Mocna, piękna i absolutnie zgodna z planem pierwsza połowa miesiąca, po której nastąpiła druga połowa, pełna bólu i z niewielką ilością treningu.

Zdaje sobie sprawę że ten wpis powinien pojawić się 2 tygodnie temu ale zwyczajnie nie dałem rady. Chciałbym jednak podzielić się tym co działo się w czerwcu. A trochę się działo.

Problemy ze stopą i łydką zaczęły się już wiele tygodni temu. Treningi szły jeden za drugim, wszystko pięknie. Później cudowny start w Triathlon Charzykowy. Ból był ale starałem się o nim nie myśleć a po rozgrzaniu organizmu cudownie ustawał. ;) Po Nocnym Biegu Świętojańskim zacząłem kuleć nie na żarty i trzeba było coś z tym zrobić.

Całość dobrze ilustruje poniższy zrzut z miesiąca treningowego (kliknij na obrazek by powiększyć):

moj-trening-2015-06

Dwa ładnie przetrenowane tygodnie po których nastąpiła chęć odpoczynku i stuprocentowej koncentracji na rzeczach innych niż sport. Przy okazji w tym tygodniu przeprowadziłem na sobie mały test. Z jednej strony chciałem się lekko odświeżyć i odpocząć, a z drugiej strony sprawdzić czy rozruch na kilka godzin przed zawodami dobrze mi zrobi. Dlaczego to wszystko? Otóż od wielu miesięcy zauważam u siebie coś takiego, że jeśli mam 2 dni przerwy w treningach to kolejna aktywność przychodzi mi z dużym trudem. To szybko mija ale na Biegu Świętojańskim chciałem być w maksymalnym gazie. Stwierdziłem, że kilka kilometrów rozruchu (z paroma krótkimi i szybkimi przyspieszeniami) mnie nie zmęczy i choć te 5-6 kilometrów biegło mi się kiepsko to w nocy na zawodach czułem się kapitalnie.

Życiówka poprawiona o półtorej minuty mówi sama za siebie. Wiem, że będę dalej próbował testować takie rzeczy. O ile w przypadku startu o godzinie 13:00 mogę wstać wcześnie rano i pójść na 30 minutowy rozruch, to w przypadku gdy zawody zaczynają się o 7, 9 czy nawet 11 może być już ciężko. Oczywiście zawsze można pobiegać dzień wcześniej na wieczór ale na własnej obserwacji widzę, że nie przynosi to takich korzyści – głównie w samopoczucie podczas biegu.

Wracając do czerwcowego trenowania. Po zawodach na 10 km w Gdyni przestałem biegać… i chodzić. Jeśli już chodziłem to do fizjoterapeuty na gniecenie, wyginanie i inne zabiegi. To był ból! Z biegiem czasu zauważyłem że łydka już odpuściła ale nie stało się to od razu. Od końcówki czerwca zdecydowanie przestałem zaniedbywać rozciąganie po treningach. Wróciłem do starych, dobrych nawyków i dało to nadspodziewanie szybko dobry efekt. Jednak problem pięty pozostał i wciąż się ciągnie. Może w lipcowej aktualizacji „mojego treningu” napiszę więcej, gdy będę już bogatszy w wiedzę.

Tak jak widać po kalendarzu, w drugiej połowie czerwca starałem się już nie biegać. Choć nie powinienem, wystartowałem w biegu górskim, do którego podszedłem raczej „run for fun” – było fajnie… do czasu schłodzenia się organizmu i nawrotu bólu pięty. Dzień później na rozjeżdżenie mięcha zrobiłem 72 km na rowerze. :) Podsumowując, od Biegu Świętojańskiego więcej odpoczywałem niż trenowałem. Waga rosła :P a pływalnia była zamknięta, więc nawet się nie pomoczyłem. Sytuacja powodowała wzrost irytacji ale wbiłem sobie do głowy, że lepiej 2 tygodnie przeleżeć niż się załatwić na 2 miesiące lub więcej. ;)

A tymczasem życzę Ci Drogi Czytelniku cudownego nadchodzącego tygodnia… bez kontuzji i innych bóli. :)

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here