KnM #38 Od triathlonu do duathlonu – Maciej Kubiak

KnM #38 Od triathlonu do duathlonu – Maciej Kubiak

Biegi, chód sportowy, triathon, duathlon – taką drogę sportową przebył do tej pory mój dzisiejszy gość. Co spowodowało taką, a nie inną kolejność?

Sezon triathlonowy w Polsce już się kończy dlatego odcinek o duathlonie świetnie wpisuje się w to co obecnie będziemy mieli na własnym podwórku.

Maciej Kubiak jest jedną z wybijających się postaci Endure Team. Jego poziom sportowy mówi sam za siebie. W tym odcinku podcastu dowiesz się jak bardzo różnorodna i kręta była droga Maćka do tego co prezentuje sobą dzisiaj na arenie polskiej i światowej.

Zapraszam do odsłuchu. :)

(więcej…)

Podsumowanie treningu w 2017 roku oraz plany na rok 2018

Podsumowanie treningu w 2017 roku oraz plany na rok 2018

Kiedyś napiszę książkę… żartuje, nie umiem pisać, więc… się nauczę i napiszę. ;) Moja historia związana z bieganiem i potem z triathlonem to fajny przykład drogi, którą przeszedłem w treningu, posiadanej wiedzy, zmiany mentalności, nastawienia, obciążenia treningowego itd. Fajnie te klocki się ułożyły… i mam nadzieję, że dalej się będą układać.

Jeśli spojrzę wstecz i pomyślę, że w przyszłości ma być jeszcze więcej, mocniej oraz przede wszystkim ciekawiej, to trochę łapię się za głowę. Obecnie (choć w dniu, w którym pisze te słowa lekko kuśtykam przez ból lewej łydki) jest tak zajebiście, że ciężko mi myśleć o przyszłości. Jaram się okropnie. :)

Czy to znaczy, że sikam tęczą i że wszystko przychodzi łatwo? Jest dokładnie odwrotnie. Pracuje godzinowo tyle ile nigdy nie pracowałem: na etacie oraz jako freelancer, a dodatkowo jako bloger i podcaster. Trenuje tyle ile nigdy nie trenowałem. Z uwagi na to, że pracuje z domu, to wykonuje obowiązki domowe, których nigdy się nie tykałem. ;) Kontaktu z najbliższą rodziną mam… różnie bywa – czas nie jest z gumy – choć praca z domu daje ogromne możliwości w tym zakresie. Z jednej strony cieszę się, że to wszystko robię. Z drugiej strony w ostatnim czasie miewam mega doły i załamki związane z obciążeniem… wszystkimi rzeczami.

Z trzeciej strony w ostatnich tygodniach/miesiącach coraz więcej osób chwali mnie i pyta „jak Ty to wszystko łączysz”. Odpowiedź jest prosta i trudna – płacę za wszystko odpowiednią cenę. Wszyscy płacimy, nie zależnie od tego na co wykorzystujemy dany nam czas. Ważne jest natomiast, by być świadomym tej ceny. Suplementem do odpowiedzi na powyższe pytanie jest jeszcze stwierdzenie: mam wszystko dość dokładnie zaplanowane. Wszelkie działania, rzeczy do zrobienia itd. Głowa ma wymyślać nowe rzeczy, a nie pamiętać o milionie spraw, którą ma się zająć po wykonaniu tego nad czym myśli teraz.

Na koniec tej części napiszę jeszcze, że ten wpis powstaje już trzeci miesiąc i nie mam czasu/odwagi, wreszcie go dokończyć i opublikować. Pierwotnie miał ok pokazać moje przygotowania do pierwszego tri w tym sezonie w Sierakowie pod koniec maja… a za chwilę będziemy mieli wrzesień. ;)

Zmiana

Gdy rok 2016 dobiegał końca zmieniłem trenera. Pisałem o tym nieco we wpisie „Dlaczego zmieniłem trenera i jak wygląda współpraca z trenerem?”. Zmieniły się również założenia treningowe. Zostałem pod pełną opieką Tomka Spaleniaka, który z miesiąca na miesiąc dorzucał do pieca. Jako, że przerabiany wolumen treningowy był dla mnie nowością zacząłem nieco tracić grunt pod nogami. Wiedziałem, że właśnie tak się trenuje tri ale miałem czarny myśli w głowie. Szukajac analogii… miałem do wyboru spasować albo powiedzieć…

sprawdzam

Przyjąłem wyzwanie. Nie po raz pierwszy wychodziłem ze swojej strefy komfortu. Trzeba było dokonać zmian w życiu osobistym. Poukładać na nowo klocki. Poukładałem. Skoro inni tak trenują, to znaczy że się da. Byłem świadom (i Ty również bądź), że porównywanie się do innych to niebezpieczna gra. Zawsze będzie ktoś kto robi więcej, lepiej, szybciej albo po prostu inaczej. Jeśli coś nam grubo nie idzie, to trzeba też umieć się wycofać… i tego również w tym roku doświadczyłem.

Do przemyśleń (o których tutaj tylko po łebkach wspominam) skłoniły mnie rozmowy z trenującymi znajomymi, słuchaczami podcastu i czytelnikami bloga. Wielkie dzięki za wszystkie rozmowy i sugestie. Chyba nigdy nie jest tak, że umiemy stanąć z boku, bez emocji i spojrzeć z większego dystansu na to jacy jesteśmy i jaką robotę robimy… za to Endomondo do potrafi. ;)

Co tydzień wrzucam na Fanpage zestawienie treningów naszego klubu na Stravie (do którego zapraszam). Widać kto ile godzin przerobił w tygodniu. Mimo to mail od Endo był dla mnie zaskoczeniem.

54 godzin treningowych w miesiącu. Nie wszystkie zaplanowane jednostki zrobiłem. ;) Jak dodać do tego wszystkie dojazdy na pływalnie, przygotowania do treningów oraz rzeczy okołotreningowych do zrobienia, strzelam że spokojnie wyjdzie ponad 60 godzin. Dla jednych to codzienność. Dla mnie, to coś z czym się zderzam i co mnie zmienia. Piszę o tym, by inni byli świadomi tego jak to może wyglądać.

2016 vs 2017

Po tym ultra długim wstępie przechodzimy do konkretów. :) Zmiana trenera spowodowała po pierwsze holistyczne podejście do treningu, w sposób taki by wszystkie dyscypliny składały się w jedną całość i prowadziły w kierunku rozwoju sportowego. Druga rzecz, to usystematyzowanie treningu pływackiego (jak czegoś nie miałem narzuconego, to różnie z tym bywało). No i tak jak pisałem wcześniej, pojawiła się większa objętość treningowa… przy czym intensywność treningu wcale nie była mniejsza, a często gęsto większa. :)

Przy okazji… jeśli chodzi o pływanie, to zupełnie inaczej pływam teraz niż pół roku temu. Nagrywanie i analiza pływania oraz wspólne spotkania na pływalni dały bardzo dużo w tym aspekcie. Wiele się zmieniło w tym jak się poruszam w wodzie, a po jakimś czasie pociągnęło to za sobą inne czasy na pływalni i zawodach.

Na początek spójrz na wykres ilości aktywności. Oczywiście jedna aktywność może trwać 10h, a inna 40′ i obie będą na takim wykresie „równe”. Jak widać od grudnia do lutego trening powoli sobie rósł by od kwietnia być w pełni rozwiniętym. ;) Widać również doskonale jak odpuściłem w lipcu ale o tym napiszę na końcu tego artykułu.

Inny wykres: całkowity czas aktywności. Nie podaje tutaj dokładnych liczb ale wydaje mi się, że widać różnicę w słupkach. Wrześniowe (2016) solidne trenowanie zostało podwojone w kwietniu, maju i lipcu. Tak się dzieje gdy zamiast 5-7 treningów tygodniowo zaczynasz realizować 12… ;)

Liczba godzin aktywności jest chyba najlepszym wykresem pokazującym obciążenia (choć nie pokazuje intensywności). Jednak dodatkowo chcę pokazać kilometraż miesięczny. W lipcu przytrafił się ten nieszczęsny ultramaraton ;) po którym niewiele trenowałem ale sam start w ultra nabił tyle godzin i kilometrów, że finalnie wyszedł rekordowy miesiąc.

Na koniec nieco humorystyczny wykres. Nie noszę ostatnio zegarka na co dzień (znudziło mi się), więc nie wiem jak to jest z tym spacerowaniem. :P Jedno jest pewne. Waga z zeszłego roku nie spadła. W zasadzie to zyskałem 1-2 kg, z którymi ostatnio nie jest mi tak źle… patrząc na progres na rowerze. Oczywiście wolałbym wrócić chociaż do 87-88 ale na wszystko (MAM NADZIEJĘ!) przyjdzie czas.

Własne odczucia

Pływam, jeżdżę, biegam szybciej – różnice są na tyle wyczuwalne, że ciężko nie zdawać sobie z nich sprawy. W ostatnich latach jarałem się rozwojem w maratonie. Było super ale ucierpiały na tym wszystkie inne dystanse.  ¯\_(ツ)_/¯ W tym roku wracam do zabawy i poprawiam życiówki na każdym dystansie. Na koniec roku zostało tylko jeszcze jedno marzenie do zrealizowania.

Swoją przygodę z bieganiem zacząłem od startu na 10 km. Nie jest już to dla mnie wskaźnik rozwoju, bo zaliczyłem sporo różnych zawodów i dystansów, by poznać swoje miejsce w stawce. Mimo wszystko bieg na 10 km kojarzy mi się z kwintesencją intensywności, która jest bardzo niekomfortowa, a którą trzeba utrzymywać mimo obaw o niedobrnięcie do mety. ;)

Wracając do marzenia. Plan może być tylko jeden: złamać 40′ na dychę. Plan daleki i bliski, bo z jednej strony czuję się mocny, a z drugiej strony jest pełna minuta do nadrobienia od życiówki. Dodatkowo widzę po sobie jak reaguje na mocne jednostki w planie treningowym. Pytam trenera Tomka czy czasem nie ma w nim pomyłek i tak dalej. ;) Nigdy nie ma pomyłek i powoli zaczynam się przyzwyczajać, że żarty się skończyły. :P

Na pocieszenie mówię sobie, że ten rok jest już dla mnie wygrany. 4:55 w Gdyni to więcej niż się spodziewałem. Z drugiej strony, nie można pozwalać sobie na odpuszczanie przez parę udanych startów, a to właśnie ma miejsce. Gdzieś głęboko czuję, że głowa zaczyna produkować takie myśli. Gdy do tego dodamy niechęć lub strach przed naprawdę mocnymi jednostkami, to zaczyna się robić lipa z motywacji. No ale jak wiadomo…

Łatwo, to było wczoraj. ;)

Zmiana po zmianie – lipiec 2017

No i dochodzimy do końca tego wpisu. Historia zatacza koło i od lipca znowu trenuje mniej, na własną prośbę. Poddałem się. Nie ma tu tyle miejsca, by opisać cały tok myślowy i psychikę. Po ultramaratonie dałem sobie luz na dojście do sprawności. Gdy już było ok postanowiłem, że narastająca irytacja związana z szybkością życia przekroczyła jakąś tam barierę.

Ustaliłem z trenerem, że robimy max 1 trening dziennie. Może gdybym mniej pracował, to wyglądałoby inaczej. Póki co przekładam obowiązki bycia głową rodziny nieco wyżej w hierarchi. Na szczęście nie mam wrażenia, że się cofam, tylko nieco odpoczywam psychicznie. Mam czas by poukładać parę rzeczy i na przerwę zimową wrócić do porządnego treningu. Mam nadzieję, że zebrane doświadczenie pozwoli lepiej (tym razem) poukładać wszystkie rzeczy do zrobienia w ciągu dnia oraz okiełznać charkater i psychę.

Co dalej?

Jesień 2017 minie pod znakiem zabawy w duathlon oraz atakiem na 40′ w listopadzie w Gdyni.

W roku 2018 chcę by nastąpił przełom. Powoli zaczynam się nastawiać do tego więc zapytałem Tomka:

Co myślisz o pomyśle, by na rok odpuścić 1/2, a może i 1/4, by maksymalnie skupić się na szybkości na krótkich dystansach i po roku znowu zacząć się wydłużać?

Już od roku o tym myślałem. Jak widać 2 lata z maratonem odcisnęły mocne piętno na moim pojmowaniu rozwoju sportowego. :) Nabrałem też trochę wiedzy. Oczywiście nie chodzi o ból na maratonie czy coś w tym stylu. Po prostu jeśli chce się zrobić duży krok w przód, trzeba wziąć rozpęd. A rozpęd można zrobić tylko na krótszych dystansach. By biegać szybko, trzeba biegać szybko. ;) Wrócę do dłuższych biegów ale to musi chwilkę zaczekać. Ale jak już wrócę… to trójki na mecie maratonu nie będę chciał widzieć. ;) Ale kto by tam chciał biegać maratony. :P No chyba że w IM… ale do tego tym bardziej mi się nie spieszy.

Odpowiedź trenera była bardzo satysfakcjonująca. :)

To bardzo rozsądny pomysł. Ja z trudem namawiam do tego zawodników, a Ty sam to proponujesz.

Patrząc na sierpniowe, mocne treningi czuję obawę przed tym co będzie się działo w następnym roku… albo nawet w przygotowaniach do biegu na 10 km w listopadzie 2017. Nie powoduje to jednak problemów z podążaniem za tą decyzją. Zresztą… mówić jest łatwo, więc jak sobie coś człowiek wymyśli, to może to z kimś obgadać… a potem „tylko” iść za ciosem. ;) Ja działam właśnie w ten sposób. Zresztą o to w tym wszystkim chodzi: by stawiać się w sytuacji dysomfortu. Inaczej ciężko o dobry rozwój.

Koniec

No to podsumowałem nieco rok 2017 i zaczepiłem też o rok 2018. Wpis wyszedł nieco inny niż zamierzałem ale widocznie tak miało być. Mało konkretów w przygotowaniach do złamania 5h w połówce, zero pokazywania konkretnych jednostek treningowych, a tylko duży obraz widziany z daleka. :)

Kończąc już ten post chciałbym podziękować paru osobom dzięki którym ten rok wyszedł tak jak wyszedł. Bardzo dziękuję za wsparcie różnego rodzaju!

  • Michałowi Śliwińskiemu z Nozbe, czyli mojemu szefowi, który również ma zacięcie triathlonowe. Fajnie jest mieć kogoś w pracy, kto rozumie co robię, po co to robię i dlaczego to wciąga. :)
  • Tomkowi Spaleniakowi, czyli mojemu trenerowi. Bardzo się cieszę, że Endure Team którego jestem częścią, zaczyna nabierać barw i kształtów.
  • Mateuszowi Jasińskiemu, czyli osobie, dzięki której rozpocząłem współpracę z New Balance i nie muszę teraz myśleć o niektórych problemach biegacza. Przy okazji odpowiadając na pytania Mateusza (podczas naszej rozmowy w jego podcaście) uzmysłowił mi wiele rzeczy w temacie „po co i dlaczego to robię”.

To tyle. Jedziemy dalej, bo „łatwo, to było wczoraj”. ;)

KnM #37 – Zwycięzca North Pole Marathon – Piotr Suchenia

KnM #37 – Zwycięzca North Pole Marathon – Piotr Suchenia

VENI – VIDI – VICI! – Taki tytuł wpisu opublikował Piotr Suchenia po swoim występie w maratonie na biegunie północnym. Trzeba jednak powiedzieć, że łatwo nie było. ;)

Dwa lata temu zacząłem nagrywać podcasty. Piotrek Suchenia był jednym z moich pierwszych gości. Po dwóch latach i 36 zrealizowanych odcinkach lekko zataczamy koło i wracamy do tematów nieco podróżniczych. ;) Z drugiej strony mówimy o konkretnym ściganiu z happy endem.

Polecam rozmowę tym, którym pogoda w środku sierpnia wydaje się za ciepła. ;)

(więcej…)

Ironman Gdynia 2017 – miejsce, w którym spełniły się marzenia

Ironman Gdynia 2017 – miejsce, w którym spełniły się marzenia

Ten cały triathlon, to jest całkiem ciężki. Szczególnie jak lecisz na wynik. W pływaniu trochę sapania, na rowerze trochę pieczenia… ale na biegu… to jest dopiero dramat w wielu aktach.

W tygodniu zawodów miałem trochę perypetii związanych z rowerem. Nie będę się już ośmieszał i ich tutaj przywoływał. Finalnie o godzinie 7:30 w dniu zawodów miałem rower w stanie bardzo sprawnym. Ostatnio tak sprawny był pewnie z rok temu. :P

Z ciekawostek powiem, że od dwóch dni mój rumak był również wyposażony w nowe koła. Czym prędzej chciałbym jednak pohamować triathlonistów, bo to nie jest tak jak myślicie. ;) W świecie Tri jak ktoś mówi że kupuje koła, to znaczy że sprzedaje samochód, by za nie zapłacić. ;) Mój komplet wraz z oponami kosztował 350 pln. Porównując do starych kółek, to nabyłem prawie takie same stockowe koła Syncros ale UWAGA UWAGA z aerodynamicznymi szprychami. 😂 +7 km/h jak nic!

Piątek

W piątek z samego rana pojawiliśmy się z juniorem na plaży. Cel: sprawdzenie temperatury wody. Specjalnie nie wziąłem pianki, by zobaczyć w czym dzieciaki będą pływały. Było zimno :P Mega zimno. Albo ja nie jestem przyzwyczajony albo mam za mało ocieplającego tłuszczu (ahhahahaha to na pewno nie to :D) ale nie chciałbym pływać w takiej wodzie. Junior się przestraszył, że nie może nawet normalnie oddychać, bo mu ściska cyce i przestraszony wycofał się z rywalizacji nim ta się rozpoczęła. :( Szkoda aczkolwiek wciąż chce spróbować. Następnym razem wybierzemy na debiut jakieś jezioro. ;)

Po południu przyjechaliśmy jeszcze raz zobaczyć jak wyglądają zawody IronKids. Pierwszy był start dziewczynek 8-9 lat. Byłem w szoku jak dobrze radzą sobie w wodzie i na biegu. Na twarzach malowało się mega zmęczenie. Prawdziwe IronKids! Szacunek i uznanie.

Sobota

W sobotę już o 9:30 zameldowałem się w Gdyni na 4-godzinne opalanie. Było trzaskanie fotek i było kibicowanie. Jak ktoś szuka galerii ze zdjęciami ze sprintu to zapraszam tutaj:

W połowie pierwszej fali pomyślałem, że trochę słońce doskwiera i że zaraz będę głodny i że to ogólnie nie był najlepszy pomysł żeby tkwić pół dnia na słońcu w przeddzień startu. Ale poczekałem na drugą falę by popstrykać, odebrałem pakiet i zabrałem się do domu by… po 2-3h wrócić do centrum.

Najpierw #BezaUMKONa, potem zrzut roweru do strefy zmian, odprawa i jeszcze raz zahaczyłem o strefę tranzycji, by oddać rower do serwisu. Pokręcili, posmarowali i rower znowu był cichy, a biegi wchodziły idealnie. :)

Dopiero po powrocie do domu zacząłem się pakować na własne zawody. Nie było stresu, bo cały dzień był wypełniony po brzegi. :) W centrum spotkałem sporo znajomych i nieznajomych #NajlepsiSłuchacze #NajlepsiCzytelnicy Ogólnie było git. W takich momentach zdaje sobie sprawę jak bardzo wsiąkłem w środowisko tri. :)

Niedziela

Do centrum zabrałem się z kolegą Szymonem. Gdy dotarliśmy na miejsce, strefa zmian tętniła życiem. Z rańca jak to z rańca: szybki check worków, założenie bidonu na rower i to tyle. Sprawdziłem jeszcze 3 razy, w którą dróżkę mam wbiec po rower… tyle że sprawdzałem to od alejki środkowej, a nie zewnętrznej, więc finalnie na zawodach i tak się pogubiłem… :P

Czasu na wszystko było sporo, a mimo to do wody wszedłem spóźniony na sam koniec rozgrzewki. :(

Start

Rolling start to fajny pomysł ale w przypadku startu 2000 zawodników został (moim zdaniem) źle rozplanowany. Na rozgrzewce w wodzie zaczęto nas wywoływać, by już wchodzić do strefy startowej, bo zaraz zamykają. Pomyślałem, że to normalne, bo liczą ludzi itp itd. Spoko.

Problem tkwi w tym, że rozgrzane osoby czekały potem w ścisku 30 minut na swój start. Nieporozumienie. Rok temu gdy start odbywał się grupami wiekowymi i startowało się o 8:40, to wiadome było, że należy stawić się 8:30 na starcie i było ok. W tym wypadku ci co startowali z końca o 9 musieli do 7:55 stawić się jak pingwiny 100m przed bramą IronSwim. Element zdecydowanie do poprawy za rok.

Gdy stanąłem w bramce serducho zaczęło walić. W sumie nie jakoś mega mocno. Byłem dziwnie spokojny. Zero ciśnienia, zero myślenia ;), po prostu czekałem na robotę do zrobienia.

Swim

Bieg, skakanie, płynięcie, skakanie, bieg, płynięcie – standardowy początek pływania przy starcie z gdyńskiej plaży. ;) Potem glony, meduzy i wreszcie głębia.

Przez pierwsze minuty wszystko przypominało ścisk z Gdańska ale potem się to uspokoiło. Płynęło się fajnie i nawet mi się nie dłużyło. Po około kilometrze trochę ręce nie chciały się już wyciągać do przodu ale to było chwilowe.

Chwilowe natomiast nie było parowanie okularków. Jeszcze dzień wcześniej myślałem czy czasem nie psiknąć gogli antyfogiem ale „przecież niedawno psikałem”. No i dupa. Po nawrotce nie wiedziałem dokąd płynę. Po drugiej nawrotce było jeszcze gorzej. Co chwila się zatrzymywałem żeby w ogóle patrzeć czy nie płynę na Hel.

Wreszcie poirytowany ściągnąłem okularki i je przeczyściłem. Wizja była lepsza choć nie idealna. Przynajmniej widziałem cokolwiek. :) Ostatnia prosta się strasznie dłużyła ale nie było to męczące. Całe pływanie minęło względnie szybko co było miłym zaskoczeniem. :)

W ogóle to na pływaniu… uwaga uwaga… wyprzedzałem! To było tym dziwniejsze, że wystartowałem z szybszej strefy niż myślałem że powinienem, czyli 33-37 lub coś podobnego. Okazuje się, że Janusze stref startowych są wszędzie.

Na wyjściu z wody miłe zaskoczenie. Metalowe schody schodziły parę stopni niżej w wodę przez co dużo bezpieczniej można było z niej wypełznąć. Nawet na ostatnich stopniach była mięciutka wykładzina. Plus za to :) aczkolwiek niektórzy mówili, że tej wykładziny nie widzieli, bo była czarna. :P

Podsumowując pływanie… wyszło 2250 metrów. 😂 Wiadomo, że GPS w wodzie się buntuje ale linia namalowana na mapce współgra z moimi odczuciami. Czas poprawić nawigacje (chyba głównie testując i ogarniajac temat okularków) i pływać sub35′ na połówce w następnym sezonie.

Tak czy inaczej byłem mega zaskoczony gdy zobaczyłem 37:30 na wyjściu z wody. Tym bardziej, że tak wiele razy zatrzymywałem się by się rozejrzeć. Jest mega progres. :)

T1

Pogaduchy chichoty itp. Nauczony doświadczeniem, że pianka z łydek mi nie schodzi przestałem z nią walczyć i się szarpać co spowodowało, że poradziłem sobie z tematem nadzwyczaj szybko. Cała przebiórka jak na moje standardy wyszła sprawnie. Potem lekki zaskok, że mamy biec po zewnętrznej stronie strefy  ¯\_(ツ)_/¯ ale wbiegłem tam gdzie powinienem i szybko zgarnąłem rower z wieszaka.

To jest to co lubie w systemie workowym. Dobiegając do roweru tylko zsuwasz go z haka i od razu ciśniesz dalej. :) Oczywiście nie ma to żadnej różnicy w przebiegu zawodów, bo i tak się musisz wcześniej przebrać ale psychicznie jakoś inaczej się to odbiera…

Bike

Obyło się bez przypału – to najważniejsze. ;) Od samego początku kręciło się ok. Parę dni przed startem z wielką ulgą przyjąłem wieść, że po godzinie kręcenia, moje kolano nie odezwało się z żadnym bólem i kłuciem. Pomyślałem wtedy, że to dobry zwiastun zbliżających się zawodów… trochę się przeliczyłem ale o tym za chwilę.

Ostatnie 2 tygodnie przed zawodami prawie nic nie kręciłem. Tydzień byłem na urlopie i dopiero w tygodniu startowym zakręciłem ze 2 razy. Natomiast spędziłem ten czas na bieganiu i pływaniu i liczyłem, że te dyscypliny fajnie zagrają. Na pływanie narzekać nie mogłem. ;) Ciekaw byłem natomiast jak wyjdzie rower.

Pierwsze kilometry to jazda w mega korku. Rolling starty, trele morele a i tak jechał wielki kilometrowy pociąg. Szczególnie tam gdzie mieliśmy dostępny jeden pas ruchu. Cóż, ciężko inaczej poprowadzić trasę lub zamknąć jeszcze więcej ulic ;) więc trzeba było jechać tak. Niby łatwiej ale sumienie gryzie.

Ekipa rozjechała się chyba dopiero na podjeździe ale w trakcie zawodów były jeszcze małe kongestie. Ogólnie mówiąc, to przez zdecydowaną większość trasy można było omijać jazdę na kole. Czasami trzeba odpuścić i zwolnić ale niewiele się przez to traci.

Prawdę mówiąc, na mnie takie zgrupowania rowerów działają mobilizująco. Jeśli jedziemy podobną prędkością, to mam dwa wybory: zwolnić lub przyspieszyć. Zwykle przyspieszam i staram się ich wyprzedzić :) co powoduje dobry czas na mecie… albo zgon przed końcem roweru.  ¯\_(ツ)_/¯

Pierwszy zgrzyt nastąpił w Koleczkowie przy bufecie. Wziąłem izotonik w jakimś małym bidoniku. Próbowałem z niego coś wycisnąć do aerobidonu na kierownicy ale średnio to szło. Wreszcie zrezygnowany wsadziłem go do koszyka na ramie i okazało się, że to jakiś mini mini bidon. Najważniejsze, że nie wypadł z koszyka i potem jeszcze mogłem próbować ciągnąć z niego nieco cieczy.

Jechało się świetnie. Już po kilkunastu kilometrach miałem wrażenie (graniczące z pewnością ;)), że jadę szybciej niż rok temu. Wiatr był też minimalny, nie to co rok temu. Ani na Morskiej, ani na estakadzie czy Wiśniewskiego nie wiało tak jak wtedy.

Słodką radość z jazdy przyćmił ból kolana po równych 60 minutach jazdy. Skrzywiłem się mocno ale starałem się myśleć pozytywnie. Skoro niedawno bolało mnie po 20 minutach, a teraz zabolało dopiero po 60 to jesteśmy na dobrej drodze i będzie ok. I było w miarę ok. Można było kręcić tak jak się kręciło. A przynajmniej do pewnego momentu.

Wybiła godzina i 40 minut jazdy. Drugie ukłucie w kolanie. Myślałem, że spadnę z roweru, a z oka poleciała mi niewiadomo czemu łza. Chyba się przestraszyłem, że to koniec, że będę kulał teraz do końca roweru tak jak kulałem ostatnie 200 km na P1000J.

Pokręciłem chwilę luźno i wróciłem do swojej intensywności, czyli mocno i bez myślenia o późniejszym biegu. ;) To był też ten moment gdy przy wstawaniu na pedały na podjazdach czułem, że jestem o krok od skurczy czworogłowych.

Tak naprawdę to nic nowego – taka jazda na granicy skurczy. Trzeba po prostu uważać jak się jedzie, jak się kręci, by nie spowodować konkretnego napięcia-wyluzowania mięśnia. Jednak z uwagi na połączenie kolano-czwórki, jechałem z duszą na ramieniu. Przed nami były jeszcze ze dwa małe podjazdy, a wiedziałem, że jak będzie źle, to na górkach po prostu odpadnę.

Byłem w pełni skupiony nad tym jak kręcę pedałami. Prędkość miała tylko rosnąć. ;) Taka jest jednak trasa w Gdyni, że im dalej w las tym okoliczności bardziej sprzyjające do szybszej jazdy.

Gdy średnia prędkość przebiła 35 km/h (podczas jazdy na zawodach obserwuje tylko 2 wartości: prędkość aktualna i prędkość średnia, przy czym aktualna powinna być wyższa od średniej :P) przypomniałem sobie z uśmiechem na ustach to co obmyśliłem półtora roku wcześniej na zawodach w Charzykowach. Wtedy po raz pierwszy średnia przebiła 35 km/h… ale potem zwiędłem i średnia z całego odcinka była już niższa.

Otóż wtedy obiecałem sobie, że jak będę osiągał takie prędkości to sobie kupie jakieś pro-koła do roweru. Jako że tydzień przed zawodami kupiłem już koła (ale zdecydowanie nie pro) to cała sytuacja mnie mocno rozśmieszyła. Pierdoła ale podczas zawodów staram się wynajdywać historyjki i sytuacje, które są fajne/pozytywne/radosne.

Trochę byłem zaskoczony tą prędkością. Oczywiście wiedziałem, że się do niej zbliżam, wiedziałem jak jadę i się jej spodziewałem już podczas jazdy. Jednak przed zawodami zupełnie na to nie liczyłem. Po pierwsze dlatego, że to 90 km, a po drugie z uwagi na profil trasy.

Tym razem wiedziałem, że jeśli nie zdarzy się nic złego (a pamiętając o kolanie i czwórkach, to wszystko się mogło wydarzyć), to do końca roweru ta prędkość już tylko powinna wzrosnąć. No i tak się stało. :) Vavg wyszło 35,4 km/h aczkolwiek bike-split nie zawiera pierwszych dwóch minut jazdy, bo zapomniałem kliknąć guzik na gremlinie. ;)

Podsumowując: rower kozak! Aczkolwiek… podczas jazdy na rowerze była jeszcze jedna niepokojąca rzecz. Przestałem ogarniać co i kiedy jadłem. Na koniec roweru zostały mi 2 niezjedzone żele ale na pewno miałem spakowany o jeden żelik za dużo, bo zapomniałem, że mam go zjeść przed pływaniem (ups). Prawdopodobne jest więc, że zjadłem jeden żel za mało ALE strategia była taka, że chciałem jeść nieco częściej niż standardowo, więc suma sumarum chyba wciągnąłem tyle ile powinienem… tyle, że w niedokońca zmierzonych odcinkach czasu.

Inna sprawa wydarzyła się na kolejnych bufetach (o pierwszym już pisałem). Na drugim z kolei bufecie stwierdziłem, że złapie znowu bidon z izotonikiem, bo może trafiłem jakiś feler. Otóż nie. Kolejny bidon również był jakiś dziwnie lekki (jakby w połowie pusty) i ciężko było z niego cokolwiek wycisnąć. Trochę niebezpieczne to było, bo zamiast trzymać kierownicę z całej siły ściskałem bidon, by wylać z niego płyn do aerokubka.

Mając takie doświadczenie na trzecim bufecie po prostu złapałem butelkę z wodą i bez problemów w 5 sekund zapełniłem aerobidon życiodajną substancją. :)

Cały odcinek rowerowy minął mi dziwnie szybko. Ledwo mrugnąłem oczami, a trzeba było zjeżdżać z pętli i jechać w stronę Gdyni. Co prawda oznaczało to jeszcze 30km jazdy ale i tak wszystko się działo zaskakująco szybko.

A co do „szybko”. Przed zawodami rozmawiałem sobie z Asią Skutkiewicz o pięknym zjeździe z Witomina. Opowiadałem jak to rok temu się spinałem, by osiągnąć tam jak największą prędkość. Finalnie przyjąłem do wiadomości, że zysk czasowy z takich harców jest nieopłacalny w porównaniu do ryzyka jakie się podejmuje. Dlatego też na tamtym zjeździe zamiast 70 pojechałem jedynie 66 w pełnej kontroli nad rowerem.

Trasa IM to jednak nie tylko zjazd z Witomina ale również sławne NDW. Tam również chciałem się trochę rozpędzić jednak gdy na jednym z pierwszych łuków zobaczyłem, że asfalt jest mokry mocno zrewidowałem swoje plany. Nie zamulałem ale mając na uwadze jak beznadziejne jest hamowanie szosą na mokrej nawierzchni stwierdziłem, że na łukach również może być słabo. Jak widać na poniższych filmach nie każdy przyjął taki tok rozumowania.

To co prawda sam dół zjazdu gdzie było już sucho ale na tym skrzyżowaniu po pierwsze jest ostro w lewo, a po drugie jest piasek na asfalcie. No i moim zdaniem opona zwilżona kilkaset metrów wcześniej nie zdążyła jeszcze wyschnąć.

T2

Wjazd na skwer w glorii i chwale. :) Przez pół odcinka rowerego nie mogłem się odgonić od jednej myśli. Co z biegiem? Jak się będzie biegło? Mimo świetnej jazdy te myśli zajmowały raczej obszar depresyjny i lękowy niż radosny i chwalebny. ;)

Buty ściągnąłem na ul. Waszyngtona, więc jakiś max kilometr przed belką. Dla mnie to pewnie rekord późnego wyciągania stóp ale cóż… tę trasę przynajmniej znałem co do metra. ;) Ściągałbym jeszcze później ale na kocich łbach wolałem nie ryzykować.

Sam dojazd do belki się mega dłużył. Zwolniłem a to jeszcze nie tu. Przełożyłem nogę na drugą stronę i dryfowałem tyle co wiatr popchał. :P Kulałem się już tak wolno, że przed samą belką tylko leciutko przyhamowałem, by dopasować prędkość roweru do możliwości biegu. No i znowu zaskok… biegniemy z rowerami po zewnętrznej alejce. LOL :D

Wbiegłem w dobrą alejkę, przebiegłem przez nią i skonstatowałem, że to jednak zła alejka.  ¯\_(ツ)_/¯ Moja była jedna wcześniej ale z uwagi na to, że moje stanowisko było tuż przy główniej drodze na środku strefy to czmychnąłem środkiem tuż pod swój wieszak. Szybka akcja i pędem po worek.

Samo przebieranie było raczej z tych bardziej sprawnych, więc „brawo ja”, strefa zrzutu worków i już byłem na trasie…

… a wracając do moich nawracających myśli przez pół odcinka kolarskiego. Liczyłem, że po świetnym pływaniu i rowerze w 2:40 wciąż trzeba pobiec półmaraton poniżej 1:40, by złamać 5 godzin. Wiem jak biegam po rowerze, a szczególnie po mocnym rowerze. Domyślałem się tylko jak bardzo będzie boleć i jak bardzo będzie niefajnie. Ale myślenie nie boli… w odróżnieniu od sytuacji faktycznej. Rower w 2:40 to było moje marzenie. Rower + T2 w 2:40 to było coś niemożliwego do zrealizowania.

Podsumowując: odcinek kolarski przejechałem w około 2:34 dając sobie dodatkowe minuty na bieg. Niespecjalnie mnie to uspokoiło, bo gdy pomyślałem, że mam przebiec półmaraton w 1:43, to nadal mnie to osłabiało. No ale to dopiero pierwsze kółko… martwić zaczniemy się na trzecim…

Run

Kibice, wrzask, hałas, okrzyki „Marcin, Marcin”, wreszcie pierwszy bufet prowadzony przez epicką ekipę niebieskich „Wymiataczy” <3 Dodatkowo mój status mistrza pierwszej prostej. To wszystko sprawiło, że pierwszy kilometr półmaratonu pokonałem w 4:10. Przeraziło mnie to i rozśmieszyło jednocześnie. ;)

A potem… a potem Świętojańska i walka. Od początku było ciężko, przynajmniej tak się wydawało, bo potem było jeszcze ciężej i to wcześniejsze „ciężko” było sielanką. Standard.

To nie był piękny bieg. No może na pierwszym kółku było spoko. Wszystko widziałem, wypatrywałem kibiców i starałem się bawić razem z nimi. Z biegiem czasu to zanikało. Mimo że rower jest czasowo dłuższy od biegu, to właśnie podczas tuptania zebrało mi się na przemyślenia.

Często zdarzało się to czego tak bardzo nie lubię – poirytowanie. „Po cholerę mi to, po co taki bieg na wynik, że może jednak zwolnie i to wszystko pierdziele, że lepiej się dobrze bawić osiągając słabszy wynik.” Starałem się myśleć o wszystkim innym tylko nie o tym. Znowu szukałem czegokolwiek co może mnie rozweselić. Na szczęście na trasie biegowej w Gdyni są kibice. <3 Dla was wszystkich, znajomych i nieznajomych, wielka piona!

W worku w T2 nie miałem coca coli. Nie chciało mi się jej kupować i tam wkładać. :P O dziwo podczas biegu nie było tak źle z żołądkiem. Tutaj muszę się nawet bardzo pochwalić, bo na odcinku biegowym zjadłem ok. 2 i pół żela, co jest chyba nowym rekordem. Żołądek nie buntował się nawet tak silnie jak na wcześniejszych połówkach. Jasna sprawa, że miałem momenty gdy chciałem to z siebie… wyrzucić ;) ale kiedyś bywało zdecydowanie gorzej.

To zabawne ile człowiek znajduje haków na siebie podczas takiego wysiłku. Ile wymyśla rzeczy żeby zająć głowę czymkolwiek byle nie myśleniem o biegu. Ciężko to wszystko nawet spisać. Pamiętam, że tak bardzo chciałem się zatrzymać lub chociaż zwolnić, że obiecałem sobie postój na ostatnim bufecie na skwerze. Zupełnie nie pomyślałem wtedy, że jak już na nim będę to ni ch…a się nie zatrzymam, bo to przecież tuż tuż przed metą. :D

Na początku biegu miałem plan by ustawić tempomat na 4:30’/km i tak biec dopóki się da. Świętojańska wyszła wolniej ale za to potem Piłsudskiego z górki nieco szybciej. Dało się tak biec ale krótko Z kilometra na kilometr przybywało sekund do podsumowania każdego kaema. Na drugim kółku nawet Piłsudskiego z górki nie była… z górki. :P

Biegłem raczej po 4:40. Zegarek często pokazywał jakieś bzdury w tempie chwilowym w stylu 5:20 i takie tam. Uznałem, że to GPS wariuje. ;) Domyślałem się, że bieg wygląda raczej kiepsko :P ale za to z jaką radością przyjmowałem podsumowania kolejnych 1000m, które pokazywały tempo rzędu 4:45.

Mimo słabszego tempa motywowałem się, że każdy kilometr wychodzi poniżej 5 minut. Dobra passa skończyła się na trzecim podbiegu pod Świętojańską, gdzie 5:18 nieco pokazało mi gdzie jestem. :P Kolejny km powyżej 5:00 wyskoczył dopiero na 20km, więc nie odpadłem tak zupełnie.

Trzecie kółko to bieg serduchem. Na Świętojańskiej biegłem z zamkniętymi oczami, bo nawet patrzenie mnie już męczyło i bolało. Na Piłsudskiego prawie wpadłem przez to na innego zawodnika, który zwolnił by sięgnąć po kubek. Nie żeby to był jakoś specjalnie epicki bieg, bo każdy kto startował przeszedł swoje cierpienie ale tak cholernie nie chciałem już biec. ;)

„Nigdy więcej zawodów na wynik” rzekłem. Już niedługo będę się musiał wyspowiadać z tego kłamstwa. ;)

Na trzecim okrążeniu zacząłem kalkulować swoje szanse. Był zapas co było świetną wiadomością. Wiem jednak jak bardzo można zwolnić gdy jest się w takim stanie. Spowolnienie z 4:50 na 6:00 wydaje się minimalne i daje nieco ulgi, ale do wyniku nagle dodaje parę minut. Parę minut, które powodowały wylądowanie po złej stronie „wyniku pięciogodzinnego”. ;)

Gdy na trzecim kółku pomyślałem, że nie da się utrzymać tempa, że zaczynam maszerować i jest po ptakach przypomniałem sobie o propozycji organizatora Triathlon Energy w Mrągowie. To będzie mój ostatni start tri w tym sezonie. Jestem tam zapisany na 1/4 IM ale organizator zaproponował, że jak w Gdyni nie wyjdzie, to mnie przepisze z ćwiartki na połówkę. Tak bardzo nie chciałem przez to znowu przechodzić… więc siłą woli utrzymywałem tempo i czekałem cierpliwie na metę. :D

Ostatni znak na trasie pokazywał, że znajduje się na 20,6 kilometra trasy. Na zegarku miałem bodaj 20,2 ale wiedziałem, ze do mety jest ok. 500m. Trasa prawdopodobnie była krótsza ale średnio mnie to obchodziło. Wiedziałem, że MAM TO, że tutaj już nic złego się nie wydarzy i piątka pęknie jak ta lala.

Na ostatniej prostej zabawa i feta, trochę głupot, poprzybijanych piąteczek i darcie mordy na ostatniej kresce, która oznaczała koniec cierpienia.

Za metą

Nadszedł bóbr.

Usiadłem w cieniu zaraz za metą. Chęć donośnego szlochania jak ten bóbr ;) biła się z myślą, że obok siedzą jakieś zawodniczki i nie wypada. Ciężko było się powstrzymać ale najważniejsze było to, że już nie trzeba biec.

Po dłuższej chwili podszedł jakiś wolontariusz, by nas wygonić (w sensie poprosić :)) dalej do strefy finiszera. :) Wyszło fajnie, bo to był taki czas gdy już zacząłem panować nad sobą i mogłem iść dalej.

Nie ogarniałem tego co się właśnie stało. Bóbr nadchodzi nawet gdy pisze te słowa… :)

Dla mnie osobiście to był wielki dzień. Tak jak dla 2000 innych osób startujących w niedzielę i kolejnych kilkuset w sobotę. Dzień, w którym bardzo dobitnie poznałem różnicę między ścigania się, a startowaniem. Ten tekst piszę w poniedziałek, dzień po starcie. Stwierdzę trochę na wyrost ale z dwojga powyższych podejść do sportu chyba jednak wybieram ściganie. ;)

Podsumowując

Trening oddaje. Nigdy nie trenowałem tyle co przez pierwsze półrocze 2017 roku. Trafiając do Endure Team pod opiekę Tomka Spaleniaka nie do końca wiedziałem jak to się potoczy. Wyniki widać gołym okiem, nawet gdy te oczy są zamknięte podczas biegu. ;)

Mój trening od początku lipca się jednak zmienił. Postaram się poruszyć ten temat w jednym z kolejnych wpisów. Trenuje teraz dużo mniej. Stwierdzenie „nigdy nie trenowałem tyle co przez pierwsze półrocze 2017 roku” odbija się na życiu osobistym. Nie ma róży bez kolców i postanowiłem nieco zluzować. Przynajmniej tymczasowo.

Swoją triathlonową drogę rozpatruje w kontekście lat zmagań, a nie najbliższych miesięcy czy roku. Dlatego nie spieszy mi się do dystansu długiego oraz nie przeszkadza mi jeśli przez najbliższe tygodnie, miesiące, a nawet rok treningu będzie zbyt mało na fajny rozwój. Jak to się mawia „Enjoy the journey”. :)

Jeśli już jesteśmy przy cytatach, a raczej „one-linerach” to warto byłoby przytoczyć hasło, które pojawiało się już nie raz na tym blogu: „Anything is possible… ale że aż qwa tak?!”. Piątka rozmieniona z czego jestem okropnie zadowolony. Tym bardziej, że jeszcze czuje jak bardzo wiele mnie to kosztowało, choćby podczas samych zawodów.

To był udany weekend. 8)

Triathlon Gdańsk – olimpijka, czyli dużo pływania :P

Triathlon Gdańsk – olimpijka, czyli dużo pływania :P

Start na niefajnym dystansie (bo stosunkowo dużo pływania :P), w niepełnym zdrowiu (bo P1000J ;)) ale za to blisko domu. Argument za był wystarczający by spróbować.

Do tego startu podchodziłem bardzo ostrożnie. Kolano po feralnym ultramaratonie nie doszło jeszcze do siebie, ba!, te słowa piszę po ponad 2 tygodniach po Triathlon Gdańsk i kolano nadal dokucza. Na dodatek powiem, że ostatnie półtorej tygodnia w ogóle nie wsiadałem na rower, bo byłem na urlopie. Powrót z wakacji i od razu trening na bajku = po 25′ znowu poczułem ból w kolanie. Dupa!

Wracając jednak do startu. Niewiele czasu minęło od momentu gdy minąłem metę, a już tak wiele zapomniałem z tego co się działo. To znaczy, że urlop się udał. ;)

Coś tam jednak pamiętam ale żeby nie zaczynać od tyłka strony (bo najbardziej pamiętam świetny bieg ;)), zacznę jednak od dnia poprzedzającego zawody.

Odprawa

Pierwszy raz nie byłem na całej odprawie. W sumie nie wiem czemu. Stałem na molo z rowerem i słuchałem o czym opowiadają ze sceny na plaży. Zaczęło się robić nudno, więc poszedłem odstawić rower. Myślałem, że posłucham odprawy z drogi do mojego wieszaka ale po 70 kilometrach ;) chodu przez strefę z rowerami dźwięk spikera zanikł. Trochę potem czułem się nieswojo i na przyszłość jednak będę chodził na te odprawy, by słuchać teoretycznie „tego co zawsze”.

Dzień przed startem rozmawiałem jeszcze z Markiem, który to stwierdził, że pływanie będzie ciekawe. Chodziło oczywiście o falę. Podchodziłem do tego luźno aczkolwiek Marek pływa lepiej ode mnie, więc jak on mówi takie rzeczy…. to trzeba będzie uzbroić się w dodatkowe przyrządy. Jak widać na poniższym zdjęciu, do zawodów przystąpiłem nadzwyczaj ostrożnie. ;)

START

Rolling start był zrobiony mądrzej niż w Sierakowie. Pro na raz wskoczyli do wody a dopiero amatorzy startowali „rollingiem”. Wystartowałem strasznie powoli. Wlokłem nogę za nogą powoli zanurzając się w wodzie. Na zdjęciach ze startujących 8 osób jestem na samym końcu aczkolwiek nawet jak bym się spiął i wystartował mocno to też był bym ostatni.

W pierwszej sekundzie poniższego filmu widać zresztą jak bardzo zamulam. :P

Na raz startowało 8 osób. Ja byłem ustawiony zupełnie z prawej strony. Żeby wbiec do wody, po przebiegnięciu przez barierki musiałem skręcić w lewo, ominąć bramę i dopiero skierować się w stronę wody. Myślę, że jakby startowało po 6 osób na gwizdek, to wyglądałoby to dużo rozsądniej.

Swim

Rolling rollingiem, a cały czas płynąłem w tłoku. To chyba był taki sztuczny tłok ale na szczęście niczego mi nie ukradli. W sensie ani tri-gaci, ani pianki, ani nawet nie zerwali mi czepka czy okularków z głowy.

Nie wiem z czego to wynikało ale przez całe 1500m była co chwila lekka walka i przepychanie. Widać było, że nikt nie chce się szarpać ale jakoś tak wychodziło, że płynęliśmy blisko siebie i wszyscy „inni” myśleli że ci drudzy „inni” odbiją nieco w bok, by zrobić nieco przestrzeni. ;)

Suma sumarum było klawo. :P Po 1200-1300m (tak jak w Sierakowie) nagle pojawiła mi się wielka kropla wody w okularze, co doprowadzało mnie do mega irytacji. Tak jak w Sierakowie zatrzymałem się na parę sekund by to naprawić. Nie wiem o co biega. Czy mi się tak gałcuny pocą (to pewnie dlatego, że tak szybko płynę) czy ki ch…

W temacie „szybkiego pływania”, to tylko mi się oczywiście wydawało, bo z wody wyszedłem po ponad 30 minutach. :P

Na tytułowej fotce (przy okazji dziękuje Maćkowi za jej zrobienie) widać uśmiech na mojej twarzy. Zapewne było to przed spojrzeniem na zegarek. ;)

T1

Biegłem i biegłem i biegłem i biegłem… i inni też biegli i biegli. Miarki nie miałem ale podejrzewam, że stara strefa zmian Ironmana wzdłuż Skweru vs. strefa zmian w Gdańsku to jak porównać klasę Optimist do Titanica. ;) #JustKidding

W T1 wyprzedzałem. Fajnie, bo nie wyszedłem mega zmordowany z tej mordowni… znaczy wody. Długi dobieg do belki leciałem w butach, a jakże. Takie mam doświadczenie już w bieganiu w butach kolarskich, że na niezbyt szerokiej alejce również wyprzedzałem innych zawodników. ;)

Bike

Było fajosko! Przez pierwsze 18 minut. Potem ból kolana. Zasadniczo ten ból nie przeszkadzał jakoś super bardzo jeśli chodzi o pedałowanie. Na pewno cisnąłem nieco lżej jak gdyby nie było bólu. Większym problemem (tak jak i na ultramaratonie) okazał się ból czterech liter i podjazdy. Brak możliwości wstawania na pedały jest gupi i słaby! ;)

Prędkości były spoko. Jechałem swoje i wychodziło to bardzo fajnie. Po nawrotce zaczęły się jakieś pociągi i trochę pokrzyczałem sobie na współtowarzyszy niedoli. Trochę szeryf byłem ale ciiii. Po paru minutach bardzo szarpanego tempa jakoś udało się odskoczyć… a może to te pare osób jakoś się rozjechało. Wielkiego draftingu nie był ale już bałem się co będzie na drugim kółku.

Aha i jeszcze jedno jeśli chodzi o pierwsze okrążenie. Organizator cały czas przestrzegał nas przed jazdą w tunelu. Myślałem że przegina… ale nie. Jazda tam była bardzo niebezpieczna. Po zawodach dopiero dowiedziałem się, że pierwotnie trasa miała być jednokierunkowa i do dyspozycji zawodników miały być obie nitki tunelu. Tak się nie stało i podczas wyprzedzania w tunelu prawie srałem pod siebie ze strachu jadąc prawie środkiem jazdni 50-60 na godzinę… z górki of course. ;)

Czemu wyprzedzałem na skrajni swojego pasa ruchu? Bo towarzystwo kolarskie nie kuma, że gdy jedzie się samemu po pasie to należy jechać prawą stroną. Bo przecież za 3 kilometry będzie wyprzedzał tego gościa co go goni, więc już zjedzie sobie na środek pasa… no na taki lewy środek. K$#@a.

Na drugim kółku już nie było tak kolorowo jeśli chodzi o prędkości aczkolwiek gremlin pokazywał gorsze dane niż zobaczyłem finalnie na wynikach od organizatora. Jak widać poniżej zarówno TAM jak i Z POWROTEM zwolniłem tylko o 1 km/h. ;)

Przez większość zawodów miałem mega zajawkę ale na powrocie z drugiego kółka puściły mi nerwy. Nagle dogoniło mnie kilka osób i znalazłem się w środku grupy. Nie chciałem jechać jak parówa, a ziomki jechały dwoma rzędami. Wydarłem się wreszcie czy „lewa strona wyprzedza czy stoi”. No to lewa strona zjechała na prawo, by stworzyć jeden ciąg lokomotywy z wagonikami.

Zjechałem na lewo i ich wyprzedziłem. Trochę zaczęło palić w udach. Długo nie pojechałem z przodu i znowu znalazłem się w grupie. Nie miałem siły znowu uderzać do przodu, więc zawołałem paru osób „co tu qwa robią” jednak ćwiczone tygodniami skamieniały miny nie odpowiedziały ani słowem. #MistrzowiePokerFace

W tym momencie ch%#$@ mnie strzelił i nacisnąłem klamki hamulca. Parówy odjechały na  30-40 metrów. Daleko ale nie chciałem mieć z takimi cieciami do czynienia. Zapisałem sobie nawet numery dwóch typów z tyłu stawki ale szkoda mi nawet je przytaczać. Po paru minutach grupa była już ze 150m przede mną. Że tak powiem „ładnie cisnęli”. :/

Wtedy nadjechał motor, pogadał z nimi i nagle grupa się rozeszła. Kilka minut później kilka parów było już za mną. To drugi raz gdy zderzyłem się z tak rażącym i celowym draftingiem (pierwszy raz był na IM rok temu gdy jechały dwie parówy na przodzie swojej, siwej strefy czasowej). Na pohybel!

Sprawdziłem po zawodach czasy tych dwóch zapamiętanych numerów… bike split mieli gorszy od mojego. :P

Jeśli chodzi o moje zawody, to końcówkę jechałem już bardzo wolno. By dopełnić standardu wypiąłem się z butów ze 2 km przed belką… ot tak by zdążyć. ;)

Tempo i czas na rowerze było bardzo fajne aczkolwiek trasa była prosta, więc nie wiem czy można to jakośkolwiek przekładać na to co będzie na 90 km IM Gdynia. W Gdańsku było parę górek ale poza nimi nigdzie nie trzeba było zwalniać (poza nawrotką of course ;)).

T2

Biegłem i biegłem…. ;) Tym razem wygodniej bo bez butów. I znowu wyprzedzałem ludzi podczas biegu. Raczej na to nie zwracam uwagi ale tutaj ilość wyprzedzanych osób była po prostu spora, a po drugie różnica temp była bardzo znaczna. Nie żebym na rowerze nie wyprzedzał ale jakoś miło się robiło gdy w T2 potrafiłem machnąć 5-10 osób podczas samego biegu.

Run

Bieg był fantastyczny. Zacząłem dość mocno i gdy tętno wskoczyło na wyższy poziom oraz zrobiło się cieplej… utrzymałem wysiłek. Może to zasługa nieskatowania się na rowerze (przez kolano), a może po prostu dyspozycja dnia. Nie wiem ale bardzo chciałbym powtórzyć to w Gdyni.

Przed zawodami myślałem sporo o biegu. Myśli me ciągle wracały do startu w Starogardzie Gdańskim gdzie postanowiłem zajechać się na rowerze i pobić rekord w biegu… O ile na rowerze był konkret, o tyle na biegu byłem max zbombiony. Dość powiedzieć, że tempo na 10 km w Gdańsku było szybsze niż na 5 km z hakiem w Starogardzie. ;)

Cel na bieg został osiągnięty. Nie chodziło nawet o sam czas czy tempo. Chodziło o nastawienie metalne i wytrzymanie pewnego (określonego samopoczuciem, a nie tętnem) poziomu wysiłku. Była wola walki i ciągła zajawka, więc mimo dyskomfortu czas mijął względnie szybko.

Meta

Na 1-1,5 km przed metą wyprzedziło mnie trzech gości. Co ciekawe do tej pory raczej nikt mnie nie wyprzedzał (poza Kubą Rucińskim :P ale to inna liga). Trochę mnie to zesmuciło, bo zaraz meta, a ja teraz spadam o 3 oczka w dół. Nie odpuściłem i zrewanżowałem się jednemu gościowi z owej trójki. Tuż przed metą dogoniłem jeszcze jakiegoś innego zawodnika i zagraliśmy w grę. :P

Zrównałem się z nim i wyszedłem o krok w przód. On krzyknął „oooo ty!” :) i zaczął przyspieszać. Co 2 kroki wchodziliśmy na coraz wyższe tempo, a mi wydawało się, że mam wszystko pod kontrolą. Co ziom przyspieszał, to ja odpowiadałem i wychodziłem pół kroku w przód.

Finalnie przestałem kontrolować tempo, bo skończyły mi się biegi w skrzyni. ;) Został tylko guzik „ignition” i odpaliłem w przód. Finisz wygrałem o kilka dobrych metrów, a na mecie padłem na cycki. ;)

To były świetne zawody. Po rowerze gdy kalkulowałem co muszę pobiec by złamać 2:30 wychodziło mi, że trzeba biec po 4:30. Wydawało mi się to strasznie szybko i w ogóle poziom 2:30 na olimpijce wydał mi się jakiś ultra ciężki do osiągnięcia.

Finalnie zatrzymałem zegar na 2:27.36 co jest oczywiście moim nowym rekordem życiowym na tym dystansie. Swoją drogą, startowałem dopiero drugi raz na olimpijce. :P

Z uwagi na lokalizację zawodów za rok pewnie wrócę do Gdańska aczkolwiek najpierw upewnię się dwa razy czy trasa rowerowa jest bezpieczna. W tunelu zdarzył się wypadek (a może i wypadki) i mam nadzieję, że da to do zrozumienia organizatorowi, by zmienić ten element trasy.

Pozdro!