W sobotę 23 maja lekko „przypruszyło” słoneczkiem i trzeba było się spocić, by pobiec wynik. Życiówki nie było ale zwiedzając zakład IP Kwidzyn dowiedziałem się, że nie spadam już poniżej pewnego poziomu jeśli chodzi o dyspozycję biegową.

Kilka słów o imprezie na dobry początek. Cytując klasyka: „mają rozmach sku…”. To znaczy, Bieg Papiernika to naprawdę spora impreza. Bardzo fajne zorganizowana, w świetnym miejscu, które posiada zajezajesuperfajne zaplecze. Umiejscowienie miasteczka zawodów w/przy hali sportowej ma ten plus, że jest pełno miejsca do przebierania jak i masa toalet. Hale sportowe mają przyjmować tysiące ludzi, więc liczba kibelków musi się zgadzać. Tym samym przed Biegiem Papiernika nie udało mi się odbyć rytualnego tańca-biegańca wokół strefy startowo-obrzeżnej w poszukiwaniu najmniejszej kolejki do toi-toia. ;)

Po umiejscowieniu się na linii startu poczułem dumę. Na zawody przyjechał pierwszy raz mój tata i mega się z tego faktu cieszyłem. Tato stał na widowni gdy my-zawodnicy ściskaliśmy się w swoich strefach. Wydawało mi się że stałem bardzo blisko linii startu aczkolwiek umiejscowiłem się oczywiście we właściwej strefie. Sam start nie należał do najprzyjemniejszych, bo spod nóg pierwszych zawodników uniósł się taki kurz, że nim wybiegliśmy ze stadionu miałem piasek w buzi i oczach… ale po chwili już o tym się nie myślało.

kwidzyn6_mini

Zaraz po opuszczeniu stadionu zakręt w lewo i tempo siadło :P bo zaczęła się górka. Bieg ogólnie należał do spokojnych. Tylko drugi kilometr wyszedł trochę za szybko (4:01), bo było leciutko z górki i noga podawała. Możliwe że noga się pomyliła i podawała nie wtedy kiedy powinna, tj. na ostatnich 2-3 kilometrach. ;-) Tak czy inaczej biegło się szybko i baaardzo sympatycznie. Na terenie papierni było trochę smrodku, z góry trochę słonko piekło ale w głowie było niebo. ;)

kwidzyn8_mini

kwidzyn9_mini

Kolejny mega plus dla imprezy – woda. Wody było pełno, rozdawali całymi butelkami (trochę tego nie rozumiem ale przez to każdy może się wygodnie napić), a na 10 km trasy były chyba 3 miejsca w których można było żłopnąć ;) (nie licząc rozstawionych przez strażaków kurtyn wodnych). W takim wiosennym klimacie przyszło mi przebiec połowę trasy zawodów. Zaraz za piątym piknięciem Garmina nastąpiło zgięcie w pół. Taki jakby telemark tylko bez nart. Biegałem już z kolką wiele zawodów, wiele razy ją rozbiegałem ale tym razem była jakaś niesforna i trzymała się mnie cholera z całej siły. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że powodem było picie wody na 3-cim kilometrze biegu. To nie był najlepszy pomysł ale czułem suchotę w gardle. Tak czy inaczej, drugą połowę trasy bardziej walczyłem żeby się wyprostować i nie krzywić z bólu niż napierałem do przodu.

kwidzyn10_mini

Na ostatnim kilometrze udało się trochę zapomnieć o kolce ale miałem już dość. Nie było szans na życiówkę i morale na epicki finisz były zerowe. Dopiero zbiegając z górki prowadzącej na stadion trochę się bujnąłem licząc na mistrzowską fotę, gdy przelatuje przez linię mety. Standardowo – fotografowie mnie nie lubią, więc się przeliczyłem. :P

Za metą chwilkę czekałem w kolejce na medale ale zobaczyłem że jest również druga linia osób, które blaszki wręczają. Ominąłem więc kolejkę i BACH, przede mną pojawił się Radek Dudycz z wyciągniętą dłonią i medalem. Także oprócz blachy, zostałem zaszczycony „uściskiem dłoni prezesa” i mogłem udać się do wodopoju. :)

Podsumowując: mega polecam te zawody! Myślałem, że będzie startowało trochę mniej ludzi ale okazuje się, że to tak samo masowo-masówkowy bieg jak i GP Gdyni. Dla wielbicieli pakietów startowych powiem tylko, że IP kładzie sos na imprezę i jest fajnie. ;)

2 KOMENTARZE

  1. Dzięki za relację z Kwidzyna. Lubię tę imprezę i mam do niej spory sentyment :)
    I także uważam, za naprawdę dobrze zrobioną, i to do tego za darmo dla uczestników.
    Masówka się robi, cóż, fajna impreza, to frekwencja stopniowo rośnie :)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here