Miło jest przebiec się po raz pierwszy wieloma ulicami swojego miasta. Biegło się fajnie. Trochę zimno ale z uwagi na dość komfortowe tempo można było przybijać piątki i rozdawać uśmiechy na prawo i lewo. Cała radość z tej imprezy sportowej skończyła się za linią mety choć listę wtop organizatora zacząłem tworzyć już przed pierwszym wystrzałem startera.

Po pełnym tygodniu rozpusty na sopockich chodnikach (zjazd firmowy :D) dotarłem do hali sportowej w Gdyni. Pakiecik odebrałem, wszystko ładnie i pięknie. Na Facebooku rozpoczęła się jednak litania narzekań, że ludzie są przydzieleni do nie swoich stref startowych. Najpierw usłyszałem, że był zapis w regulaminie mówiący o tym, że osoby zapisane po konkretnym dniu (ponad miesiąc przed imprezą) zostaną przydzielone do ostatniej strefy startowej. Trochę dziwne i tego nie rozumiem ale regulamin to regulamin. Gorzej, że później dowiedziałem się, że osoby biegające wolniej ode mnie zostały przydzielone np. do elity. Wtopa numer jeden dosyć poważna i z tego co wiem organizator nie zamierzał nic z tym zrobić.

Ja nie miałem żadnego ciśnienia na bieg, więc poziom stresu wynosił zero. Ustawiłem się w swojej (prawidłowej hehe) strefie startowej. Za mną był balonik na 1:42, a ja pierwotnie myślałem by pobiec sobie równo na 1:45. Plan był taki by biec sobie spokojnie do momentu aż dogoni mnie pacemaker na 1:42 i zabrać się razem z nim… spoiler: nie wyszło tak jak zamierzałem. :P

Półmaraton jest fajny. Na tyle krótki by się nie zajechać psychicznie jak na maratonie i na tyle długi, że można być świadkiem wielu sytuacji podczas biegu. Na trasie spotykałem sporo znajomych, zarówno po stronie kibiców jak i biegnących. Do niektórych dołączałem i biegłem, niektórych tylko mijałem, bo nie chciałem zwalniać :PPP (lub mnie mijali, a ja nie chciałem się spinać – pozdro Laura i Marek :P). Klimat był bardzo sympatyczny. Mega plus dla „wynajętych” kibiców. Dziewczyny dawały radę. :) Klimatu dodawali inni zawodnicy, z którymi rozmawiałem podczas biegu. Tuż po nawrotce na al. Zwycięstwa uśmiałem się z jakimś przypadkowym facetem, że wszyscy bali się Świętojańskiej, a to tutaj jest największe nachylenie. Co prawda podbieg nie taki długi ale chwilę się po nim wspinaliśmy… Tym bardziej dziwią mnie bardzo dobre wyniki znajomych… cienko ze mną jest. :/

pzu-polmaraton-gdynia
A myślałem że cały czas się uśmiechałem. :P Foto od Hansa.

Na 7-dmym kilometrze zacząłem się zastanawiać, czy ktoś z organizatorów przejechał tę trasę rowerem patrząc na to jak będzie się nią biegło. Aby dostać się do pierwszego wodopoju trzeba było przeskakiwać nad krawężnikiem. Niby spoko ale jeśli ustawić by stół z wodą 20 metrów dalej, to problem zostałby wyeliminowany. A tak przy okazji… napisałem „stół”, ponieważ wodopój dla 4500 biegaczy składał się ze stołu z miską, z której wolontariusze nabierali wody… „WTF?!” pomyślałem. Każdy kolejny bufet wyglądał już „normalnie” jak dla imprezy tej rangi. Nie wiem o co chodziło z tym stołem. Chwilę później wyprzedził mnie Tomek, który startował z szarego końca, biega połówkę w 1:20,… i jego zdaniem ostatnią rzeczą jaką przejmował się organizator to biegacze.

Osobiście, przeżywałem ten bieg bardzo pozytywnie. Na kolejnym wodopoju spotkałem Marcina, który organizuje Biegi Górskie w Gdyni. Chwilę wcześniej, na nawrotce zobaczyłem jak daleko za mną biegnie balonik na 1:42. Wystartowali sporo później, a do tego ja nie biegłem po 5:00 tylko troszkę szybciej. Nie zamierzałem czekać, więc leciałem swoje. Mimo, że podczas biegu działo się sporo, to całość minęła mi zaskakująco szybko. Ciekawa sytuacja choć niespecjalnie nowa. Gdy się czymś cieszysz to mija to szybko. Natomiast jak biegniesz na wycięciu, myślisz że zaraz zemdlejesz lub zwymiotujesz to każdy kilometr dziwnie się dłuży. :P

Drugi podbieg Świętojańską wspominam równie sympatycznie. Biegłem z „ekipą niebieskich”, heh, swobodnie, dopiero na bulwarze zacząłem podkręcać tempo i od razu poczułem że krok zrobił się dziwnie ciężki. :P Nie zamierzałem jednak odpuszczać tylko takim właśnie przyspieszonym tempem ukończyć zawody. Życie jest jednak bardziej ciekawe niż finisz po 4:30. ;) Nagle z lewej strony wyrwała do przodu jakaś dziewczyna… wiecie jak jest… :P zew krwi itp. Tak jak na maratonie w Krakowie pomyślałem, że fajnym pomysłem byłoby zabrać się do pościgu i fajnego finiszu. Po 150-200 metrach trochę pożałowałem swojej decyzji, bo szaleńcze tempo robiło się coraz szybsze. Nie żebym zdychał próbując je utrzymać ale to pewnie zasługa moich długich nóg. :P Sapiąc zacząłem się śmiać, więc humoru na pewno nie straciłem. Ostatnie 340 metrów półmaratonu pobiegliśmy średnim tempem 3:45.


Trochę odpocząłem, pogadałem ze znajomymi i szybkim tempem poszedłem do depozytu odebrać kurtkę, bo zrobiło się zimno. I tutaj miała miejsce rzecz, która spowodowała, że (o ile czas nie wyrzuci tych wspomnień z mojej głowy) nie będę chciał brać udziału w imprezach organizowanych przez Sport Evolution. Z takim burdelem się jeszcze nie spotkałem, nawet gdy depozyty były wożone autobusami jak na Biegu Westerplatte. Na swoją kurtkę czekałem ponad 40 minut. Inną sprawą było załatwienie sobie graweru na medalu. Ciekaw jestem co myślał w tym momencie organizator: „hej, skoro grawer wykupiło x-tysięcy biegaczy to… zróbmy jedno stanowisko i niech czekają po biegu przez 3 godziny”. Ta sama firma organizuje IronMana w Gdyni, który zbiera przecież same pozytywne opinie. Do tej pory nie wiem co się stało ale wciąż pamiętam jak było mi zimno i jaki byłem wku*&iony.

Było minęło. Przede mną Maraton Dębno i na tym muszę się skupić. ;)

Tytułowe zdjęcie udostępniła Laura, za co jej bardzo dziękuję. :)

6 KOMENTARZE

  1. U Ciebie to przynajmniej zdrowo :-) Pobiegłem trochę szybciej niż planowałem, raz że po kontuzji brakowało mi mocnego startu, dwa pogoda sprzyjała – nie musiałem obawiać się odwodnienia, no i balonik pacemakera działał motywująco…;-) To musiało już być na granicy wysiłku progowego (orientacyjnie można go kontynuować około godziny), bo mimo że za UM z górki, mi już ciężko było przebierać nogami….Następnego dnia czwórki piekły, a po trzech dniach boli w rozcięgnie podeszwowym, co może być też konsekwencją poprzedniego przeciążenia łydki. Za metą udało mi się szybko odebrać rzeczy z depozytu, ale mała szatnia faktycznie już szybko się przepełniała, a kolejki do depozytu i po grawer zrobiły się dołujące….Współczuję też tym, którzy nie mogli pobiec ze swoich stref startowych mimo jeszcze nie tak później rejestracji.

  2. Obserwowałem tę dyskusję nt. przydzielenia do ostatniej strefy startowej.
    Widać, nie czyta się regulaminów, ale czego się spodziewać po kimś kto biegł zawody bez numeru.

    Co do burdelu z depozytami i wyjątkowym pierwszym stołem to nie popisali się organizatorzy.
    IMO idą w ilość, nie w jakość. Dziwne, może z triathlonem bardziej się starają.

    gratulacje biegu :)

  3. […] Rok temu biegłem swój ostatni półmaraton saute. Potem były jeszcze dwa ale to w triathlonie, więc się nie liczy. ;) Moc przyszła na koniec sezonu 2016, gdzie drugie 21,1 km poznańskiego maratonu pobiegłem w około 1:37. W tamtym czasie moja życiówka z półmaratonu wynosiła 1:39. :P Dlatego też łamanie życiówki nie było nawet planem minimum. […]

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here