podłogę (tzn. pod wodę) tak jak przy bojce w Gdyni. Nagle zrobiło się ciasno i trzeba było zacząć mocniej pracować rękoma i nogami by wyrwać się z kotła. Po kilku sekundach przestałem interesować się nawigacją, bo szkoda było podnosić głowę i tracić napęd. Dopiero po kilku ruchach z powrotem zacząłem naprowadzać się na kolejny punkt. Pierwszy zakręt wyszedł całkiem luźno, aż sam się zdziwiłem. Na 2 ruchy przeszedłem do żabki, żeby lepiej się rozejrzeć w sytuacji. Później znowu kraulem do drugiej bojki na, której trzeba było dużo mocniej się napracować by nie zostać zjedzonym. Tam już była klasyczna walka ale włączyłem „turbo mode” i przestano na mnie wpływać i łapać mnie za nogi. Wyrwałem się, znowu żabka na 3 sekundy w celach nawigacyjnych i jazda do brzegu.

swim3_mini

Trochę to wszystko trwało. Byłem wewnętrznie zmotywowany, że ciąglę płynę kraulem mimo dużego zmęczenia. Finał pływania był taki, że gdy czujnik tętna zaczął przekazywać informacje do zegarka, okazało się że podczas etapu pływackiego miałem najwyższe tętno na całych zawodach… Ten fakt odbił się na początku roweru ale o tym później. Gdy wreszcie zahaczyłem ręką o dno, wstałem i… zamiast biec, ledwo co poruszałem się do przodu. Musiałem złapać 5 oddechów, bo chwilowo było po mnie. Po wyjściu na piasek nie było rady, trzeba było zacząć biec. Miałem ambicje by czas T1 i T2 nie odbiegały zbytnio od czołówki zawodów.

T1

Piękny przebieg po kładce między plażą a strefą z rowerami. Rzut oka na zegarek i niedowierzanie – 18 minut. Wiedziałem, że zawody trwają dłużej, bo później włączyłem zegarek jednak nawet jakbym miał dodać 1 czy nawet 2 minuty to płynąłem szybciej niż sobie wymarzyłem. Podbiegając do roweru rzuciłem okiem na box 3 metry ode mnie. Miało tam być pusto, a okazało się, że rower kolegi Szymona wciąż tam wisi. Szymon najlepiej pływa z naszej trójki i nawet pierwszy wyszedł z wody ale chyba gdzieś się zgubił w drodze do roweru, bo ja dotarłem do bajka przed nim. :D Strefa zmian poszła świetnie. Zimny umysł i wszystko poszło dokładnie tak jak sobie wcześniej przemyślałem. Wybiegając ze strefy z rowerem trzeba było uważać, bo akurat kilka osób wybiegało i nie chciałem się wyłożyć, a po pływaniu nie czułem jeszcze pewności na 100% jeśli chodzi o stanie w pionie. ;)

Bike

bike1_mini

Zaczęły się kłopoty. Nie w wodzie ale właśnie tutaj. Jechałem 27-28 km/h, a tętno wjeżdżało na 155-160 bpm. Takie wartości na treningach to miałem jak cisnąłem na maksa przez parę minut po czym musiałem odpuszczać, bo brakowało pary w nogach. Mocno mnie to zmartwiło. Nie mogłem depnąć mocniej, bo nie chciałem się już teraz ujechać, zresztą nawet nie miałem siły na mocniejsze kręcenie. Teraz już wiem, że organizm dopiero wychodził z szoku po etapie pływackim. ;) Właściwie to nie tyle z szoku, co odetchnął po mocnym pływaniu… o ile da się dobrze odetchnąć cisnąć 30 km/h na rowerze. :)

Pstryczek włączający moc w kopycie przełączył się w głowie gdy Szymon mnie minął lewą stroną. ;) Współzawodnictwo to jednak wspaniała sprawa, o ile nie przeradza się w chorobę. To był moment, w którym sobie nagle powiedziałem, że trzeba cisnąć, zaryzykować i że ni cholery nie dam się! :D Straciłem go co prawda z oczu, bo nie rozglądałem się specjalnie tylko robiłem swoje. Wyprzedzałem i koncentrowałem się na tym by nie draftować, a na początku było to nie lada wyzwanie, bo moje doświadczenie w jeździe na zawodach jest równe zeru. Parę kilometrów później zobaczyłem znowu Szymona. Nie z przodu ale po prawej stronie jak go wyprzedzałem. :) Od przełączenia się pstryczka cały czas przyspieszałem, a tętno albo spadało albo trzymało się na stałym poziomie w okolicach 155 bpm. Jak na mój rower to bardzo dużo i nie byłem pewien czy wytrzymam jazdę w tym tempie, o biegu już w ogóle nie wspominając ale miałem to w d… Chciałem cisnąć.

bike2_mini

Jechałem i dbałem o picie. Było ciepło i chciałem być dobrze nawodniony przed biegiem, by później nie musieć za wiele pić – nikt nie lubi jak mu chlapie w brzuchu. W bidonie miałem ponad pół litra płynu. Myślałem że to dużo, choć wiem, że jestem smok i dużo pije. Okazało się, że w połowie trasy już nie było nic do picia. Zacząłem się męczyć i gdy wreszcie dojechałem do bufetu… to akurat wyprzedzałem lewą stroną i nie chciałem tracić sił i czasu by hamować, zjeżdżać na prawo itp. To było głupie, bo zaczęło się mi robić trochę sucho w mordzie. :P Kolejny bufet był parę kilometrów przed końcem etapu rowerowego. Mocno zwolniłem, a mimo to butelka z wodą odbiła się od ręki. Specjalnie łapałem butlę na samym początku bufetu, bo domyślałem się że może być problem. Drugi chwyt był udany. Jak się dorwałem do tej butli to myślałem że odgryzę jej górę byle się wreszcie napić. Łapczywie wchłaniałem płyn, a to co zostało przelałem do bidonu. Wszystko wyszło ok, bo od razu po złapaniu butli dałem w palnik. ;D Jadąc dalej piłem co chwilka i już myślałem o tym jak się właśnie opijam… tuż przed biegiem. Na kilka minut przed końcem trasy, mimo pragnienia, odpuściłem dalsze picie. Przez cały etap kolarski obserwowałem tylko tętno i prędkość. Prędkość miała być jak najwyższa, a tętno sprawdzałem jak mnie zbyt mocno piekły nogi. Gdy czwórki bolały, a tętno było wysokie, lekko spuszczałem z tonu. Gdy czwórki bolały, a tętno nie było mega wysokie… dociskałem. Podsumowując (jak to mówi Michał) – strategia „zniszczyć obiekt”. ;)

T2

bike3_mini

Kolejna zmiana i kolejny banan na twarzy. Wszystko poszło zgodnie z planem i nie spędziłem w T2 nawet 1 minuty… bo dokładnie 59 sekund. :P

Run

run1_mini

Wreszcie zobaczyłem moich kibiców! Na rowerze mimo pogawędek z innymi zawodnikami zrobiło mi się trochę samotnie. Gdy wybiegłem z T2 zobaczyłem familię i w duchu się uśmiechnąłem. Tylko w duchu bo na twarzy miałem raczej mocny grymas spowodowany wymuszeniem biegu po mocnym rowerze. Było cholernie ciężko czyli zgodnie z planem. :P Największy ból pochodził z mięśni umieszczonych na tyłku. Kuło tak mocno że aż się przestraszyłem ale po chwili to olałem stwierdzając, że do biegu te mięśnie tak mocno mi nie są potrzebne. Taki lol. ;)

Całość biegu właściwie ciężko opisać. Z jednej strony nie działo się nic ciekawego, a z drugiej strony wreszcie byłem wśród ludzi. Tempo zwolniło i można było obserwować co się naokoło dzieje. Tak jak wstrzeliłem się w bieg tak go właściwie skończyłem. Prawie wszystkie kilometry wyszły między 4:35 a 4:40, więc mega meeeega równo. Z jednej strony spoko, bo równe tempo to dobre tempo ale z drugiej strony na ostatnich kilometrach chciałem przyspieszyć i się nie udało. Biegło się komfortowo choć zmęczenie robiło swoje. Sam etap biegowy chciałem zaliczyć poniżej 50 minut i to również udało się zrealizować chociaż tutaj chyba da się jeszcze coś urwać. ;)

run2_mini

Całość dreptania wspominam bardzo fajnie. Co chwila ludzie, plaża, rodzina, kibice, miodzio! Gdy grymas już zszedł mi z twarzy to głównie szczerzyłem zęby co widać na załączonej fotografii. ;) Parę razy wybuchłem śmiechem, np. jak mijałem dziewczynę, która szła i mówiła do siebie przeklinając że „choćby miała już tylko iść to i tak dojdzie do mety”. Poza tym za nawrotkami mijałem się oczywiście z kolegami, którzy starali się mnie gonić choć tak naprawdę dystans między nami się zwiększał. :P Byłem chętny do rozmowy i zaczepiania ludzi, więc chyba nie było ze mną źle. ;-)))

meta0_mini

Meta

Czad. Było zwyczajnie ciężko ale wszystkie systemy działały jak powinny. Nie miałem jakichś zejść czy mroczków przed oczami. Biegło mi się równo, sylwetkę miałem wyprostowaną, wszystko pięknie. Świadomość, że nie wbijam na kolejne kółko trasy tylko skręcam w kierunku mety dodawała mi jeszcze więcej otuchy i pozytywnej energii. Wąskie gardło prowadzące do mety powodowało że ludzie wystawiali piątki i biegnąć przez kordon ludzi wystawiało się rękę, przybijało lotną piątkę i leciało w kierunku taśmy rozwieszonej przez dziewczyny na linii mety. Morda śmiała się okrutnie: meta, ludzie, koniec zawodów, kapitalny czas w który nie wierzyłem nawet w tamtej chwili. Ponoć wbiegając na linię mety spiker wyczytywał moje imię i nazwisko ale ja tego nie słyszałem.

meta1_mini

meta2_mini

Za metą medal, worek z lodem, owoce i zanurzenie się w zimnej wodzie. Trzeba było tylko chwiiiiilę zaczekać na chłopaków, z którymi realizowałem. ;-) Źle nam nie poszło, bo oni poprawili swoje wyniki sprzed roku o około pół godziny =) a ja zaliczyłem debiut, o którym nie śniłem w najśmielszych snach.

W ogóle mega propsy dla Michała i Szymona. Kapitalny klimat, pełno radochy i śmiechu oraz wspólne napędzanie się na wynik i dociśnięcie tempa spowodowały między innymi że ta impreza zostanie prze ze mnie zapamiętam maksymalnie pozytywnie. A teraz czas na małe radosne (Michał bał się, że jak przegram to na blogu będzie smutno :P ) podsumowanie:

Królem Charzykowy został...em ja :P
Królem Charzykowy został…em ja :P

Co dalej? – analiza

Dwa najważniejsze wnioski dla mnie po tej imprezie są następujące: mimo braku techniki do wody wchodzę bez strachu. Dzięki temu zamiast peniać, ze spokojem analizuje co dzieje się wokół mnie: wiem kiedy muszę przycisnąć, a kiedy trzeba zluzować i przestać walczyć z wiatrakami (z tego miejsca pozdrawiam TriWiatraków ;-) ). Drugi wniosek jest dość ogólny – jestem cholera mocny w tę zabawę! :D Oczywiście „mocny” to bardzo subiektywne określenie. Na biegach potrafię wejść w 10-15% najlepszych wyników, a na zawodach tri bardziej walczę o 30-40%, jednak po Tri Charzykowy nabrałem pewności siebie.

Ciekaw jestem co będzie dalej z moim kręceniem korbą. Pochyliłem się na dłuższą chwilę nad tabelką przedstawiającą kolejne 5-kilometrowe odcinki jazdy na rowerze. Średnie tętno na każdym z odcinków spadało o 1-2 uderzenia. Czy mogłem pocisnąć jeszcze mocniej? Oto jest pytanie. Na pewno miałem siłę by cisnąć ale na koniec przestałem palić się do mega roboty, bo chciałem wejść w miarę „świeży” w bieg. Oczywiście „świeży” w tym przypadku oznacza „nie ujechany do granic wytrzymałości”. ;)

Nie mogę się doczekać zawodów w Gdyni. Zobaczymy ile fabryka da w sierpniu na dwukrotnie krótszym odcinku. Smutny wniosek jest taki, że przestały mnie obchodzić wyniki biegowe… a może staram się już usprawiedliwić przed startem w Biegu Świętojańskim? ;o)

P.S. Finalnie miałem czas 2:27:13, zajmując 49 lokatę na 200 startujących.

13 KOMENTARZE

  1. Co za akcja na tym Tri! :) Odnośnie Biegu Świętojańskiego to może uda mi się Ciebie trochę zmobilizować i nieco dłużej utrzymać Twoje tempo niż na Biegu Europejskim:)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here