Tym razem nie miał być to trening ale bieg w pałę i walka o życiówkę, a może nawet o załamanie 40 minut. Not this time. Wciąż jestem dalej niż bliżej tego upragnionego celu.

Bieganie długodystansowe tempem poniżej 4:00’/km otoczyłem jakąś dziwną aurą. W głowie powstawiałem sobie blokady, że jak robię kilometry po 3:55 to na pewno zaraz coś mnie zwali z nóg i… właśnie tak się dzieje. Jest jakaś dziwna psychiczna furtka, którą zaspawałem i nie umiem jej teraz otworzyć. Podejrzewam, że nawet jak bym wystartował na 5 km to bym musiał wyjść z siebie żeby pobiec poniżej 20 minut.

Przed Biegiem Europejskim nastawiałem się mega optymistycznie. Wreszcie odmuliłem się po zimie i nieudanym maratonie w Dębnie. Miałem zdrowie i ochotę atakować moją skromną życiówkę, tj. 40:59 wywalczone w Biegu Świętojańskim rok temu.

Czułem się mocno i tego dnia miałem pokazać na co mnie stać. ;-) No to nie pokazałem.

bortex-run-natka
Natalia i Sylwek zawsze spoko. :)

Foto od Run-Natki.

Fajne jest to, że dreptając parę lat poznałem parę osób i zawsze przed biegiem jest z kim pogadać. Pamiętam, że na początku nikogo nie znałem ale dzięki temu mogłem spokojnie truchtać i się rozgrzewać. Zatem jeśli czytasz te słowa i masz podobne odczucia… olej je. To ciekawe, że jednym z argumentów przeciwko startom jest to, że „nie znam nikogo ze startujących”. Hejże ho! Samotność długodystansowca. :P Nie musisz nikogo znać by dobrze się bawić zmęczyć. ;)

Wracając do samego startu. W odróżnieniu od ostatniego eksperymentu ze strefami startowymi (polecam! :D) tym razem ustawiłem się z tyłu żółtej strefy. Spokojnie poczekałem aż wszyscy wystartują i dopiero rozpocząłem bieg. Z początku wszystko układało się według założonego planu. Jak po sznurku. Miałem nie otwierać zbyt szybko, więc celowałem (nie patrząc zbytnio na zegarek) w 4 minuty z sekundami. Pierwsze kilometry w 4:11, :08, :05 – idealnie.

Po raz kolejny krótki podbieg na końcu ul. Polskiej mnie ubił. :) Nie lubię go! Już lepiej biegnie się Świętojańską. Po pierwszych trzech kilometrach zamiast przyspieszyć chciałem poczekać. Czułem się świetnie i nie chciałem tego psuć. Miałem taki zapas w płucach, że (tak uważałem) nadgonienie kilkunastu sekund na paru ostatnich kilometrach nie będzie trudnością. Nie chciałem natomiast się spalić w połowie biegu. Z drugiej strony miałem trzymać się bliżej 4:00… czwarty kilometr w 4:14, a piąty w 4:10. Rozpoczęła się walka.

Do tej pory nie wiem co się do końca wydarzyło z moim organizmem. Zacząłem biec o wiele mocniej, oddech zdecydowanie się pogłębił, zacząłem sapać… co oczywiście jest normalnie gdy ciśniemy do przodu. Pod tym względem plan nadał był realizowany jak po sznurku. Niestety tempo zamiast rosnąć, malało. I to mocno malało. Świętojańska w 4:27 – słabo. Piłsudskiego z górki co prawda wyszedł w 4:03 ale Bulwar gdzie powinienem biec grubo poniżej 4:00 wyszedł w okolicach 4:15.

Ciekawostką dla mnie jest fakt, że oddechowo mógłbym jeszcze przycisnąć. Głowa też chciała i coraz mocniej się wybijałem z nóg… ale nie mogłem mocniej żeby jeszcze bardziej obciążyć organizm. Tak jakby mięśnie nie dawały rady, jakbym był umęczony i biegł na 30 km, a nie 10 (tylko bez tego rodzaju bólu mięśni gdy biegnie się 30 km ;)). Trener skwitował to krótko: „opie%^@lałeś się”. Tyle że ja baardzo chciałem się upodlić i dać z siebie więcej. Głęboką teorię trenera ;) uwiarygadnia fakt, że po kilku głębokich oddechach za metą czułem się dobrze. Zwyczajowo po biegu na PB wiszę za metą na barierkach przez minutę. ;)

To tyle. Teraz trzeba się nastawić na sezon tri i czerpać z niego tyle radości co w zeszłym roku. Kolejny start na dyszkę to oczywiście Bieg Świętojański – impreza, na której zawsze biegło mi się super i padały świetne wyniki. W moim kalendarzu startowym jest ona umieszczona tydzień po 1/4 IM w Charzykowach, a tydzień przed 1/2 IM w Suszu. Sam jeszcze nie wiem czy będę mógł pobiec dyszkę na maxa. Głównie ze względu na Susz. To będzie mój debiut na dystansie połówki IronMana, więc być może trzeba będzie odpocząć więcej przed startem, bo ostatnie tygodnie treningowe dają ostro w kość… czego i Tobie życzę. :P

Tytułowe zdjęcie pochodzi z profilu Biegam Sobie. Dzięki za ustrzelenie!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here