Udany debiut… myślałem że będzie inaczej, lepiej… ale usmażyłem się w słoneczku… tak jak wszyscy inni zawodnicy. To był piękny dzień!

Na zawody wybrałem się z kolegą Markiem. Przyjechaliśmy dzień wcześniej, by wszystko należycie załatwić. Zdążyliśmy nawet na drugą połowę meczu polaków w 1/8 finałów EURO… i na dogrywkę… i na karne… i z uśmiechem trzeba było jechać kawałek do Susza by odłożyć rowery w strefie zmian i dopełnić reszty formalności.

Mnogość maszyn czasowych w Suszu nieco onieśmiela. Ale cóż, jak się nie ma co się lubi to się jedzie na czym się ma. Rower to była ostatnia rzecz, którą się przejmowałem. W dzień startu miało lać, później były informacje o tym że z rana na być burza… generalnie wszystko było pod znakiem zapytania. Myśli jednak były ukierunkowane na tym co teraz, a nie na tym co jutro.

Tak więc przeprowadziłem standardową procedurę obejścia strefy zmian, wbiegnięcia do niej od strony wody, wybiegnięcia tak jak z rowerem i wbiegnięcia z powrotem. Ja mam tak, że lubię się zgubić, więc zwykle sobie spaceruje chwilę dłużej w okolicach strefy zmian, by później dobrze zlokalizować swój box. Przy okazji, warto też wiedzieć gdzie jest belka, by nie wyskakiwać z butów 2km przed nią. ;) Chociaż w moim przypadku wiedza o dokładnej jej lokalizacji nie przeszkodziła by jechać co najmniej 2km z jedną stopą poza butem.  ¯\_(ツ)_/¯ Ale o tym później.

Odprawa była mocno stresująca. Najpierw info o burzach, a później o tym że woda ma 27 stopni… jak pojawiła się ta informacja na telebimie to zwyczajnie speniałem. Pierwsza myśl: „wet suits not allowed”, no i miałem pełne gacie. Prowadzący odprawę powiedział, że gdy startowały krótsze dystanse tego poranka, to niektórzy się ugotowali w piankach i nie mogli kontynuować dalej zawodów. Dlatego też powinniśmy z rozwagą podejść do tematu „czy założyć piankę na jutrzejszy start”. Ulga… a później zastanawianie się co teraz zrobić. Finalnie startowałem w piance tak jak 99% zawodników, nawet tych szybkich, u których faktycznie była ewentualność zagotowania się. Tak że pamiętajcie – jak można, startujecie w piankach. ;)

Teraz jak o tym myślę to czuję niesmak. Decyzja o pozwoleniu startu w piankach była podyktowana tym, że w Suszu startowało wielu debiutantów (heeeeej, to ja!). No i tak sobie myślę, skoro triathlon to taka dyscyplina gdzie są rygorystyczne regulaminy i kary, a zawodnicy są zdani tylko na siebie to… nie powinno być miejsca na układanie się przed takimi cieniasami jak ja. Jeśli woda ma powyżej X st. C to powinien być zakaz startu w piankach. Domyślam się, że trochę osób musiało by być wyławianych (może ja?) ale nikt nie mówił, że będzie łatwo.

Jadziem z tym koksem!

Pobudka wcześnie rano i od razu szybki rzut oka na aktualizację pogody. Brak. No to jazda ze śniadaniem. Zjadłem jakieś zupełnie przypadkowe rzeczy (#januszjanuszytriathlonu) i znowu rzut oka na telefon. Burzy ma nie być, opady jeśli będą to mikroskopijne a poza tym słoneczko… słońce… skwar, duchota i piekło. ;)

Pojechaliśmy do Susza i trzeba było zebrać rowery w całość. W nocy coś się musiało dziać bo folia na rowerze była potargana jak moje włosy (w liceum gdy je miałem) o poranku. Żele z ramy były pozrywane i porozrzucane w promieniu metra od roweru… generalnie słabo. Poprzyklejałem wszystko dwa razy, bo po pierwszym klejeniu odpadło… po drugim też ale dopiero na trasie   ¯\_(ツ)_/¯ no i generalnie trzeba było przygotować się do startu. A na start czekaliiiiśmy i czekaliśmy.

Po wejściu do wody, trzeba było podpłynąć za mostek i w wodzie oczekiwać na sygnał startu. Zaraz po wejściu do wody poczułem się jak bym siedział w toi toi. Tak, woda pachniała różą i fiołkami, tzn. prawie tak pachniała. Z uwagi na to że nie bardzo lubię pływać w odchodach, to raczej na imprezę o nazwie Susz 2017 się nie zapiszę. Taka sytuacja. Z drugiej strony można powiedzieć, że pierwszy raz pływałem w czymś takim, a sądząc po czasie spędzonym w wodzie to musiało mi się tam podobać. Nic z tych rzeczy. To wszystko jest dziełem przypadku… tzn. nie przypadku tylko mojego nieogarnięcia pływackiego.

Wystartowaliśmy. Najpierw powoli, jak żółw ociężale, ruszyła maszyna po szczynach ospale… no i generalnie tak ospale było przez 2 km (pewnie ponad 2 km bo nawigacja jest moją prawie dobrą stroną, tak jak i pływanie). Po 1 km zapachy się zmieniły w prawie przyjemny zapach spalin z motorówek. Taka przyjemna odmiana, by nozdrza i język odczuwały nieco więcej bodźców. Było przynajmniej czym myśli zająć. Aczkolwiek na myślenie w wodzie nie narzekałem. Przez większość czasu zastanawiałem się dlaczego tak pali mnie szyja z tyłu. Strasznie ocierała mnie pianka, do tego woda zmyła krem do opalania, słońce zaczęło operować i takie tam. Rana, choć mało widoczna goiła mi się parę tygodni.

Za półmetkiem pływania przestałem przejmować się szyją, a zacząłem myśleć jak dotrę do mety etapu pływackiego. Lewa ręka przestała działać, a bark naku… bolał znacznie. Płynąłęm więc sobie jedną ręką i było fajnie. Zacząłem cieszyć się, że w sumie presja czasu mija, bo płynę jak płynę i z uśmiechem oczekiwałem lądu, który przybliżał się strasznie powoli.

Jak już wylazłem z tej malowniczej, wodnej krainy spojrzałem na zegarek i klops. Miało być 38 minut, a było 43 z hakiem. No to co. I tak będzie życiówka. ;) Zniechęcony pobiegłem w kierunku T1 i nagle dostałem wokalem po uszach. Z nikąd pojawił się Tomek, który wydarł się, że teraz już będę tylko gonił czy coś takiego. I w sumie wtedy humor mi się mega poprawił i do końca już cieszyłem się tymi zawodami. Tak że wielkie dzięki Tomek!

Początek roweru to jazda po kocich łbach na których odleciał mi pierwszy żel. Nie miałęm ich za dużo, a po utracie jednej sztuki zacząłęm sobie liczyć co ile minut wtedy powinienem jeść, by ładnie to rozdysponować. A na rowerze jak to na rowerze, walka z pedałami. Im dalej w las tym pozwalałem sobie na większą swobodę w deptaniu pedałów. Sporo piłem, żeby słoneczko za mocno mi nie zaszkodziło. Po 70 km nawet poczułem to przed czym przestrzegali na odprawie, tj. lekko przepełniony brzuch. Jednak pod względem picia na rowerze wszystko wyszło bardzo dobrze. Na biegu nie odczuwałem żadnego dyskomfortu ani odczucia, że mi się w brzuchu przelewa.

Trasa rowerowa mierzyła 2 x 45 km. Po pierwszym kółku zajarzyłem, że połówka IM to nie są żarty. Początek drugiego okrążenia jechałem lekko przymulony jak by skończył mi się prąd. Ale to co złe minęło i im bliżej było do końca trasy kolarskiej tym lepiej mi się jechało. Dopiero na ostatnich kilkunastu kilometrach zaczął mi doskwierać ból w dolnym odcinku kręgosłupa i musiałem ratować się jazdą w górnym chwycie. Taki jestem drewniany. Aha, ci co w mówili, że w Suszu trasa jest płaska to tak nie bardzo. Jest sporo górek. Nie dużych ale sporo. Natomiast asfalt i okoliczności przyrody – palce lizać! (yep, wiem, ze te palce wcześniej pływały w jeziorze suskim)

Gdzieś tam po drodze zastanawiałem się i nieco bałem jak to będzie biegać na tak dużym zmęczeniu. Cóż, obawy debiutanta… aczkolwiek w Gdyni na połówce będę miał pewnie to samo. Nie jest lekko. Z roweru zeskoczyłem standardowo koślawo ale bez gleby, więc micha nadal mi się cieszyła. Przy zejściu z roweru często przypomina mi się sytuacja na sprincie rok temu. Wtedy po zaledwie 20 km roweru jak biegłem przed strefę zmian, to myślałem, że idę… i właściwie najchętniem bym szedł – byłem zdewastowany. Tutaj po 90 km całkiem ochoczo powędrowałem na szybką zmianę.

Początek biegu był genialny. Tempomat na 4:50-5:00, prosta sylwetka, uśmiech na ustach (yeah! nie złapałem gumy ani nic z tych rzeczy) i pełno siły w nogach. Lewy kierunkowskaz i wyprzedzamy. No i tak biegłem cały pierwszy kilometr… a było ich dwadzieścia jeden. No może przesadzam, bo w sumie to 4 km biegłem w jako takim tempie. Wyprzedziłem na tych kilometrach kolegę Marka, więc w sumie byłem już spełniony. ;)

Była w tym wszystkim jednak pewna szpila. Nie wiedziałem nic o trasie biegowej tych zawodów. Otóż biegnie się wokół jeziora i trasa jest bardzo płaska z jednym podbiegiem. Podbiegiem w stylu WTF?! Raz nawet pod tą górkę się wdrapałem. Pierwszy raz.

Po czterech kilometrach skończyło się rumakowanie, a zaczęła się moje pipowate myślenie o tym jaki to jestem zmęczony i takie tam dyrdymały. Słonko zaczęło mocno dokuczać. Na każdym kółku zaliczałem wszystkie bufety i brałem na klatę każdą wodę, która lała się z wężów okolicznych domków. W myślach tylko przeklinałem po jaką cholerę mi była ta połówka i liczyłem jak będę musiał się zagiąć, by nie było kompromitacji i półmaratonu powyżej 2h. :P Teraz już wiem, że czas biegu powyżej 2h, na tych zawodach wcale nie był taki zły i miało go bardzo wielu zawodników.

Trzeba było walczyć i podpinać się pod innych zawodników, szukać kogoś z przodu kogo by się chciało wyprzedzić itp. Na drugim kółku w „100% zajarania” wdarł się mały psikus. Otóż miałem nieodparte wrażenie, że zawartość mojego żołądka chciałaby wrócić i poopalać się w suskim słońcu. Wyjść chciała tym otworem, którym weszła. Pierwsza myśl – muszę się napić coli. Raz minąłem jakiegoś kibica z czarnym napojem umieszczonym w butelce z czerwoną etykietą ale głupio mi było zagadać.

Na początku trzeciego kółka, biegnąc przez park zauważyłem 3 kubeczki z czarną cieczą. Zatrzymałem się i zapytałem obywatela siedzącego obok czy to jest cola. Generalnie jak dziecko, które zobaczy zabawkę. :) I jeszcze grzecznie zapytałem „czy mogę?”. No to wlałem w siebie tę colę i automatycznie odzyskałem humor i spokój ducha. Cola zadziałała oczywiście również na żółądek. Złoty środek na tego typu dolegliwości. Kilka kilometrów jeszcze sobie poumierałem i rozpocząłem finisz. ;)

Ej co jest... nic nie cieknie :P
Ej co jest… nic nie cieknie :P

Na osiemnastym kilometrze poczułem wiatr we włosach i zacząłem przyspieszać. Czułem już metę. Było wspaniale. Na dziewiętnastym kilometrze z powrotem umierałem. :D Ktoś z kibiców rzucił pytanie czy „jeszcze jedno”, a ja że nie, że to już ostatnie okrążenie… no i prawie zacząłem płakać ze szczęścia. :)

Biegłem – niby nic specjalnego na trasie biegowej triathlonu. ;) Najważniejsze, że już nie zwalniałem, nie zamulałem, już wszystko było dobrze, pojawili się liczni kibice, pojawił się dywan i meta i była radość. :)

Zegarek pokazał 05:25:20 i to mnie absolutnie satysfakcjonowało. Były założenia. Mocno się różniły ale to nieistotne. Moje zawężone pole widzenia szukały tylko miejsca gdzie w cieniu będę mógł walnąć się na ziemię i w spokoju pozdychać.

Muszę powiedzieć, że niesamowicie się cieszę tym, że wystartowałem w „połówce” przy takim poziomie formy sportowej. Pływanie… wiadomo ale z całą resztą to było ok. 5,5 godziny wysiłku. To i tak sporo dla mojej psychiki. Szacun dla tych, którzy na trasie zostają 6 i więcej godzin.

Te zawody odkryły kolejną kartę z informacją o dystansie pełnym. Po debiucie w maratonie powiedziałem sobie, że „nigdy nie zrobię pełnego Ironmana, bo dla mnie sam maraton generuje niewyobrażalne zmęczenie i ból”. Po Suszu mam nieco spokojniejsze podejście do dystansu długiego. Da się go zrobić. Ja dam radę go zrobić ale nie teraz ani nie za rok, a może nigdy. Sęk w tym, że do takiego startu trzeba się odpowiednio przygotować. Dla mnie plan treningowy pod 1/2 IM był równie wyczerpujący psychicznie (ilość godzin dostępnych vs wszystkie obowiązki itp) co przygotowanie do maratonu. I to mnie najbardziej hamuje przed myśleniem o dystansie Ironman. Podobno to właśnie ta droga do przebycia jest najcięższa. A start? Start to już tylko finiszowanie.

P.S. Oficjalne wyniki. Ciekawa dla mnie informacja to miejsce w stawce w poszczególnych dyscyplinach:

  • pływanie 496 (⊙_☉)
  • rower 308
  • bieg 214 (to jest lol, bo 1:56 w półmaratonie było moją najlepszą dyscypliną)

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here