KnM #40 Ekstremalne pływanie w zimnej wodzie i zawody swimrun – Piotr Biankowski

KnM #40 Ekstremalne pływanie w zimnej wodzie i zawody swimrun – Piotr Biankowski

Jeśli morsowanie to dla Ciebie szczyt obcowania z zimnym środowiskiem – poznaj dzisiejszego gościa „Kropki nad M”. To Piotr Biankowski, pływak ekstremalny.

Odcinek z cyklu „zwyczajni ludzie robią niezwyczajne rzeczy”. ;) Mieliśmy rozmawiać o zawodach swimrunowych jednak nie sposób przejść obojętnie obok tego co Piotr robi najlepiej – pływania. Jak widać z tego wpisu (lub jak widać/słychać w podcaście) nie jest to takie zwykłe pływanie.

Poniżej znajdziesz trochę dodatkowych materiałów o wyczynach Piotra, a jak już je obejrzysz, to zapraszam do wysłuchania lub obejrzenia naszej rozmowy. :)

Video relacja z Ice Mili

https://vimeo.com/206450830

I fotka z tego wydarzenia :)

(więcej…)

KnM #39 Kobiety, mężczyźni i rowery czasowe

KnM #39 Kobiety, mężczyźni i rowery czasowe

Podcast o różnicach: w wysokości nagród za podium pomiędzy kobietami i mężczyznami oraz w jeździe na rowerze czasowym i szosowym.

Temat niższych nagród dla kobiet w różnych dyscyplinach sportowych wraca co jakiś czas na pierwsze strony. Ostatnimi czasy tego typu dyskusje przewinęły się przez mój timeline na Facebooku. Postanowiłem poruszyć temat w podcaście.

Korzystając z okazji, że Asia ma pożyczony rower od Dre Rowery (pozdro dla nich! :) zaplanowaliśmy również rozmowę o emocjach związanych ze świeżym przejściem między szosą, a TT. O ile ogólna wiedza jest pewnie większości znana, o tyle emocje i detale przy takim przejściu są czymś unikatowym.

Dlatego też serdecznie zapraszam do posłuchania naszej rozmowy. :)

(więcej…)

Duathlon Ustka – debiut w dua i pożegnanie sezonu multisport 2017

Duathlon Ustka – debiut w dua i pożegnanie sezonu multisport 2017

10 osób z Endure Team startujących w tej imprezie. Podobno 6 z nich na podium. :P Mi zabrakło 31 sekund…

To nie był start na wycięcie. Po Mrągowie prawie nie trenowałem. Właściwie nic nie robiłem tylko przybierałem na wadze. ;) Dopiero na 3 dni przed startem zacząłem truchtać i lekko kręcić korbą żeby cokolwiek się rozruszać. Jeszcze nie wiem czy był to dobry czy zły pomysł natomiast…

Czasami organizm daje nam znaki, że coś jest nie tak. Nie zawsze są one wyraźne i można różne nie rozszyfrować. Tego dnia znak dla mnie był bardzo wyraźny. Szukając analogii… tak jakby ktoś wyrwał znak drogowy z ziemi i przywalił mi prosto w mordę (zdradziecką, a jakże). ;)

Zacznę zatem od końca, żeby było ciekawiej. ;) W pierwszej minucie zawodów osiągnąłem tętno 171 bpm. W piątej minucie – 178 bpm. Nie pamiętam czy dobijałem do tak wysokiego tętna podczas epickich finiszów w ostatnim czasie. Finalnie dobiłem do 181 uderzeń na minutę, a tempo było kiepskawe (poza pierwszą prostą – standard :D). Co śmieszniejsze na rowerze nadal trzymałem takie ekstremalne dla mnie wartości.

Kończąc wzmiankę o znakach jakie daje nam ciało. Infekcji na pewno się nie pozbyłem. Drugi bieg biegłem tempem 4:40, a tętno było w kosmosie. Przez całe zawody było ok. 20 uderzeń za wysokie.

A teraz zapraszam na pełną relację z Duathlon Ustka.

Przed startem

niewiele się działo. Zebraliśmy się dość wcześnie żeby załatwić wszystkie sprawy i zostało sporo czasu i okazji do rozmowy. Pierwszy raz było tak integracyjnie. :)

W strefie zmian do koszyka trafił kask i buty… that’s all. :) Ciekawe doświadczenie. Przy okazji chciałem przetestować start „na lekko”, tj. bez objadania się w dniu startu i bez picia i jedzenia podczas zawodów, bo przecież są krótkie.

Zjadłem o 7 śniadanie i o 10 dojadłem drożdżówką. Trochę mało jak na mnie. Start był o 12. W międzyczasie dopiłem litr izotoniku (a w zasadzie cieczą hipotoniczną, bo specjalnie zrobiłem dość rozwodniony).

Obchodząc strefę zmian bardziej skupiłem się nad tym gdzie w ogóle jest wbieg i wybieg niż nad tym gdzie w ogóle znajduje się mój rower (patrząc od strony wbiegania). Piszę to by ubiec to co później nastąpi. ;)

Start.

Godzinę przed nami wystartował dystans długi. Teoretycznie 10-40-5. Nasz był teoretycznie 5-20-2,5. Faktycznie wyszło 5-15-2,5 czyli biegowo było wszystko ok. ;)

Jeszcze przed startem przywitałem się z Pawłem, za którym pogoń w Mrągowie zakończyła się fiaskiem. ;) Na starcie stawił się również kolega Arek, którego wspominałem w relacji z biegu majowego. Ogółem mówiąc fajna ekipa do ścigania się i wzajemnego napędzania. Nie myślałem natomiast, że będziemy rywalizować ze sobą aż tak bezpośrednio… tak blisko.

Po wystrzale startera grupa około 90 osób ruszyła do przodu. Po paruset metrach się przerzedziło i okazało się, że biegniemy w trójkę: Arek, Paweł i ja. A właściwie Paweł, ja i Arek. :P Nie minęło wiele czasu jak kolejność zmieniła się na Arek, Paweł i ja z tą różnicą, że nie biegliśmy już razem tylko Arek uciekł na parędziesiąt metrów.

Tempo biegu nie było zachwycające a my sapaliśmy jak byki na arenie. :P O ile na początku myślałem, że nie utrzymam pleców Pawła, o tyle w drugiej części pierwszego biegu tempo tak siadło, że postanowiłem go wyprzedzić. Gdy tylko to zrobiłem dostałem wiatrem po ryju i to był moment gdy zrozumiałem, że była to zła decyzja. ;) Z drugiej strony nie chciałem, by nam Arkadiusz uciekł. :P

Arek się znalazł. Gdy dobiegałem do strefy zmian

i wybiegłem zza zakrętu prawie się zderzyliśmy. Otóż kolega wbiegł do strefy, zaplątał się i rozpoczął jakieś dziwne poszukiwania. Tym samym straciłem na pewno medal #Janusza zawodów. :P

Wbiegając do strefy zacząłem się zastanawiać gdzie właściwie jest mój rower. Wbiegłem nawet w dobrą alejkę (strefa była mała, a rower wisiał dość skrajnie, więc nie było to mega trudne). Zatrzymałem się przy rowerze z numerem 286 i nie był to mój rower. W tym momencie wszedłem w tryb zadumy. :D Sprawdziłem numer na nadgarstku… ahhh… to ja mam 296! Ubaw po pachy. ;)

Zza strefy odezwali się konferansjerzy imprezy, że kolega Marcin z Endure Team szuka roweru. Byłem w tym momencie w wybornym humorze, więc tylko się odwróciłem i zaśmiałem. :) Mimo pozytywnego odbioru nie wiem czy mogę polecić takie przypadłości innym zawodnikom. ;)

Biegnąc z rowerem

starałem się szukać wzrokiem kto mi ile uciekł. Za belką była długa prosta i nie dojrzałem żadnego z chłopaków co mnie nieco zdziwiło. Nie chciałem obracać się w kierunku strefy, bo mocno sapałem i biegłem niezbyt stabilnie. Po zawodach dowiedziałem się, że Arek wybiegł zaraz za mną, a Paweł chwilkę już do nas stracił. Swoją drogą Paweł pisał na swoim FB, że też był z jakąś infekcją za pan brat.

Nie oglądałem się jednak za siebie. Nie wiedziałem jaką mam przewagę. W sumie to nawet nie wiedziałem czy jestem „pierwszy” z naszej trójki, więc wypatrywałem ludzi na mijankach. A mijanek było trochę. W ogóle trasa była dziwna. W wielu miejscach mega kręta, a zakręty ciasne i ostre. Dwa razy nawet miałem mindfu*ka gdzie mam jechać, bo trasa co prawda była wyznaczona ale nie chciało mi się wierzyć, że mam jechać tam gdzie wskazują barierki. :P Swoją drogą fajnie podsumował trasę kolarską (jak i podbiegi na trasie biegowej) Kamil z Endure team.

Suma sumarum fajnie mi się jechało. Trochę zrywów, sporo hamowania i przyspieszania, ciasne zakręty. Na początku było trochę strasznie ale zyskiwałem na pewności siebie i „cornering” wychodził mi całkiem nieźle. Jak na moje umiejętności jazdy szosą, mogę powiedzieć, że nawet lekko ryzykowałem na ciasnych łukach 60-90 stopni ale chcę zwrócić uwagę, że oceniam to przez „moje umiejętności jazdy szosą”. ;) Bawiłem się tymi zakrętami.

Wracając jeszcze do początku etapu rowerowego. Zapomniałem w strefie odwrócić numeru na plecy. Teraz już wiem dlaczego powinno się to robić. Numer był nisko i siadając przygniotłem go tyłkiem przy okazji zrywając jeden ze sznurków. Nie wiedziałem czy zerwałem jeden czy dwa sznurki ale po jakimś czasie skonstatowałem że chyba-może-napewno jeden sznureczek i obróciłem wreszcie numer do tyłu. Sytuacja podobna jak na ostatnim triathlonie – jakieś fatum. ;)

Z uwagi na mnogość mijanek zacząłem wypatrywać chłopaków za mną. Paweł wyprzedził Arka ale nie było niebezpieczeństwa, że zaraz mnie zaatakuje. O dziwo. Nie wiem czemu ale nieco się demotywowałem, że nie wiem czy przewaga rośnie czy maleje i doszedłem do wniosku, że wolę gonić niż być gonionym. Oczywiście z logicznego punktu widzenia jest to bez sensu, bo każdy wypruwa z siebie flaki i jak ma jeszcze przyspieszyć żeby dogonić gościa przed sobą, to tworzy się „system error”. ;)

Końcówkę etapu kolarskiego jechałem na sporej zajawce. To był taki zwykły zaciesz. Zaciesz spowodowany tym, że kręcę, nic ponadto. Fajna sprawa tak móc sobie wystartować w zawodach. :D Polecam ten styl!

Owy radosny nastrój spowodował, że zobaczyłem przed sobą bramę Radia Gdańsk, która jednocześnie stanowiła belkę. Miałem do niej paręset metrów. Tym samym zacząłem procedurę wyjmowania nóg z butów, która z uwagi na pośpiech wyszła mega szybko (ale i sprawnie, za co dziękuję sobie i ćwiczeniom tego elementu). Tym razem nie miałem obaw że się wywrócę tylko zaraz po zdjęciu butów przerzuciłem nogę i od razu mogłem zeskakiwać, bo byłem już prawie na belce. Podsumowując: just in time.

Druga strefa zmian

Wyszła lepiej. ;) Wiedziałem gdzie odwiesić rower, przebranie było ekspresowe i pełen wiary w sukces operacji „pierwszy z naszej trójki” wyleciałem, bojowo nastawiony na ostatnie 2,5 km biegu.

Bojowe nastawienie minęło po 50-60m…

Z bojowym nastawieniem biegłem po 4:00. Średnie tempo tych 2500m wyszło 4:40. Czyli dobre tempo maratońskie. ;) Tętno i tak było w kosmosie.

Po pierwszym biegu, na rowerze jechało mi się doskonale. Po rowerze, drugi bieg był drętwy. Szurałem stopami, byłem mega pochylony do przodu. Czekałem na Zgon v.2.0, by móc paść na chodnik. Coś tam próbowałem się kulać, żeby mnie koledzy nie dogonili. :P Była jeszcze wola walki ale gdyby ktoś mnie wyprzedził, to fizycznie nie byłbym w stanie odpowiedzieć.

Teraz jest czas na kilka słów o trasie biegowej. Zarówno tej pierwszej jak i drugiej. Były na niej schody i solidne podbiegi. Takie solidne solidne, na których nie trenuje się nawet podbiegów, bo są „za solidne”. Kamil z Endure w swoim wpisie ustalił, że nachylenie wynosiło 14%. ;) O ile przy pierwszym biegu, wdrapanie się na największą górę zwieńczyłem zajawką, bo oczom ukazał się piękny widok, o tyle przy drugim biegu zacząłem pod nosem przeklinać. ;)

Ten największy podbieg to był taki mega garb, czyli zaraz po podbiegu był ostry zbieg… zaraz potem nawrotka i… powtórka z rozrywki. Dobry humor powrócił gdy zobaczyłem Pawła jak zbiega. Leciał wymachując rękoma żeby się nie wywrócić. Wyglądało to jakby wyjął bezpieczniki i szedł „all-in” (choć twarz nie była zbytnio pokerowa ;) ;) ;)). Pojawił się lekki niepokój ale do mety był kilometr z hakiem, a ja miałem z 30 sekund przewagi (tzn. tak mi się wydawało, bo realnie miałem chyba z 50″). Dużo, nie dużo. Patrząc na moje tempo vs. tempo mnie samego gdy zostawię sobie siły na koniec i odpale, to przewaga może stopnieć bardzo szybko.

Ostatnie pół kilometra biegłem z jakimś ziomkiem z długiego dystansu. Pogadaliśmy nawet chwilę, pobiegł z nami trochę kamerzysta (#ParcieNaSzkłoAlert ;)), na czerwonym dywanie przybiliśmy piątkę i dumnie wkroczyliśmy na metę. Dopiero na ostatniej prostej zacząłem się oglądać do tyłu. Nie było nikogo a owa prosta była długa. Kamień z serca. :)

Finalnie czasy per dyscyplina kształtowały się następująco:

  • Run 1 – 00:20:44 (14 czas w stawce)
  • T1 – 00:01:13
  • Bike – 00:28:05 (10 czas w stawce :))
  • T2 – 00:00:53
  • Run 2 – 00:11:50 (22 czas w stawce :()

Lubię gdy są takie dokładne podsumowania. Widać wtedy czy siły zostały dobrze rozłożone. ;) Spadek z 14 na 22 miejsce przy porównaniu obu biegów nie jest kosmicznie duży ale jednak znaczący. Szczególnie, że od momentu gdy wsiadłem na rower, do mety nie wyprzedziłem chyba żadnego zawodnika z mojego dystansu.

Wideorelacja z zawodów

A teraz mały przerywnik. Kręcąc się po okolicy pozwoliłem sobie również nagrać relację z zawodów. Dużo mojego gadania i trochę widoków. ;)

Za metą

działy się rzeczy fajne. Super klimat, dobra atmosfera w teamie (więcej na powyższym wideo) itp. Pogadaliśmy, poczekaliśmy na ceremonie i poszliśmy do knajpki na ciacho. I wtedy zaczęły się schody.

Doszło do mnie chyba zmęczenie, może kwestie braku jedzenia (aczkolwiek jestem na 100% pewien, że mam duuuuuże zapasy energii w tkance tłuszczowej ;)). Pewnie za mało piłem ale nie przypuszczałem takiego efektu. Mimo, że w knajpce wygodnie się rozsiadłem to z minuty na minutę następował coraz większy zjazd. Wyglądałem raczej blado. Gdy wjechało ciasto na stół miałem mega niechęć do jedzenia. Wdusiłem w siebie ale to był błąd (choć dokładny opis sobie podaruje ;)).

Szczęście takie, że jechałem na zawody z Marcinem Sobczakiem, więc wsiadł za kółko i zawiózł nas do Rumi. Dla mnie trudnością było nawet siedzenie w samochodzie. Trochę szkoda, że moja głowa i żołądek tak konkretnie się zbuntowały, bo było mega fajnie.

Tym samym zakończyliśmy sezon multisport 2017. Z przytupem, bo nasze biało-czerwono-czarne stroje często pokazywały się na podium. :) Gdy sprawdzałem wyniki zobaczyłem, że jestem czwarty w kategorii. Trzecie miejsce zajął gość bezpośrednio nade mną w klasyf. OPEN. Straciłem do niego równe 30 sekund. W takich sytuacjach w głowie rozbrzmiewa mi głównie jedna myśl, którą w sobie pielęgnuje – „jeszcze nie zasłużyłeś”. Taka jest prawda i nie ma co się przejmować tylko iść dalej.

Po jakimś czasie dotarło do mnie, że przecież klasyfikacja OPEN nie dubluje się z kategoriami wiekowymi i jeśli ktoś z mojej kat. M2 jest w TOP 3 OPEN, to będzie dobrze dla mnie. Okazało się jednak że cała trójka jest z M1, więc sorry panie Marcinie. ;) Tym razem starałem się sobie wmówić co innego. Jeśli bym wszedł na to podium, to można by to porównać do kalkulacji awansu reprezentacji Polski w piłce nożnej kilka lat temu: czyli liczyć na remis w innym meczu, przegrany mecz lidera grupy i zaćmienie księżyca przy jednoczesnym zobaczeniu jednorożca. Dobra, koniec samobiczowania. ;) Trzeba działać dalej. :)

… czego sobie i wam życzę. Pozdro!

P.S. Za tytułowe zdjęcie dziękuję organizatorom Duathlon Ustka. :)

Triathlon Mrągowo – pożegnanie z tri-sezonem

Triathlon Mrągowo – pożegnanie z tri-sezonem

A miało nie padać… ;)

Start w ostatni weekend sierpnia był zaplanowany od dość dawna. Nauczony doświadczeniem, że w pierwszym tygodniu września pogoda robi się beznadziejna chytrze pomyślałem o wcześniejszym starcie, by pożegnać się z tri-sezonem.

Ostatnie 2 lata kończyłem sezon w Przechlewie. Za każdym razem lało aczkolwiek rok temu temperatura była „wysoka”, bo z 15 stopni. Rok wcześniej było kilka kresek wcześniej i można było nabawić się konkretnego wychłodzenia.

Gdy zobaczyłem dogodny termin w kalendarzu imprez Triathlon Energy aż się uśmiechnąłem. Teraz jednak wiem, że cały system pogodowy działa nieco inaczej. W międzyczasie organizator Triathlon Przechlewo ustalił termin odbywania się tamtejszych zawodów na… ostatni tydzień sierpnia, zamiast pierwszego tygodnia września. Tydzień wcześniej… pewnie żeby pogoda była lepsza. ;)

Fatum ciąży. Jestem prawie pewien ;-) ;-) ;-), że psia pogoda w Mrągowie była spowodowana tym, że 300 kilometrów na zachód, w dokładnie tym samym terminie odbywał się przechlewski triathlon. :P

Logistyka startowa

Logistyka była ułatwiona, bo 20 km od Mrągowa mieszka teściowa. Trasę zawodów też już miałem zaliczoną podczas pamiętnego Pierścienia tysiąca jezior. W sobotę zawitałem tylko na odprawie i po odbiór pakietu.

Na samej odprawie ciekawe rzeczy. Organizator (jak zwykle bardzo konkretnie – brawo Adam i załoga!) dość dokładnie opowiedział jak w razie burzy z błyskawicami będzie odbywał się duathlon Mrągowo. :P Wtedy jeszcze nie wiedziałem czy się cieszyć, bo pływam słabo, czy się smucić, bo pogoda będzie z czapy. Sprawdzając prognozę w telefonie raczej nie miałem złudzeń. Cokolwiek będziemy robić, będzie na nas kapać.

Start 1/4 IM był zaplanowany w niedzielę na godzinę 11, więc można było się dobrze wyspać. Na start musiałem dostać się okrężną drogą (40 km zamiast 20 km), bo jacyś triathloniści zajęli MOJĄ drogę. Do lasu z nimi! ;)

Przedstartowo

Gdy zaczęło padać wszyscy zaczęli powoli schodzić się pod daszek tuż przed strefą zmian. Gdy już zebraliśmy się tam całym stadkiem zaczęło tak lać, że zamiast wody w jeziorze było widać wodę zlatującą z nieba. Godzina zamknięcia strefy zbliżała się nieubłaganie ale jakoś nikomu się nie spieszyło. :P

Swoją drogą, stał obok nas dyrektor zawodów, który o 10:30 (teoretyczna godzina zamknięcia strefy zmian) miał dać znać czy dzisiaj robimy triathlon czy duathlon. Ciekawostką jest fakt, że decyzja była osobna dla każdego dystansu czyli była możliwość, że 1/2 zrobi tri, my na 1/4 zrobimy duathlon, a po nast na 1/8 też zrobią tri. :)

Tuż przed 10:30 deszcz odpuścił i poszliśmy zawieźć rowerki i przygotować się do startu. W strefie usłyszałem, że robimy tri. Wcześniej dopytywałem organizatora „czy przy takim deszczu będziemy pływać”. Odpowiedź była jasna „deszcz jest nieistotny, ważne czy są wyładowania elektryczne”. Jasna sprawa, bo w wodzie i tak będziemy mokrzy. ;)

W strefie zmian było ultra ciasno. Prawie niemożliwe było włożenie swojego roweru nie zahaczając o rower obok. Przy okazji gość, który miał rower obok mnie powiesił go obok swojego numerka… czyli już na moim miejscu. Przesunąłem go na swoje miejsce ale sytuacja powtórzyła się potem podczas zawodów przez co naprzeklinałem się w T2.

Po rozpływaniu miała miejsce jeszcze jedna przykra sytuacja. Otóż stojąc już w miejscu, z którego schodziliśmy do wody, by płynąć na start zacząłem wymachiwać łapami. Nie wiem czy ja mam taki niefart ale zbyt często zdarza mi się, że gdy rozgrzewam stawy ktoś się na mnie nadzieje. ;/ Tym razem była to biegnąca dziewczyna, która dostała w okolice szczęki i szyi. :( Domyślam się tylko, że moje późniejsze przeprosiny tylko ją wkurzały. Niby to przypadek ale zawsze człowiekowi głupio. Na osłodę dodam, że ta dziewczyna wygrała chyba open kobiet. :P Wielkie gratulacje :)

Start

Zaczyna mi się podobać start z wody. Nie wypacza bezpośredniego ścigania się z innymi jak rolling start, a każdy ma czas by znaleźć swoje miejsce w wodzie. Ja po raz kolejny ustawiłem się za daleko.

Pierwsze 50 metrów płynąłem zrywami. Tzn. chwile normalnie i chwilę z dłuuugim wyleżeniem i zerowym staraniem się. Przede mną płynęło 4-5 osób, jedna obok drugiej, równym tempem… nie moim tempem. Było to irytujące i czekałem dłuższą chwilę na kawałek miejsca między nimi. Próbowałem się nawet wciskać ale jak moja twarz została poturbowana stwierdziłem, że trzeba obrać inną taktykę. ;)

Odbiłem mocno w lewo… za mocno. :P Wyprzedziłem gromadkę i zacząłem ambitnie przeć do przodu. I teraz pytanie: czy na jeziorze Czos są jakieś prądy, których nie widać? Podczas całego pływania dryfowałem w lewo. Co drugie wychylenie głowy, w celu poprawy toru płynięcia powodowało spore (jak na taki czas) poprawki w kierunku płynięcia. Z wielkim zaskoczeniem stwierdzam, że zegarek pokazał tylko 1050m pływania w moim wykonaniu.

Ogólnie płynęło się bardzo fajnie. Chciałem zakręcić się w okolicach 18′. Wiedziałem, że jest to jak najbardziej realne. Czułem, że płynę swoim dobrym rytmem. W pewnym momencie zobaczyłem obok siebie świetnie płynącego zawodnika. Obserwując jak jego głowa przecina wodę pomyślałem, że to jest mega gość i że mega szybko tnie przez fale. Dopiero po dłuższej chwili doszło do mnie, że płyniemy obok siebie… czyli płyniemy tym samym tempem. :P Po kolejnej chwili przyspieszyłem i owy zawodnik został za mną.

Z wody wyszedłem nieujechany, co jest miłą odmianą. Co prawda za dużo sekund tracę na znalezieniu sznurka od pianki ale sam bieg do T1 był już dość świeży. Niestety czas pływania był tragiczny i wynosił ledwo co poniżej 20 minut. Nie wiem o co chodzi ale kolega Marek, który pływa lepiej ode mnie też miał dużo gorszy czas pływania od zamierzonego. Może woda była za gęsta. :P

T1 bardzo słabe

Zwyczajowe spokojne (i wolne) ściąganie pianki… chyba utnę ją pod kolanem, bo już mnie to zaczyna irytować. Reszta ubioru poszła gładko ale… z kasku najpierw musiałem wylać wodę jak z wiadra. ;) To chyba znaczyło, że podczas naszego pływania jednak trochę padało.

Na wybiegu z T1 nieco mną machnęło na zakręcie na co kolega Paweł biegnący z tyłu się zaśmiał. Oho… no to będzie z kim się ścigać, bo jakoś tak bywa, że z Pawłem często gęsto się gdzieś mijamy na zawodach.

Początek roweru całkiem zabawny,

a to szykana na mokrym asfalcie gęsto przykrytym deszczówką. Nie miałem spięcia na wynik, więc nie kombinowałem z szukaniem czarnego asfaltu tylko po prostu mocno hamowałem na zakrętach. Szkoda kolan i roweru. ;) Słyszałem, że już wcześniej zbierali jakiegoś zawodnika, więc jechałem ultra ostrożnie. Innym ciekawym elementem początku pętli była jazda chodnikiem. Podsumowując, nie była to szybka trasa. :P

Na początku trasy mijaliśmy się z Pawłem. Po kilku kilometrach przestało mi się chcieć zabijać się na rowerze. Tempo było za mocne, co widać było po tętnie. Nie byłem zadowolony z tempa ale najwidoczniej to co najlepsze zostawiłem w Gdyni i trzeba się z tym pogodzić. :) Dałem sobie na luz, Paweł mnie wyprzedził i postanowiłem, że będę się trzymał z 15 m za nim.

Taka jazda pozwoliła mi nieco odsapnąć ale tylko na krótką chwilę, bo utrzymanie na widoku niebieskiego stroju Pawła było coraz trudniejsze. Po kilkunastu kilometrach dałem sobie spokój i zacząłem jechać swoim tempem. Trasa była pagórkowata (jak to na Mazurach) i trudno było o dobre tempo okrążenia.

Na pierwszym kółko prędkość średnia wyniosła 35 km/h więc bardzo żwawo. Drugie kółko było zdecydowanie wolniejsze. Tętno spadło i postanowiłem sprawdzić czy jak nie upodle się na rowerze to czy pobiegnę tak jak w Gdańsku (szybko i ochoczo).

T2 like a pro!

Zdejmowanie butów… Zawsze zwracam na to uwagę, bo powoduje to u mnie śmiech. Jednego buta zdjąłem mniej niż kilometr przed metą – jest wyraźny progres. :) Walka z drugim butem zaczęła się gdzieś na 100-150m przed belką. Całość wyszła nawet zgrabnie natomiast bardzo niepewnie przerzucam nogę nad siodełkiem. Już chciałem dać sobie luz ale w ostatnim momencie się wychillowałem i ostatnie metry elegancko dojechałem stojąc po prawej stronie roweru.

Druga strefa zmian poszła zgrabnie… poza jednym aspektem. Nie miałem gdzie odwiesić roweru. Wepchnąłem go na hama na swoje miejsce. Na szczęście żaden z rowerów obok nie spadł ale byłem gotowy je zbierać. Delikatne odwieszanie roweru nie wchodziło w grę, bo bym musiał odłożyć na ziemię swój rower i najpierw układać wszystkie obok – padaka.

Jeszcze tylko obrócić numer… trach, poszła gumka trzymająca kartkę z numerem startowym.

Początek biegu wyglądał obiecująco

Spojrzałem na swój numer… wisiał gdzieś na wietrze, odwrócony białą stroną w kierunku świata – trudno się mówi, biegnie się dalej.

Dobre samopoczucie na biegu skończyło się dość szybko. Tempo trzymałem przez jakiś czas ale w środkowej i środkowo-późnym :P momencie biegu było słabo. Na pierwszym biegowym bufecie wziąłem izotonik, którego tak bardzo brakowało mi na trasie rowerowej (swoją drogą, to pokazuje w jaki sposób byłem nastawiony do zawodów: w bidonie miałem tylko wodę, a na trasę miałem tylko jeden żel i batoniki z pakietu startowego :P).

Wracając do izotonika: połowę kubka wlałem sobie do lewego oka, 1/3 wylałem na chodnik, a 1/6 wypiłem. Generalnie nie polecam. Szczypie wtedy oko.

Plan był taki, by teraz gonić Pawła jednak tempo nie wyglądało na „goniące”. Nie znam dokładnie jego poziomu sportowego ale miałem wrażenie, że jestem nieco mocniejszy na rowerze i nieco słabszy na biegu. Na rowerze to się nie sprawdziło ale skoro rower nie był do utraty tchu, to może bieg wyjdzie. Nie wyszedł. :P

Na mijankach widziałem, że raczej się oddalam niż przybliżam. Po dziwnie kiepskim pływaniu, nienajmocniejszym rowerze, przyszedł czas na średni bieg. :P

Podczas etapu biegowego był natomiast świetny klimat. Piąteczki przybijane ze znajomymi, doping, uśmiechy i pozdrowienia.

Na drugim kółku wydarzyła się ciekawa rzecz. Jeden z nawrotów na trasie biegowej był w lesie. W jedną stronę biegliśmy po lekkim wzniesieniu, a z powrotem dołem, tuż przy samym jeziorze. Obie ścieżki „tam” i „z powrotem” dzieliło dosłownie kilka metrów.

Gdy zbliżałem się na drugiej pętli do lasu ktoś z biegnących w drugą stronę krzyknął, żeby uważać bo pszczoły w lesie gryzą. Nie wiedziałem czy ktoś jaja sobie robi czy jak. Ogólnie to słaby humor ktoś by miał no i z drugiej strony jak to pszczoły kłują. Jakieś agresywne czy jak?

Potem okazało się, że nawrotki nie było tylko dobiegaliśmy do końca ścieżki, robiliśmy obrót 180 stopni i biegliśmy z powrotem. Nic latającego i gryzącego nie widziałem. Sytuacje oceniam na plus, bo z tego co się domyślam, to była nagła sytuacja i bardzo fajnie, że organizator nie zostawił jej samej sobie tylko odpowiedzialne zareagował.

Gdy kończyłem pierwsze kółko wyprzedził mnie jeszcze Tomek. To było upokarzające. Biegłem wtedy pewnie w okolicach 4:45, a Tomek pewnie z 3:20… Swoją drogą, co za kozak. Tydzień temu ścigał się na pełnym dystansie (MP) w Borównie, a teraz wygrał na 1/4…

Meta

Nie było żadnego super sprintu i tym podobnych rzeczy. Spokojnie, z podniesioną głową dotarłem na kreskę. Zmęczony, bez emocji.

Oficjalnie:
swim – 19:52
bike – 1:18:43
run – 46:10

Na koniec zapraszam do obejrzenia filmu z zawodów, na którym jestem obecny przez pół sekundy. Nie mrugajcie okiem, bo przegapicie! :P

Tak, na miniaturce video to ja. ;)