Wreszcie przyspieszyłem. Zapomniałem już co to maraton, moje nogi również. Kręcą się na obrotach, które parę miesięcy temu wydawały się tak odległe.

Ostatni start w roku. Sezon tri za pasem, więc można było nieco bardziej skupić się na bieganiu. Plan był prosty (jak zwykle he he): wdrożyć się w trening szybkościowy i przybić piątkę intensywności.

Plan na przyspieszenie biegania pojawił się już kilka miesięcy temu. Żeby spojrzeć całościowo na start w Biegu Niepodległości trzeba się zatem cofnąć o te parę miesięcy.

Po Ironman Gdynia zluzowałem. Pochłonęła mnie praca i rodzina. Trenowałem bardzo nieregularnie. Gdzieś tam po drodze miałem jeszcze jakąś infekcję i ogólnie forma dokonała efektownego zjazdu w dół. Nieregularność treningu genialnie widać na poniższym screenie. Dni z czarnymi kreskami to dni w których robiłem cokolwiek. W przeciągu całego roku są pojedyncze dni na miesiąc gdzie nie ma kreski… z wyjątkiem sierpnia i września – tam jest bardzo dziurawo. ;)

ironfactory trening 2017

Świadomie pomijam dni 4-6 lipca po Ultramaratonie Kolarskim P1000J, ponieważ moją miłość do tego okresu można porównać z moją miłością do pływania. ;)

Do roboty zabrałem się w drugiej połowie września, ale w październiku miałem jeszcze wyjazd firmowy… no i właśnie. ;) Więcej przerw niż trenowania, aczkolwiek poza wtopą październikową uważam że od połowy września trenuje już normalnie.

Trening się zmienił – zdecydowanie. Okazało się że jestem szybki, a prędkości na krótkich, powtarzanych odcinkach zaskakiwały nawet mnie. Byłem pełen radości, natomiast daną szybkość należało teraz przełożyć na wytrzymałość w zadanym tempie. I tu leży pies pogrzebany, bo droga od „szybkich 400m” do „szybkich 5000m” jest długa (w sensie wieloletnia) i pełna wyrzeczeń… ale za to dająca wiele nauki, wrażeń, czy finalnie – satysfakcji.

PRZED STARTEM

Spotkania, uśmiechy, przybijane piątki i rozmowy. Ciężko się było odciąć i skoncentrować. Stałem w namiocie pełnym ludzi, bo na dworze było zimno i próbowałem się chillować – wychodziło całkiem średnio. ;)

Na rozgrzewkę wyszedłem 5 minut wcześniej żeby skończyć ją za późno. Zostały przyspieszenia do zrobienia, a ja musiałem zawijać w stronę startu żeby się nie spóźnić. Kto biega w Gdyni ten wie, że na samym Skwerze przyspieszeń się już nie zrobi, bo prędzej lub później dojdzie do zderzenia. Byłem dobrze rozgrzany, chwilę szybciej pobiegałem i dogrzałem się. Nie ma co narzekać.

Aha i jeszcze jedno. Wielkie pozdro dla tych, którzy podchodzili, witali się i przybijali piątki! Moja pamięć do twarzy nie jest zła. Natomiast pamięć do imion lub łączenia twarzy z miejscami w których się poznaliśmy – z tym już jest gorzej. :P Anyway, mam nadzieję że wszyscy jesteście zadowoleni z sobotniego startu. :)

START

Do strefy dostałem się na 2 minuty przed startem. Jednak na sam start trzeba było poczekać jeszcze 4 minuty, więc finalnie wyszło wręcz idealnie. Znowu startowałem z wolniejszej strefy żeby mieć swobodę biegu w pierwszej fazie. Trochę się zagapiłem i startowałem gdzieś z trzeciej linii natomiast po 100m już biegło się ok.

Sam bieg dość standardowy. Na początku lekkie problemy ze wstrzeleniem się w odpowiednie tempo ale podsumowania kilometrów wychodziły bardzo ok. Biegnąc po 4:05 czułem że jest fajnie. Gdy wyprzedzałem, różnice w prędkości były olbrzymie. Z jednej strony fajne uczucie, z drugiej strony… nie było za kim się schować.

Na szczęście tego dnia podczas mojego biegu (po później się pogoda totalnie schrzaniła) warunki były idealne. Temperatura w sam raz, prawie zero wiatru (poza kawałeczkiem na Bulwarze), tylko te kałuże… ;)

Na końcu Polskiej trochę się spaliłem na podbiegu. Bardzo mocno tam zapracowałem ale poczucie ujechania szybko minęło. Trzeba było gonić dalej. Z perspektywy mojego mózgu prawie cały ten bieg to była jakaś szaleńcza gonitwa, jak bym gonił kogoś kto ucieka z przodu. Pisząc ten tekst dziwie się skąd było we mnie tyle mobilizacji, by aż tak cisnąć. :P

Podczas całego biegu zdarzyły się 3-4 sytuacje gdy musiałem nagle zwolnić, bo nie było jak ominąć grupki ludzi nie nadrabiając drogi na zakręcie. Tutaj stawiam sobie kolejnego „plusa”, bo od razu gdy zrobiło się okienko (czyli po 2-3 sekundach) od razu wyrywałem do przodu. Oczywiście miałem zerowe chęci na takie przyspieszenia ale goniłem czas więc…

Gdzieś w okolicy półmetka miałem chyba najgorszy kryzys. Wiedziałem że trzeba przyspieszyć… i przyspieszyłem. No i stąd się właśnie owy kryzys wziął. Tempo wzrosło (choć tego nie czułem w nogach, a na tętno i tempo nie patrzyłem :P) i organizm przestawiał się na wyższe obroty. To „przestawianie” zawsze mnie mocno boli natomiast gdy minie ten nieprzyjemny moment to potem o dziwo można biec dalej tym nowym, szybszym tempem… oczywiście do momentu wyłączenia światła. ;)

Nie minęło wiele czasu jak poczułem się lepiej. Gdzieś w okolicach początku Świętojańskiej. No ale wiadomo co będzie za chwilę. Zgięło mnie. Mogłem się tam mocniej zaorać tyle że jestem prawie pewien, że miałoby to bardzo złe konsekwencje na kolejnych kilometrach. ;)

Podczas pobiegu tylko raz spojrzałem na zegarek. Pokazał tempo 4:20 czy 4:25. Zakląłem ale postanowiłem odrobić te sekundy na kolejnych kilometrach. Nie wiedziałem jak ale postanowiłem że będzie dobrze. ;)

Ul. Piłdsudskiego w dół zawsze mnie zaskakuje. Tam upatruje zwykle szans na darmowe sekundy i jakoś nigdy tych sekund tam nie zbieram (a jeśli zbieram to niewiele). Z drugiej strony zbieg napędza nogi, a przy odpowiedniej mobilizacji to tempo można próbować utrzymać na dalszym płaskim odcinku. Przeszkadza w tym nawrotka krótko po końcu zbiegu ale można próbować zapamiętać rytm biegu z górki. Zaraz za nawrotką odtwarzamy go i voilá ;)

W tym momencie złapałem swojego zająca. Gość biegł bardzo ambitnie, wyprzedzał, a moja mobilizacja znowu mnie zaskoczyła i trzymałem się jego pleców. Było ciężko ale jedno spojrzenie na typa wystarczyło, że cierpi co najmniej tak jak ja. Bieg po Bulwarze na tej trasie zwykle kojarzy mi się bardzo nieprzyjemnie: próby przyspieszenia, zero sił itp. Tym razem było inaczej. Ból pozostał ale napędzaliśmy się z moim zającem. Krótko biegłem za nim, dłużej obok niego. Każdy z nas próbował jeszcze bardziej przyspieszyć i wyjść do przodu ale z drugiej strony nikt nie odstępował nawet na pół kroku. Kapitalnie się napędzaliśmy.

Na wysokości „podbiegu” (hłe hłe) przy rybkach chyba wyszedłem na prowadzenie – nie wiem. Tutaj zaczęły się mroczki. Patrzyłem gdzie biegnę, było pełno kałuż, a ja miałem wrażenie że nogi mi się plączą. Dodatkowo bałem się kocich łbów na Skwerze. Już na rozgrzewce bardzo się na nich ślizgałem.

Na ostatniej prostej już nie za wiele kumałem ale to w sumie standard. Podobno kolega Karol krzyczał i dopingował ale wszelki dźwięki były zupełnie niezrozumiałe. To był świetnie wyważony, równy i (jak na moje warunki) mocny bieg. Jestem absolutnie zadowolony z tempa, a jeszcze bardziej zadowolony z pracy głowy.

PODSUMOWUJĄC

Według pomiaru z wideo ;) pobiegłem całkiem równo… 20:07 w połowie dystansu i 40:14 na końcu…. w zasadzie równo co do sekundy. ;)

Patrząc na zegarek na połówce miałem 20:05, a na końcu mimo walki na ostatnich kilometrach wyszło 40:15. Jeśli jednak weźmiemy dokładny pomiar zegarka, to wybił 10 km równo po 40:00, więc mimo Świętojańskiej druga połówka okazała się szybsza!

Tak jak teraz patrzę to… 6-10 km zrobiłem w 19:55 co jest teoretycznie moją nową życiówką na 5km. ;) Ale szkoda czasu na teorię. Oficjalny czas zawodów to 40:14 i tylko to się liczy.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here