Ten cały triathlon, to jest całkiem ciężki. Szczególnie jak lecisz na wynik. W pływaniu trochę sapania, na rowerze trochę pieczenia… ale na biegu… to jest dopiero dramat w wielu aktach.

W tygodniu zawodów miałem trochę perypetii związanych z rowerem. Nie będę się już ośmieszał i ich tutaj przywoływał. Finalnie o godzinie 7:30 w dniu zawodów miałem rower w stanie bardzo sprawnym. Ostatnio tak sprawny był pewnie z rok temu. :P

Z ciekawostek powiem, że od dwóch dni mój rumak był również wyposażony w nowe koła. Czym prędzej chciałbym jednak pohamować triathlonistów, bo to nie jest tak jak myślicie. ;) W świecie Tri jak ktoś mówi że kupuje koła, to znaczy że sprzedaje samochód, by za nie zapłacić. ;) Mój komplet wraz z oponami kosztował 350 pln. Porównując do starych kółek, to nabyłem prawie takie same stockowe koła Syncros ale UWAGA UWAGA z aerodynamicznymi szprychami. 😂 +7 km/h jak nic!

Piątek

W piątek z samego rana pojawiliśmy się z juniorem na plaży. Cel: sprawdzenie temperatury wody. Specjalnie nie wziąłem pianki, by zobaczyć w czym dzieciaki będą pływały. Było zimno :P Mega zimno. Albo ja nie jestem przyzwyczajony albo mam za mało ocieplającego tłuszczu (ahhahahaha to na pewno nie to :D) ale nie chciałbym pływać w takiej wodzie. Junior się przestraszył, że nie może nawet normalnie oddychać, bo mu ściska cyce i przestraszony wycofał się z rywalizacji nim ta się rozpoczęła. :( Szkoda aczkolwiek wciąż chce spróbować. Następnym razem wybierzemy na debiut jakieś jezioro. ;)

Po południu przyjechaliśmy jeszcze raz zobaczyć jak wyglądają zawody IronKids. Pierwszy był start dziewczynek 8-9 lat. Byłem w szoku jak dobrze radzą sobie w wodzie i na biegu. Na twarzach malowało się mega zmęczenie. Prawdziwe IronKids! Szacunek i uznanie.

Sobota

W sobotę już o 9:30 zameldowałem się w Gdyni na 4-godzinne opalanie. Było trzaskanie fotek i było kibicowanie. Jak ktoś szuka galerii ze zdjęciami ze sprintu to zapraszam tutaj:

W połowie pierwszej fali pomyślałem, że trochę słońce doskwiera i że zaraz będę głodny i że to ogólnie nie był najlepszy pomysł żeby tkwić pół dnia na słońcu w przeddzień startu. Ale poczekałem na drugą falę by popstrykać, odebrałem pakiet i zabrałem się do domu by… po 2-3h wrócić do centrum.

Najpierw #BezaUMKONa, potem zrzut roweru do strefy zmian, odprawa i jeszcze raz zahaczyłem o strefę tranzycji, by oddać rower do serwisu. Pokręcili, posmarowali i rower znowu był cichy, a biegi wchodziły idealnie. :)

Dopiero po powrocie do domu zacząłem się pakować na własne zawody. Nie było stresu, bo cały dzień był wypełniony po brzegi. :) W centrum spotkałem sporo znajomych i nieznajomych #NajlepsiSłuchacze #NajlepsiCzytelnicy Ogólnie było git. W takich momentach zdaje sobie sprawę jak bardzo wsiąkłem w środowisko tri. :)

Niedziela

Do centrum zabrałem się z kolegą Szymonem. Gdy dotarliśmy na miejsce, strefa zmian tętniła życiem. Z rańca jak to z rańca: szybki check worków, założenie bidonu na rower i to tyle. Sprawdziłem jeszcze 3 razy, w którą dróżkę mam wbiec po rower… tyle że sprawdzałem to od alejki środkowej, a nie zewnętrznej, więc finalnie na zawodach i tak się pogubiłem… :P

Czasu na wszystko było sporo, a mimo to do wody wszedłem spóźniony na sam koniec rozgrzewki. :(

Start

Rolling start to fajny pomysł ale w przypadku startu 2000 zawodników został (moim zdaniem) źle rozplanowany. Na rozgrzewce w wodzie zaczęto nas wywoływać, by już wchodzić do strefy startowej, bo zaraz zamykają. Pomyślałem, że to normalne, bo liczą ludzi itp itd. Spoko.

Problem tkwi w tym, że rozgrzane osoby czekały potem w ścisku 30 minut na swój start. Nieporozumienie. Rok temu gdy start odbywał się grupami wiekowymi i startowało się o 8:40, to wiadome było, że należy stawić się 8:30 na starcie i było ok. W tym wypadku ci co startowali z końca o 9 musieli do 7:55 stawić się jak pingwiny 100m przed bramą IronSwim. Element zdecydowanie do poprawy za rok.

Gdy stanąłem w bramce serducho zaczęło walić. W sumie nie jakoś mega mocno. Byłem dziwnie spokojny. Zero ciśnienia, zero myślenia ;), po prostu czekałem na robotę do zrobienia.

Swim

Bieg, skakanie, płynięcie, skakanie, bieg, płynięcie – standardowy początek pływania przy starcie z gdyńskiej plaży. ;) Potem glony, meduzy i wreszcie głębia.

Przez pierwsze minuty wszystko przypominało ścisk z Gdańska ale potem się to uspokoiło. Płynęło się fajnie i nawet mi się nie dłużyło. Po około kilometrze trochę ręce nie chciały się już wyciągać do przodu ale to było chwilowe.

Chwilowe natomiast nie było parowanie okularków. Jeszcze dzień wcześniej myślałem czy czasem nie psiknąć gogli antyfogiem ale „przecież niedawno psikałem”. No i dupa. Po nawrotce nie wiedziałem dokąd płynę. Po drugiej nawrotce było jeszcze gorzej. Co chwila się zatrzymywałem żeby w ogóle patrzeć czy nie płynę na Hel.

Wreszcie poirytowany ściągnąłem okularki i je przeczyściłem. Wizja była lepsza choć nie idealna. Przynajmniej widziałem cokolwiek. :) Ostatnia prosta się strasznie dłużyła ale nie było to męczące. Całe pływanie minęło względnie szybko co było miłym zaskoczeniem. :)

W ogóle to na pływaniu… uwaga uwaga… wyprzedzałem! To było tym dziwniejsze, że wystartowałem z szybszej strefy niż myślałem że powinienem, czyli 33-37 lub coś podobnego. Okazuje się, że Janusze stref startowych są wszędzie.

Na wyjściu z wody miłe zaskoczenie. Metalowe schody schodziły parę stopni niżej w wodę przez co dużo bezpieczniej można było z niej wypełznąć. Nawet na ostatnich stopniach była mięciutka wykładzina. Plus za to :) aczkolwiek niektórzy mówili, że tej wykładziny nie widzieli, bo była czarna. :P

Podsumowując pływanie… wyszło 2250 metrów. 😂 Wiadomo, że GPS w wodzie się buntuje ale linia namalowana na mapce współgra z moimi odczuciami. Czas poprawić nawigacje (chyba głównie testując i ogarniajac temat okularków) i pływać sub35′ na połówce w następnym sezonie.

Tak czy inaczej byłem mega zaskoczony gdy zobaczyłem 37:30 na wyjściu z wody. Tym bardziej, że tak wiele razy zatrzymywałem się by się rozejrzeć. Jest mega progres. :)

T1

Pogaduchy chichoty itp. Nauczony doświadczeniem, że pianka z łydek mi nie schodzi przestałem z nią walczyć i się szarpać co spowodowało, że poradziłem sobie z tematem nadzwyczaj szybko. Cała przebiórka jak na moje standardy wyszła sprawnie. Potem lekki zaskok, że mamy biec po zewnętrznej stronie strefy  ¯\_(ツ)_/¯ ale wbiegłem tam gdzie powinienem i szybko zgarnąłem rower z wieszaka.

To jest to co lubie w systemie workowym. Dobiegając do roweru tylko zsuwasz go z haka i od razu ciśniesz dalej. :) Oczywiście nie ma to żadnej różnicy w przebiegu zawodów, bo i tak się musisz wcześniej przebrać ale psychicznie jakoś inaczej się to odbiera…

Bike

Obyło się bez przypału – to najważniejsze. ;) Od samego początku kręciło się ok. Parę dni przed startem z wielką ulgą przyjąłem wieść, że po godzinie kręcenia, moje kolano nie odezwało się z żadnym bólem i kłuciem. Pomyślałem wtedy, że to dobry zwiastun zbliżających się zawodów… trochę się przeliczyłem ale o tym za chwilę.

Ostatnie 2 tygodnie przed zawodami prawie nic nie kręciłem. Tydzień byłem na urlopie i dopiero w tygodniu startowym zakręciłem ze 2 razy. Natomiast spędziłem ten czas na bieganiu i pływaniu i liczyłem, że te dyscypliny fajnie zagrają. Na pływanie narzekać nie mogłem. ;) Ciekaw byłem natomiast jak wyjdzie rower.

Pierwsze kilometry to jazda w mega korku. Rolling starty, trele morele a i tak jechał wielki kilometrowy pociąg. Szczególnie tam gdzie mieliśmy dostępny jeden pas ruchu. Cóż, ciężko inaczej poprowadzić trasę lub zamknąć jeszcze więcej ulic ;) więc trzeba było jechać tak. Niby łatwiej ale sumienie gryzie.

Ekipa rozjechała się chyba dopiero na podjeździe ale w trakcie zawodów były jeszcze małe kongestie. Ogólnie mówiąc, to przez zdecydowaną większość trasy można było omijać jazdę na kole. Czasami trzeba odpuścić i zwolnić ale niewiele się przez to traci.

Prawdę mówiąc, na mnie takie zgrupowania rowerów działają mobilizująco. Jeśli jedziemy podobną prędkością, to mam dwa wybory: zwolnić lub przyspieszyć. Zwykle przyspieszam i staram się ich wyprzedzić :) co powoduje dobry czas na mecie… albo zgon przed końcem roweru.  ¯\_(ツ)_/¯

Pierwszy zgrzyt nastąpił w Koleczkowie przy bufecie. Wziąłem izotonik w jakimś małym bidoniku. Próbowałem z niego coś wycisnąć do aerobidonu na kierownicy ale średnio to szło. Wreszcie zrezygnowany wsadziłem go do koszyka na ramie i okazało się, że to jakiś mini mini bidon. Najważniejsze, że nie wypadł z koszyka i potem jeszcze mogłem próbować ciągnąć z niego nieco cieczy.

Jechało się świetnie. Już po kilkunastu kilometrach miałem wrażenie (graniczące z pewnością ;)), że jadę szybciej niż rok temu. Wiatr był też minimalny, nie to co rok temu. Ani na Morskiej, ani na estakadzie czy Wiśniewskiego nie wiało tak jak wtedy.

Słodką radość z jazdy przyćmił ból kolana po równych 60 minutach jazdy. Skrzywiłem się mocno ale starałem się myśleć pozytywnie. Skoro niedawno bolało mnie po 20 minutach, a teraz zabolało dopiero po 60 to jesteśmy na dobrej drodze i będzie ok. I było w miarę ok. Można było kręcić tak jak się kręciło. A przynajmniej do pewnego momentu.

Wybiła godzina i 40 minut jazdy. Drugie ukłucie w kolanie. Myślałem, że spadnę z roweru, a z oka poleciała mi niewiadomo czemu łza. Chyba się przestraszyłem, że to koniec, że będę kulał teraz do końca roweru tak jak kulałem ostatnie 200 km na P1000J.

Pokręciłem chwilę luźno i wróciłem do swojej intensywności, czyli mocno i bez myślenia o późniejszym biegu. ;) To był też ten moment gdy przy wstawaniu na pedały na podjazdach czułem, że jestem o krok od skurczy czworogłowych.

Tak naprawdę to nic nowego – taka jazda na granicy skurczy. Trzeba po prostu uważać jak się jedzie, jak się kręci, by nie spowodować konkretnego napięcia-wyluzowania mięśnia. Jednak z uwagi na połączenie kolano-czwórki, jechałem z duszą na ramieniu. Przed nami były jeszcze ze dwa małe podjazdy, a wiedziałem, że jak będzie źle, to na górkach po prostu odpadnę.

Byłem w pełni skupiony nad tym jak kręcę pedałami. Prędkość miała tylko rosnąć. ;) Taka jest jednak trasa w Gdyni, że im dalej w las tym okoliczności bardziej sprzyjające do szybszej jazdy.

Gdy średnia prędkość przebiła 35 km/h (podczas jazdy na zawodach obserwuje tylko 2 wartości: prędkość aktualna i prędkość średnia, przy czym aktualna powinna być wyższa od średniej :P) przypomniałem sobie z uśmiechem na ustach to co obmyśliłem półtora roku wcześniej na zawodach w Charzykowach. Wtedy po raz pierwszy średnia przebiła 35 km/h… ale potem zwiędłem i średnia z całego odcinka była już niższa.

Otóż wtedy obiecałem sobie, że jak będę osiągał takie prędkości to sobie kupie jakieś pro-koła do roweru. Jako że tydzień przed zawodami kupiłem już koła (ale zdecydowanie nie pro) to cała sytuacja mnie mocno rozśmieszyła. Pierdoła ale podczas zawodów staram się wynajdywać historyjki i sytuacje, które są fajne/pozytywne/radosne.

Trochę byłem zaskoczony tą prędkością. Oczywiście wiedziałem, że się do niej zbliżam, wiedziałem jak jadę i się jej spodziewałem już podczas jazdy. Jednak przed zawodami zupełnie na to nie liczyłem. Po pierwsze dlatego, że to 90 km, a po drugie z uwagi na profil trasy.

Tym razem wiedziałem, że jeśli nie zdarzy się nic złego (a pamiętając o kolanie i czwórkach, to wszystko się mogło wydarzyć), to do końca roweru ta prędkość już tylko powinna wzrosnąć. No i tak się stało. :) Vavg wyszło 35,4 km/h aczkolwiek bike-split nie zawiera pierwszych dwóch minut jazdy, bo zapomniałem kliknąć guzik na gremlinie. ;)

Podsumowując: rower kozak! Aczkolwiek… podczas jazdy na rowerze była jeszcze jedna niepokojąca rzecz. Przestałem ogarniać co i kiedy jadłem. Na koniec roweru zostały mi 2 niezjedzone żele ale na pewno miałem spakowany o jeden żelik za dużo, bo zapomniałem, że mam go zjeść przed pływaniem (ups). Prawdopodobne jest więc, że zjadłem jeden żel za mało ALE strategia była taka, że chciałem jeść nieco częściej niż standardowo, więc suma sumarum chyba wciągnąłem tyle ile powinienem… tyle, że w niedokońca zmierzonych odcinkach czasu.

Inna sprawa wydarzyła się na kolejnych bufetach (o pierwszym już pisałem). Na drugim z kolei bufecie stwierdziłem, że złapie znowu bidon z izotonikiem, bo może trafiłem jakiś feler. Otóż nie. Kolejny bidon również był jakiś dziwnie lekki (jakby w połowie pusty) i ciężko było z niego cokolwiek wycisnąć. Trochę niebezpieczne to było, bo zamiast trzymać kierownicę z całej siły ściskałem bidon, by wylać z niego płyn do aerokubka.

Mając takie doświadczenie na trzecim bufecie po prostu złapałem butelkę z wodą i bez problemów w 5 sekund zapełniłem aerobidon życiodajną substancją. :)

Cały odcinek rowerowy minął mi dziwnie szybko. Ledwo mrugnąłem oczami, a trzeba było zjeżdżać z pętli i jechać w stronę Gdyni. Co prawda oznaczało to jeszcze 30km jazdy ale i tak wszystko się działo zaskakująco szybko.

A co do „szybko”. Przed zawodami rozmawiałem sobie z Asią Skutkiewicz o pięknym zjeździe z Witomina. Opowiadałem jak to rok temu się spinałem, by osiągnąć tam jak największą prędkość. Finalnie przyjąłem do wiadomości, że zysk czasowy z takich harców jest nieopłacalny w porównaniu do ryzyka jakie się podejmuje. Dlatego też na tamtym zjeździe zamiast 70 pojechałem jedynie 66 w pełnej kontroli nad rowerem.

Trasa IM to jednak nie tylko zjazd z Witomina ale również sławne NDW. Tam również chciałem się trochę rozpędzić jednak gdy na jednym z pierwszych łuków zobaczyłem, że asfalt jest mokry mocno zrewidowałem swoje plany. Nie zamulałem ale mając na uwadze jak beznadziejne jest hamowanie szosą na mokrej nawierzchni stwierdziłem, że na łukach również może być słabo. Jak widać na poniższych filmach nie każdy przyjął taki tok rozumowania.

To co prawda sam dół zjazdu gdzie było już sucho ale na tym skrzyżowaniu po pierwsze jest ostro w lewo, a po drugie jest piasek na asfalcie. No i moim zdaniem opona zwilżona kilkaset metrów wcześniej nie zdążyła jeszcze wyschnąć.

T2

Wjazd na skwer w glorii i chwale. :) Przez pół odcinka rowerego nie mogłem się odgonić od jednej myśli. Co z biegiem? Jak się będzie biegło? Mimo świetnej jazdy te myśli zajmowały raczej obszar depresyjny i lękowy niż radosny i chwalebny. ;)

Buty ściągnąłem na ul. Waszyngtona, więc jakiś max kilometr przed belką. Dla mnie to pewnie rekord późnego wyciągania stóp ale cóż… tę trasę przynajmniej znałem co do metra. ;) Ściągałbym jeszcze później ale na kocich łbach wolałem nie ryzykować.

Sam dojazd do belki się mega dłużył. Zwolniłem a to jeszcze nie tu. Przełożyłem nogę na drugą stronę i dryfowałem tyle co wiatr popchał. :P Kulałem się już tak wolno, że przed samą belką tylko leciutko przyhamowałem, by dopasować prędkość roweru do możliwości biegu. No i znowu zaskok… biegniemy z rowerami po zewnętrznej alejce. LOL :D

Wbiegłem w dobrą alejkę, przebiegłem przez nią i skonstatowałem, że to jednak zła alejka.  ¯\_(ツ)_/¯ Moja była jedna wcześniej ale z uwagi na to, że moje stanowisko było tuż przy główniej drodze na środku strefy to czmychnąłem środkiem tuż pod swój wieszak. Szybka akcja i pędem po worek.

Samo przebieranie było raczej z tych bardziej sprawnych, więc „brawo ja”, strefa zrzutu worków i już byłem na trasie…

… a wracając do moich nawracających myśli przez pół odcinka kolarskiego. Liczyłem, że po świetnym pływaniu i rowerze w 2:40 wciąż trzeba pobiec półmaraton poniżej 1:40, by złamać 5 godzin. Wiem jak biegam po rowerze, a szczególnie po mocnym rowerze. Domyślałem się tylko jak bardzo będzie boleć i jak bardzo będzie niefajnie. Ale myślenie nie boli… w odróżnieniu od sytuacji faktycznej. Rower w 2:40 to było moje marzenie. Rower + T2 w 2:40 to było coś niemożliwego do zrealizowania.

Podsumowując: odcinek kolarski przejechałem w około 2:34 dając sobie dodatkowe minuty na bieg. Niespecjalnie mnie to uspokoiło, bo gdy pomyślałem, że mam przebiec półmaraton w 1:43, to nadal mnie to osłabiało. No ale to dopiero pierwsze kółko… martwić zaczniemy się na trzecim…

Run

Kibice, wrzask, hałas, okrzyki „Marcin, Marcin”, wreszcie pierwszy bufet prowadzony przez epicką ekipę niebieskich „Wymiataczy” <3 Dodatkowo mój status mistrza pierwszej prostej. To wszystko sprawiło, że pierwszy kilometr półmaratonu pokonałem w 4:10. Przeraziło mnie to i rozśmieszyło jednocześnie. ;)

A potem… a potem Świętojańska i walka. Od początku było ciężko, przynajmniej tak się wydawało, bo potem było jeszcze ciężej i to wcześniejsze „ciężko” było sielanką. Standard.

To nie był piękny bieg. No może na pierwszym kółku było spoko. Wszystko widziałem, wypatrywałem kibiców i starałem się bawić razem z nimi. Z biegiem czasu to zanikało. Mimo że rower jest czasowo dłuższy od biegu, to właśnie podczas tuptania zebrało mi się na przemyślenia.

Często zdarzało się to czego tak bardzo nie lubię – poirytowanie. „Po cholerę mi to, po co taki bieg na wynik, że może jednak zwolnie i to wszystko pierdziele, że lepiej się dobrze bawić osiągając słabszy wynik.” Starałem się myśleć o wszystkim innym tylko nie o tym. Znowu szukałem czegokolwiek co może mnie rozweselić. Na szczęście na trasie biegowej w Gdyni są kibice. <3 Dla was wszystkich, znajomych i nieznajomych, wielka piona!

W worku w T2 nie miałem coca coli. Nie chciało mi się jej kupować i tam wkładać. :P O dziwo podczas biegu nie było tak źle z żołądkiem. Tutaj muszę się nawet bardzo pochwalić, bo na odcinku biegowym zjadłem ok. 2 i pół żela, co jest chyba nowym rekordem. Żołądek nie buntował się nawet tak silnie jak na wcześniejszych połówkach. Jasna sprawa, że miałem momenty gdy chciałem to z siebie… wyrzucić ;) ale kiedyś bywało zdecydowanie gorzej.

To zabawne ile człowiek znajduje haków na siebie podczas takiego wysiłku. Ile wymyśla rzeczy żeby zająć głowę czymkolwiek byle nie myśleniem o biegu. Ciężko to wszystko nawet spisać. Pamiętam, że tak bardzo chciałem się zatrzymać lub chociaż zwolnić, że obiecałem sobie postój na ostatnim bufecie na skwerze. Zupełnie nie pomyślałem wtedy, że jak już na nim będę to ni ch…a się nie zatrzymam, bo to przecież tuż tuż przed metą. :D

Na początku biegu miałem plan by ustawić tempomat na 4:30’/km i tak biec dopóki się da. Świętojańska wyszła wolniej ale za to potem Piłsudskiego z górki nieco szybciej. Dało się tak biec ale krótko Z kilometra na kilometr przybywało sekund do podsumowania każdego kaema. Na drugim kółku nawet Piłsudskiego z górki nie była… z górki. :P

Biegłem raczej po 4:40. Zegarek często pokazywał jakieś bzdury w tempie chwilowym w stylu 5:20 i takie tam. Uznałem, że to GPS wariuje. ;) Domyślałem się, że bieg wygląda raczej kiepsko :P ale za to z jaką radością przyjmowałem podsumowania kolejnych 1000m, które pokazywały tempo rzędu 4:45.

Mimo słabszego tempa motywowałem się, że każdy kilometr wychodzi poniżej 5 minut. Dobra passa skończyła się na trzecim podbiegu pod Świętojańską, gdzie 5:18 nieco pokazało mi gdzie jestem. :P Kolejny km powyżej 5:00 wyskoczył dopiero na 20km, więc nie odpadłem tak zupełnie.

Trzecie kółko to bieg serduchem. Na Świętojańskiej biegłem z zamkniętymi oczami, bo nawet patrzenie mnie już męczyło i bolało. Na Piłsudskiego prawie wpadłem przez to na innego zawodnika, który zwolnił by sięgnąć po kubek. Nie żeby to był jakoś specjalnie epicki bieg, bo każdy kto startował przeszedł swoje cierpienie ale tak cholernie nie chciałem już biec. ;)

„Nigdy więcej zawodów na wynik” rzekłem. Już niedługo będę się musiał wyspowiadać z tego kłamstwa. ;)

Na trzecim okrążeniu zacząłem kalkulować swoje szanse. Był zapas co było świetną wiadomością. Wiem jednak jak bardzo można zwolnić gdy jest się w takim stanie. Spowolnienie z 4:50 na 6:00 wydaje się minimalne i daje nieco ulgi, ale do wyniku nagle dodaje parę minut. Parę minut, które powodowały wylądowanie po złej stronie „wyniku pięciogodzinnego”. ;)

Gdy na trzecim kółku pomyślałem, że nie da się utrzymać tempa, że zaczynam maszerować i jest po ptakach przypomniałem sobie o propozycji organizatora Triathlon Energy w Mrągowie. To będzie mój ostatni start tri w tym sezonie. Jestem tam zapisany na 1/4 IM ale organizator zaproponował, że jak w Gdyni nie wyjdzie, to mnie przepisze z ćwiartki na połówkę. Tak bardzo nie chciałem przez to znowu przechodzić… więc siłą woli utrzymywałem tempo i czekałem cierpliwie na metę. :D

Ostatni znak na trasie pokazywał, że znajduje się na 20,6 kilometra trasy. Na zegarku miałem bodaj 20,2 ale wiedziałem, ze do mety jest ok. 500m. Trasa prawdopodobnie była krótsza ale średnio mnie to obchodziło. Wiedziałem, że MAM TO, że tutaj już nic złego się nie wydarzy i piątka pęknie jak ta lala.

Na ostatniej prostej zabawa i feta, trochę głupot, poprzybijanych piąteczek i darcie mordy na ostatniej kresce, która oznaczała koniec cierpienia.

Za metą

Nadszedł bóbr.

Usiadłem w cieniu zaraz za metą. Chęć donośnego szlochania jak ten bóbr ;) biła się z myślą, że obok siedzą jakieś zawodniczki i nie wypada. Ciężko było się powstrzymać ale najważniejsze było to, że już nie trzeba biec.

Po dłuższej chwili podszedł jakiś wolontariusz, by nas wygonić (w sensie poprosić :)) dalej do strefy finiszera. :) Wyszło fajnie, bo to był taki czas gdy już zacząłem panować nad sobą i mogłem iść dalej.

Nie ogarniałem tego co się właśnie stało. Bóbr nadchodzi nawet gdy pisze te słowa… :)

Dla mnie osobiście to był wielki dzień. Tak jak dla 2000 innych osób startujących w niedzielę i kolejnych kilkuset w sobotę. Dzień, w którym bardzo dobitnie poznałem różnicę między ścigania się, a startowaniem. Ten tekst piszę w poniedziałek, dzień po starcie. Stwierdzę trochę na wyrost ale z dwojga powyższych podejść do sportu chyba jednak wybieram ściganie. ;)

Podsumowując

Trening oddaje. Nigdy nie trenowałem tyle co przez pierwsze półrocze 2017 roku. Trafiając do Endure Team pod opiekę Tomka Spaleniaka nie do końca wiedziałem jak to się potoczy. Wyniki widać gołym okiem, nawet gdy te oczy są zamknięte podczas biegu. ;)

Mój trening od początku lipca się jednak zmienił. Postaram się poruszyć ten temat w jednym z kolejnych wpisów. Trenuje teraz dużo mniej. Stwierdzenie „nigdy nie trenowałem tyle co przez pierwsze półrocze 2017 roku” odbija się na życiu osobistym. Nie ma róży bez kolców i postanowiłem nieco zluzować. Przynajmniej tymczasowo.

Swoją triathlonową drogę rozpatruje w kontekście lat zmagań, a nie najbliższych miesięcy czy roku. Dlatego nie spieszy mi się do dystansu długiego oraz nie przeszkadza mi jeśli przez najbliższe tygodnie, miesiące, a nawet rok treningu będzie zbyt mało na fajny rozwój. Jak to się mawia „Enjoy the journey”. :)

Jeśli już jesteśmy przy cytatach, a raczej „one-linerach” to warto byłoby przytoczyć hasło, które pojawiało się już nie raz na tym blogu: „Anything is possible… ale że aż qwa tak?!”. Piątka rozmieniona z czego jestem okropnie zadowolony. Tym bardziej, że jeszcze czuje jak bardzo wiele mnie to kosztowało, choćby podczas samych zawodów.

To był udany weekend. 8)

4 KOMENTARZE

    • Dzięki! :) O ile za rozwój sportowy odpowiada Tomek :P a ja tylko wykonuje jednostki (tak jest łatwiej ;)), o tyle o rozwój wpisania jest ciężej, bo piszę głównie to co na blogu i niewiele więcej. Bardzo dziękuje :)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here