Wspaniałe odkrycie* – kadencja

Bieganie to podobno najprostszy i najtańszy sport. Ubierasz jakiekolwiek buty sportowe (zakładając, że każdy takie posiada), wychodzisz na dwór i biegniesz. No i taka jest prawda dopóki nie zaczniesz kombinować. Nagle się okazuje, że warto by było zainwestować w odpowiednie buty. Pierwsze parę stów. Później stroje termoaktywne. Bo ciepło, bo zimno, bo pada, bo nie pada ;) Izotoniki, nowe buty, żele, opłaty startowe, czapeczki, inwestycja czasowa w poznawanie sportu, diety, przygotowywanie posiłków i znowu nowe buty. Uhhhh no ale na szczęście jest to sport najprostszy… chociaż dzisiaj z przyjemnością zaznajamiałem się z poniższym filmikiem.

(więcej…)

„Każdy z nas ma w sobie dość siły, by…”

Postanowiłem, że od czasu do czasu jak przeczytam coś naprawdę fajnego to podzielę się tym tutaj w formie cytatu. Obecnie (oprócz źródeł internetowych) czytam sobie „Jedz i biegaj” Scotta Jurka – ultramaratończyka polskiego pochodzenia, zwycięzcy wielu imprez. Poniżej dawka motywacji dla każdego. Można brać i czerpać w nieskończoność. Najlepiej dużymi garściami.

Skupiłem się na wygranej tak bardzo, że zaniedbałem kilka szczegółów, na przykład to, co pocznę ze sobą po zakończonych zawodach. Nie było mnie stać na pokój w hotelu, a i tak, zanim się zorientowałem, że przecież po wyścigu przydałaby się jakaś kwatera, wszystkie były pozajmowane. Pomyślałem, że rozłożę się ze śpiworem niedaleko mety.
Chociaż rozbiłem swój obóz za linią mety z ekonomicznej konieczności, zostałem w nim – na noc po zawodach i ranek nazajutrz, jak również wiele innych nocy – z innych, sięgających głębiej przyczyn, dało mi to bowiem okazję do dopingowania kolegów i nawiązania nowych znajomości. Co ważniejsze, miałem szansę się przekonać, jak dużo musieli przejść biegacze, którzy zdecydowali się wziąć udział w Western States. Ja mieszkałem w piwnicy u teściów, trenowałem, choć chciało mi się spać, wymiotowałem, wiele razy się przeprowadzałem, zadłużyłem się; inni zapewne też cierpieli niedostatek. Każdy z nas ma w sobie dość siły, by podjąć próbę zrobienia czegoś, o czym sam nie wie, czy zdoła to osiągnąć. Może to być przebiegnięcie mili, udział w biegu na dziesięć kilometrów albo na sto mil. Może to być zmiana zawodu, schudnięcie o dwa kilo, wyznanie komuś miłości. Założę się, że nikt z uczestników Western States nie wiedział na pewno, że go ukończy, a co dopiero wygra (przecież ja też tego nie wiedziałem). Wielu ludzi nie robi w swoim życiu niczego wielkiego. Wielu w ogóle nie próbuje. Tymczasem ultramaratończycy dokonali jednego i drugiego. Przebywając na linii mety i pozdrawiając nadbiegających uczestników, złożyłem hołd bólowi i zwątpieniu, zmęczeniu i beznadziei – wszystkiemu temu, co, jak sądzę, musieli pokonać. Podziwiałem tę moc, którą z siebie wykrzesali, gratulowałem im wyboru ważnego celu i osiągnięcia go. Dziś rozumiem, że robiąc to, w pewien sposób zrewanżowałem się sportowi, dzięki któremu odnalazłem spokój i cel w życiu, a także
odpowiedź – jakkolwiek ulotną – na pytanie „dlaczego”.

Bagno

Ślicznie jest w tych naszych lasach. Biegając wieczorem nie doświadcza się tego, bo jest ciemno :P, a lasy raczej zwiedza się wtedy rzadko… choć zamierzam to delikatnie zmienić ale o tym może w następnym wpisie. Będzie mroczno.

Moje treningi w tym tygodniu opisywałem w poprzednim wpisie. Było ciężko. A to ze względu na choróbsko, a to ze względu na ból brzucha. Na koniec było ciężko, bo miało tak być! :) Piątkowy trening to była dobra orka.

IMG_2024

Źródło: zdjęcie własne

W niedzielę nie pozostało nic innego jak zakończyć tydzień wolnym rozbieganiem. W lesie zastałem złotą jesień. Ładnie było. Przy takiej dawce świeżego powietrza mój mózg działa nieco inaczej. Mam przed sobą fajną, równą ścieżkę z wzniesieniami i opadami, a mimo to coraz więcej zaczynam skręcać w jakieś pokraczne dróżki. W efekcie albo przebijam się przez jakieś krzaki albo muszę zawracać albo wszystko na raz. Tym razem najciekawiej było gdy zlatywałem z nasypu. Po długim podbiegu miało być z górki. No to było, tylko trochę za duże nachylenie tego zejścia ;) Zleciałem (zjechałem?) niczym Małysz z rozbiegu. Na końcu nie było wyskoku ani niczego efektownego. Było natomiast jakieś mega błoto-bagno po drodze. Dziwne, w całym lesie suchutko, a tutaj nagle w leju, w którym urządzałem zawody bobslejowe na nogach nagle moje nogi i kostki zatonęły w jakiejś czarnej mazi. Super, przynajmniej było widać, że wraca człowiek z lasu :P

IMG_2027

Źródło: zdjęcie własne

Podsumowując, nie licząc półtorej godziny na basenie wyszło mi w tym tygodniu 6 godzin z minutami spędzonych na relaksowaniu się ;) (choć czasami w pocie czoła). Licznik pokazał 54 km.

IMG_2032

Źródło: zdjęcie własne

Chorowanko, bieganko

Biegam. Od poniedziałku opiekuję się chorym Tomkiem. Przy okazji złapałem chyba to samo co on. To co usłyszałem o stanie zdrowia juniora młodszego nie brzmiało fajnie. Dostał oczywiście antybiotyk. Trudno, wyglądał naprawdę kiepsko. Poszedłem w jego ślady: bóle brzucha, mega ból gardła, katar, ogólne osłabienie i łamanie w kościach. Nie było wolnych terminów u lekarza więc odpuściłem i postawiłem na jakieś swoje sposoby. Trochę cukierasów na gardło, leków na katar, itp. i dzisiaj mogę powiedzieć, że jest nieźle. Tomek też doszedł do siebie. Ostatnie dni jednak nie były fajne. Bardzo chciałem zrealizować tydzień treningowy ale z drugiej strony nie chciałem poświęcać na to zdrowia, tak by po tygodniu móc wrócić do pracy.

W poniedziałek, czułem się jeszcze dość dobrze, w porównaniu do Tomka więc wieczorem wyruszyłem w trasę. Nie chcąc wiele zwiedzać wybrałem się na rumski MOSiR i tam deptałem ziarenka żwiru i piasku. Rozgrzewka tym razem do 145bpm zaowocowała 3km po 5:45’/km, co mnie dość zaskoczyło. Normalnie robiłem do 140bpm i wychodziło w okolicach 6:20’/km. Później było coś nowego, przyspieszenia 1’/1′. Mocno, fajnie, przyjemnie. Prędkości trochę poniżej 5:00. Sumarycznie trening wyszedł równiutko ze średnią 6:00. Sympatycznie.

We wtorek rano już nie było kolorowo. Nogi czuły się ok ale ogólne samopoczucie było do dupy. Wiedziałem, że trzeba odpuścić. Kurowałem się. Środa minęła również bez zderzania się z warunkami atmosferycznymi. Była lekcja na basenie. Kolejna lipna próba nauki pływania. Nie będę pisał o tym ;)

Nadszedł czwartek. Samopoczucie było lepsze. Czułem ból gardła. Jednak miałem chwilę, gdy kości nie łamały, więc wybrałem się na spacer po Rumi. Trening nie miał być ciężki, 12km po 140<bpm więc stwierdziłem, że dam radę. Nie dałem. Akcja biegunkowa, która się odbyła to coś o czym chcę najszybciej zapomnieć. Ból brzucha, który prawie mnie rozerwał na pół zwalił mnie z nóg. Udało się dotrzeć do domu choć myślałem, że to już niemożliwe. Masakra. Kolejny dzień nie zapowiadał się kolorowo.

A teraz czas na najlepsze…

0_0_0_1277409844_middle

Nadszedł piątek. Pamiętam to jak wczoraj… oh wait… Wczoraj wiedziałem co na mnie czeka. Najmocniejszy akcent treningowy tego tygodnia. Już na papierze wyglądało to fajnie ale z moim stanem zdrowia nie wiedziałem czy zdecyduje się zmierzyć z tym. Czułem się jednak lepiej, a pogoda była wymarzona do biegania. Było może nawet trochę za ciepło, szczególnie jak na październik. Cóż było robić. Spiąć poślady i ruszyć w trasę. Rozbieganko 4km po 5:45, ćwiczenia, skipy, defilady, wieloskoki, przyspieszenia, bla bla bla i wio ze stadionu. 4 x 2km z 200m truchtu między seriami. Tempa to 5:30, 5:25, 5:20, 5:15. Jak to mam w zwyczaju nie mogłem wstrzelić się w tempo koncentrując się bardziej na tym jaki jestem chory i ubolewając nad swoją słabością ;) Z kilometra na kilometr prędkość na szczęście wzrastała i mogę uznać trening za wykonany według planu. Zmęczyłem się poważnie co jedynie potwierdza poprzednie zdanie. Zadowolenia nikt mi nie zabierze. Natomiast mam nadzieję, że ktoś zabierze mi ból łydki, który dokucza mi do dzisiaj. Czasami nawet przychodzeniu. Nie jest wielki ale czuję, że coś się dzieje. Dupa, dupa, dupa.

Bieganko podsumowanko. Na końcu motywowanko.

To był owocny tydzień. Zaczął się niewinnie. Poniedziałkowa ilość obowiązków skutecznie przesunęła pierwszy trening w tygodniu na wtorek. Później musiałem gonić, by się ze wszystkim wyrobić:
Wtorek, czwartek, piątek, niedziela – bieganie
Środa, sobota – basen

Było co robić. Wtorek to spokojny trening, trochę zabawy biegowej. Środową wizytę na basenie przemilczę ;) Pisałem już o niej.

W czwartek zaczęła się zabawa. Spokojne 12 km, lekko i przyjemnie.

W piątek zabawa się skończyła. W treningu znalazło się wszystko: ćwiczenia rozluźniające, przyspieszenia, bieg tempowy… po odjęciu 10 minut ćwiczeń (skipy, wieloskoki, itp.) zajął mi on równe 90 minut i przebiegłem 15km: 7km spokojnie z HR<140bpm, a 8km w okolicach 5:45’/km (wyszło minimalnie szybciej). Ten piątkowy trening dał mi się we znaki. Ciężko było się rozpędzić i utrzymać prędkość. Po jakimś czasie ustaliłem prędkość poniżej 5:40’/km i ciąłem powietrze już z tą prędkością. Zasapałem się lekko (HRavg=159) ale finalnie dałem radę i byłem bardzo zadowolony z tego faktu. Gdzieś w środku treningu myślałem, że nie dam rady… ale to było chwilowe. Nie ma co dawać ciała już na początku. Naprawdę trudne treningi dopiero przyjdą. Czekam :D

W sobotę wieczorem poszło kilka piwek ;) Powrót do domu o 5. Mało czasu na sen i regenerację. Wiedziałem jednak, że został jeszcze jeden trening do zrobienia w tym tygodniu. Wieczorem nie chciałem biegać, bo rozbieganie planowałem zrobić w lesie więc lepiej biec jak jest jasno. Natomiast o 14 miałem już być na końcu Gdańska w celach towarzyskich. Wstałem o 9 i zapytałem sam siebie czy chce mi się/mam siły iść biegać. Odpowiedź była prosta:

Chcenie chcenie, plan planem. Wstałem, lekkie śniadanie, ogarnąłem się i wyszedłem. Na początek wbiłem w las 3-kilometrowym mocnym podbiegiem. Prędkość spadła prawie do zera ale góra była konkretna więc nie martwiłem się niczym tylko utrzymywałem tętno poniżej 140 bpm i cieszyłem się otaczającą przyrodą. Kilka następnych kilometrów to przystosowanie do środowiska. Zmęczenie nocą minęło, zacząłem się relaksować. Było cudnie. Po jakimś czasie dostałem odpowiedź na porannego SMSa od współtowarzysza nocnych dyskusji ;) Pytałem się czy żyje i czy idzie pobiegać (owy współtowarzysz jest niebiegający ale w nocy oczywiście pojawiły się tematy sportowe). Nie chciał wierzyć, że już wstałem i jestem już po „ósemce” w lesie. Nie pozostało nic innego jak zrobić sobie „selfie” i wysłać ;) Takie tam głupoty. Mordka mocnowczorajsza.

IMG_1976

Parę kilometrów później już nie wiedziałem gdzie jestem. Zgubiłem się. Mijałem chwilę wcześniej Zbychowo ale nie chciałem wracać tą samą trasę żeby trochę pozwiedzać. W tym momencie pomyślałem jaki komfort psychiczny mam przez to co wybiegałem do tej pory. Nieistotne dla mnie było to czy do domu mam 5 czy 15 kilometrów. Nogi wciąż były bardzo świeże i wiedziałem, że tak czy inaczej zdążę dobiec do domu, rozciągnąć się, wykąpać i zdążyć do Gdańska na rodzinny obiad. To jedna z tych myśli, dzięki którym niedzielne wybieganie było tak fantastyczne. Człowiek czuje się wolny, bo własne ciało nie powstrzymuje go, by dojść tam gdzie chce. Nie mogę sobie nawet wyobrazić jaki poziom endorfin zaaplikuje sobie organizm za rok czy dwa gdy będzie zdolny do dużo większego wysiłku. Trening podsumowałem również na FB:

Dzisiaj z uwagi na ostatnią nieprzespaną alko-noc zamiast planowanych 14 km, zrobiłem kilometrów 17 z haczykiem. Miejscami fajny cross.
Kocham biegać.
Las jest super.

Ja kocham biegać? Nie może być… ;) Na szczęście pozostała nienawiść do pływania, choć zamierzam to zmienić.

IMG_1975

Tydzień zakończył się z 55,8 km na liczniku. Zaczyna się trochę więcej biegania. Zostało 5 tygodni do Biegu Niepodległości.