Nastawienie na walkę, wiara we własne siły i aurę chłodniejszą niż we Wrocławiu. ;) Do Poznania jechałem zmotywowany ale… maraton to maraton. Zawsze jest nutka niepewności.

Poznański wątek towarzyski był bardzo obszerny ale chciałbym zamknąć go w jednym akapicie. Fajnie było spotkać te wszystkie osoby, które spotkałem. :) Właściwie to już od Gdyni nie narzekałem na brak towarzystwa. :) Pozdro Nata i Iwona!

Ostatki przygotowań do Poznania były minimalnie chaotyczne. W sumie to dzień przed startem nie wiedziałem nawet czy robić rozruch. Niby powinienem ale Natalia i Iwona jakoś dziwnie się na mnie patrzyły gdy powiedziałem, że jak dojedziemy na miejsce i odbierzemy pakiety, to ja sobie jeszcze wieczorem pobiegam. :P

W hostelu pokój z samymi maratończykami – dobry klimat. :) Śniadanko, itp. wszystko idealnie czasowo… bo pod względem makroskładników, to pewnie niejeden by się przyczepił. ¯\_(ツ)_/¯ I don’t care.

W dzień startu…

…było bardzo rześko. Ze wszystkich stron słyszałem cichutkie odgłosy narzekania. Mi się pogoda bardzo podobała. Lekkie opady, chłodnawo. Liczyłem się z tym, że jak spadnie deszcz i zawieje chłodem, to może być nieco nieprzyjemnie pod względem termicznym ale nie bardzo mnie to ruszało. Cóż, najwyżej tym razem się nie opalę.

O poznańskim maratonie słyszałem wiele dobrego. Powiem nawet więcej, nie słyszałem chyba nic złego. Odebranie pakietu, centrum zawodów – tutaj wszystko na swoim miejscu – elegancja Francja. Do Francji jeszcze powrócę w tym wpisie. :) Rozgrzewka kierowana przez dziewczyny, oprawa startu – również bosko. Zresztą… jedno zdjęcie oddaje podobno więcej niż tysiąc słów. ;)

warm-up-girl

Wystartowaliśmy…

…i trzeba było pilnować tętna i tempa. Było luźno i nudno. Początek mi się strasznie dłużył i po kilometrze już się irytowałem, że cały czas biegnę w tłumie. Biegłem oczywiście minimalnie szybciej niż zakładałem, bo oczywistym było, że aby złamać 3:30 muszę pobiec połówkę o co najmniej parę minut szybciej niż 1:45. Positive split… ;) Wiadomix :P

Minimalnie wyższe tempo skutkowało minimalnie wyższym tętnem. Utrzymywałem jednak spokój ducha, więc nie było żadnych anomalii typu skoki tętna w górę spowodowanych zbytnim podjaraniem się. Sporo czasu myślałem o jednej z ostatnich wiadomości od trenejra: „tylko nie podpal się znowu jak junior”. Lekko się podpalałem. :P

82255-mpo16-1193-42-000101-mpo16_02_mtr_20161009_095147

Na którymśnastym kilometrze padł mi na chwile pomiar tętna. Przyjąłem to z ulgą. Stwierdziłem, że nareszcie mogę biec jak chce (w domyśle szybciej), niż wskazywało by to tętno. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że świetne samopoczucie na tym etapie zawodów to normalna sprawa i nie powinienem za bardzo kozaczyć, bo wiadomo jak to póżniej się skończy. ;)

Pulsometr jednak „wstał” nim zdążyłem się umęczyć. ;) W tę krótką chwilę, wbiłem się na wyższe tętno niż zamierzałem ale motywacja i co ważniejsze skupienie było na tak wysokim poziomie, że garnąłem się do ryzyka.

82255-mpo16-1193-42-000101-mpo16_01_mkz_20161009_095802_1

W okolicach osiemnastego kaemu złapał mnie pierwszy ból. Lekko mnie to zaskoczyło ale planów na przyspieszenie po 20 km nie zmieniłem. Więc jak zegar piknął po raz 20-sty trzeba było zabrać się do roboty… nie wyszło. Pojawił się chyba tak zwany kryzysik.

Tak jak pisałem – byłem skoncentrowany – na pozytywnym myśleniu, na kreowaniu w głowie tego co powinienem, a nie tego co głowa podrzucała. Tak więc kryzys mogłem mieć tylko w jednym miejscu. Wyszedł ze mnie po cichu z tyłu ;P i wreszcie odjechałem z kopyta.

I w tym momencie historia nabiera TEMPA! :P

To był moment, w którym zaczęły się czary. Tempo zjechało z 4:45-50 na 4:35… 4:30, 4:22. Jak widziałem te cyfry, to oczywiście robiłem wielkie oczy. Górka, nie górka, jechałem jak czołg. Z tymi „czarami”, to może nie tak do końca. Zamiast biec z tętnem 155, zajechałem w okolice 160… 165, a nawet troszkę romansowałem z liczbą 170 bpm. Problem był tego rodzaju, że nie zamierzałem nic z tym robić tylko czekałem na armageddon, ciemność albo wyłączenie systemów.

82255-mpo16-1193-42-000101-mpo16_01_mpa_20161009_122305

I co? I nic. Głowa komunikowała się z dupą ;) i umieszczała tam wszystkie (zresztą bardzo racjonalne) „ale to” oraz „ale tamto”. Bawiłem się wybornie niszcząc się tak, jak to umiem najlepiej. ;) Totalny rollercoaster, który zaraz miał się wykoleić. Bynajmniej nie z powodu złego stanu nawierzchni. Poznań rulez pod tym względem.

Wyprzedzałem. Zero litości. Jeśli nie było kogo wyprzedzać, bo akurat trafiłem na „dziurę” między zawodnikami, to zwyczajnie przyśpieszałem, sapiąc, by szybciej dogonić grupę przede mną. Run for fun. :P Bawiłem się tempem jak bym miał nie wiadomo jaki zapas. Trochę dyszałem, a tętno miałem jak na zawodach na 10 km. I co? I jajco. Myśli były czarne ale dotyczyły one przyszłości, którą się nie martwiłem. ;)

82255-mpo16-1193-42-000101-mpo16_01_sch_20161009_095706_1

Problemy na 28, 30 czy 32 km są oczywiste tak jak deszcz na triathlonie w Przechlewie ;) ale to było tylko zwykle zmęczenie. Nie poświęciłem mu żadnej uwagi. Prawdziwa zabawa jednak zaczęła się na kilometrze numer 33. Zaczęła się któraś z kolei górka…

Do tej pory górki atakowałem bardzo ochoczo :D a mając tego dnia fantastyczne podejście do bólu i zmęczenia nie mogło być inaczej i tym razem. Po niecałym kilometrze podbiegu przypomniałem sobie, że Natka opowiadała mi coś tam o tym, że będziemy mieli na trasie dwukilometrową Świętojańską, tylko trochę bardziej stromą. To był mój drugi raz tego dnia gdzie zaliczyłem kilometr z piątką z przodu. Pierwszy był na samym początku biegu. Fajne jest to, że oba te „piątkowe” kaemy wychodziły w równe 5:00, więc nie było cieniowania. ;)

fotografia-anna-strojna-35km-po-podbiegu

Podbieg poszedł w 4:45 i 5:00, a na górze przebiegłem dla zabawy pod zbudowaną z kartonu „ścianą”. :) I było nadal super śmiesznie. Tak śmiesznie, że jak mnie zgięło jak scyzoryk na podbiegu, tak na górce się już nie mogłem wyprostować. Nie było jednak lipy. Zgięty, nie zgięty 4:35-40 trzeba było orać. Powiem szczerze, że byłem tym tempem absolutnie zafascynowany. Zwykle jak biegnę w tak upodlonym stanie, to zegarek wyrzuca coś w stylu 5:40. ;) Czary, Garmin padł, czy co?

Smutno

Na 36 km miał miejsce chyba najsmutniejszy moment całej imprezy. Jedna z wolontariuszek krzyczała i kibicowała nam, na co jeden z biegnących obok mężczyzn krzyknął „zamknij r…”. Lekki szok. Krzyczę: „co jest?!?”. A on „człowiek ma kryzys, a ona się drze, że ‚dasz radę'”. Odkrzyknąłem, że bardzo dobrze, że tak krzyczy, to jegomość tylko fuknął żebym biegł i patrzył się przed siebie. Kolejny biegacz z drugiej strony zdziwił się nie mniej ode mnie o czym porozmawialiśmy kilkadziesiąt metrów dalej.

Rozmowę zakończyłem stwierdzeniem, że to chyba kwestia mentalności lub/i podejścia do samych zawodów. Ja miałem dokładnie odwrotnie niż wku…wiony ziomek. ;) Uśmiechałem się do kogo mogłem. Żeby nie było zbyt pięknie – robiłem to z czysto egoistycznego powodu. Po prostu wtedy luzowało się całe ciało, łatwiej było unormować oddech czy skupić się na technice biegu. Polecam ten styl!

82255-mpo16-1193-42-000101-mpo16_01_mr_20161009_094417_2

Wesoło

Francuz… zapomniał bym o francuzie! :) Nim napiszę o przeżyciach z ostatnich kilometrów trasy wrócę na półmetek. Jakoś tuż przed Maltą (czyli chyba w okolicach 23 km) usłyszałem z tyłu gościa, który do kibiców krzyczał „merci”. Zdziwiony obejrzałem się, a tam pogina typ w berecie i szczerzy się do wszystkich naokoło. Dobry klimat, pomyślałem i przyspieszyłem by mi nie uciekł.

To było przyspieszenie po wcześniejszym już przyspieszeniu, więc generalnie trochę się gotowałem. :P Francuz uciekał ale dzielnie go goniłem. Ta wesoła gonitwa trwała trochę kilometrów, tak więc przez pewien czas zapomniałem znowu o tym, że coś mnie bolało albo że byłem zmęczony. Gdzieś jednak na trasie się rozkojarzyłem i już nie wiem czy wyprzedziłem francuza czy mi uciekł. ;) Ilość miejsc w Poznaniu, w których można było zająć myśli czymś ciekawym była kluczem do dobrego biegu.

82255-mpo16-1193-42-000101-mpo16_01_mpa_20161009_094441_1
Dalej lecęęęęę ;)

To co udało się z panem w berecie nie udało się z dziewczynami w spodenkach. :P Niestety tego typu mobilizatory musiałem wyprzedzać gdyż byłem w gazie. ¯\_(ツ)_/¯ Nie spotkałem jednak do tej pory na imprezach biegowych tak obfitej liczby urodziwych biegaczek co w Poznaniu. :) Wracając jednak do biegania… ;)

Ostatnie kilometry

Był dwukilometrowy podbieg. Była ściana na jego końcu (taka kartonowa). Później był agresor. Tyle się wydarzyło, a do mety wciąż zostało 5 kilometrów. Ostatnie 5 kilometrów. Tempo nadal mnie bardzo pozytywnie zaskakiwało. Tak samo głowa. I choć biegłem zgięty w pół, a w głowie wyrosła myśl, by na chwilę się zatrzymać,… oczywiście by później móc pobiec szybciej. ;) NIE K…A!

Miały być dwa półmaratony i będą. A na półmaratonie się nie zatrzymuje. Nie ma takiej opcji.

82255-mpo16-1193-42-000101-mpo16_01_mr_20161009_122056
Eheheheh to musiała być końcówka. ;)

Jeśli maraton biegnie się głową, to moja czacha pierwszy raz biegła ze mną zamiast przeciw mnie. Czasami grzecznie prosiłem nogi o dalszy bieg, czasami przeklinałem, czasami się obrzucałem wyzwiskami. Takie gry wojenne ze samym sobą. ;) Już się cieszyłem, że te 3:30 to pewnie połamię ale o dziwo nie powodowało to zmniejszenia mobilizacji (co niestety często u mnie się zdarza).

Tuż po 40 km zobaczyłem, że jest szansa na mocne zbliżenie się do 3:20. Wcześniej nie odważyłem się nawet liczyć tego typu cyferek. W tym momencie jeszcze bardziej skoncentrowałem się na tempie chwilowym zamiast na tym, że coś chce mi oderwać czworogłowego od kolana. Plecy nie trzymały pozycji już od dawna. Jedyne czego się obawiałem to skurcze. Sygnały o tego typu spięciach mięśni dochodziły już do mojej głowy od dłuższej chwili. Ale to był mój dzień – zaryzykowałem po raz kolejny choć w sumie to wtedy już za bardzo nie myślałem.

82255-mpo16-1193-42-000101-mpo16_01_trc_20161009_122058_1

Po 42 km odblokowały się nagle plecy, więc ku własnej uciesze mogłem wydłużyć krok, przyspieszyć i z powrotem wyglądać jako tako w biegu. :)

Na mecie… przed metą, wydarłem ryja i uniosłem ręce. :D Było 3:20! Jakby to powiedział francuz „incroyable”. :P To był bieg z jajem. Dużo uśmiechu, żartów na trasie i pozytywnej atmosfery. Równie śmieszne tempo, bo mimo, że upłynął miesiąc czasu nadal ciężko mi w nie uwierzyć. Ja? 3:19.39 w maratonie? Bez żartów.

82255-mpo16-1193-42-000101-mpo16_02_srv_20161009_122050

Przy okazji poprawiłem życiówkę w półmaratonie (o 2-3′), która wynosiła 1:39. A to wszystko na kilometrach 21-42… czyli po solidnej rozgrzewce. :P Negative split na maratonie – emejzing! :D

Dla ciekawskich polecam zajrzeć w detale poniższej aktywności. Podsumowania kilometrów są cool. Była moc na końcówce. ;)

Podziękowania

Żeby poprawić wynik trzeba było „tylko” trenować. Chciałem jednak podziękować kilku osobom, dzięki którym ten trening był możliwy lub znacznie ułatwiony.

Na początku chciałbym podziękować Nozbe i Michałowi Śliwińskiemu za wsparcie i sposób prowadzenia firmy, dzięki któremu łatwiej godzić pracę z pasją. :) Poza tym fajnie na co dzień pracować z osobami, które Ciebie rozumieją (dzięki Rafał za Wrocław!). Ja zresztą zawsze miałem szczęście do osób, z którymi pracowałem.

nozbe

Równie mocno dziękuje Mateuszowi Jasińskiemu i firmie New Balance, która idealnie wstrzeliła się w czasie, by pokazać światu buty, które genialnie znoszą moją niemałą wagę. ;) O modelu 1080 pisałem i opowiadałem. W nich przebiegłem Maraton Wrocław, Maraton Poznań jak i 99% treningów tej jesieni. Okazuje się, że w butach z dużą amortyzacją (w domyśle ciężkich) można pobiec maraton ponad swoje możliwości.

new-balance

Na końcu podziękowania kieruje w stronę miszcza z Perth. :) Piotr układa cyferki, a ja je biegam. Czasami pomylę cyferki i jest śmiesznie. Czasami się pytam czemu tak mało mam biegać, a Piotr mi piszę, że za 7 dni mam maraton i wtedy wiem, że gdzieś zgubiłem 2 tygodnie. :P Sport wytrzymałościowy jest dla cierpliwych. Nauczyłem się tej cierpliwości. Jednak często po mniej udanym starcie coś tam pod nosem sobie mamroczę. Gdy spojrzę na rok z góry to wiem, że w 2016-tym celem „A” było 3:30 w maratonie oraz udany wjazd w dystans ½ IM. Po Ironman Gdynia miałem podobny nastrój jak po maratonie w Poznaniu, tak że… no.

A na koniec końców chcę jeszcze przybić mega pionę takim specjalnym ludzikom, z którymi wymieniam się czasami poglądami na temat biegania. Za metą w Poznaniu była czysta radość, 100%, bez konserwantów. Jednak gdy już usiadłem i odpaliłem telefon, to emocje mnie przerosły i coś tam poleciało z oka… ;)
Dlaczego? Odpowiedź jest tutaj: https://twitter.com/MarcinHinz/status/784836401334480897

Lecę!
Lecę!
Zdjęcie biegu :D
Najlepsze zdjęcie biegu :D

Na koniec końców, za dobre zachowanie i pozytywne nastawienie dostałem upominek od organizatora w postaci mojej ucieszonej mordy w oficjalnym filmie podsumowującym maraton. ;) Dzięki Poznań!!!

4 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here