To był bieg ściśle według założeń trenera. Miał to być mocny trening i taki był. Wyjątkiem był pierwszy kilometr, który pobiegłem dużo za szybko. Trener podsumował to zgodnie z prawdą „mistrz pierwszego kilometra”. ;-) Na szczęście w porę się opamiętałem i nie było „jak zwykle”.

Piszę te słowa w poniedziałek, dwa dni po biegu. Z perspektywy czasu wspominam ten dzień prze-mega-sympatycznie. Chciałem zaliczyć spokojny bieg. Myślałem nawet o zającowaniu na 50-52 minuty ale trener przywołał mnie do porządku i przypomniał, że biegnę po 4:30 i na koniec, jeśli będę chciał to mogę… przyspieszyć. ;-)

Dzień rozpoczął się mgłą i temperaturą minimalnie powyżej zera. Trochę posmutniałem, bo nastawiałem się na fajny, słoneczny event. W ciągu następnych godzin zrobiło się jednak o wiele przyjemniej.

 

Po przyjeździe do Gdyni potruchtałem pod akwarium by przybić piątkę wariatom z Trzymam Tempo Team. Pogadalimy, pośmialimy się, zrobiliśmy fotkę i tyle. Przy okazji spotkałem Michała, z którym startujemy w tri. Po krótkiej pogawędce dał się namówić na mój niecny plan związany ze startem w zawodach, po czym rozpoczęliśmy rozgrzewkę.

 

Parę minut przed startem weszliśmy do białej (40-45) strefy startowej. Ustawiliśmy się na samym końcu i obserwowaliśmy co się dzieje. Michał chciał pobiec razem z białą ale zatrzymaliśmy się i poczekaliśmy aż dojdzie do nas fala granatowa. Punkt pierwszy mojego planu został zrealizowany – byliśmy w pierwszej linii na starcie. :D Drugim punktem planu było wyskoczenie na czub grupy i uśmiechanie się do fotografów. ;)

Jak widać na poniższych zdjęciach punkt drugi został zrealizowany. Chore? Być może. ;) Lewandowski mi się włączył. ;) Te dwa punkty dobrze ilustrują jak podchodziłem do tego biegu – z jajem. :) Wciąż poszukuje swoich fotek, na których wymachuje rękoma i robię głupie miny. Humor miałem wyborowy. Cała ta gonitwa skończyła się wibrującym zegarkiem po równych 4-ech minutach. Spojrzałem i pomyślałem „oho, trochę przekozaczyłem”. :) Dodatkowo Michał z boku parsknął śmiechem, że lekko mnie pogięło, że trzeba się opamiętać i ogólnie „hold your horses”. ;)

12698430_1053730691334677_8785165785748393101_o_mini

Nadszedł czas na punkt trzeci planu, tj. stały bieg w okolicach 4:30’/km. Kaemy wychodziły po 4:30-4:40. Biegliśmy i rozmawialiśmy, choć z biegiem czasu rozmów było coraz mniej. Nie jest to dla nas tempo konwersacyjne, więc nie ma się co dziwić. Pamiętam, że równo po czterech kilometrach okazaliśmy zdziwienie, że już tyle przebiegliśmy, a nie zaczęła się jeszcze zadyszka. Zwykle po czterech kilometrach mam ochotę zwymiotować i położyć się na trawie, a w głowie mam myśli, że za 3 km trzeba będzie jeszcze przyspieszyć. ;)

Półmetek minęliśmy z czasem ok: 22:25, czyli po 4:30 jak z bicza strzelił. :) W biegu powiedziałem Mike’owi, że na Świętojańskiej trzeba będzie się spocić, bo dalej lecimy po 4:30. Wyszło 4:37 aczkolwiek komfort biegu był wciąż ogromny jak na ten etap zmagań. Michał został kilka metrów z tyłu, więc bez specjalnych tłumaczeń mogłem zacząć realizować ostatni punkt planu. Ósmy km z Piłsudskiego minął w 4:22, kolejny w 4:25 i dopiero jak piknął 9 „lap” na zegarku to depnąłem, i zacząłem masowo mijać zawodników. Zaczęło się sapanie ale z uwagi na dobre samopoczucie zacząłem wykrzykiwać do pani biegnącej obok, że ma nie odstawać i mnie gonić. Trochę bawiłem się tempem, lekko zwolniłem, pokrzyczałem i znowu przyspieszałem. Bieg z jajem. ;)

12694756_1053730871334659_7524872087743843276_o_mini

Na mecie potrzebowałem chwili by złapać oddech, jednak było to zgoła odmienne uczucie. Tym razem nie wieszałem się na barierkach i nie rozglądałem za służbą medyczną, by wiedzieć w którą stronę wydać ostatni krzyk jeśli będę padał na glebę. ;) Zaraz z metą spotkałem Łukasza, którego będziecie mogli bliżej poznać w kwietniowej relacji z maratonu w Dębnie jeśli się na niego wybiorę. :) Za chwilę zobaczyłem jeszcze Jacka i Michała, których pozdrawiam (będziemy się razem „bawić” na IM Gdynia 2016 :D). Po tych radosnych chwilach nagle zrobiło się cholernie zimno. Nie lubię zimy, luty ssie! ;) Chociaż co to za zima. Podczas biegu mieliśmy nawet +9 stopni. Jednak pół godziny później za metą znowu było bliżej zera.

fot. dziennie5km.wordpress.com
fot. dziennie5km.wordpress.com

Dalej to już tylko termokocyk, pogadanka z kolegami, pogadanka z trenerem (pozdro Piotr!) i… pączki, które czekały na mnie cały ten czas. :P To był dobry dzień!

finisz

P.S. Jak ktoś startuje z szybszej strefy niż ma wynik to jest trąba maksymalna. Startowałem z przodu strefy granatowej (46-50′). Pobiegłem na wynik 44:30 i przez 100% zawodów miałem totalny luz jeśli chodzi o miejsce do biegu. Najgorzej było na bulwarze, bo tam robi się wąsko, a ja wtedy trochę przyspieszyłem ALE również nie miałem problemu by wyprzedzać nie manewrując prawo lewo. Polecam!

P.S. 2. Chciałem jeszcze raz podziękować Michałowi za towarzystwo podczas biegu. Nie dał ciała i mimo pierwszego kilometra z jajem, a nawet dwoma (bo 4:00 ;) ) ogarnął temat i nie został w tyle. :)

9 KOMENTARZE

  1. Widać run for fun. To tak jak z oglądaniem filmów, czy słuchaniem muzyki – można na kompie albo pójść do kina, czy na koncert. Podobnie można potrenować samemu albo pobiec w zawodach :-)

  2. Troche nie przesadzasz:)

    „nie wieszałem się na barierkach i nie rozglądałem za służbą medyczną, by wiedzieć w którą stronę wydać ostatni krzyk jeśli będę padał na glebę. ;) ”

    gratuluję wyniku no i formy!

    • Dzięki! :)
      W sumie to nie przesadzam. Prawie zawsze wieszałem się na barierkach lub nawet siadałem lub klęczałem z boku za metą. :) Ale to tylko na dyszkach. Na półmaratonie już tempo jest na tyle wolne, że nie leci i nie finiszuje się z wywieszonym jezorem. ;)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here