Cudowny półmaraton, dobry nastrój i bum. Z maratonem nie ma żartów. Nie można sobie pozwolić na błędy, a ja popełniłem ich całe mnóstwo.

Był piękny letni dzień. Kwiatki nie przejmowały się oziębieniem klimatu, ludzie podobnie, ponieważ pojawili się gromadnie by kibicować przebiegającym zawodnikom… chwila, zaraz,… zacznijmy od początku.

Przygotowania (pod względem biegania) przeszły bez specjalnych problemów. Tu bolało, tam bolało, czyli proza życia. Bardzo dobrze zdawałem sobie sprawę z własnych słabości. Nawet na treningach dawały mi się one we znaki. Podobno maraton jest takim biegiem, który pokazuje nam mocno i wyraźnie nasze błędy i braki. U mnie ich lista jest całkiem pokaźna:

– zupełny brak ćwiczeń stabilizacyjnych – czułem to nawet na szybszych treningach, szczególnie w ostatnich tygodniach. Każde mocniejsze bieganie lub zawody powodowały bóle w dolnej partii pleców. Często gęsto przez to psuła się sylwetka biegowa, a kto wie ile oprócz tego straciłem mocy nie potrafiąc w pełni wykorzystać siły własnego ciała na rowerze.

– alkohol w tygodniu startowym – to jest w ogóle ciekawostka. Ja właściwie w ogóle nie pije. Tydzień przed startem wyjechałem jednak do Łodzi i… wtorek, środa, czwartek… po 3 piwka na wieczór. Dla mojej głowy to było w sam raz żeby rano mieć lekki szum. Tak, wiem, to było bardzo mądre.

– mecz(e) piłki nożnej w tygodniu startowym – była trawa, był czas wolny, była piłka i dobra pogoda. Byli też przede wszystkim fajni ludzie do gry. No to jechana. Trochę sprintów, trochę wysiłku, trochę obkopanych piszczeli. Nie wiem czy to miało jakiś wpływ ale zamiast taperingu (biegałem nawet mniej niż było w planie) pośmigałem trochę za futbolówką. Nie było tego wiele ale przygotowania do maratonu pewnie mnie trochę zmęczyły i nawet taka pierdoła mogła mieć wpływ na niepełny wypoczynek przed zawodami.

– kolejne 50 błędów to 50 spojrzeń na zegarek na pierwszych 20 kilometrach samego maratonu. Od samego początku wiedziałem że tętno jest co najmniej o 5 oczek za wysoko, a pewnie nawet o 10. Biegło mi się jednak fajnie, równo i myślałem że to wytrzymam. Czułem że powoli się męczę i to już na pierwszej dyszce. Takie samopoczucie to alarm i bicie w dzwony, a ja dalej brnąłem jak ten muł. Jak to napisał trener o moim wyniku „3:35:44 chociaż apetyt był lepszy, ale kto nie ryzykuje, ten…”. Fakt, że czasami ryzykuje i się to opłaci jednak nie wiem czy w tym przypadku było to podjęcie ryzyka czy istne szaleństwo. ;) Aczkolwiek tak jak pisałem, czułem się mocny.

Do Warszawy przyjechałem w sobotę popołudniu. Krótki kurs PKP z Łodzi, a później z buta do hostelu i na Narodowy. Każdy odcinek w okolicach 2 km, więc zrobiłem sobie spacerek. Pakiecik, dodatkowa piona z Fundacją Rak’n’Roll i po krótkim zwiedzaniu mogłem wracać do hostelu. Zaraz potem wylądowałem na Nowym Świecie i wsuwałem makaronik. Wszystko szło elegancko. Spanko też było odpowiednie. Gdy po 6 rano poszedłem do kuchni było tam kilka osób. O dziwo wszyscy wciągali chleb z miodem/dżemem i tym podobne specjały. ;) W sumie czego tu się spodziewać – niedziela 6 rano.

2 z arturem

Na spokojnie ogarnąłem klamoty i trzeba było przespacerować się na Narodowy. Tam spotkałem się z Olą i Arturem, których z tego miejsca serdecznie pozdrawiam. :) Powoli zacząłem szykować się do walki. Krótka rozgrzewka i już stałem w blokach. Spiker coś tam opowiadał, że nie trzeba cisnąć na maksa tylko można pobiec dla zdrowia, na co odparłem: „fakt, dystans taki zdrowy”, przez co razem z okoliczną brygadą przekroczyliśmy linię startą z bananami na twarzy. :)

3 przed startem

Ciężko mi opisać słowami sam bieg. Na szczęście bardzo dobrze udaje mi się wymazać te chwile z pamięci. W innym wypadku nie zapisałbym się na kolejny maraton, a mimo wszystko chcę to (chyba) zrobić. :P Już w okolicach 8-ego kilometra złapała mnie myśl czy ja czasem nie jestem za mocno zmęczony jak na tak wczesny etap biegu. Tętno od początku miałem w okolicach 160 bpm, a przy utrzymywaniu tempa na takim poziomie tętno raczej już mi nie maleje. Szarpałem się z myślami ale nie zmieniałem swojego zachowania. Biegłem tym samym tempem, nie pozwalając uciec balonikowi oznaczonemu 3:20. Z drugiej strony chciałbym się wytłumaczyć. To nie jest tak że leciałem z wywieszonym jęzorem. Biegło mi się wygodnie. Tyle że mając LT na poziomie 155 bpm nie powinienem zaczynać maratonu nad tym poziomem.

4 bieg

Czasami balonik się oddalał a ja powoli zaczynałem odpuszczać gdy nagle po kilkunastu minutach znowu biegłem razem z grupą i „moim” balonikiem. Im dalej w las tym czułem minimalnie nadchodzące zmęczenie, a jeszcze nie minęła połowa dystansu. Gdy zobaczyłem na zegarku dystans 21,2 km i czas 1:41 to zapukała do mnie wielka wiara w siebie. Nie chciałem już co prawda bić 3:20 (choć wcześniej tak dobrze mi się biegło, że i o tym myślałem) ale stwierdziłem, że nawet jak bym biegł tyłem i na rękach to nie pobiegnę drugiej połówki tak źle by nie złamać chociażby 3:25… tak bardzo byłem w błędzie.

5 bieg

Drugiej połowy biegu nawet szkoda opisywać. Kilka kilometrów za półmetkiem zacząłem nieznacznie zwalniać. Po 30-stym kilometrze znowu mnie przyhamowało, a im dalej w las tym było gorzej. Ściana? Nie, dupa blada i ułańska fantazja. Dałem ciała na całej linii. Wiele razy szedłem, gdzieś po drodze przydarzyło mi się skopać barierkę ze złości. Na ostatnich kilometrach miałem już tak wylane na wszystko, że szedłem wzdłuż bufetu i wlewałem w siebie kolejne kubki wody. Mocno mi się chciało pić, mimo że na prawie każdym wcześniejszym bufecie łapałem kubek i brałem łyczka. Co jakiś czas byłem w szoku jak szybko doganiają mnie i mijają kolejni pacemakerzy. Nie wierzyłem w to jak bardzo się pomyliłem, że 3:30 to złamię z palcem w… Na ostatnich kaemach zaczął mnie jeszcze łapać lekki skurcz w łydce. Dla mnie to była kolejna okazja by się zatrzymać i porozciągać. Poddałem się, a wszystko to przez niezrozumienie siebie i dystansu na jakim biegłem.

Film z 38 kilometra. Widać mnie na 35:16 – o dziwo biegnę choć jakoś dziwacznie.

Gdy na zegarku wybiło 42 km zrobiło się ciekawiej. Wbiegnięcie na Stadion Narodowy to coś pięknego. Doznałem lekkiego „o ku… jak tu pięknie”. ;) Ludzie z prawej, ludzie z lewej, po prawej na rampie, a nawet na górze na koronie stadionu – tak wyglądało wbiegnięcie w tunel by dostać się do środka – tunel z ludzi. :) Kapitalna sprawa. Jak tylko wbiegłem w tunel to się zatrzymałem… 200m od mety… i zacząłem walczyć z mocno dokuczającą łydką. Wszystko po to by w miarę prosto przebiec ostatni kawałek na Narodowym. :D Śmieję się teraz z siebie. Rozciągając się w tym miejscu chyba bardziej rozjuszyłem łydę, bo po „murawie” wydawało mi się że biegłem przekrzywiony i jakby kulejąc. Takie to było piękne przeżywanie mety na Narodowym, ehhhh.

Ręka w górze chyba z radości, że to już koniec. :P

Za metą wielka złość na samego siebie i łzy które pojawiły się niewiadomo skąd. Na szczęście odnalazł mnie znajomy, z którym mieliśmy biec razem na 3:30, więc musiałem wziąć się w garść. Trzeba było jakoś wypaść na foto. ;-)

Fotka z Pawłem J. Przy okazji zapraszam do obejrzenia jego prac jako ilustratora :) http://paweljonca.com
Fotka z Pawłem J. Przy okazji zapraszam do obejrzenia jego prac jako ilustratora :)

Czas na jakieś mądre podsumowanie. Słuchajcie siebie, bierzcie pod uwagę wiele rzeczy. Nie jesteśmy niezniszczalni. Z drugiej strony, nie bójcie się czasami zaryzykować. Trzeba jednak wiedzieć, w którym momencie ryzykujemy, a w którym ponosi nas fantazja. W moim przypadku nie mogę pochwalić się podjętym ryzykiem i powiedzieć, że nie wyszło. To była seria błędów, która skończyła się tak jak musiała się skończyć. „Ładnie” podsumowałem to tuż po biegu na FB: Maraton to sku*%#yn. Zażartowałem z niego, a on mnie zabił. Nie żartujcie sobie ze sportów wytrzymałościowych. Bądźcie cierpliwi, chyba że wolicie później jęczeć nad sprawiedliwością świata jak autor tego wpisu w powyższych akapitach. ;)

Na koniec jeszcze jedna myśl. Nie złamałem 3:30, wciąż jestem daleko od tego wyniku. Po powrocie do hostelu rozmawiałem z innymi maratończykami. Oczywiście nie wszystkim poszło tak jak miało ale razem stwierdziliśmy, że „Nie jest źle. Wciąż mamy nogi, wciąż możemy próbować”. Tego się trzymajmy. Mniej narzekania, więcej pracy.

23 KOMENTARZE

    • Hej,
      Dzięki. ;)
      HR max jakie miałem w 2014 roku na finiszu biegu na 10 km to 187. W tym roku na żadnym biegu nie zbliżyłem się do tej wartości. Stref nie wyznaczam. Trening ustawia mi trener. Patrzę tylko w który miejscu dzieli mi się strefa druga na pod oraz nad progiem LT, bo ciekaw jestem jak czuje się podczas treningu w okolicach tych wartości.

  1. Witaj,

    Przeczytałem z uwagą cały twój artykuł o niezrealizowanej życiówce w 37. Maratonie Warszawskim.

    Jako osoba która ma na swoim koncie 21 maratonów to muszę ci powiedzieć, że na treningach nic nie powinno cię boleć! Tyczy się także osób które dopiero zaczynają biegać bez względu czy palą papierosy czy są wręcz otyli.

    Jednak jak patrzę na swoich treningach jak takie osoby biegają (często na głoda, brak rozgrzewki, początek na maksa, brak nawodnienia, bieganie w butach w których chodzi się na co-dzień no bo przecież są sportowe, non stop piszczący monitor tętna sygnalizujący pracę w górnej strefie, nieumiejętność trzymania jednostajnego kroku, ciągłe gapienie się w smartfona, ubranie nie dostosowane do warunków zewnętrznych) to ręce mi opadają a co gorsza to taką osoba wyprzedza mnie a potem ma problem na końcówce z dotrzymaniem mi kroku.

    Wracając do twojego maratonu to powiem ci, że ostatni tydzień to odpoczynek. Jeśli maraton jest w innym mieście niż twoje miejsce zamieszkania to jeśli maraton jest w niedzielę to jedziesz już w piątek po to, by w sobotę wypocząć i wyspać się. Wszelkie „spacery z buta” trzeba sobie darować i skorzystać z komunikacji miejskiej. Trzeba oszczędzać nogi!

    Pamiętam, jak kilka lat temu na biegu 48 godzinnym zaczęliśmy go marszem. Wtedy wszyscy mówili, że nie powinniśmy uczestniczyć w takim biegu. Niestety, kluczem w maratonie i biegach ultra jest odpowiedni start.

    Jak patrzę się na ludzi biegnących maraton (często znam osoby które w nim biegną) to dziwię się im widząc ich pęd na samym początku (wiedząc, że ich tempo jest o wiele mniejsze) a potem ich narzekanie, że nie udało się zrealizować życiówki. No kurcze! Maraton nie jest miejscem do eksperymentów – od tego jest trening.

    Teraz odżywianie na trasie..
    Nawadniać trzeba się regularnie a nie dopiero wtedy gdy jesteś zmęczony i zaliczasz wszystkie okoliczne bufety. Uzupełnianie wtedy wody ugasi tylko twoje pragnienie ale nic poza tym bo nic w tej wodzie nie ma – chodzi mi o składniki odżywcze przydatne organizmowi w sytuacji gdy jest skrajnie wycieńczony.

    Bolące łydki to braki w treningach i start nie dostosowany do swoich możliwości.

    Po maratonie zamiast zatrzymywać się od razu, pobiegaj jeszcze chwilę zmniejszając stopniowo swoje tempo. Po co? Bo ty skończyłeś maraton ale twoje serce bije jak oszalałe. Odpowiednie zakończenie (mały trucht) po maratonie to gwarancja bezproblemowego wstania z łóżka następnego dnia.

    Podsumowanie :)

    Jeśli nie umiecie dobrze się przygotować do maratonu to podpatrzcie innych jak realizują swoje przygotowania przedstartowe a najlepiej to z nimi pogadajcie. Ryzykowanie na maratonie ma sens tylko wtedy, gdy zna się swoje możliwości po 30 km. Start szybszym tempem niż wyuczony zniweczy wasze plany bo organizm zwyczajnie temu nie podoła. I to widać w tym artykule :)

    Pozdrawiam,

    • Hej,
      Wielkie dzięki za wiedzę przekazaną w komentarzu. :) Super się to czytało. Generalnie wiedzę tego typu ja posiadam ale gorzej było z wprowadzeniem jej w życie. Jeśli plan rozjeżdża się z rzeczywistością (lub tzw. życiem) to później są efekty takie jakich ja doświadczyłem.

      Co do picia to piłem na prawie każdym bufecie. Dopiero jak zwolniłem mega to zamiast popijać łyczkami zacząłem siorbać na potęgę. Takie picie w trakcie wyścigu nie byłoby dobre.

      No i rozbieganie na koniec. Moje tętno na ostatnich 10 kilometrach spadało, wiec nawet nie było czego rozbiegać. ;) Trucht czy marszobieg urządziłem sobie już przed linią mety ;-))))

      Wyszło jak wyszło, mam nauczkę na przyszłość. Wiem co zrobiłem źle i trzeba będzie nie robić tak więcej.

      Pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję za lekturę! :)

  2. A mnie tym razem najbardziej zainteresowało granie w piłkę przed startem, bo staram się łączyć bieganie z taekwondo (też amatorsko i coraz bardziej na rzecz biegania :)). Z jednej strony rozwiązuje mi to problem ćwiczeń u biegacza, z drugiej ogranicza objętość, gdyż muszę uważać na przeciążenia. No i czasem trudno mi wplatać treningi na sali w rozpiskę biegową, traktuję je jak mocniejsze akcenty, czyli dzień później planuję co najwyżej rozbieganie. Z kolei jeśli chcę pocisnąć na zawodach, to opuszczam tkd gdy wypada dzień lub dwa wcześniej. W maratonie jeszcze nie debiutowałem.

    • Granie w piłkę było jednym z większych błędów przed maratonem. Z jednej strony stawy dostały w tyłek, z drugiej strony mocno się wymęczyłem biegając intensywne krótkie odcinki.
      Co do sztuk walki to w świetny sposób przygotowują one pod względem wydolnościowym i sprawności ogólnej, czego jesteś najlepszym przykładem. :P

  3. Witam. @Grzesiek – nie wmawiaj sobie tego, że bieganie + taekwondo pomoże ci w treningach przygotowujących do maratonu. Aby dobrze pobiec 42,195 km trzeba wybiegać sporą ilość na treningach i raz w tygodniu zrobić długie wybieganie (rzędu 20-30 km). Dobrze jest też uzupełniać bieganie jazdą rowerem ale dystanse powinny wynosić powyżej 20km. // @Marcin – ból łydek niech będzie dla ciebie nauczką, że jeśli zakładasz na treningach bieg z określonym tempem to nie ryzykuj podkręcać tempa już na starcie bo w większości wypadków koniec maratonu będzie bolesny. Na koniec – jeśli łapie cię skurcz łydek to nie rozciągaj się!! Należy delikatnie masować łydki wykonując lekkie okręgi na nogach od góry do dołu. Gdy skurcz minie to nie biegnij wtedy tylko zacznij od szybkiego marszu a potem powróć do biegu. W przeciwnym wypadku (natychmiastowy bieg po ustaniu bólu) łydki dadzą o sobie znać jeszcze przez metą co sam doświadczyłeś. Relax, take it easy :) // Mimo wszystko gratuluję ci ukończenia maratonu!

    • Dzięki. Aktualnie kończę swój drugi sezon biegowy startując w zawodach 5k-półmaraton, w najbliższy weekend moja czwarta połówka w Gdańsku (startujesz może?). Do połowy przyszłego roku planuję kontynuować taki sposób trenowania, a latem zwiększyć kilometraż za sprawą dłuższych wybiegań (w przerwie wakacyjnej nie mamy zajęć taekwondo więc nie będzie kolidować) i jeśli będzie ok, to może zadebiutuje w maratonie np. w Poznaniu czy Toruniu. Dziękuje za tipsa z masażem, mam nadzieję, że się nie przyda ;-) Pozdrawiam

        • Mimo skromnego doświadczenia w biegach idzie mi raczej dobrze, tylko właśnie czy nie za dobrze, czy te życiówki ostatnich miesięcy to nie był jakiś przypadek? Zweryfikują to kolejne starty, tak czy inaczej biegi dają mi ciągle frajdę. Pokusa debiutu na wiosnę oczywiście ciągle się tli;-) Jednak w pierwszej połowie 2016 marzy mi się 5k < 19 min., 10k < 40 min. (nie wiem czy 11.11.2015 Świętojańska mi na to pozwoli), PM < 1:30 (w najbliższą niedzielę zakładam 1:30-1:35 wobec 1:38 w Pucku, gdzie akurat nie było upału), no i < 50 min. na naszych górskim, a w przynajmniej powalczę, to taka motywacja, żeby odłożyć ryzykowny debiut w maratonie. A Poznań fajna sprawa :-)

          • W Pucku nawet jak nie jest ciepło to trasa jest nienajłatwiejsza (choć bardzo przyjemna). W Gdańsku jest klepanie asfaltu, nuda ale długie proste a przez 1,5h się nie wynudzisz. ;-) Może być okazja na fajny czas.

            Myślę że najdalej jest 50 w górskich. ;-)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here