Miało być łamanie 40 minut z uśmiechem na ustach. Wyszło 42:26 z bólem i złamaną dumą… z tym bólem to nie do końca, bo gdy uświadomiłem sobie że nie ma już żadnych szans na życiówkę to przestałem walczyć na 100%.

Na poczatku zawsze „odpada” głowa. Jeśli nie mamy mocnej głowy, to nie pobiegniemy na maksimum naszych możliwości. Tak też zakończyła się moja przygoda z Gdyńskim Biegiem Niepodległości 2015. Poniższa tabelka, wieńcząca 3-ci rok startów w biegach gdyńskich miała wzbogacić się o cudowne zakończenie z trójką na początku. Chciałem pokazać jak to każdy startując z poziomu 59 minut na dyche, może ze średnim poświęceniem w 3 lata pobiec fajny wynik. Nie pokazałem…

zestawienie biegów w gdyni

Zacznijmy jednak od początku… ;) Do biegu przystąpiłem wyluzowany. Przez parę dni przed biegiem zacząłem sobie wymyślać, czego to nie zrobiłem by jak najlepiej przygotować się do tych zawodów. Albo co zrobiłem, a nie powinienem był. Dość szybko jednak pozbyłem się tych myśli. Zastąpiłem je tymi o wielu godzinach treningu które przeszedłem. Poza tym wszystko co się wydarzyło jest już przeszłością i tego już nie zmienimy, dlatego na starcie stanąłem bez bagażu negatywnych emocji.

Wchodząc po raz pierwszy do żółtej strefy startowej czułem się coraz bardziej zmotywowany. Już nie byłem ospały jak kilka godzin przed startem. Psychicznie byłem podbudowany, wszystkie złe emocje zostały wyłączone, adrenalina zaczęła lekko się podnosić i byłem gotów do walki. Z drugiej strony nie byłem zbyt mocno nabuzowany i rozgorączkowany. Podsumowując: spokój ducha przy jednoczesnej pełnej motywacji – nastrój wzorowy. ;)

Było fajnie, ciepło jak na listopad. Zdecydowałem się na start w samej koszulce i to była bardzo dobra decyzja. Obok siebie w strefie startowej miałem kolegę Grześka, z którym razem mieliśmy lecieć na złamanie karku… tzn. 40 minut. ;) Tuż przed nami ustawił się Błażej z suchaszosa.pl. Sielankowa i przyjazna atmosfera została przerwana odliczaniem i krzykiem START.

Fajnie się biegło tylko trochę wolno. Na zegarku latały cyfry typu 4:30. Wiadomo, początek biegu, człek przy człeku, noga przy nodze. Trzeba było gonić. Goniliśmy nad wyraz skutecznie, bo pierwszy kilometr wyszedł w 3:55. Czyli goniąc biegliśmy sporo szybciej. Minimalnie zrewidowałem tempo, czyli zwolniłem ale tak by trzymać się jak najbliżej 4:00 i powiem szczerze że czułem się fajnie! Głowa zaczęła snuć plany ale coś niedobrego stało się na krótkim podbiegu na końcu ulicy Polskiej. Mocno zwolniłem, bo tak zwykle robię w tym miejscu, by się zbytnio nie umordować. Biegnąć z górki było jeszcze ok ale chwilę później odczułem nagły spadek sił. Nie wierzyłem w to co się dzieje, bo samopoczucie podczas biegu po ul. Polskiej nie zwiastowało takiego obrotu sytuacji. Ale cóż było zrobić, trzeba walczyć. :)

4-ty kilometr w 4:22 zburzył moją wizję tego biegu ale nadal uważałem, że zaraz się odblokuje i nawet na Świętojańskiej wyrwę do przodu. W pamięci miałem Bieg Świętojański, na którym pod górkę biegłem z jeszcze większą frajdą niż po płaskim. Tym razem historia przypominała bardziej moje bieganie sprzed dwóch lat gdzie każdy, najmniejszy podbieg był zderzeniem się z armią „trzystu”. Pod górkę w 4:37, a później ostatnie kilometry w okolicach 4:15, co nie byłoby złym bieganiem gdyby się nie marzyło o łamaniu 40:00 na dyszkę. Poprawnie wykonane biegi gdyńskie kończyłem w tym roku kilometrami zdecydowanie poniżej czterech minut.

bieg niepodległości meta

Podsumowując, oczywiście za szybko zacząłem ale (nie po raz pierwszy) nie czułem tego że nogi się gotują. Wszystkie systemy działały sprawnie. ;) Trochę to dla mnie cios, że nie potrafię wyczuć poprawnie własnego organizmu. Nie biegam może od wielu lat ale 3 sezony startowe mam za sobą. Cóż, zaryzykowałem i wróciłem do wyniku sprzed roku. Może zbiorę się wreszcie na wpis podsumowujące moje treningi, bo nie robiłem takowego pół roku, a mam sporo przemyśleń.

Po tym wszystkim wbiłem sobie w głowę, że jeśli nie wykonam dodatkowej pracy (praca nad core, zrzucenie wagi, wyższej jakości posiłki) to o dalszy rozwój może być w moim przypadku ciężko. Co dalej? Nie wiem. Trenuję dalej, bo sprawa mi to radochę. Ambicje do poprawiania wyników są ale najwidoczniej nie aż takie, by porzucić słodkości i tym podobne. Fatalnie.