Kiedyś napiszę książkę… żartuje, nie umiem pisać, więc… się nauczę i napiszę. ;) Moja historia związana z bieganiem i potem z triathlonem to fajny przykład drogi, którą przeszedłem w treningu, posiadanej wiedzy, zmiany mentalności, nastawienia, obciążenia treningowego itd. Fajnie te klocki się ułożyły… i mam nadzieję, że dalej się będą układać.

Jeśli spojrzę wstecz i pomyślę, że w przyszłości ma być jeszcze więcej, mocniej oraz przede wszystkim ciekawiej, to trochę łapię się za głowę. Obecnie (choć w dniu, w którym pisze te słowa lekko kuśtykam przez ból lewej łydki) jest tak zajebiście, że ciężko mi myśleć o przyszłości. Jaram się okropnie. :)

Czy to znaczy, że sikam tęczą i że wszystko przychodzi łatwo? Jest dokładnie odwrotnie. Pracuje godzinowo tyle ile nigdy nie pracowałem: na etacie oraz jako freelancer, a dodatkowo jako bloger i podcaster. Trenuje tyle ile nigdy nie trenowałem. Z uwagi na to, że pracuje z domu, to wykonuje obowiązki domowe, których nigdy się nie tykałem. ;) Kontaktu z najbliższą rodziną mam… różnie bywa – czas nie jest z gumy – choć praca z domu daje ogromne możliwości w tym zakresie. Z jednej strony cieszę się, że to wszystko robię. Z drugiej strony w ostatnim czasie miewam mega doły i załamki związane z obciążeniem… wszystkimi rzeczami.

Z trzeciej strony w ostatnich tygodniach/miesiącach coraz więcej osób chwali mnie i pyta „jak Ty to wszystko łączysz”. Odpowiedź jest prosta i trudna – płacę za wszystko odpowiednią cenę. Wszyscy płacimy, nie zależnie od tego na co wykorzystujemy dany nam czas. Ważne jest natomiast, by być świadomym tej ceny. Suplementem do odpowiedzi na powyższe pytanie jest jeszcze stwierdzenie: mam wszystko dość dokładnie zaplanowane. Wszelkie działania, rzeczy do zrobienia itd. Głowa ma wymyślać nowe rzeczy, a nie pamiętać o milionie spraw, którą ma się zająć po wykonaniu tego nad czym myśli teraz.

Na koniec tej części napiszę jeszcze, że ten wpis powstaje już trzeci miesiąc i nie mam czasu/odwagi, wreszcie go dokończyć i opublikować. Pierwotnie miał ok pokazać moje przygotowania do pierwszego tri w tym sezonie w Sierakowie pod koniec maja… a za chwilę będziemy mieli wrzesień. ;)

Zmiana

Gdy rok 2016 dobiegał końca zmieniłem trenera. Pisałem o tym nieco we wpisie „Dlaczego zmieniłem trenera i jak wygląda współpraca z trenerem?”. Zmieniły się również założenia treningowe. Zostałem pod pełną opieką Tomka Spaleniaka, który z miesiąca na miesiąc dorzucał do pieca. Jako, że przerabiany wolumen treningowy był dla mnie nowością zacząłem nieco tracić grunt pod nogami. Wiedziałem, że właśnie tak się trenuje tri ale miałem czarny myśli w głowie. Szukajac analogii… miałem do wyboru spasować albo powiedzieć…

sprawdzam

Przyjąłem wyzwanie. Nie po raz pierwszy wychodziłem ze swojej strefy komfortu. Trzeba było dokonać zmian w życiu osobistym. Poukładać na nowo klocki. Poukładałem. Skoro inni tak trenują, to znaczy że się da. Byłem świadom (i Ty również bądź), że porównywanie się do innych to niebezpieczna gra. Zawsze będzie ktoś kto robi więcej, lepiej, szybciej albo po prostu inaczej. Jeśli coś nam grubo nie idzie, to trzeba też umieć się wycofać… i tego również w tym roku doświadczyłem.

Do przemyśleń (o których tutaj tylko po łebkach wspominam) skłoniły mnie rozmowy z trenującymi znajomymi, słuchaczami podcastu i czytelnikami bloga. Wielkie dzięki za wszystkie rozmowy i sugestie. Chyba nigdy nie jest tak, że umiemy stanąć z boku, bez emocji i spojrzeć z większego dystansu na to jacy jesteśmy i jaką robotę robimy… za to Endomondo do potrafi. ;)

Co tydzień wrzucam na Fanpage zestawienie treningów naszego klubu na Stravie (do którego zapraszam). Widać kto ile godzin przerobił w tygodniu. Mimo to mail od Endo był dla mnie zaskoczeniem.

54 godzin treningowych w miesiącu. Nie wszystkie zaplanowane jednostki zrobiłem. ;) Jak dodać do tego wszystkie dojazdy na pływalnie, przygotowania do treningów oraz rzeczy okołotreningowych do zrobienia, strzelam że spokojnie wyjdzie ponad 60 godzin. Dla jednych to codzienność. Dla mnie, to coś z czym się zderzam i co mnie zmienia. Piszę o tym, by inni byli świadomi tego jak to może wyglądać.

2016 vs 2017

Po tym ultra długim wstępie przechodzimy do konkretów. :) Zmiana trenera spowodowała po pierwsze holistyczne podejście do treningu, w sposób taki by wszystkie dyscypliny składały się w jedną całość i prowadziły w kierunku rozwoju sportowego. Druga rzecz, to usystematyzowanie treningu pływackiego (jak czegoś nie miałem narzuconego, to różnie z tym bywało). No i tak jak pisałem wcześniej, pojawiła się większa objętość treningowa… przy czym intensywność treningu wcale nie była mniejsza, a często gęsto większa. :)

Przy okazji… jeśli chodzi o pływanie, to zupełnie inaczej pływam teraz niż pół roku temu. Nagrywanie i analiza pływania oraz wspólne spotkania na pływalni dały bardzo dużo w tym aspekcie. Wiele się zmieniło w tym jak się poruszam w wodzie, a po jakimś czasie pociągnęło to za sobą inne czasy na pływalni i zawodach.

Na początek spójrz na wykres ilości aktywności. Oczywiście jedna aktywność może trwać 10h, a inna 40′ i obie będą na takim wykresie „równe”. Jak widać od grudnia do lutego trening powoli sobie rósł by od kwietnia być w pełni rozwiniętym. ;) Widać również doskonale jak odpuściłem w lipcu ale o tym napiszę na końcu tego artykułu.

Inny wykres: całkowity czas aktywności. Nie podaje tutaj dokładnych liczb ale wydaje mi się, że widać różnicę w słupkach. Wrześniowe (2016) solidne trenowanie zostało podwojone w kwietniu, maju i lipcu. Tak się dzieje gdy zamiast 5-7 treningów tygodniowo zaczynasz realizować 12… ;)

Liczba godzin aktywności jest chyba najlepszym wykresem pokazującym obciążenia (choć nie pokazuje intensywności). Jednak dodatkowo chcę pokazać kilometraż miesięczny. W lipcu przytrafił się ten nieszczęsny ultramaraton ;) po którym niewiele trenowałem ale sam start w ultra nabił tyle godzin i kilometrów, że finalnie wyszedł rekordowy miesiąc.

Na koniec nieco humorystyczny wykres. Nie noszę ostatnio zegarka na co dzień (znudziło mi się), więc nie wiem jak to jest z tym spacerowaniem. :P Jedno jest pewne. Waga z zeszłego roku nie spadła. W zasadzie to zyskałem 1-2 kg, z którymi ostatnio nie jest mi tak źle… patrząc na progres na rowerze. Oczywiście wolałbym wrócić chociaż do 87-88 ale na wszystko (MAM NADZIEJĘ!) przyjdzie czas.

Własne odczucia

Pływam, jeżdżę, biegam szybciej – różnice są na tyle wyczuwalne, że ciężko nie zdawać sobie z nich sprawy. W ostatnich latach jarałem się rozwojem w maratonie. Było super ale ucierpiały na tym wszystkie inne dystanse.  ¯\_(ツ)_/¯ W tym roku wracam do zabawy i poprawiam życiówki na każdym dystansie. Na koniec roku zostało tylko jeszcze jedno marzenie do zrealizowania.

Swoją przygodę z bieganiem zacząłem od startu na 10 km. Nie jest już to dla mnie wskaźnik rozwoju, bo zaliczyłem sporo różnych zawodów i dystansów, by poznać swoje miejsce w stawce. Mimo wszystko bieg na 10 km kojarzy mi się z kwintesencją intensywności, która jest bardzo niekomfortowa, a którą trzeba utrzymywać mimo obaw o niedobrnięcie do mety. ;)

Wracając do marzenia. Plan może być tylko jeden: złamać 40′ na dychę. Plan daleki i bliski, bo z jednej strony czuję się mocny, a z drugiej strony jest pełna minuta do nadrobienia od życiówki. Dodatkowo widzę po sobie jak reaguje na mocne jednostki w planie treningowym. Pytam trenera Tomka czy czasem nie ma w nim pomyłek i tak dalej. ;) Nigdy nie ma pomyłek i powoli zaczynam się przyzwyczajać, że żarty się skończyły. :P

Na pocieszenie mówię sobie, że ten rok jest już dla mnie wygrany. 4:55 w Gdyni to więcej niż się spodziewałem. Z drugiej strony, nie można pozwalać sobie na odpuszczanie przez parę udanych startów, a to właśnie ma miejsce. Gdzieś głęboko czuję, że głowa zaczyna produkować takie myśli. Gdy do tego dodamy niechęć lub strach przed naprawdę mocnymi jednostkami, to zaczyna się robić lipa z motywacji. No ale jak wiadomo…

Łatwo, to było wczoraj. ;)

Zmiana po zmianie – lipiec 2017

No i dochodzimy do końca tego wpisu. Historia zatacza koło i od lipca znowu trenuje mniej, na własną prośbę. Poddałem się. Nie ma tu tyle miejsca, by opisać cały tok myślowy i psychikę. Po ultramaratonie dałem sobie luz na dojście do sprawności. Gdy już było ok postanowiłem, że narastająca irytacja związana z szybkością życia przekroczyła jakąś tam barierę.

Ustaliłem z trenerem, że robimy max 1 trening dziennie. Może gdybym mniej pracował, to wyglądałoby inaczej. Póki co przekładam obowiązki bycia głową rodziny nieco wyżej w hierarchi. Na szczęście nie mam wrażenia, że się cofam, tylko nieco odpoczywam psychicznie. Mam czas by poukładać parę rzeczy i na przerwę zimową wrócić do porządnego treningu. Mam nadzieję, że zebrane doświadczenie pozwoli lepiej (tym razem) poukładać wszystkie rzeczy do zrobienia w ciągu dnia oraz okiełznać charkater i psychę.

Co dalej?

Jesień 2017 minie pod znakiem zabawy w duathlon oraz atakiem na 40′ w listopadzie w Gdyni.

W roku 2018 chcę by nastąpił przełom. Powoli zaczynam się nastawiać do tego więc zapytałem Tomka:

Co myślisz o pomyśle, by na rok odpuścić 1/2, a może i 1/4, by maksymalnie skupić się na szybkości na krótkich dystansach i po roku znowu zacząć się wydłużać?

Już od roku o tym myślałem. Jak widać 2 lata z maratonem odcisnęły mocne piętno na moim pojmowaniu rozwoju sportowego. :) Nabrałem też trochę wiedzy. Oczywiście nie chodzi o ból na maratonie czy coś w tym stylu. Po prostu jeśli chce się zrobić duży krok w przód, trzeba wziąć rozpęd. A rozpęd można zrobić tylko na krótszych dystansach. By biegać szybko, trzeba biegać szybko. ;) Wrócę do dłuższych biegów ale to musi chwilkę zaczekać. Ale jak już wrócę… to trójki na mecie maratonu nie będę chciał widzieć. ;) Ale kto by tam chciał biegać maratony. :P No chyba że w IM… ale do tego tym bardziej mi się nie spieszy.

Odpowiedź trenera była bardzo satysfakcjonująca. :)

To bardzo rozsądny pomysł. Ja z trudem namawiam do tego zawodników, a Ty sam to proponujesz.

Patrząc na sierpniowe, mocne treningi czuję obawę przed tym co będzie się działo w następnym roku… albo nawet w przygotowaniach do biegu na 10 km w listopadzie 2017. Nie powoduje to jednak problemów z podążaniem za tą decyzją. Zresztą… mówić jest łatwo, więc jak sobie coś człowiek wymyśli, to może to z kimś obgadać… a potem „tylko” iść za ciosem. ;) Ja działam właśnie w ten sposób. Zresztą o to w tym wszystkim chodzi: by stawiać się w sytuacji dysomfortu. Inaczej ciężko o dobry rozwój.

Koniec

No to podsumowałem nieco rok 2017 i zaczepiłem też o rok 2018. Wpis wyszedł nieco inny niż zamierzałem ale widocznie tak miało być. Mało konkretów w przygotowaniach do złamania 5h w połówce, zero pokazywania konkretnych jednostek treningowych, a tylko duży obraz widziany z daleka. :)

Kończąc już ten post chciałbym podziękować paru osobom dzięki którym ten rok wyszedł tak jak wyszedł. Bardzo dziękuję za wsparcie różnego rodzaju!

  • Michałowi Śliwińskiemu z Nozbe, czyli mojemu szefowi, który również ma zacięcie triathlonowe. Fajnie jest mieć kogoś w pracy, kto rozumie co robię, po co to robię i dlaczego to wciąga. :)
  • Tomkowi Spaleniakowi, czyli mojemu trenerowi. Bardzo się cieszę, że Endure Team którego jestem częścią, zaczyna nabierać barw i kształtów.
  • Mateuszowi Jasińskiemu, czyli osobie, dzięki której rozpocząłem współpracę z New Balance i nie muszę teraz myśleć o niektórych problemach biegacza. Przy okazji odpowiadając na pytania Mateusza (podczas naszej rozmowy w jego podcaście) uzmysłowił mi wiele rzeczy w temacie „po co i dlaczego to robię”.

To tyle. Jedziemy dalej, bo „łatwo, to było wczoraj”. ;)

2 KOMENTARZE

  1. Dzięki – tylko utwierdziłeś mnie w przekonaniu, że samo zwiększanie dystansu (objętości) i pogoń za km to nie wszystko. Spokojnie będę mógł się skupić na przyspieszeniu, a nie na dążeniu do ultramaratonu rowerowego.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here