Ironman Gdynia 2017 – miejsce, w którym spełniły się marzenia

Ironman Gdynia 2017 – miejsce, w którym spełniły się marzenia

Ten cały triathlon, to jest całkiem ciężki. Szczególnie jak lecisz na wynik. W pływaniu trochę sapania, na rowerze trochę pieczenia… ale na biegu… to jest dopiero dramat w wielu aktach.

W tygodniu zawodów miałem trochę perypetii związanych z rowerem. Nie będę się już ośmieszał i ich tutaj przywoływał. Finalnie o godzinie 7:30 w dniu zawodów miałem rower w stanie bardzo sprawnym. Ostatnio tak sprawny był pewnie z rok temu. :P

Z ciekawostek powiem, że od dwóch dni mój rumak był również wyposażony w nowe koła. Czym prędzej chciałbym jednak pohamować triathlonistów, bo to nie jest tak jak myślicie. ;) W świecie Tri jak ktoś mówi że kupuje koła, to znaczy że sprzedaje samochód, by za nie zapłacić. ;) Mój komplet wraz z oponami kosztował 350 pln. Porównując do starych kółek, to nabyłem prawie takie same stockowe koła Syncros ale UWAGA UWAGA z aerodynamicznymi szprychami. 😂 +7 km/h jak nic!

Piątek

W piątek z samego rana pojawiliśmy się z juniorem na plaży. Cel: sprawdzenie temperatury wody. Specjalnie nie wziąłem pianki, by zobaczyć w czym dzieciaki będą pływały. Było zimno :P Mega zimno. Albo ja nie jestem przyzwyczajony albo mam za mało ocieplającego tłuszczu (ahhahahaha to na pewno nie to :D) ale nie chciałbym pływać w takiej wodzie. Junior się przestraszył, że nie może nawet normalnie oddychać, bo mu ściska cyce i przestraszony wycofał się z rywalizacji nim ta się rozpoczęła. :( Szkoda aczkolwiek wciąż chce spróbować. Następnym razem wybierzemy na debiut jakieś jezioro. ;)

Po południu przyjechaliśmy jeszcze raz zobaczyć jak wyglądają zawody IronKids. Pierwszy był start dziewczynek 8-9 lat. Byłem w szoku jak dobrze radzą sobie w wodzie i na biegu. Na twarzach malowało się mega zmęczenie. Prawdziwe IronKids! Szacunek i uznanie.

Sobota

W sobotę już o 9:30 zameldowałem się w Gdyni na 4-godzinne opalanie. Było trzaskanie fotek i było kibicowanie. Jak ktoś szuka galerii ze zdjęciami ze sprintu to zapraszam tutaj:

W połowie pierwszej fali pomyślałem, że trochę słońce doskwiera i że zaraz będę głodny i że to ogólnie nie był najlepszy pomysł żeby tkwić pół dnia na słońcu w przeddzień startu. Ale poczekałem na drugą falę by popstrykać, odebrałem pakiet i zabrałem się do domu by… po 2-3h wrócić do centrum.

Najpierw #BezaUMKONa, potem zrzut roweru do strefy zmian, odprawa i jeszcze raz zahaczyłem o strefę tranzycji, by oddać rower do serwisu. Pokręcili, posmarowali i rower znowu był cichy, a biegi wchodziły idealnie. :)

Dopiero po powrocie do domu zacząłem się pakować na własne zawody. Nie było stresu, bo cały dzień był wypełniony po brzegi. :) W centrum spotkałem sporo znajomych i nieznajomych #NajlepsiSłuchacze #NajlepsiCzytelnicy Ogólnie było git. W takich momentach zdaje sobie sprawę jak bardzo wsiąkłem w środowisko tri. :)

Niedziela

Do centrum zabrałem się z kolegą Szymonem. Gdy dotarliśmy na miejsce, strefa zmian tętniła życiem. Z rańca jak to z rańca: szybki check worków, założenie bidonu na rower i to tyle. Sprawdziłem jeszcze 3 razy, w którą dróżkę mam wbiec po rower… tyle że sprawdzałem to od alejki środkowej, a nie zewnętrznej, więc finalnie na zawodach i tak się pogubiłem… :P

Czasu na wszystko było sporo, a mimo to do wody wszedłem spóźniony na sam koniec rozgrzewki. :(

Start

Rolling start to fajny pomysł ale w przypadku startu 2000 zawodników został (moim zdaniem) źle rozplanowany. Na rozgrzewce w wodzie zaczęto nas wywoływać, by już wchodzić do strefy startowej, bo zaraz zamykają. Pomyślałem, że to normalne, bo liczą ludzi itp itd. Spoko.

Problem tkwi w tym, że rozgrzane osoby czekały potem w ścisku 30 minut na swój start. Nieporozumienie. Rok temu gdy start odbywał się grupami wiekowymi i startowało się o 8:40, to wiadome było, że należy stawić się 8:30 na starcie i było ok. W tym wypadku ci co startowali z końca o 9 musieli do 7:55 stawić się jak pingwiny 100m przed bramą IronSwim. Element zdecydowanie do poprawy za rok.

Gdy stanąłem w bramce serducho zaczęło walić. W sumie nie jakoś mega mocno. Byłem dziwnie spokojny. Zero ciśnienia, zero myślenia ;), po prostu czekałem na robotę do zrobienia.

Swim

Bieg, skakanie, płynięcie, skakanie, bieg, płynięcie – standardowy początek pływania przy starcie z gdyńskiej plaży. ;) Potem glony, meduzy i wreszcie głębia.

Przez pierwsze minuty wszystko przypominało ścisk z Gdańska ale potem się to uspokoiło. Płynęło się fajnie i nawet mi się nie dłużyło. Po około kilometrze trochę ręce nie chciały się już wyciągać do przodu ale to było chwilowe.

Chwilowe natomiast nie było parowanie okularków. Jeszcze dzień wcześniej myślałem czy czasem nie psiknąć gogli antyfogiem ale „przecież niedawno psikałem”. No i dupa. Po nawrotce nie wiedziałem dokąd płynę. Po drugiej nawrotce było jeszcze gorzej. Co chwila się zatrzymywałem żeby w ogóle patrzeć czy nie płynę na Hel.

Wreszcie poirytowany ściągnąłem okularki i je przeczyściłem. Wizja była lepsza choć nie idealna. Przynajmniej widziałem cokolwiek. :) Ostatnia prosta się strasznie dłużyła ale nie było to męczące. Całe pływanie minęło względnie szybko co było miłym zaskoczeniem. :)

W ogóle to na pływaniu… uwaga uwaga… wyprzedzałem! To było tym dziwniejsze, że wystartowałem z szybszej strefy niż myślałem że powinienem, czyli 33-37 lub coś podobnego. Okazuje się, że Janusze stref startowych są wszędzie.

Na wyjściu z wody miłe zaskoczenie. Metalowe schody schodziły parę stopni niżej w wodę przez co dużo bezpieczniej można było z niej wypełznąć. Nawet na ostatnich stopniach była mięciutka wykładzina. Plus za to :) aczkolwiek niektórzy mówili, że tej wykładziny nie widzieli, bo była czarna. :P

Podsumowując pływanie… wyszło 2250 metrów. 😂 Wiadomo, że GPS w wodzie się buntuje ale linia namalowana na mapce współgra z moimi odczuciami. Czas poprawić nawigacje (chyba głównie testując i ogarniajac temat okularków) i pływać sub35′ na połówce w następnym sezonie.

Tak czy inaczej byłem mega zaskoczony gdy zobaczyłem 37:30 na wyjściu z wody. Tym bardziej, że tak wiele razy zatrzymywałem się by się rozejrzeć. Jest mega progres. :)

T1

Pogaduchy chichoty itp. Nauczony doświadczeniem, że pianka z łydek mi nie schodzi przestałem z nią walczyć i się szarpać co spowodowało, że poradziłem sobie z tematem nadzwyczaj szybko. Cała przebiórka jak na moje standardy wyszła sprawnie. Potem lekki zaskok, że mamy biec po zewnętrznej stronie strefy  ¯\_(ツ)_/¯ ale wbiegłem tam gdzie powinienem i szybko zgarnąłem rower z wieszaka.

To jest to co lubie w systemie workowym. Dobiegając do roweru tylko zsuwasz go z haka i od razu ciśniesz dalej. :) Oczywiście nie ma to żadnej różnicy w przebiegu zawodów, bo i tak się musisz wcześniej przebrać ale psychicznie jakoś inaczej się to odbiera…

Bike

Obyło się bez przypału – to najważniejsze. ;) Od samego początku kręciło się ok. Parę dni przed startem z wielką ulgą przyjąłem wieść, że po godzinie kręcenia, moje kolano nie odezwało się z żadnym bólem i kłuciem. Pomyślałem wtedy, że to dobry zwiastun zbliżających się zawodów… trochę się przeliczyłem ale o tym za chwilę.

Ostatnie 2 tygodnie przed zawodami prawie nic nie kręciłem. Tydzień byłem na urlopie i dopiero w tygodniu startowym zakręciłem ze 2 razy. Natomiast spędziłem ten czas na bieganiu i pływaniu i liczyłem, że te dyscypliny fajnie zagrają. Na pływanie narzekać nie mogłem. ;) Ciekaw byłem natomiast jak wyjdzie rower.

Pierwsze kilometry to jazda w mega korku. Rolling starty, trele morele a i tak jechał wielki kilometrowy pociąg. Szczególnie tam gdzie mieliśmy dostępny jeden pas ruchu. Cóż, ciężko inaczej poprowadzić trasę lub zamknąć jeszcze więcej ulic ;) więc trzeba było jechać tak. Niby łatwiej ale sumienie gryzie.

Ekipa rozjechała się chyba dopiero na podjeździe ale w trakcie zawodów były jeszcze małe kongestie. Ogólnie mówiąc, to przez zdecydowaną większość trasy można było omijać jazdę na kole. Czasami trzeba odpuścić i zwolnić ale niewiele się przez to traci.

Prawdę mówiąc, na mnie takie zgrupowania rowerów działają mobilizująco. Jeśli jedziemy podobną prędkością, to mam dwa wybory: zwolnić lub przyspieszyć. Zwykle przyspieszam i staram się ich wyprzedzić :) co powoduje dobry czas na mecie… albo zgon przed końcem roweru.  ¯\_(ツ)_/¯

Pierwszy zgrzyt nastąpił w Koleczkowie przy bufecie. Wziąłem izotonik w jakimś małym bidoniku. Próbowałem z niego coś wycisnąć do aerobidonu na kierownicy ale średnio to szło. Wreszcie zrezygnowany wsadziłem go do koszyka na ramie i okazało się, że to jakiś mini mini bidon. Najważniejsze, że nie wypadł z koszyka i potem jeszcze mogłem próbować ciągnąć z niego nieco cieczy.

Jechało się świetnie. Już po kilkunastu kilometrach miałem wrażenie (graniczące z pewnością ;)), że jadę szybciej niż rok temu. Wiatr był też minimalny, nie to co rok temu. Ani na Morskiej, ani na estakadzie czy Wiśniewskiego nie wiało tak jak wtedy.

Słodką radość z jazdy przyćmił ból kolana po równych 60 minutach jazdy. Skrzywiłem się mocno ale starałem się myśleć pozytywnie. Skoro niedawno bolało mnie po 20 minutach, a teraz zabolało dopiero po 60 to jesteśmy na dobrej drodze i będzie ok. I było w miarę ok. Można było kręcić tak jak się kręciło. A przynajmniej do pewnego momentu.

Wybiła godzina i 40 minut jazdy. Drugie ukłucie w kolanie. Myślałem, że spadnę z roweru, a z oka poleciała mi niewiadomo czemu łza. Chyba się przestraszyłem, że to koniec, że będę kulał teraz do końca roweru tak jak kulałem ostatnie 200 km na P1000J.

Pokręciłem chwilę luźno i wróciłem do swojej intensywności, czyli mocno i bez myślenia o późniejszym biegu. ;) To był też ten moment gdy przy wstawaniu na pedały na podjazdach czułem, że jestem o krok od skurczy czworogłowych.

Tak naprawdę to nic nowego – taka jazda na granicy skurczy. Trzeba po prostu uważać jak się jedzie, jak się kręci, by nie spowodować konkretnego napięcia-wyluzowania mięśnia. Jednak z uwagi na połączenie kolano-czwórki, jechałem z duszą na ramieniu. Przed nami były jeszcze ze dwa małe podjazdy, a wiedziałem, że jak będzie źle, to na górkach po prostu odpadnę.

Byłem w pełni skupiony nad tym jak kręcę pedałami. Prędkość miała tylko rosnąć. ;) Taka jest jednak trasa w Gdyni, że im dalej w las tym okoliczności bardziej sprzyjające do szybszej jazdy.

Gdy średnia prędkość przebiła 35 km/h (podczas jazdy na zawodach obserwuje tylko 2 wartości: prędkość aktualna i prędkość średnia, przy czym aktualna powinna być wyższa od średniej :P) przypomniałem sobie z uśmiechem na ustach to co obmyśliłem półtora roku wcześniej na zawodach w Charzykowach. Wtedy po raz pierwszy średnia przebiła 35 km/h… ale potem zwiędłem i średnia z całego odcinka była już niższa.

Otóż wtedy obiecałem sobie, że jak będę osiągał takie prędkości to sobie kupie jakieś pro-koła do roweru. Jako że tydzień przed zawodami kupiłem już koła (ale zdecydowanie nie pro) to cała sytuacja mnie mocno rozśmieszyła. Pierdoła ale podczas zawodów staram się wynajdywać historyjki i sytuacje, które są fajne/pozytywne/radosne.

Trochę byłem zaskoczony tą prędkością. Oczywiście wiedziałem, że się do niej zbliżam, wiedziałem jak jadę i się jej spodziewałem już podczas jazdy. Jednak przed zawodami zupełnie na to nie liczyłem. Po pierwsze dlatego, że to 90 km, a po drugie z uwagi na profil trasy.

Tym razem wiedziałem, że jeśli nie zdarzy się nic złego (a pamiętając o kolanie i czwórkach, to wszystko się mogło wydarzyć), to do końca roweru ta prędkość już tylko powinna wzrosnąć. No i tak się stało. :) Vavg wyszło 35,4 km/h aczkolwiek bike-split nie zawiera pierwszych dwóch minut jazdy, bo zapomniałem kliknąć guzik na gremlinie. ;)

Podsumowując: rower kozak! Aczkolwiek… podczas jazdy na rowerze była jeszcze jedna niepokojąca rzecz. Przestałem ogarniać co i kiedy jadłem. Na koniec roweru zostały mi 2 niezjedzone żele ale na pewno miałem spakowany o jeden żelik za dużo, bo zapomniałem, że mam go zjeść przed pływaniem (ups). Prawdopodobne jest więc, że zjadłem jeden żel za mało ALE strategia była taka, że chciałem jeść nieco częściej niż standardowo, więc suma sumarum chyba wciągnąłem tyle ile powinienem… tyle, że w niedokońca zmierzonych odcinkach czasu.

Inna sprawa wydarzyła się na kolejnych bufetach (o pierwszym już pisałem). Na drugim z kolei bufecie stwierdziłem, że złapie znowu bidon z izotonikiem, bo może trafiłem jakiś feler. Otóż nie. Kolejny bidon również był jakiś dziwnie lekki (jakby w połowie pusty) i ciężko było z niego cokolwiek wycisnąć. Trochę niebezpieczne to było, bo zamiast trzymać kierownicę z całej siły ściskałem bidon, by wylać z niego płyn do aerokubka.

Mając takie doświadczenie na trzecim bufecie po prostu złapałem butelkę z wodą i bez problemów w 5 sekund zapełniłem aerobidon życiodajną substancją. :)

Cały odcinek rowerowy minął mi dziwnie szybko. Ledwo mrugnąłem oczami, a trzeba było zjeżdżać z pętli i jechać w stronę Gdyni. Co prawda oznaczało to jeszcze 30km jazdy ale i tak wszystko się działo zaskakująco szybko.

A co do „szybko”. Przed zawodami rozmawiałem sobie z Asią Skutkiewicz o pięknym zjeździe z Witomina. Opowiadałem jak to rok temu się spinałem, by osiągnąć tam jak największą prędkość. Finalnie przyjąłem do wiadomości, że zysk czasowy z takich harców jest nieopłacalny w porównaniu do ryzyka jakie się podejmuje. Dlatego też na tamtym zjeździe zamiast 70 pojechałem jedynie 66 w pełnej kontroli nad rowerem.

Trasa IM to jednak nie tylko zjazd z Witomina ale również sławne NDW. Tam również chciałem się trochę rozpędzić jednak gdy na jednym z pierwszych łuków zobaczyłem, że asfalt jest mokry mocno zrewidowałem swoje plany. Nie zamulałem ale mając na uwadze jak beznadziejne jest hamowanie szosą na mokrej nawierzchni stwierdziłem, że na łukach również może być słabo. Jak widać na poniższych filmach nie każdy przyjął taki tok rozumowania.

To co prawda sam dół zjazdu gdzie było już sucho ale na tym skrzyżowaniu po pierwsze jest ostro w lewo, a po drugie jest piasek na asfalcie. No i moim zdaniem opona zwilżona kilkaset metrów wcześniej nie zdążyła jeszcze wyschnąć.

T2

Wjazd na skwer w glorii i chwale. :) Przez pół odcinka rowerego nie mogłem się odgonić od jednej myśli. Co z biegiem? Jak się będzie biegło? Mimo świetnej jazdy te myśli zajmowały raczej obszar depresyjny i lękowy niż radosny i chwalebny. ;)

Buty ściągnąłem na ul. Waszyngtona, więc jakiś max kilometr przed belką. Dla mnie to pewnie rekord późnego wyciągania stóp ale cóż… tę trasę przynajmniej znałem co do metra. ;) Ściągałbym jeszcze później ale na kocich łbach wolałem nie ryzykować.

Sam dojazd do belki się mega dłużył. Zwolniłem a to jeszcze nie tu. Przełożyłem nogę na drugą stronę i dryfowałem tyle co wiatr popchał. :P Kulałem się już tak wolno, że przed samą belką tylko leciutko przyhamowałem, by dopasować prędkość roweru do możliwości biegu. No i znowu zaskok… biegniemy z rowerami po zewnętrznej alejce. LOL :D

Wbiegłem w dobrą alejkę, przebiegłem przez nią i skonstatowałem, że to jednak zła alejka.  ¯\_(ツ)_/¯ Moja była jedna wcześniej ale z uwagi na to, że moje stanowisko było tuż przy główniej drodze na środku strefy to czmychnąłem środkiem tuż pod swój wieszak. Szybka akcja i pędem po worek.

Samo przebieranie było raczej z tych bardziej sprawnych, więc „brawo ja”, strefa zrzutu worków i już byłem na trasie…

… a wracając do moich nawracających myśli przez pół odcinka kolarskiego. Liczyłem, że po świetnym pływaniu i rowerze w 2:40 wciąż trzeba pobiec półmaraton poniżej 1:40, by złamać 5 godzin. Wiem jak biegam po rowerze, a szczególnie po mocnym rowerze. Domyślałem się tylko jak bardzo będzie boleć i jak bardzo będzie niefajnie. Ale myślenie nie boli… w odróżnieniu od sytuacji faktycznej. Rower w 2:40 to było moje marzenie. Rower + T2 w 2:40 to było coś niemożliwego do zrealizowania.

Podsumowując: odcinek kolarski przejechałem w około 2:34 dając sobie dodatkowe minuty na bieg. Niespecjalnie mnie to uspokoiło, bo gdy pomyślałem, że mam przebiec półmaraton w 1:43, to nadal mnie to osłabiało. No ale to dopiero pierwsze kółko… martwić zaczniemy się na trzecim…

Run

Kibice, wrzask, hałas, okrzyki „Marcin, Marcin”, wreszcie pierwszy bufet prowadzony przez epicką ekipę niebieskich „Wymiataczy” <3 Dodatkowo mój status mistrza pierwszej prostej. To wszystko sprawiło, że pierwszy kilometr półmaratonu pokonałem w 4:10. Przeraziło mnie to i rozśmieszyło jednocześnie. ;)

A potem… a potem Świętojańska i walka. Od początku było ciężko, przynajmniej tak się wydawało, bo potem było jeszcze ciężej i to wcześniejsze „ciężko” było sielanką. Standard.

To nie był piękny bieg. No może na pierwszym kółku było spoko. Wszystko widziałem, wypatrywałem kibiców i starałem się bawić razem z nimi. Z biegiem czasu to zanikało. Mimo że rower jest czasowo dłuższy od biegu, to właśnie podczas tuptania zebrało mi się na przemyślenia.

Często zdarzało się to czego tak bardzo nie lubię – poirytowanie. „Po cholerę mi to, po co taki bieg na wynik, że może jednak zwolnie i to wszystko pierdziele, że lepiej się dobrze bawić osiągając słabszy wynik.” Starałem się myśleć o wszystkim innym tylko nie o tym. Znowu szukałem czegokolwiek co może mnie rozweselić. Na szczęście na trasie biegowej w Gdyni są kibice. <3 Dla was wszystkich, znajomych i nieznajomych, wielka piona!

W worku w T2 nie miałem coca coli. Nie chciało mi się jej kupować i tam wkładać. :P O dziwo podczas biegu nie było tak źle z żołądkiem. Tutaj muszę się nawet bardzo pochwalić, bo na odcinku biegowym zjadłem ok. 2 i pół żela, co jest chyba nowym rekordem. Żołądek nie buntował się nawet tak silnie jak na wcześniejszych połówkach. Jasna sprawa, że miałem momenty gdy chciałem to z siebie… wyrzucić ;) ale kiedyś bywało zdecydowanie gorzej.

To zabawne ile człowiek znajduje haków na siebie podczas takiego wysiłku. Ile wymyśla rzeczy żeby zająć głowę czymkolwiek byle nie myśleniem o biegu. Ciężko to wszystko nawet spisać. Pamiętam, że tak bardzo chciałem się zatrzymać lub chociaż zwolnić, że obiecałem sobie postój na ostatnim bufecie na skwerze. Zupełnie nie pomyślałem wtedy, że jak już na nim będę to ni ch…a się nie zatrzymam, bo to przecież tuż tuż przed metą. :D

Na początku biegu miałem plan by ustawić tempomat na 4:30’/km i tak biec dopóki się da. Świętojańska wyszła wolniej ale za to potem Piłsudskiego z górki nieco szybciej. Dało się tak biec ale krótko Z kilometra na kilometr przybywało sekund do podsumowania każdego kaema. Na drugim kółku nawet Piłsudskiego z górki nie była… z górki. :P

Biegłem raczej po 4:40. Zegarek często pokazywał jakieś bzdury w tempie chwilowym w stylu 5:20 i takie tam. Uznałem, że to GPS wariuje. ;) Domyślałem się, że bieg wygląda raczej kiepsko :P ale za to z jaką radością przyjmowałem podsumowania kolejnych 1000m, które pokazywały tempo rzędu 4:45.

Mimo słabszego tempa motywowałem się, że każdy kilometr wychodzi poniżej 5 minut. Dobra passa skończyła się na trzecim podbiegu pod Świętojańską, gdzie 5:18 nieco pokazało mi gdzie jestem. :P Kolejny km powyżej 5:00 wyskoczył dopiero na 20km, więc nie odpadłem tak zupełnie.

Trzecie kółko to bieg serduchem. Na Świętojańskiej biegłem z zamkniętymi oczami, bo nawet patrzenie mnie już męczyło i bolało. Na Piłsudskiego prawie wpadłem przez to na innego zawodnika, który zwolnił by sięgnąć po kubek. Nie żeby to był jakoś specjalnie epicki bieg, bo każdy kto startował przeszedł swoje cierpienie ale tak cholernie nie chciałem już biec. ;)

„Nigdy więcej zawodów na wynik” rzekłem. Już niedługo będę się musiał wyspowiadać z tego kłamstwa. ;)

Na trzecim okrążeniu zacząłem kalkulować swoje szanse. Był zapas co było świetną wiadomością. Wiem jednak jak bardzo można zwolnić gdy jest się w takim stanie. Spowolnienie z 4:50 na 6:00 wydaje się minimalne i daje nieco ulgi, ale do wyniku nagle dodaje parę minut. Parę minut, które powodowały wylądowanie po złej stronie „wyniku pięciogodzinnego”. ;)

Gdy na trzecim kółku pomyślałem, że nie da się utrzymać tempa, że zaczynam maszerować i jest po ptakach przypomniałem sobie o propozycji organizatora Triathlon Energy w Mrągowie. To będzie mój ostatni start tri w tym sezonie. Jestem tam zapisany na 1/4 IM ale organizator zaproponował, że jak w Gdyni nie wyjdzie, to mnie przepisze z ćwiartki na połówkę. Tak bardzo nie chciałem przez to znowu przechodzić… więc siłą woli utrzymywałem tempo i czekałem cierpliwie na metę. :D

Ostatni znak na trasie pokazywał, że znajduje się na 20,6 kilometra trasy. Na zegarku miałem bodaj 20,2 ale wiedziałem, ze do mety jest ok. 500m. Trasa prawdopodobnie była krótsza ale średnio mnie to obchodziło. Wiedziałem, że MAM TO, że tutaj już nic złego się nie wydarzy i piątka pęknie jak ta lala.

Na ostatniej prostej zabawa i feta, trochę głupot, poprzybijanych piąteczek i darcie mordy na ostatniej kresce, która oznaczała koniec cierpienia.

Za metą

Nadszedł bóbr.

Usiadłem w cieniu zaraz za metą. Chęć donośnego szlochania jak ten bóbr ;) biła się z myślą, że obok siedzą jakieś zawodniczki i nie wypada. Ciężko było się powstrzymać ale najważniejsze było to, że już nie trzeba biec.

Po dłuższej chwili podszedł jakiś wolontariusz, by nas wygonić (w sensie poprosić :)) dalej do strefy finiszera. :) Wyszło fajnie, bo to był taki czas gdy już zacząłem panować nad sobą i mogłem iść dalej.

Nie ogarniałem tego co się właśnie stało. Bóbr nadchodzi nawet gdy pisze te słowa… :)

Dla mnie osobiście to był wielki dzień. Tak jak dla 2000 innych osób startujących w niedzielę i kolejnych kilkuset w sobotę. Dzień, w którym bardzo dobitnie poznałem różnicę między ścigania się, a startowaniem. Ten tekst piszę w poniedziałek, dzień po starcie. Stwierdzę trochę na wyrost ale z dwojga powyższych podejść do sportu chyba jednak wybieram ściganie. ;)

Podsumowując

Trening oddaje. Nigdy nie trenowałem tyle co przez pierwsze półrocze 2017 roku. Trafiając do Endure Team pod opiekę Tomka Spaleniaka nie do końca wiedziałem jak to się potoczy. Wyniki widać gołym okiem, nawet gdy te oczy są zamknięte podczas biegu. ;)

Mój trening od początku lipca się jednak zmienił. Postaram się poruszyć ten temat w jednym z kolejnych wpisów. Trenuje teraz dużo mniej. Stwierdzenie „nigdy nie trenowałem tyle co przez pierwsze półrocze 2017 roku” odbija się na życiu osobistym. Nie ma róży bez kolców i postanowiłem nieco zluzować. Przynajmniej tymczasowo.

Swoją triathlonową drogę rozpatruje w kontekście lat zmagań, a nie najbliższych miesięcy czy roku. Dlatego nie spieszy mi się do dystansu długiego oraz nie przeszkadza mi jeśli przez najbliższe tygodnie, miesiące, a nawet rok treningu będzie zbyt mało na fajny rozwój. Jak to się mawia „Enjoy the journey”. :)

Jeśli już jesteśmy przy cytatach, a raczej „one-linerach” to warto byłoby przytoczyć hasło, które pojawiało się już nie raz na tym blogu: „Anything is possible… ale że aż qwa tak?!”. Piątka rozmieniona z czego jestem okropnie zadowolony. Tym bardziej, że jeszcze czuje jak bardzo wiele mnie to kosztowało, choćby podczas samych zawodów.

To był udany weekend. 8)

Triathlon Gdańsk – olimpijka, czyli dużo pływania :P

Triathlon Gdańsk – olimpijka, czyli dużo pływania :P

Start na niefajnym dystansie (bo stosunkowo dużo pływania :P), w niepełnym zdrowiu (bo P1000J ;)) ale za to blisko domu. Argument za był wystarczający by spróbować.

Do tego startu podchodziłem bardzo ostrożnie. Kolano po feralnym ultramaratonie nie doszło jeszcze do siebie, ba!, te słowa piszę po ponad 2 tygodniach po Triathlon Gdańsk i kolano nadal dokucza. Na dodatek powiem, że ostatnie półtorej tygodnia w ogóle nie wsiadałem na rower, bo byłem na urlopie. Powrót z wakacji i od razu trening na bajku = po 25′ znowu poczułem ból w kolanie. Dupa!

Wracając jednak do startu. Niewiele czasu minęło od momentu gdy minąłem metę, a już tak wiele zapomniałem z tego co się działo. To znaczy, że urlop się udał. ;)

Coś tam jednak pamiętam ale żeby nie zaczynać od tyłka strony (bo najbardziej pamiętam świetny bieg ;)), zacznę jednak od dnia poprzedzającego zawody.

Odprawa

Pierwszy raz nie byłem na całej odprawie. W sumie nie wiem czemu. Stałem na molo z rowerem i słuchałem o czym opowiadają ze sceny na plaży. Zaczęło się robić nudno, więc poszedłem odstawić rower. Myślałem, że posłucham odprawy z drogi do mojego wieszaka ale po 70 kilometrach ;) chodu przez strefę z rowerami dźwięk spikera zanikł. Trochę potem czułem się nieswojo i na przyszłość jednak będę chodził na te odprawy, by słuchać teoretycznie „tego co zawsze”.

Dzień przed startem rozmawiałem jeszcze z Markiem, który to stwierdził, że pływanie będzie ciekawe. Chodziło oczywiście o falę. Podchodziłem do tego luźno aczkolwiek Marek pływa lepiej ode mnie, więc jak on mówi takie rzeczy…. to trzeba będzie uzbroić się w dodatkowe przyrządy. Jak widać na poniższym zdjęciu, do zawodów przystąpiłem nadzwyczaj ostrożnie. ;)

START

Rolling start był zrobiony mądrzej niż w Sierakowie. Pro na raz wskoczyli do wody a dopiero amatorzy startowali „rollingiem”. Wystartowałem strasznie powoli. Wlokłem nogę za nogą powoli zanurzając się w wodzie. Na zdjęciach ze startujących 8 osób jestem na samym końcu aczkolwiek nawet jak bym się spiął i wystartował mocno to też był bym ostatni.

W pierwszej sekundzie poniższego filmu widać zresztą jak bardzo zamulam. :P

Na raz startowało 8 osób. Ja byłem ustawiony zupełnie z prawej strony. Żeby wbiec do wody, po przebiegnięciu przez barierki musiałem skręcić w lewo, ominąć bramę i dopiero skierować się w stronę wody. Myślę, że jakby startowało po 6 osób na gwizdek, to wyglądałoby to dużo rozsądniej.

Swim

Rolling rollingiem, a cały czas płynąłem w tłoku. To chyba był taki sztuczny tłok ale na szczęście niczego mi nie ukradli. W sensie ani tri-gaci, ani pianki, ani nawet nie zerwali mi czepka czy okularków z głowy.

Nie wiem z czego to wynikało ale przez całe 1500m była co chwila lekka walka i przepychanie. Widać było, że nikt nie chce się szarpać ale jakoś tak wychodziło, że płynęliśmy blisko siebie i wszyscy „inni” myśleli że ci drudzy „inni” odbiją nieco w bok, by zrobić nieco przestrzeni. ;)

Suma sumarum było klawo. :P Po 1200-1300m (tak jak w Sierakowie) nagle pojawiła mi się wielka kropla wody w okularze, co doprowadzało mnie do mega irytacji. Tak jak w Sierakowie zatrzymałem się na parę sekund by to naprawić. Nie wiem o co biega. Czy mi się tak gałcuny pocą (to pewnie dlatego, że tak szybko płynę) czy ki ch…

W temacie „szybkiego pływania”, to tylko mi się oczywiście wydawało, bo z wody wyszedłem po ponad 30 minutach. :P

Na tytułowej fotce (przy okazji dziękuje Maćkowi za jej zrobienie) widać uśmiech na mojej twarzy. Zapewne było to przed spojrzeniem na zegarek. ;)

T1

Biegłem i biegłem i biegłem i biegłem… i inni też biegli i biegli. Miarki nie miałem ale podejrzewam, że stara strefa zmian Ironmana wzdłuż Skweru vs. strefa zmian w Gdańsku to jak porównać klasę Optimist do Titanica. ;) #JustKidding

W T1 wyprzedzałem. Fajnie, bo nie wyszedłem mega zmordowany z tej mordowni… znaczy wody. Długi dobieg do belki leciałem w butach, a jakże. Takie mam doświadczenie już w bieganiu w butach kolarskich, że na niezbyt szerokiej alejce również wyprzedzałem innych zawodników. ;)

Bike

Było fajosko! Przez pierwsze 18 minut. Potem ból kolana. Zasadniczo ten ból nie przeszkadzał jakoś super bardzo jeśli chodzi o pedałowanie. Na pewno cisnąłem nieco lżej jak gdyby nie było bólu. Większym problemem (tak jak i na ultramaratonie) okazał się ból czterech liter i podjazdy. Brak możliwości wstawania na pedały jest gupi i słaby! ;)

Prędkości były spoko. Jechałem swoje i wychodziło to bardzo fajnie. Po nawrotce zaczęły się jakieś pociągi i trochę pokrzyczałem sobie na współtowarzyszy niedoli. Trochę szeryf byłem ale ciiii. Po paru minutach bardzo szarpanego tempa jakoś udało się odskoczyć… a może to te pare osób jakoś się rozjechało. Wielkiego draftingu nie był ale już bałem się co będzie na drugim kółku.

Aha i jeszcze jedno jeśli chodzi o pierwsze okrążenie. Organizator cały czas przestrzegał nas przed jazdą w tunelu. Myślałem że przegina… ale nie. Jazda tam była bardzo niebezpieczna. Po zawodach dopiero dowiedziałem się, że pierwotnie trasa miała być jednokierunkowa i do dyspozycji zawodników miały być obie nitki tunelu. Tak się nie stało i podczas wyprzedzania w tunelu prawie srałem pod siebie ze strachu jadąc prawie środkiem jazdni 50-60 na godzinę… z górki of course. ;)

Czemu wyprzedzałem na skrajni swojego pasa ruchu? Bo towarzystwo kolarskie nie kuma, że gdy jedzie się samemu po pasie to należy jechać prawą stroną. Bo przecież za 3 kilometry będzie wyprzedzał tego gościa co go goni, więc już zjedzie sobie na środek pasa… no na taki lewy środek. K$#@a.

Na drugim kółku już nie było tak kolorowo jeśli chodzi o prędkości aczkolwiek gremlin pokazywał gorsze dane niż zobaczyłem finalnie na wynikach od organizatora. Jak widać poniżej zarówno TAM jak i Z POWROTEM zwolniłem tylko o 1 km/h. ;)

Przez większość zawodów miałem mega zajawkę ale na powrocie z drugiego kółka puściły mi nerwy. Nagle dogoniło mnie kilka osób i znalazłem się w środku grupy. Nie chciałem jechać jak parówa, a ziomki jechały dwoma rzędami. Wydarłem się wreszcie czy „lewa strona wyprzedza czy stoi”. No to lewa strona zjechała na prawo, by stworzyć jeden ciąg lokomotywy z wagonikami.

Zjechałem na lewo i ich wyprzedziłem. Trochę zaczęło palić w udach. Długo nie pojechałem z przodu i znowu znalazłem się w grupie. Nie miałem siły znowu uderzać do przodu, więc zawołałem paru osób „co tu qwa robią” jednak ćwiczone tygodniami skamieniały miny nie odpowiedziały ani słowem. #MistrzowiePokerFace

W tym momencie ch%#$@ mnie strzelił i nacisnąłem klamki hamulca. Parówy odjechały na  30-40 metrów. Daleko ale nie chciałem mieć z takimi cieciami do czynienia. Zapisałem sobie nawet numery dwóch typów z tyłu stawki ale szkoda mi nawet je przytaczać. Po paru minutach grupa była już ze 150m przede mną. Że tak powiem „ładnie cisnęli”. :/

Wtedy nadjechał motor, pogadał z nimi i nagle grupa się rozeszła. Kilka minut później kilka parów było już za mną. To drugi raz gdy zderzyłem się z tak rażącym i celowym draftingiem (pierwszy raz był na IM rok temu gdy jechały dwie parówy na przodzie swojej, siwej strefy czasowej). Na pohybel!

Sprawdziłem po zawodach czasy tych dwóch zapamiętanych numerów… bike split mieli gorszy od mojego. :P

Jeśli chodzi o moje zawody, to końcówkę jechałem już bardzo wolno. By dopełnić standardu wypiąłem się z butów ze 2 km przed belką… ot tak by zdążyć. ;)

Tempo i czas na rowerze było bardzo fajne aczkolwiek trasa była prosta, więc nie wiem czy można to jakośkolwiek przekładać na to co będzie na 90 km IM Gdynia. W Gdańsku było parę górek ale poza nimi nigdzie nie trzeba było zwalniać (poza nawrotką of course ;)).

T2

Biegłem i biegłem…. ;) Tym razem wygodniej bo bez butów. I znowu wyprzedzałem ludzi podczas biegu. Raczej na to nie zwracam uwagi ale tutaj ilość wyprzedzanych osób była po prostu spora, a po drugie różnica temp była bardzo znaczna. Nie żebym na rowerze nie wyprzedzał ale jakoś miło się robiło gdy w T2 potrafiłem machnąć 5-10 osób podczas samego biegu.

Run

Bieg był fantastyczny. Zacząłem dość mocno i gdy tętno wskoczyło na wyższy poziom oraz zrobiło się cieplej… utrzymałem wysiłek. Może to zasługa nieskatowania się na rowerze (przez kolano), a może po prostu dyspozycja dnia. Nie wiem ale bardzo chciałbym powtórzyć to w Gdyni.

Przed zawodami myślałem sporo o biegu. Myśli me ciągle wracały do startu w Starogardzie Gdańskim gdzie postanowiłem zajechać się na rowerze i pobić rekord w biegu… O ile na rowerze był konkret, o tyle na biegu byłem max zbombiony. Dość powiedzieć, że tempo na 10 km w Gdańsku było szybsze niż na 5 km z hakiem w Starogardzie. ;)

Cel na bieg został osiągnięty. Nie chodziło nawet o sam czas czy tempo. Chodziło o nastawienie metalne i wytrzymanie pewnego (określonego samopoczuciem, a nie tętnem) poziomu wysiłku. Była wola walki i ciągła zajawka, więc mimo dyskomfortu czas mijął względnie szybko.

Meta

Na 1-1,5 km przed metą wyprzedziło mnie trzech gości. Co ciekawe do tej pory raczej nikt mnie nie wyprzedzał (poza Kubą Rucińskim :P ale to inna liga). Trochę mnie to zesmuciło, bo zaraz meta, a ja teraz spadam o 3 oczka w dół. Nie odpuściłem i zrewanżowałem się jednemu gościowi z owej trójki. Tuż przed metą dogoniłem jeszcze jakiegoś innego zawodnika i zagraliśmy w grę. :P

Zrównałem się z nim i wyszedłem o krok w przód. On krzyknął „oooo ty!” :) i zaczął przyspieszać. Co 2 kroki wchodziliśmy na coraz wyższe tempo, a mi wydawało się, że mam wszystko pod kontrolą. Co ziom przyspieszał, to ja odpowiadałem i wychodziłem pół kroku w przód.

Finalnie przestałem kontrolować tempo, bo skończyły mi się biegi w skrzyni. ;) Został tylko guzik „ignition” i odpaliłem w przód. Finisz wygrałem o kilka dobrych metrów, a na mecie padłem na cycki. ;)

To były świetne zawody. Po rowerze gdy kalkulowałem co muszę pobiec by złamać 2:30 wychodziło mi, że trzeba biec po 4:30. Wydawało mi się to strasznie szybko i w ogóle poziom 2:30 na olimpijce wydał mi się jakiś ultra ciężki do osiągnięcia.

Finalnie zatrzymałem zegar na 2:27.36 co jest oczywiście moim nowym rekordem życiowym na tym dystansie. Swoją drogą, startowałem dopiero drugi raz na olimpijce. :P

Z uwagi na lokalizację zawodów za rok pewnie wrócę do Gdańska aczkolwiek najpierw upewnię się dwa razy czy trasa rowerowa jest bezpieczna. W tunelu zdarzył się wypadek (a może i wypadki) i mam nadzieję, że da to do zrozumienia organizatorowi, by zmienić ten element trasy.

Pozdro!

Pierścień Tysiąca Jezior – ultramaraton na gorzko – cz. 2

Pierścień Tysiąca Jezior – ultramaraton na gorzko – cz. 2

W pierwszej części relacji z P1000J nie zawsze wszystko szło zgodnie z planem. Bywały gorsze momenty… ale to były momenty, a nie sytuacja stała… z którą napotkałem się na 417 kilometrze jazdy.

Po publikacji „ultramaratonu na słodko” pojawiło się kilka pytań technicznych, na które najpierw chciałbym odpowiedzieć.

Cały ultramaraton przejechałem w spodenkach na szelkach, które kupiłem tydzień przed zawodami. Miałem na zmianę strój triathlonowy Nozbe, który na przepaku na 350 km wrzuciłem do torby aby ubrać go tuż przed metą i wjechać czyściutki i świecący w oko kamer i aparatów. ;) To jest w ogóle dobry moment na wzmiankę o stroju na zmianę. Jego tkanina wciągnęła chyba całą wodę (wraz z rolką papieru toaletowego), która wlała się do niedomkniętej torby w trójkącie ramy. :P

Relacja wideo z ultramaratonu

Drugie pytanie: lemondki. Były dozwolone ale za radą Mietka zrezygnowałem z niej. Trochę ludzi jechało z lemondką. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że lepiej jechałoby mi się z założoną dostawką. Model, który używam umożliwia mi złapanie kierownicy na górze (tak jak, np. w rowerze MTB). Jednak nie miałem takich uchwytów do lampek, by móc je zamocować gdzie indziej niż na kierownicy (np. na rurkach lemondki, pod spodem). Lampki zajmowały niewiele miejsca ale na tyle dużo, że uchwyt „klasyczny” już nie był tak wygodny. Odnośnie trzymania kierownicy opiszę jeszcze swoje przemyślenia na końcu tego wpisu.

Trzeci temat: drogi. Niezależnie czy to był 10, 100 czy 500 kilometr zdarzały się drogi lepsze i gorsze. Ten rejon Polski ma najgorsze nawierzchnie w kraju. Szkoda rozwlekać bardziej temat, bo poprzednie zdanie wystarczająco określa po czym trzeba było jechać.

Wracając jednak do kilometra numer 417

Środek nocy, czujesz się jak na wyczerpującej i długiej imprezie ze znajomymi. Nagle muzyka przestaje grać, a znajomi znikają. Tak samo jak znika dach nad głową, a ty w koszulce i krótkich spodenkach zostajesz wśród jesiennego, chłodnego deszczu. Zaczynasz się trząść z zimna, nie wiesz gdzie w ogóle jesteś i co teraz zrobić. Ja byłem w lepszej sytuacji – wiedziałem co zrobić: pedałować. Sęk w tym, że nie wiedziałem jak to robić.

Gdy pojawił się ból kolana moje myśli w mgnieniu oka nastawiły się na jeden cel: dojechać do kolejnego PK… i tam odłączyć się od grupy. Na podjazdach cierpiałem niemiłosiernie i grupa mi odjeżdżała. To były momenty, w których nadzieja znikała wraz z oddalającymi się lampkami. W tych momentach strach i adrenalina pozwalały docisnąć pedały, by złapać grupę na płaskim odcinku. Instynkt przetrwania zwykle działa cuda. Nie pozwalałem grupie odjechać i wiedziałem, że jak odpuszczę, to nikt tutaj ze mną nie zostanie. Niby nic, pojadę samemu, trudno, nic nowego. Nocy się bać nie będę ale ciągły deszcz wprowadzał ponury klimat.

Kilometry mijały okropnie powoli, a na podjazdach coraz bardziej traciłem łączność z grupką. W pewnym momencie poczułem jakby ból się zmniejszył. Zdążyłem się nawet zastanowić czy może na PK zdążę doprowadzić się do normalności i zabrać razem z grupą. Te krótkie przemyślenia przerwał ból, zgięło mnie i chyba nawet coś krzyknąłem z bólu. Bardzo punktowy ból, zupełnie nie przeszkadzający gdy noga nie musiała pracować. Jeśli jednak chciałem pedałować, to… nie mogłem, bo nie mogłem go przezwyciężyć.

Straciłem wiarę, że dojadę do PK z grupą ale nadal bardzo, BARDZO chciałem przejechać z nimi ten jeden kilometr… i kolejny. Ale kolejnego nie było, bo każdy km dłużył się w nieskończoność, a głowa się poddała. Nie wiem nawet który to był km ale poddałem się. Poddałem się w 100%. Czerwone światełka znikały za kolejnymi zakrętami.

Liczyłem na ulgę, a dostałem coś zupełnie odwrotnego.

Ból się skończył ale samopoczucie się jeszcze pogorszyło. Pozbyłem się w teorii jednego kłopotu ale zyskałem kilka kolejnych. Samotność, rezygnacja, zimno, strach. Każdy z tych stanów miał kilka twarzy.

Najpierw poczułem się samotnie. Niby nic ale morale spadło do zera. Dopiero po chwili uzmysłowiłem sobie, że nie wiem gdzie jechać. Miałem w torbie power banka, a na telefonie wgrany ślad trasy, więc teoretycznie wszystko było ok. Tyle że ciągle lał deszcz, więc mokry ekran telefonu nie reagował. Do zatrzymania się, by przeczyścić telefon i sprawdzić mapę zachęciło mnie jeszcze jedno wydarzenie: brak wizji.

Po odjeździe grupy poczucie zmęczenia nagle do mnie bardzo trafiło. Każda drobna rzecz zaczęła przeszkadzać bardziej niż przed chwilą. Piach i woda w oczach piekła i irytowała. Zacząłem zamykać oczy, by wycisnąć z nich ten syf. Finalnie lądowałem na przeciwległym pasie jezdni, bo średnio kontrolowałem gdzie jadę. Postanowiłem, że poradzę sobie z tym na spokojnie. Zatrzymałem się, przetarłem oczy i telefon oraz sprawdziłem trasę. To wszystko trwało mniej niż minutę i mogłem powoli jechać dalej.

Przez krótką chwilę wydawało mi się, że jadę szybko. Zdarzyła się taka szczególna sytuacja, która nie wpłynęła na mnie w żadnym stopniu, choć powinna. Jadę nocą po czarnym asfalcie położonym w lesie. Cimno jak w… bardzo ciemno ale w oddali widać, że szosa przejeżdża przez jakieś miasteczko. Widzę światło w oddali ale najbliższe otoczenie to tylko lampka świecąca wąskim źródłem światła i zero wizji na boki. Nagle przez ten wąski strumień światła, ok. metra przed rowerem przemknął kot (chyba). Zamiast się wystraszyć wreszcie się uśmiechnąłem, bo przypomniałem sobie historię z jeżem, który wyszedł na spacer.

Otóż gdy jechaliśmy jeszcze w grupie na drogę wyszedł jeż. :) To było również w nocy. Widoczność – tyle co rzucały lampki. Jechaliśmy w dwóch rzędach, bo raźniej. Nagle z przodu słychać „jeż!” i grupy rozbiły się na boki. Akcja trwała może z dwie sekundy ale zdążyłem zauważyć, że jeż chyba zrezygnował z przejścia przez ulicę i zawrócił. ;)

Wracając do mojej samotności. Wiedziałem gdzie jechać i że wystarczy mi prądu w telefonie, jeśli raz na jakiś czas odpalę mapę. Nie było wiele zakrętów na drodze ale średnio kontaktowałem co i jak, więc wolałem co jakiś czas upewniać się, że dobrze jadę. Ból oczu i narastające irytacja i zimno (związane z deszczem i temperaturą) powodowały, że straciłem nawet chęć na jazdę do PK. Chciałem się zatrzymać, położyć i zrezygnować z dalszej jazdy. Miałem kompletnie dość kręcenia korbą, bo nawet lekki ruch nogą promieniował mi na całe kolano.

Szukałem miejsca do popełnienia największego błędu tego ultramaratonu.

Świetną opcją byłby przystanek autobusowy choć marzyłem o jakimś otwartym sklepiku lub budynku. Marzyłem o schowaniu się przed wodą i zimnem. Kulałem się po tej głupiej szosie licząc na otwarty sklep… na wsi, nocą, z soboty na niedzielę. Zimno było mi bliskie od dłuższego czasu ale teraz atakowało ze zdwojoną siłą. Wiadomo, niższa intensywność równa się mniejszej ilości ciepła generowanej przez ciało. Wiedziałem, że jak się gdzieś zatrzymam i położę, to będzie problem – taki duży, prawdziwy problem, bo już wtedy byłem wyziębiony.

Wreszcie zobaczyłem wystający z budynku daszek. Na tyle duży, że spokojnie się pod nim schronię przed deszczem. Daszek chronił wejście do bankomatu, do którego drzwi były już niestety zamknięte. Nareszcie nie będzie padać, nareszcie nie będę musiał kręcić, nareszcie odpocznę. Wszedłem po schodkach i byłem pod daszkiem. Pierwsze wrażenie, cudownie, nic nie kapie. Chwilowo zrobiło mi się cieplej ale to było bardzo chwilowe. Samopoczucie jednak się polepszyło, bo przestało padać na głowę, no i nie musiałem pedałować. Termicznie jednak nie było komfortu, więc wiedziałem, że muszę dojechać do PK, bo inaczej zamarznę.

Wtedy nadjechał jakiś kolarz i widząc mnie zatrzymał się na moment, by sprawdzić mapę. Pogadaliśmy chwilę. To była bardzo markotna rozmowa. Każdy miał dość. Nie można było się użalać nad sobą, bo każdy miał prawo być zmęczonym i poirytowanym przez padający od kilku godzin deszcz. Tak bardzo jak ucieszyłem się widząc drugiego zawodnika, tak bardzo posmutniałem gdy odjechał, a ja jeszcze nie umiałem się do tego zmusić. Minęło jednak parę minut i postanowiłem jechać dalej. Było może z 20 km do przejechania ale wiedziałem, że obecnie jest to dla mnie co najmniej godzina jazdy, podczas której będę mierzył się z wyziębieniem i kłującym kolanem.

Zszedłem po schodkach, wsiadłem na rower, ruszyłem… i dostałem ogromnych drgawek na całym ciele. Przy okazji skurczyły mi się mięśnie w górnych partiach ciała przez co kurczowo trzymałem kierownicę, której i tak nie mogłem skręcić. W głowie przerażenie i panika: co teraz, nie dojadę, nie mogę tu zostać, nie kontroluje siebie ani roweru, zimno. To był ten moment, w którym najbardziej się przestraszyłem. Nie polecam. ;)

Po około minucie kręcenia ciało wróciło do „normalnego stanu wyziębienia” znanego sprzed zatrzymania się pod daszkiem. Obiecałem sobie jedno: choćby skały srały, a noga odpadła nie zatrzymam się nigdzie indziej niż w jakimś ciepłym miejscu. Nawet jak nie będę wiedział gdzie jechać, będę kręcił i jechał. Takie nastawienie pomogło mi odrzucić jeden problem, a właściwie dało odpowiedź na jedno pytanie: jechać czy zatrzymać się bo „cokolwiek”. Postanowiłem, że jak nie będę miał możliwości (lub umiejętności czy ochoty) sprawdzić czy jadę w dobrą stronę…, to trudno.

Pojedyncze dragwki, problemy z oczami czy zjazdy na środek jezdni przytrafiały się jeszcze parę razy ale nie były już takie dramatyczne (w mojej ocenie). Doświadczenia zdobyte w nocy pozwoliły mi zapomnieć o alternatywach i skupić się na dojechaniu do Punktu Kontrolnego. Oczywiście że nie było fajnie, że bolało itp. ale chyba zaznaczyłem to w powyższych akapitach wystarczającą ilość razy.

To nie była żadna epicka jazda. Daleko mi od pochwalenia siebie za walkę i takie tam. To był wynik własnego błędu, tylko tyle.

Punkt Kontrolny 8

był umiejscowiony między dwoma jeziorami. W/g opini różnych osób było to najchłodniejsze miejsce na trasie ultramaratonu. Gdy go zobaczyłem było mi wszystko jedno. Tak długo jechałem w stanie „mam k..a dość”, że nie myślałem o niczym specyficznym. Oparłem rower o balustradę tarasu, zgasiłem lampkę, zabrałem telefon i wszedłem do budynku.

W środku dalsze rutynowe zachowanie. Karta do podbicia i podpis na liście. Jedyne o czym pomyślałem to, że „fajnie być w budynku”. Po papierologii chwyciłem po parę ciasteczek i zacząłem szukać dla siebie miejsca. Nawet nie prosiłem o ciepłą herbatę. Teraz jak o tym myślę, to chyba po prostu byłem całościowo zmęczony aczkolwiek na to zmęczenie nie złożyła się sama aktywność fizyczna ale również kwestie temperatury i pory dnia… a właściwie nocy. Była godzina 4.

Chciałem się położyć na rozłożonym materacu ale przemoczone ciuchy cały czas dawały poczucie zimna i ciągle mną telepało. Zacząłem więc chodzić i pytać obsługę o koc. Tym pytaniem bardzo zaskoczyłem osoby za barem. Nie wiem, może powinienem spalić się ze wstydu, że jestem mięczak. Wtedy jednak moja obojętność była tak wielka, że nawet mnie to nie zastanowiło.

Położyłem się, przykryłem kocem… i nadeszła jeszcze pościel. Może nie wyglądałem najlepiej, bo pani przyniosła mi kolejna warstwę do przykrycia. Koc wystarczył ale puch pod głową zadziałał kojąco. ;) Nawet nie wiem kiedy zasnąłem… aczkolwiek nie jestem pewien czy spałem. Słyszałem znajome głosy rozmawiające w budynku.

Leżakowanie w mokrych ciuchach było na krótką metę lepsze niż próby rozbierania się. Za nic w świecie nie chciałem próbować się osuszać, tylko szukałem każdej odrobiny ciepła. Dopiero po jakimś czasie (1h? 2h?) stwierdziłem, że moje ubrania parują, a wilgoć nie ma gdzie uciec bo jest pod kocem. Odkrycie się nie było przyjemne ale czułem się na tyle ok, że byłem gotów przyjąć chwilową porcję zimna. Zacząłem też rozglądać się po lokalu, coś zjadłem i wypiłem.

W PK8 spędziłem prawdopodobnie 3,5 godziny, więc miałem sporo czasu do obserwacji. Ostatnie (chyba) półtorej godziny spędziłem na próbie osuszenia kurtki, skarpetek i butów. Nie ryzykowałem mimo wszystko mocniejszego rozbierania się. Z żalem wspominałem przemoczony strój triathlonowy, który mógłby być suchą alternatywą ubraniową. ;)

Nie do końca jestem w stanie ogarnąć chronologię wydarzeń ale zacząłem działać w kierunku dalszej jazdy. Nie chciałem jechać dalej ale coś trzeba było robić. W PK cały czas był obecny komandor zawodów jednak byłem zbyt leniwy, by powiadomić go o rezygnacji. „Jeszcze nie teraz, może jak będę się lepiej czuł”. W procesie przygotowań do jazdy wspomagała mnie Agnieszka, która asystowała mężowi w jego wyzwaniu. Swoją drogą taki support to skarb. Mimo deszczu przyniosła mi coś z torby rowerowej (nawet nie pamiętam co) i co jakiś czas podpytywała „co dalej i jak mogę ci w tym pomóc”.

Powoli zacząłem zmieniać myślenie. Nadal chciałem zrezygnować ale z uwagi na nieco lepsze samopoczucie chciałem dojechać do kolejnego PK, z którego miałem kilka kilometrów do swojej rodziny. Zdawałem sobie sprawę, że stamtąd jest jeszcze bliżej do mety ale… 100 km to wcale nie jest blisko. ;) Szczególnie jak jedzie się po górkach 15 km/h, a czworogłowe lewej-sprawnej nogi też już dają o sobie znać.

Z technikaliów. Podczas pobytu w PK8 rozładowałem powerbanka ładując telefon. Garmina nie naładowałem, bo ogólnie rzadko kiedy się ładował przy podpinaniu do powerbanka (wciąż nie wiem czemu). Sam zegarek zakończył aktywność, bo zbyt długo był w stanie pauzy.

Przygotowanie się do jazdy polegało na założeniu siatek na gołe i lekko wilgotne stopy, po wcześniejszym posmarowaniu ich jakimś olejkiem od Agnieszki, by zapobiec odparzeniom. Potem mokre skarpetki, bo nie było gdzie ich dobrze wysuszyć i buty. Po pierwszym skrzywieniu się przy zakładaniu skarpetek poczułem względny komfort. Ubrania zdążyły trochę odparować, więc nie było mi zimno. W teorii byłem gotowy do drogi ale psychicznie… próg w drzwiach był nie do przejścia.

Przygotowując się wychodziłem dwa razy na dwór, by sięgnąć po coś przy rowerze. Na dworze kropiło i było chłodno. Czułem chłód. Nie wiem czy duży chłód czy mały – nieistotne. Spotkanie z zimnem było ostatnią rzeczą, której chciałem doświadczyć tego dnia. Zdawałem sobie sprawę, że dalsza jazda to 50 km do kolejnego punktu czyli w obecnym stanie pewnie z 2,5-3h kręcenia. Nie wiedziałem tylko czy to będzie powolne kręcenie jedną nogą czy może również walka z przenikającym zimnem. Przechodząc próg wiedziałem, że nie będzie powrotu jeśli za godzinę znowu zrobi się nieciekawie. Strach mnie jeszcze nie opuścił… ale pozytywnej energii dodawał fakt, że na dworze było już jasno.

Wtedy do PK wpadł Zbyszek z Olą

czyli goście pensjonatu, w którym smacznie spałem noc wcześniej. Od razu zrobiło się raźniej. Ja byłem po kilku godzinach wypoczynku, więc poziomem energii i witalności nie byłem już zakopany tak głęboko jak parę godzin wcześniej. Pogadaliśmy chwile, Zbyszek poczęstował mnie ketonalem w maści i jakimiś tabletkami na bóle tego typu. Finalnie stwierdził, że chyba oszalełem że „nie jadę dalej” i że pojadę. ;)

W sumie to nadal było mi wszystko jedno. Aura wyglądała na bardziej przyjazną ale ja już swoje przeżyłem i nie chciałem mieć żadnych nowych wrażeń tego dnia. Aczkolwiek nastawienie mentalne zmieniało się powoli przez ostatnie godziny. Stwierdziłem więc, że to spotkanie może być dobrym punktem zwrotnym, do dalszej drogi. Miałem jednak silne przekonanie, że to jeszcze za wcześnie. „Nigdzie mi się nie spieszy. Poczekam jeszcze z 3 godziny, a może 5, by pojechać do Reszla i się wycofać. Rodzina i tak jeszcze śpi.”.

Bałem się zimna. Na chwilę jednak wyłączyłem myślenie „co dalej, co jeśli itp”. Przekroczyliśmy próg i pojechaliśmy dalej. Lekko przesuszone ubrania dawały zupełnie inną ochronę termiczną. Na początku było mało przyjemnie ale odczuwana temperatura szybko się unormowała na dość komfortową. Okazało się, że nie taki wilk straszny… ale za to noga nadal nie działa. Zimno się skończyło, zaczęły się problemy z czterema literami.

Z uwagi na brak generowanej mocy z prawej nogi nie mogłem wstawać na pedały tak jak bym chciał. Z tego też powodu więcej siedziałem na siodełku, bo lewa noga pracowała tak ciężko, że zacząłem się o nią martwić. Generalnie odciążanie tyłka wyglądało w taki sposób: ciśnięcie lewą nogą stając na pedale, chwila przerwy, delikatne opuszczenie się na nodze by powoli usiąść na siodełku, spokojne przekręcenie korby o 180 stopni po to by znowu móc przycisnąć lewą nogą i wstać z siodła. Po kilku takich obrotach miałem dosyć. W sumie to nawet nie fizycznie ale byłem poirytowany, bo nie przynosiło to takiej ulgi jak bym chciał (co chwila wstawanie i siadanie), a dodatkowo katowało mnie mięśniowo.

Nie jechaliśmy też w grupie. Każdy z nas jechał swoim tempem i czasami tylko spotykaliśmy się na skrzyżowaniach. To nie było problemem. Mi był potrzebny punkt zapalny, by ruszyć dalej. Potem już trzeba było tylko zagryzać zęby, bo przecież do kolejnego PK trzeba dojechać. Na środku drogi się przecież nie zatrzymam.

Po dwóch godzinach jazdy znowu zrobiło mi się chłodno. To pewnie przez długotrwałą jazdę. Organizm ma mniej energii by się ogrzewać i jest bardziej marudny na niedogodności. Z pomocą przyszedł mój ruchomy bufet w postaci żony. Wyjechała kilka km z domu na trasę ultramaratonu, by podrzucić mi bluzę. Podobno pomoc związana z ubraniami jest niedozwolona i powinienem dostać za to DSQ. Whatever  ¯\_(ツ)_/¯

Po kolejnych kilkunastu kilometrach jazdy dojechaliśmy do Reszla czyli kolejnego punktu na mapie rajdu. Ola, Zbyszek i ekipa już tam byli. Nie umiałem nawet utrzymać ich spokojnego tempa. Czekała tam też moja Ewa, której oddałem bluzę, bo w niej z kolei było za gorąco. :) Gdy chwilę później wyszedłem na dalszą jazdę, żałowałem tej decyzji…, bo zaczęło padać. ☠️

Z dojazdówki do PK9 pamiętam jeszcze 2 sytuacje. Niekończący się podjazd tuż przed Kętrzynem (na wykresie wysokości wygląda jak niewielka górka) oraz inny dość długi podjazd, na którym zauważyłem drogowskaz do miejscowości Winda. Very funny. ;)

W Reszlu nie myślałem już o rezygnacji. Nie wiem czemu. Chyba po prostu o tym zapomniałem. :) Przypominając sobie jak wtedy się czułem…. no to się nie czułem. Nigdzie się nie musiałem spieszyć ale dyskomfort był spory, a jazda była maltretowaniem samego siebie. Jeśli jednak czytasz te słowa i myślisz o starcie, to muszę ci napisać, że wcale tak być nie musi. :) Gdybym mógł normalnie kręcić korbą na stojaka, to po pierwsze tempo byłoby lepsze, a po drugie tyłek by tak nie bolał. Tak więc największy problem by po prostu nie istniał.

Zjadłem szybko, by móc znowu zabrać się z ekipą na dalszą jazdę. Nie miałem w planach się siłować, by utrzymać ich koło ale jakoś tak raźniej, pojechać choćby chwilę. Przed nami było ostatnie 100 km trasy. Gdy zacząłem pesymistycznie planować czas przejazdu wyszło mi, że nie zdążę dojechać w limicie. :) Co ciekawe psychicznie balansowałem między zrezygnowaniem, a walką, by jednak przyspieszyć i spróbować. To była miła odmiana od stanów lękowo-depresyjnych sprzed kilku godzin. Jak teraz na spokojnie o tym myślę… to wciąż nie wiem po co jechałem dalej. :)

Jechaliśmy spokojnie co jakiś czas się mijając z Olą i jeszcze jednym kompanem. Plus był taki, że nikt nie dyktował tempa. Czasami Zbyszek próbował i motywował. Przez jakiś czas trzymałem jego koło ale prędzej lub później się poddawałem. 100 km mordęgi ale w porównaniu do ostatnich 50, to nie były one takie złe. ;) Na tym odcinku drogi miałem też wrażenie, że palą mi się stopy. Po jakimś czasie, z wielką niechęcią zatrzymałem się by zdjąć siatki ze stóp. Okazało się, że wszystko było w najlepszym porządku i nie było się czym martwić. Co ciekawe gdy usiadłem na asfalcie, to pierwszy samochód przejeżdżający po drodze się zatrzymał i gość zapytał czy wszystko ok. Fajnie. To był ostatni moment imprezy podczas którego poczułem chłod… a zdarzyło sie to gdy skarpetka znowu złapała bezpośredni kontakt ze stopą. ;)

PK10 zlokalizowany był w Lidzbarku Warmińskim. Już na odprawie była mowa, że specjalnie dla uczestników P1000J jest specjalna oferta i można za 5 zł iść do Term Warmińskich się pobyczyć w ciepłej wodzie i jacuzi. ;) Droga przez Lidzbark była względnie płaska oprócz odbicia od ciągu komunikacyjnego w stronę Term, na których parkingu był zlokalizowany Punkt Kontrolny. Ciężko się tam podjeżdżało i niechęć narastała ale pamiętam, że nie dobiło mnie to psychicznie. Uznałem to za ciekawy pstryczek ze strony organizatora, by właśnie w tym miejscu, po 560 kilometrach jazdy zrobić dodatkowy podjazd, by dokręcić wszystkim śrubę.

W tym miejscu zrobię pauzę. Nie wiem czy mnie oczy myliły (i nie żartuje, bo nie skupiałem się na niczym konkretnym i mogłem niedopatrzyć) ale wydawało mi się, że jakaś grupa zawodników stwierdziła, że „to już prawie meta, więc wypijemy piwko”. WTF?! Nie jestem również pewien ale to piwo chyba pochodziło z zapasów Punktu Kontrolnego. Wolę wierzyć, że to jednak moje skołowanie. Zjeżdżając z górki z powrotem na trasę doświadczyłem jeszcze obtrąbienia przez króla szos, który wyprzedzając mnie poświęcił chwilę swojego cennego czasu, by przekazać mi nowinę w postaci „spierdalaj na ścieżkę”. Owa ścieżka istotnie wiła się wzdłuż asfaltu lecz niestety kończyła się po kilkuset metrach i nie jechała tam gdzie ja. Walcząc ze stereotypami dopowiem, że król szos jechał BMW, rocznik 9x. Nadal cieszę się, że mnie nie trzepnął drzwiami.

W ten oto sposób wyruszyliśmy na swoje ostatnie 50 kilometrów. Na kolejnym skrzyżowaniu minąłem Zbyszka, który zastanawiał się czy dobrze pojechał. Ja wtedy już byłem cfany, bo miałem szybki dostęp do nawigacji (suchy telefon). Jasna sprawa, że na następnym podjeździe (na który nie trzeba było długo czekać) zostałem wyprzedzony ale świadomość, że jedziemy „prawie” razem ;) dodawała skrzydeł.

Z tymi skrzydłami to przesadziłem. Ruszając z ekipą Zbyszka z punktu mieliśmy do przejechania 150 km. Nie było w nich ani jednego fajnego kilometra. Tylko zmęczenie oraz narastający ból tyłka i kolana. Ostatnie 50 km dłużyło się jak żadne inne. Im dalej w las tym wolniej. Plan był bardzo prosty: jechać. Nieważne czy powoli czy bardzo powoli, byle jechać. Plan nie zawsze był realizowany jak choćby podczas siedzena na krawężniku przy jakimś przystanku autobusowym.

To było okropnie deprymujące 150 kilometrów. Droga była paskudna, a wiatr… wiatr pozwalał jechać po 40 kilometrów na godzinę w trakcie jazdy na wschód. Było oczywistym, że na powrocie będzie wiało w twarz ale nie myślałem, że aż tak. Jadąc 10 km/h stawiało mnie w miejscu. Jadąc z górki nie można było się rozpędzić… aczkolwiek to miało swoje dobre strony, bo wtedy mogłem usiąść udem na siodełku i dłużej cieszyć się zjazdem. ;)

Odliczanie ostatnich kilometrów też było długie i mozolne. Na ostatniej prostej wyprzedziły mnie jeszcze 3 osoby. Nie żeby miało to znaczenie. ;) … Widzę ją, widzę metę!

Podsumowanie

Podsumowanie pisałem już milion razy w myślach i kilka razy na komputerze. Nie chciałbym nikogo urazić dlatego na początku chcę napisać jedno zastrzeżenie: piszę to jako ja, jako osoba nastawiona na rozwój sportowy w triathlonie na dystansie do 1/2 IM z planami by w nieznanej przyszłości spróbować pełnego dystansu. A teraz do rzeczy.

Co mi dało przejechanie ultramaratonu? Nic, a przynajmniej nic dobrego. Czy udowodniłem coś sobie? Nie.

No bo co miałbym sobie udowodnić? Z perspektywy czasu oceniam ultra jako coś przy czym trzeba zagryźć zęby, być upartym i zmusić się do działania przez 2 dni. By złamać 40′ na 10 km zagryzam zęby codziennie od kilku lat, planując dzień pod sport i poświęcając wiele przyjemności na rzecz treningów. Można powiedzieć, że przy ultra trzeba zagryźć zęby mocniej i z tym się zgodzę ale poziom trudności ultra vs wytrwać w dyscyplinie treningowej przez rok, dwa lata, 10 lat… tego nawet nie wypada porównywać.

Co mi dało przejechanie ultramaratonu?

Wiem, że mogę jechać długo na rowerze ale w zasadzie nic mi to nie mówi i nie wiążę tego z jakąś specjalną umiejętnością czy zdolnością. Patrząc od strony negatywów pojawia się nieco więcej rzeczy do wymienienia. Jazda ultra to zamach na własne zdrowie. W tym przypadku w utracie zdrowia pomógł deszcz ale nawet jeśli byłoby sucho, to organizm jest totalnie rozjechany po takiej jeździe. Niejednokrotnie zresztą powtarzałem (i jest to popularna opinia), że sam maraton biegowy nie ma nic wspólnego ze zdrowiem, bo na tego typu biegu je tracimy, a nie zyskujemy. Jeśli więc sport jest dla nas czymś co ma poprawić nasze zdrowie, to zapukałem pod zły adres. W ten sposób tylko się nieszczymy.

Innym negatywem jest podatność na kontuzje. Patrząc z mojej perspektywy, taki start to nie tylko proszenie się o problemy ale również dłuższa przerwa w procesie treningowym. Tracę więc w tym aspekcie podwójnie. Po kilku dniach możesz czuć się świetnie ale taki rajd siedzi w środku ciebie jeszcze przez długi czas. Kontuzje nie muszą się wydarzać ale przy wielogodzinnej jeździe ryzyko występowania wzrasta dramatycznie.

Kolejnym negatywnym aspektem jest zabijanie swoich możliwości z zakresu utrzymywania intensywności. Na pierwszych treningach po ultra czułem to z czym spotkałem się 2,5 roku temu po przygotowaniach do debiutu w maratonie. Tempo biegu na niskiej intensywności było bardzo fajne ale każda próba przyspieszenia kończyła się bardzo szybko. Nie byłem w stanie na dłuższą chwilę utrzymać tętna i tempa przy którym rok wcześniej biegałem kilkukulometrowe odcinki. Długie zawody zabijają prędkość.

Kolejnym problemem jest utrudnione rolowanie przez kolejne tygodnie (miesiące?) po zawodach. Z uwagi na wielogodzinne opieranie się o kierownice, po zawodach miałem sinobordowe placki na wewnętrznej stronie dłoni. Kolor znikł dzień po zawodach natomiast bóle pozostały. Minęły 2 tygodnie, a ja wciąż mam dziwne napięcia w palcu serdecznym i małym obu rąk. Nie mogę wyciąć nadgarstka i się na nim oprzeć, bo wtedy te 2 palce są jakieś napięte i bolą. W związku z tym nie mogę się podpierać, np. do rolowania. Przez pierwsze dni po ultra nie miałem czucia w tych palcach i robiłem sporo błędów podczas pisania na klawiaturze.

Czy to wszystkie negatywy? Nie :P

Dlatego dużym błędem jest gdy ktoś stwierdza „jestem wolny ale wytrzymały” aby argumentować sobie starty w ultra. Oczywiście „wolny” nie jest obiektywne i nie zawsze jesteśmy w odpowiednim wieku do rozwijania szybkości. Jednak jeśli ktoś w pierwszych latach biegania przygotowuje się do maratonu i narzeka na swoje tempo w biegu na 10 km, to tak jakby trenował siatkówkę i był kiepski w kosza. Niby skoczność jest ale piłka nie chce wpadać w środek obręczy.

Swoją drogą, w tym temacie słuchałem fajny odcinek podcastu Maćka Żywka, w którym zastanawiano się jak w okolicach 40 lat zrobić nową życiówkę w maratonie. Chodziło o wynik sporo poniżej 3h, więc raczej b. szybkie bieganie. Gość podcastu opisał bardzo prosto jak to powinno się odbyć. Żeby biegać maraton w czasie X, należy pobiec półmaraton w czasie Y, co przekłada się na wynik Z, który należy osiągnąć w biegu na 10 km. A aby osiągnąć taki wynik w biegu na 10 km powinno się biegać piątkę na poziomie 16 minut. O ile wskazywany wynik w maratonie był możliwy do objęcia rozumiem, o tyle 16 minut na 5 km to była czysta abstrakcja. I tak właśnie koło się zamyka. Biegając po 6’/km nie ma czegoś takiego jak „wolny ale wytrzymały”. To kwestia wyboru „nie chce być szybki, bo wolę kulać się na ultra”.

Obecnie jestem wyłączony z poważnego treningu przez kolano. Nie wiadomo ile to potrwa. Psychę mam rozjechaną, a na każdym treningu biegowym czuje zmęczenie lewego uda. Domyślam się tylko, że obecny trening jest prawdopodobnie mało efektywny, bo organizm wciąż wraca do swojej równowagi. Cieszy mnie jedynie, że nie zablokowałem się jakoś strasznie z intensywnością, bo po podbiegach i fartleku czuje, że potrafię jeszcze szybciej polecieć następujące po sobie odcinki biegowe.

Czy mam jakieś pozytywne wspomnienia z ultramaratonu?

Oczywiście. Ultra to przygoda, to spotykane osoby, momenty na zastanowienie się (całkiem dużo momentów ;)) nad tym i owym. Teraz też wiem co przyciąga do tego typu zawodów. To może być fajne w wielu przypadkach, np. jeśli ktoś bawi się sportem. Tyle że „bawić się sportem” świetnie pasuje do uprawiania go dla dobrego samopoczucia i zdrowia… a w przypadku ultra bardzo daleko oddalamy się od takiego obszaru.

Zatem jeśli nie dbasz o swoje zdrowie :P, chcesz przeżyć przygodę i poznać wartość wspaniałych ludzi to ultra jest dla Ciebie. ;) U mnie plany są takie, że przez ten start narobiłem sobie tylko przeszkód.

Z całą świadomością mogę powiedzieć, że nie było warto… ALE mimo posiadanego doświadczenia powiem też, że cieszę się że spróbowałem :), poznałem to na własnej skórze… i mam to za sobą… i jakbym nie spróbował… to bym się zapisał i bym spróbował. ;)

We wpisach dotyczących tego startu pominąłem wiele kwestii jak choćby wsparcie bliskich. Z tego miejsca bardzo chciałbym za nie podziękować. To nie były łatwe chwile i wiem, że emocje w rodzinie sięgały zenitu i szły w różnych (czasami zupełnie nowych) kierunkach. To jest w ogóle materiał na całą książkę. Jako osoba skromna myślę, że niepotrzebnie skierowałem na siebie taką uwagę. ;)

Ciągnąc temat… wspomnienie ultra to dla mnie również magia liczb. To liczby działają na wyobraźnie i powodują „gratulacje” i takie tam. „Jechać 2 dni” albo „przejechać 500 czy 1000 km non-stop”. To wydaje się tak bardzo abstrakcyjne i nieosiągalne… a wcale takie nie jest. Abstrakcyjne to jest biegać 800m w 1:50.

Jak więc widzicie mam mocno mieszane uczucia. Z jednej strony jestem z siebie zadowolony i szczęśliwy że już po wszystkim. Cieszę się że spróbowałem i że mimo trudności ukończyłem. Nawet nie zastanawiam się co bym kombinował gdybym jednak nie dojechał do mety… Dlatego tym bardziej się cieszę. Natomiast z drugiej strony, patrząc na wszystkie „ale”, zdecydowanie mówię „nie” kolejnym przygodom tego typu. Powodów jest kilka i większość z nich wymieniłem w tym wpisie.

A żeby nie było zbyt smutno na końcu, zapraszam do obejrzenia poniższego filmu. :)

TUTAJ NIEDŁUGO POJAWI SIĘ FILM Z ULTRAMARATONU ;D

Pierścień Tysiąca Jezior – ultramaraton na słodko – cz. 1

Pierścień Tysiąca Jezior – ultramaraton na słodko – cz. 1

Ziarno ultra zostało zasiane podczas nagrania podcastu. Myśl kiełkowała przez prawie rok, a umysł przyzwyczajał się powoli do podjętej decyzji. Czas minął… taka jego natura… i nadszedł moment, by podjąć wyzwanie.

Piątek, godzina 12, gorączkowo pakuje rzeczy na ultra. Cały dzień nerwowo się pakowałem i milion razy sprawdzałem czy na pewno wszystko mam. Zupełnie bezproduktywny dzień. Myśli roztrzepane jak u nastolatka, zero skupienia. Gdy już wszystko jest spakowane i zaniesione do samochodu nadchodzi otrzeźwienie – buty… nie wziąłem butów kolarskich.

Relacja wideo z ultramaratonu

Gdy tylko ruszamy familią w stronę Mazur zaczyna się „zabawa”. Odprawa ma być o 17:45. Na miejscu powinniśmy być ok 17:30. Obwodnica trójmiejska szybko weryfikuje założenia. Mija półtorej godziny i zamiast mijać Elbąg stoimy na obwodnicy. Dodatkowo zaczyna lać z nieba. Rower wisi na bagażniku zamontowanym na tylnej klapie samochodu. Krople deszczu kapią z napędu. Serce krwawi. ;)

„Prosimy nie regulować odbiorników :/”

Na miejsce docieramy około godziny 19. Chwilę wcześniej gubimy się, mijając prawidłowy wjazd i pakując się do lasu. Trasa dziwna ale „to chyba tu”… parę kilometrów dalej zawracamy. Nie ma za wiele miejsca. Jakiś korzeń wali od spodu w auto. Jedno koło wisi. Jest dobrze… zawracamy i tym razem skręcamy w odpowiednią dróżkę… polną. Błoto wszędzie, samochody się ślizgają i nie mogą ruszyć ale dla sprawnego kierowcy nie jest to wyzwanie nie do przejścia. Parkujemy i trafiamy podobno na sam początek odprawy.

Pada, nie pada, pada, leje, pada, nie pada… wiatr owiewa i podnosi namiot w którym jest odprawa. Myślę sobie, to jakiś absurd że mamy jechać w tej pogodzie na rowerze. Nie myślę nawet, że ta jazda ma trwać ponad dobę. Sama odprawa bardzo fajna. Są omówione newralgiczne miejsca na trasie. Pada pytanie o oznaczenie punktów kontrolnych. W głowie myślę, że „skoro tutaj wowo co trafiliśmy samochodem, to jak z moim poczuciem nawigacyjnym trafię do PK na rowerze… przy zmęczeniu”. Co chwila z różnych stron padają śmieszke teksty i salwy śmiechu. :)

Na odprawie pada też kilka bardzo życiowych informacji. Na przykład aby przed „tym” punktem nie jeść podczas jazdy na rowerze, bo tam to dają tak zjeść (i nie dają wyjść bez jedzenia), że jak najemy się na dojazdówce do PK, to potem może być kiepsko. ;) Są również informacje o karach czasowych. Brak pieczątki z jednego PK to 1h doliczone do czasu. :) Brak pomocy potrzebującemu zawodnikowi na trasie to DSQ. Kultura zawodów na bardzo wysokim poziomie. Widać, że rajd nastawiony jest na jego „wspólne” przejechanie, pomoc innym i dobrą atmosferę. Każdy sam walczy o wynik ale zdecydowanie nie jest pozostawiony samemu sobie.

karta kontrolna pierścień tysiąca jezior

Karta kontrolna, a z drugiej strony miejsca na pieczątki na Punktach Kontrolnych

Po odprawie idę wykorzystać bony żywieniowe. Najadam się pod sam kurek. ;) Potem już tylko przeglądnięcie rzeczy: co zostawiam ze sobą, co oddaje do samochodu familii, która jedzie 80km dalej do swojego miejsca zamieszkania. Ja mam ok. 3km do startu ze swojej „gospody”. Przy gospodzie się rozstajemy. Zastaje nowe towarzystwo. Towarzystwo, które odgrywa jedną z dwóch kluczowych ról podczas zawodów…

Rower ląduje w chlewiku, czystym, przerobionym chyba specjalnie pod gości. Wszędzie są rowery. Pokoje jakby świeżo odremontowane. Jest git. Goście hotelowi to w 100% zawodnicy lub ich rodziny. Gospodarz częstuje żartami. Wydaje mi się, że wszyscy lub chociaż część zawodników się zna. To samo uczucie miałem podczas odprawy. Komunikacja między zawodnikami odbywa się po imieniu – stara gwardia. ;)

Podczas kolacji jest zabawnie. Ola z Agnieszką znają się z gospodarzem. Żarty są dość hardcorowe często lądujące gdzieś w okolicach pośladków. W sam raz na mój dystans do życia i tych zawodów. ;) Na informację, że jestem debiutantem odpowiada salwa śmiechu i spojrzenia pełne pożałowania. ;)

W pokoju śpię z nieco starszym panem z brzuszkiem. Podpytuje każdego o to jak planują jechać. Jestem żądny wiedzy. Mój współlokator myśląc w co się ubrać na zawody przebiera między koszulkami kolarskimi z TdeP (700 km non-stop) a BBT (1008 km). Szacunek. Pytam jak to u niego jest z tą jazdą rowerem. „Ano jak mi się chce pojeździć to wychodzę i jeżdżę… ale tak w promieniu 100-150 km od domu”. ;) Sympatyczna ekipa. Weterani ultra, których spotykam zastanawiają się czy w ogóle jechać, bo „po co marnować zdrowie jak w nocy ma padać. To ma być fajna jazda, a nie udręka i walka z uwagi na deszcz.” Mietek z kolei mówi mi „szkoda zdrowia, jadę mąłą pętlę (~180 km)”. Finalnie spotykam go po raz pierwszy na PK-5 na 240 kilometrze ;) ale o tym później.

Idę spać. Przez dłuższą chwilę nie mogę zasnąć ale ogólnie wysypiam się tej nocy. Jedyne co mnie budzi i martwi jeszcze za wieczora to wiatr, który huczy i wali non stop. Boję się co będzie następnego dnia.

Dzień startu

Plan: śniadanie, przygotowanie roweru (wszystko zostawiłem do zrobienia na rano – nie chciałem montować lampek itp na zimną noc, żeby mieć max prądu w bateriach), ubranie się. Jedyne co wcześniej przygotowałem to worek na przepak.

Podczas śniadania ostatnie śmichy-chichy. Ma być fajnie. Gospodarz chyba ma tę trasę już za sobą. Tym razem tylko komentuje, że nie zazdrości nam ani samej jazdy, ani tego że w nocy ma padać. Wszystko przyjmowane jest w formie żartu – nie ma co się martwić na zapas. Osobiście jestem dziwnie spokojny. Co ma być to będzie.  ¯\_(ツ)_/¯

Przygotowanie roweru trwa sprawnie. Nie ma już bezproduktywnego sprawdzania po 100 razy czy wszystko jest na swoim miejscu. Zimna krew. Główna torba jest tak pojemna, że pakuje w nią rzeczy, które uznaje za potrzebne, a które w ogóle nie przydadzą mi się na trasie. Finalnie wiozę ze sobą za dużo rzeczy ale taka jest cena bycia debiutantem. Ruszam na start z workiem do przepaku w ręce. W głowie pustka. Zero myśli. Jedyne co siedzi w głowie to „jak jechać, by workiem nie zarzuciło w przednie koło”.

W miasteczku zawodów krzątają się ludzie. W nocy padało, więc 500m dojazdówki do startu jest w kałużach i błocie. Na starcie łatwo mi się odnaleźć. Startujemy po kilka (5-6) osób co 5 minut. Najpierw kategoria Solo (dla tych, którzy nie mogą/chcą jechać w grupach), potem po kolei numerkami rusza kategoria Open. Przed startem odbywa się produkcja seryjna: opakowywanie nadajników GPS, odpalanie ich, oklejanie rowerów. Wszystko w kolejności startujących.

Start odbywa się ze szwajcarską precyzją. Wymieniane są osoby do startu, ustawiają się przed bramą startową. Zegar bezlitośnie odlicza 5 minutowe interwały i start odbywa się bez sekundy opóźnienia. Każda grupa rusza w swoim czasie.

Pierwsze 10 m – max błoto. Sporo (większość?) osób prowadziło tam rowery i wsiadało na rowery dopiero na ubitej polnej drodze.

Z pełnym luzem ustawiam się na linii startu. Ostatnie uśmiechy do kamery i rzut okiem na monitor odliczający sekundy. Nie ma co się spinać, bo przecież dystans jest taki, że tutaj nikt się nie spieszy. Zegar pokazuje 0 i znowu 5 minut…

startujemy.

Dwójka zawodników wystrzeliła do przodu. Nie wiem co się dzieje. Miał być start honorowy spod bramy i parę minut później start faktyczny spod skrzyżowania blokowanego przez straż pożarną, już na asfalcie. Coś musiałem źle zrozumieć bo dwójka sprinterów mija straż i ciśnie po asfalcie. Depczę pedały ale nie mogę się zbliżyć do owej dwójki. Odpuszczam, nie ma co się podpalać. Pozostali zawodnicy z naszej fali zostali gdzieś daleko z tyłu. Jadę spokojnie samemu.

Po kilku kilometrów dopadam do dwójki uciekinierów. Trzymam się koła ale jadą za szybko, więc znowu odpuszczam. Luzik, pojadę samemu, jest czas. Zegar tyka i nagle znowu jadę z dwójką „sprinterów”. Tym razem tempo jest swobodne. Albo oni zwolnili albo ja się rozgrzałem. Im dalej w las tym lepiej mi się jedzie. Zaczynamy jechać razem i (zbyt) często prowadzę grupkę. Prowadzenie jest jednak spokojne, bez szarżowania. Na górkach chwilami odjeżdża jeden z nas, w spodenkach z BTT 1008.pl. Drugi z naszej trójki jest debiutantem – jak ja. W tej konfiguracji trafiamy do

pierwszego PK Punktu Kontrolnego na 45 kilometrze.

Do punktu odbija się w prawo i jedzie kawałek ostro w dół na polankę. Owe odbicie na mapie wyglądało tak jakbym miał je ominąć. ;) Jednak jadąc drogą widzę oznaczenie PK niebieską flagą. Uspokaja mnie to bardzo. To znaczy, że punkty są faktycznie oznakowane. Na punkcie drożdżówki, owoce i woda. Dla mnie to informacja: nie będzie izotoników ani super bufetów na trasie. Informacja bardzo nieprawdziwa, bo każdy punkt jest inny :) ale o tym dowiem się dopiero później.

Zaraz za nami dojeżdża na PK1 grupka, którą chwilę wcześniej wyprzedziliśmy. Noo…. chwilę z nimi jechaliśmy i pogadaliśmy, po czym odbiliśmy do przodu. Na PK jemy i rozmawiamy. Gdy dobija do nas owa grupka śmieją się, że tak cisneliśmy do przodu, a teraz marnujemy czas na PK. 100m od bufetu stoi toi-toi, którego jestem gościem. ;) Jest git. Jestem gotowy do dalszej jazdy. Jedna osoba z naszej trójki już przed chwilą ruszyła w dalszą jazdę. Ruszamy i my… debiutanci, w dwójkę.

Jedzie się świetnie. Coraz odważniej, coraz przyjemniej. Pogoda jest idealna. Słońce za chmurami, prawie cały czas cień, ale przy ok. 20 stopniach. Zero opadów. Genialna sprawa. Kilometry mijają. Zbliża się setny kilometr. W głowie myśli, że już 100 km w nogach, a samopoczucie takie, że chyba zrobię dwa kółka po tych Mazurach.

Na 80 km czeka mój osobisty bufet. Przejeżdżamy we dwójkę obok domku mojej teściowej. Kolega śmieje się czy będę miał jeszcze jakiś taki bufet na trasie. Bufecik idealny tylko pytanie „to ile jeszcze do mety, 530?” lekko zbija mnie z tropu. Jak to 530? Zostało 20 do PK2 w Mrągowie. 530 km to absurd tak duży, że zupełnie do mnie nie trafia. Cel: Mrągowo.

PK2 w Mrągowie na 102 km, czyli krzyżówka z MTB

Prawie byśmy ominęli ten punkt. Ostatnie kilkaset metrów przed punktem stoimy chwilę w korku. Wreszcie decyzja – wyprzedzamy samochody środkiem. Auta stoją, bo droga na wprost zablokowana z uwagi na odbywające się tam zawody MTB (trasa zawodów przecinała asfalt). Dla nas droga wolna. Trafiamy na skrzyżowanie, na którym dyryguje zwariowana na punkcie rowerów urocza blond-dziewczyna. :) Na skrzyżowaniu znajduje się również punkt ale go mijamy… nie wiem czy z uwagi na dziewczynę czy po prostu myśleliśmy że to jakiś namiot imprezy MTB. Ekipa z punktu woła na nas. Zatrzymujemy się.

Szybki pit stop i jedziemy dalej. Woda, owoce… wyprzedza nas jakiś zawodnik. Przyjechał na punkt sporo po nas, złapał tylko siatkę z owocami i wodą i pojechał dalej. Teraz już wiem jak się jeździ na takich punktach. Tu się nie zatrzymuje, tu się chwyta co można, a resztę się ogarnia już jadąc dalej. Ruszamy i my bez zbędnej zwłoki. Między punktem 1, a 2 doganiamy i przeganiamy kolegę z naszej trójki, który pozwolił sobie zostawić nas na PK-1 i ruszyć jako pierwszy w dalszą drogę. ;) Kawałek jechaliśmy dalej ale w pewnym momencie odpuścił.

Droga do PK3 była mało przyjemna

Wszystko zaczęło się zaraz z Mrągowem – koszmarny ból stopy, zaraz za palcami, na wysokości śródstopa. Myślę sobie – oho, zaczał się mój ultramaraton… ale nie, nie zaczął się jeszcze wtedy. Gdy przez głowę przeszła mi myśl, że jesteśmy na 110 km, a kolejny punkt znajduje się na 170 km to zwątpiłem w to całe przedsięwzięcie. Mam ogromną ochotę się zatrzymać by ulżyć stopie. Z doświadczenia wiem, że to nie pomaga, bo już miewałem takie akcje ale nie z takim nasileniem.

Jadę dalej, bo jedziemy we dwójkę. Nic nie mówię partnerowi w jeździe. Nie będę płakał, zaciskam zęby. Wyginam się dziwnie, pedałuje w komiczny sposób ale parę kilometrów dalej ból nagle puszcza. Znowu jest pełen komfort ale nie na długo. Zaczyna się ból dupy…

Myślę sobie. No to teraz zaczął się ultramaraton… ale nie, to nie był ten moment. Ból tyłka wydaje się nie do ogarnięcia ale poprzez wstawanie na pedały na górkach (i nie tylko), mijający czas i przyzwyczajenie do warunków ból przestaje dokuczać. Niby nadal jest ale zupełnie go nie czuje. Kilometry 100-150 wydawały się być najgorsze. Teraz będzie już lepiej.

Na drodze do PK3 (170 km) wydarzyła się jeszcze jedna historia. Zaczęło się robić nudno gdy nagle wyprzedził nas 5-osobowy pociąg. Zawołałem do kolegi, że ciśniemy i się ich trzymamy. Najpierw trzeba było mocno przyspieszyć ale potem z minuty na minutę coraz łatwiej było się ich trzymać. Dobrnęliśmy do punktu na 170 km, na którym kolega stwierdził, że taka jazda nie dla niego, że ich nie utrzyma. Ja mówię na to „spróbujmy, dla mnie też jest szybko ale noga się rozkręca”.

PK3 nie był najlepszym punktem pod kilkoma względami. Najpierw czekaliśmy na zimną wodę, bo była tylko gorąca (z której zrobiłem sobie izotonik zalewając bidony do połowy). Potem coś tam podjadłem (pomidorówka na tym etapie weszła jak bizon w szyszki ;)), dolałem wreszcie zimnej wody do bidonów… ale ogólnie ze wszystkim się mega cackałem, co chwila pilnowałem czy czasem grupa nie odjechała i marnowałem na to sporo czasu. Znowu kłania się brak doświadczenia. Gdy wreszcie nalałem sobie herbaty (która oczywiście była tak smaczna!!!) grupa zaczęła się zbierać. Łapczywie próbowałem pić gorący napar ale wreszcie dałem spokój i zebrałem rower, by pojechać z grupą. Kolega z mojej grupy startowej również ruszył.

Tego typu pośpiech na PK wydarzył się jeszcze raz na jedynym przepaku. Nie chodziło nawet o sam pośpiech ale o własną niegramotność w podejmowaniu decyzji z uwagi na brak zimnej krwi i myślenie „bo zaraz mi odjadą”.

Parking przed PK3 ;)

Ruszyliśmy większą ekipą w dalszą podróż do kolejnego PK na 240 km. Grupa zdecydowanie urosła. Było kilkanaście rowerów w pociągu. Szybko się to jednak porwało, a nasza dwójka postarała się o dołączenie do osób, które wyjechały najbardziej do przodu. Kolega coś tam jeszcze mówił, że jedzie tak tylko do następnego punktu, bo jazda jest zabójcza…… ubiegając fakty -> on dojechał z tą grupą do mety, czego nie można powiedzieć o mnie. ;)

Myślałem, że wszystko co najgorsze było już za mną. Tyłek nie przeszkadzał, bo nauczyłem sobie z nim radzić. Stopa ok… do momentu drugiego ataku na 220 km (czyli po kolejnych 110 km). Tym razem aż mnie zamroczyło z bólu. Znowu to samo, nerwowy ból tuż za palcami na podeszwie stopy. No k$#@jap@%#@. „To minie, to minie, to za chwilę minie. Jestem w grupie, tym bardziej nie mogę teraz odpuścić.” Nie radziłem sobie zupełnie, zostawałem momentami w tyle na parę metrów po czym jeszcze bardziej zaciskałem zęby, by ich dogonić. Czas ciągnął się niemiłosiernie, „qrwa nie dam rady”… i pomyślałem, że właśnie wtedy zaczął się mój ultramaraton… ale nie, bo po kilku (kilkunastu? zupełnie nie miałem świadomości czasu, a zegarka nie widziałem, bo oczy z bólu też zamykałem ;)) minutach znowu ból odszedł.

Gdy znowu mogłem myśleć o czymkolwiek innym niż stopa, stwierdziłem, że jak to samo spotka mnie na 330 km i znowu ból będzie silniejszy to się zatrzymam, popłacze sobie na łące i jak przestanie to dopiero pojadę dalej. ;)

Poza stopą jechało się kapitalnie. Właściwie od momentu złapania grupy na 150 km, poprzez PK na 170 km i dołączeniu do innej grupy, aż do PK7 Gołdap na 400 km jechało się w prawie pełnym komforcie. Wiadomo, że coś tam dolegało ale nic niepokojącego. To było cudowne, szybkie, wręcz idealne 250 km jazdy na szosie. Górki, nie górki, jechało się cudownie.

Po ataku bólu na 220 km pojawił się Punkt Kontrolny na 240 km.

To był bardzo przyjemny punkt. Ledwo co wjechaliśmy na Punkt, a od razu pojawiły się panie z pytaniem „ile osób?” i nie minęła minuta jak wjechały dania do zjedzenia. Przy okazji gość podbijający nam karty nadawał tak kapitalny klimat, że chętnie zostałbym tam dłużej. ;) „Kto nie je ten nie jedzie, jemy do końca, każdy, powtarzam, każdy ma wziąć pierogi na drogę!”. A to wszystko mówił w taki swojski sposób. Mega chłop!

Na tym punkcie spotkałem również Mietka „ja jadę tylko mały pierścień” Solka. ;) Powiedziałem mu że świetnie się jedzie, szybko, mocno… odpowiedź mogła być tylko jedna „Marcin, to jest 600 km, szanuj siły”, po czym pojechał.

Zjedliśmy zupkę, drugie danie, ja pierogów nie brałem. :P Jedzenie wchłonąłem momentalnie i korzystając z okazji przesunąłem bloki w butach maksymalnie w tył (czyli z 1-2mm) licząc, że ustrzegę się od kolejnego bólu podeszwy.

To był fajny punkt. Odpocząłem na nim psychicznie, bo miałem dość przez tę stopę. Zjadłem i wypiłem to co chciałem. Nie stresowałem się że odjedzie mi grupa. No i zmieniłem ustawienie bloków, o którym myślałem ostatnie 20 km. Ruszyliśmy tą samą ekipą w dalszą trasę.

Kolejne 60 km bez większych historii, raczej z podziwianiem widoków. Coś pod górkę, coś z górki… bo przecież na Mazurach nie ma płaskich dróg. ;) Po dłuższej chwili trafiliśmy do kolejnego punktu w miejscowości Sejny.

PK5 Sejny – 305 km

To był ciekawy punkcik. Po pierwsze wreszcie napiłem się herbaty, której odmówiłem sobie 165 km wcześniej. ;) Cudowna chwila! :) Po drugie gdy siedzieliśmy pod daszkiem, zaczęło padać. Póki co niegroźnie ale krople nieco zwilżyły glebę. ;) Po trzecie, po raz kolejny spotkałem tam Mietka „ja jadę tylko mały pierścień” Solka. ;) Gdy delektowałem się batonikiem, popijając herbatkę zawołał mnie Mietek i mówi, że ma tutaj słuchacza podcastu. :) Okazało się, że ostatnie 130 km (i kolejne 110 km ;)) jechałem w grupce ze słuchaczem „Kropki nad M”. Przy okazji pozdrawiam Cię Andrzej!

Historia była taka, że Andrzej siedząc na PK usłyszał głos Mietka i doznał uczucia „skądś go znam”. W ten sposób poznał Mietka, a Mietek zaprosił mnie do rozmowy i „przybiliśmy piątki”. ;) Gdy rozmawiałem z Andrzejem podczas późniejszej jazdy, okazało się że również debiutuje i „Kropkę” znalazł szukając informacji o tym jak jeździć ultra. Super sprawa! Fajnie, że wiedza moich szanownych gości się komuś przydaje. :) Andrzej również jako pierwszy nawoływał, że „musimy zmienić taktykę na noc, bo jedziemy za mocno”. :P Finalnie zajął 10 miejsce. =) Dobre sobie. ;)

Tak jak droga z PK4 do PK5, tak i droga z PK5 do PK6 odbyła się szybko, sprawnie i sympatycznie. Jechaliśmy tą samą grupką. Żadnych specjalnych dolegliwości. Przypominałem sobie jak jestem szczęśliwy, że stopa już nie dokucza. Było bosko. :D Nadszedł wieczór i w ruch poszły lampki. Jedyne co zapadło mi pamięć jeśli chodzi o zaledwie 50-kilometrowy odcinek między tymi punktami to podjazd. Chwilę przed samym przepakiem na 352 kilometrze była górka zaznaczona na poniższym wykresie. Tym razem odpuściłem grupę i po ciemku, spokojnie wdrapywałem się na wzniesienie. Mimo wszystko nie chciałem przedobrzyć, a przy mojej masie ciała górki są jednak małym wyzwaniem. ;)

Na ostatnich metrach przed PK6 jeszcze chwilę pobłądziliśmy (na końcu dojazdu do punktu jechałem z przedostatnią na górce Mariką) ale finalnie dotarliśmy do przepaku… Nawigacją nocą, gdy jest pełno małych uliczek wokół jest zdecydowanie utrudniona. ;)

350 km, czyli półmetek już kawał za nami!

Kolejny syty punkt. Obiadek, łakocie i witaminy. ;D Poza obiadkiem skierowałem również swoje dostojne kroki w kierunku kibelka. :P Ogólnie się nieco odświeżyłem oraz (na co nie chciałbym zwracać uwagi ale może komuś się przyda taka wiedza :P) nasmarowałem cztery litery sudokremem. Uznałem że to jest dobry moment by odświeżyć warstwę osłaniającą przed odparzeniami. ;) Poza tym zmieniłem koszulkę i przygotowałem się do nocy…

… gówno się przygotowałem. Stwierdziłem, że jest ciepło, a w nocy będzie tylko minimalnie chłodniej. Moja kurtka fluorescencyjna nie przepuszcza zupełnie powietrza (w obie strony :/), więc stwierdziłem, że nie może być mi zimno. Założyłem jedynie potówkę oraz nową, suchą koszulkę. Czułem się świetnie i świeżo. Natomiast nie założyłem termoaktywnej koszulki z długim rękawem. Takiej dość grubej. To był ogromny błąd ale o tym miałem się przekonać nieco później.

To był drugi punkt, na którym byłem nieco nieogarnięty. W owym nieogarnięciu zapomniałem wreszcie zabrać z przepaku rękawiczek wiatroodpornych i bufki. Patrząc z perspektywy czasu ich przydatność byłaby niewielka ale może coś by pomogły.

W oddali materace do spania. :) Na tym etapie (przynajmniej o czasie, w którym ja tam byłem) nikt nie myślał o spaniu.

Z fantastycznymi nastrojami ruszyliśmy do kolejnego punktu. Zaledwie 50 kilometrów drogi aczkolwiek dopiero teraz uderzyła mnie ta absolutna ciemność na dworze. Początek drogi super przyjemny. Z górki, jechaliśmy na prawym pasie, a po lewej jechał samochód organizatora. Bezpieczeństwo na super poziomie. W ogóle jazdę nocą wspominam bezpieczniej niż jazdę w ciągu dnia gdy ruch był większy i była duża szansa na spotkanie „króla szos”. W nocy, tym bardziej w weekend, jest niebezpieczeństwo nietrzeźwego kierowcy na drogach ale takich atrakcji na szczęście nie napotkaliśmy.

Samochód organizatora towarzyszył nam dość długo, a przynajmniej tak mi się wydawało. Pogoda się pogorszyła. Lekki deszczyk zmienił się w mocny deszcz. Nie spowodowało to jednak pogorszenia komfortu jazdy… przynajmniej jeszcze nie teraz. Jechaliśmy sobie na kole i było cool.

Wcale nie było cool. Nie minęło dużo czasu jak przestałem widzieć na oczy. Jasne okulary trzeba było odchylać, bo były zalane wodą. Gdy odsłaniało się oksy, to woda leciała na oczy. Nie było to specjalnym problemem. Gorzej, że przy jeździe na kole do oczu trafiała woda wraz z piaskiem, to odbiło się na późniejszej jeździe. Oczy szczypały (przynajmniej mnie) i nawet ściskając oczy ciężko było wycisnąć tę wodę z piaskiem z gałek. Trochę to irytowało, a patrząc przez pryzmat wielogodzinnej jazdy to nawet „trochę bardzo irytowało”. Ale nadal jechaliśmy w grupie, cały czas tej samej. Było git! 50 km w ciemności minęło całkiem szybko, aczkolwiek na pewno daleko od przyjemności. Deszcz ukradł przyjemność.

PK7 Gołdap był kopem w jaja mojego morale

Zresztą nie tylko mojego. Kilka osób na mecie również oschle wspominało ten punkt. Do oceny oczywiście przyczyniła się pogoda. Zrobiło się zimno, nie było się gdzie schować. Na punkcie owoce i izotonik. Teoretycznie nic więcej nie było potrzebne, bo 50 km wcześniej jedliśmy obiad w budynku. Tak więc tutaj wystarczyło zjeść owoca, napełnić bidony i można było wiosłować dalej.

Mimo to było niefajnie. Deszcz, zimno, brak możliwości choćby chwilowej ucieczki przed tym bagnem… to bardzo deprymowało. Z drugiej strony spowodowało, że nie chcieliśmy tam być ani jednej zbędnej minuty, więc dość szybko ruszyliśmy w dalszą podróż – oczywiście po ciemku. 400 km za nami. Już tylko 210 do mety… a właściwie tylko kolejne 60 do kolejnego punktu.

Zacząłem czule wspominać wcześniejszy punkt z przepakiem. Ciepło, obiadek pod nosem, nowy, suchy strój na ciele – wspaniała chwila. Rozmyślania przerwał okropny ból w prawym kolanie. Jakby ktoś wbił gwoździa od wewnętrznej strony na wysokości dolnego zakończenia rzepki. Po cichu zawyłem z bólu. Spojrzałem na zegarek. 417 km w nogach. Aż 43 km do kolejnego Punktu Kontrolnego. Przestraszyłem się.

I wtedy właśnie zaczął się dla mnie ultramaraton…

Triathlon Starogard Gdański – polubić intensywność

Triathlon Starogard Gdański – polubić intensywność

Debiut na dystansie 1/8 IM, na którym miałem mieć lekcję z utrzymywania wysokiej intensywności. Zawody bardzo udane aczkolwiek nie mogę się doczekać gdy będę już szybciej biegał. ;)

To był weekend pod znakiem dwóch wycieczek do Starogardu Gdańskiego. Łącznie wyszło na liczniku 400 km. W sobotę pojechałem obejrzeć strefy zmian (bo były dwie. O tym zaraz napiszę) i pozostawiać część rzeczy, w tym rower. Na koniec obowiązkowa odprawa techniczna i wio do domu…. no nie do końca do domu ale o tym też za chwilę. ;)

To był mój pierwszy start, w którym były dwie strefy zmian.

Pierwsza w Borzechowie przy jeziorze, a druga już w Starogardzie Gdańskim przy stadionie im. Kazimierza Deyny. Przy okazji, przepiękne miejsce.

Przy jeziorze borzechowskim były właściwie dwie strefy. :P Jedna dla dystansu 1/4 i 1/2 i druga malutka dla 1/8. Ta moja strefa wyglądała urokliwie. ;) Gdy odwieszałem rower znaczna część pozostawionych rowerów była rowerami turystycznymi albo MTB. To oznaczało, że stawka będzie podzielona między tych, którzy spokojnie debiutują i tych, którzy od początku pójdą w pałę. ;) Jestem dumny, że mogę zaliczyć się do tych drugich.

Na całej imprezie obowiązywał system workowy. Nie mam o nim zdania. Czy są worki, czy koszyczki, nie ma to dla mnie większego znaczenia. W tym przypadku akurat nie było chyba innej opcji, bo wszystkie rzeczy z miejsca startu i T1 były potem przewożone do T2.

Ze Starogardu trafiłem do Gdyni na imprezę urodzinową. :P Były frytki, szampan, truskawki i nawet jedno piwko się trafiło. :P I jeszcze się nawdychałem helu z balonu i ogólnie było śmiesznie. Śmieszność skończyła się o 1 w nocy gdy wylądowałem w łóżku.

Rano byłem lekko zbity z tropu. ;)

Niedospanie w ostatnich tygodniach zostało spotęgowane jednak w drodze do Starogardu miałem dużo czasu, by się obudzić. ;) Start był zaplanowany dopiero na 12 ale po 9 zamykano drogi dojazdowe (wcześniej startowała połówka i 1/4IM), a o 10 jechał bus z T2/mety do T1. Suma sumarum od rańca byłem na nogach ale za to wszystko spokojnie mogłem pozałatwiać.

Popakowałem się odpowiednio w kolejne worki (dopiero rano odwieszałem worek z kaskiem i butami w T1), wrzuciłem odpowiednie rzeczy do depozytu i w głowie zaplanowałem cały start od początku do końca.

Strategia wyglądała następująco

W tym miejscu nieco się rozpisze ale może ktoś będzie startował w zawodach (choćby w jednej z kolejnych edycji Triathlon Energy w Bełchatowie) gdzie będzie miała miejsce ta sama sytuacja, tj. będą dwie osobne strefy zmian.

triathlon energy starogard gdański

Plan sytuacyjny przy jeziorze wyglądał następująco. Bardzo krótki wybieg z wody (jezioro od razu było mega głębokie) i kilka metrów od brzegu stojaki z workami. Potem krótki podbieg do drewnianej chaty, w której była przebieralnia. Dalej dłuższy, stromy podbieg do strefy zmian. Ze strefy zmian krótka, płaska droga do belki.

Jako, że nie wpinam butów do roweru (to by dużo ułatwiło) wrzuciłem do worka buty, kask i numer startowy. Kask teoretycznie mógł leżeć na rowerze ale chciałem go założyć na dobiegu… tylko tutaj następowały pewne komplikacje. ;)

Finalnie T1 wyglądała tak. Wyleciałem z wody, worek w rękę i do budy. ;) Na trasie woda-stojak rozpiąłem piankę ale by to zrobić bardzo zwolniłem swoje poruszanie do przodu. Dalej na trasie stojak-buda zdjąłem do połowy piankę oraz zerwałem czepek i okularki. W drewnianej chatce wiadomix: neoprenowe gacie w dół ;), numer na pas, kask na głowę, buty na podłogę, by wpakować piankę do worka i pobiegłem dalej.

Z jednej strony było spoko, bo po pozbyciu się worka miałem jedną rękę wolną, bo w drugiej trzymałem buty. :P Z drugiej strony ta strefa zmian była tragiczna w moim wykonaniu. Ciągła walka. Z zerwaniem pianki z łydek, z zapięciem głupiego paska na numer… wreszcie biegnąc dalej do góry walczyłem z zapięciem kasku. Patrzyłem jak fotogra robi nam ładne zdjęcia, a ja usiłuję zapiąć kask zasłaniając twarz butami kolarskimi. ;)

Dobiegając do roweru dopiero założyłem buty na gołe stopy i dalej już ten mały kawałek poleciałem, by za belką spokojnie i rozważnie :D :D :D wejść na rower.

Organizacja drugiej strefy zmian była dużo łatwiejsza.

W worku buty i czapeczka. Zeskakując z roweru buty zostały wpięte w pedały (no nie dokońca hyhyhyhy ale o tym później ;) ), więc do „utylizacji” zostawał tylko kask. Dobiegając do wieszaków wysypałem wszystko z worka, zamieniłem parę słów z Pawłem (mężem TriMamy :)), wrzuciłem kask, założyłem buty i wio. Oczywiście wcześniej (parę dni wcześniej :P) testowałem czy dobrze mi się biega w tych butach bez skarpetek.

No to jak już wszystko napisałem o strefach zmian to trzeba by było coś napisać o samym starcie… ;) No to siup ->

Start

Ustawiłem się mocno po prawej stronie z przodu, tak bym miał jak najbliżej do pierwszej boi. Na dzień dobry zacząłem mocno mielić wodę rękami i nogami. Takich rzeczy staram się nie robić, bo w wodzie szybko puchnę. :D Po około 100m było już gorąco i sapiąco ale wyluzowałem się na tyle na ile umiałem i solidnym tempem płynąłem dalej.

Mimo że cały czas poruszałem się w grupie nie było jakoś bardzo dużo walki o miejsce. Pełna kulturka w wodzie. Wiadomo, że walka z kimś powoduje tyle, że zyskują wszyscy oprócz walczących, więc każdy dość sprawnie znajdował sobie miejsce w wodzie. Nawet na bojkach gdy robił się większy ścisk i wszędzie się kotłowało, to każdy parł do przodu i nie czułem żadnych kopnięć. Fajowo :)

Dystans szybko mijał. Byłem ultra zadowolony z tego pływania. Mina mi zrzędła gdy zobaczyłem czas powyżej 8 minut gdy wynurzyłem się z wody. Może trochę nadrobiłem, może Garmin się pogubił, może dystans był nieco dłuższy. Stawiam na to drugie, bo z Garminem w wodzie jest jak z telewizją – kłamie drań!

Tak czy inaczej nadal jestem zadowolony z tego pływania. Gremlin uważa, że płynąłem tempem 1:34/100m co jest tempem z kosmosu. Nie wiem czy jest to możliwe. Bardziej pewne są inne dane. Pływając na pływalni (zdecydowanie krótsze dystanse w pojedynczym interwale) wychodzi mi średnia kadencja 25-27 ruchów/cyklów na minutę. W przypadku tego startu ta wartość wyniosła 33. „Big impruwment”. ;)

O stefie zmian pisałem wyżej, więc nie będę się powtarzał. Wreszcie wsiadłem na…

Rower

Rower miał być dłuższy niż standardowe 22,5 km. Organizator mówił o 25,9, było 26,9. Nie jest to do końca istotne, bo sporą część trasy wiało w plecy i T2 znajdowało się ok. 30-40m niżej niż T1, więc można było tym samym nadrobić „stracony” czas.

Początek trasy to kilkaset metrów wąskiej, nierównej dróżki dojazdowej do głównego asfaltu. Na tym krótkim odcinku wyprzedziłem już parę osób. Trochę się dziwiłem dlaczego aż tak wolno tam jadą. Na asfalcie lekko mnie przytkało. Od razu przypomniałem sobie pierwszy start w Charzykowach, gdzie nie mogłem deptać pedałów, bo przez kilkanaście minut po pływaniu byłem zmulony. Rozmyślania trwały krótko. „Tutaj nie ma czasu na zamulanie”. Ogień!

Piszę ten wpis wieczorem, w dzień, w którym odbył się ten start. Do teraz nie wiem co się w ogóle wydarzyło. Gdy na poczatku roweru zobaczyłem tętno 167 bpm pomyślałem, że pewnie zaraz się uspokoi, bo to pozostałości zasapania po pływaniu. Byłem w błędzie. Nie uspokoiło się. Nie pozwoliłem by się uspokoiło.

Odcinek kolarski mi wyszedł. Bardzo. Jeśli ktoś by zapytał ile watów wycisnąłem na rowerze to (jako osoba nie mająca pomiaru mocy) odpowiedział bym a’la Chuck Norris – WSZYSTKIE! Co właściwie było prawdą patrząc na poziom wigoru na późniejszym biegu. ;)

Od początku do końca łupałem w pedały. Zero kalkulacji. Gdy widziałem, że utrzymuje wysokie dla mnie tętno (takie wartości miewam na biegu na 10 km, a nie na rowerze) nakręcałem się jeszcze bardziej. Czekałem na zgon i było mi z tym dobrze. ;) To 1/8IM, więc teoretycznie krótka jazda jednak z drugiej strony sam rower to 40-parę minut wysiłku. Kilkadziesiąt minut. Może to śmieszne co napisze ale przychodziły kryzysy. Tak jak na połówce w Sierakowie chwilami mnie odłączało z tą jednak różnicą, że średnie prędkości, wysokie tętno i brak jakichkolwiek kalkulacji powodowało zagryzanie zębów i wmawianie sobie, że docisnę jeszcze mocniej ale tylko do następnej górki… i do następnej… do następnej… do następnej.

Było zacnie. Średnia rosła. W oczach widziałem niespotykane cyfry. Czasami nogi były lekko zwaciałe, jakby nie pchały. Niespecjalnie mnie to martwiło jeśli licznik w tym momencie pokazywał 40+. Nie wiem jak mocno wiało. Rozmawiałem z kilkoma osobami i opinie były różne. Wiem, że jak na moje skromne możliwości deptałem bardzo mocno i nie odpuściłem ani na moment.

Wiedziałem, że ostatnie kilometry będą z górki. Wiedziałem, w którym momencie to nastąpi. Gdy zaczął się ostatni zjazd moja średnia prędkość wynosiła 38,2 km/h. „Mniej już nie będzie. Teraz już z górki.” Well done, pomyślałem.

To była świetna jazda. Wyprzedziłem bardzo wiele osób. Niektórych nie mogłem złapać, wieć cisnąłem jeszcze mocniej. W przypadku 2-3 zawodników miałem ciekawe rozkminy. Zdarza mi się wyprzedzać osoby na rowerach czasowych z pięknymi kołami, dyskami itp. Wielu osobom się to pewnie zdarza. Jednak te 2-3 przypadki to momenty, w których zawodnik jak ulał pasował do tego roweru. Widziałem, że osoba dosiadająca TT to maszyna i „dziwnie” mi było gdy im odjeżdżałem. To głupie ale byłem zaniepokojony tą sytuacją. :P

W temacie znajomości trasy nie do końca się popisałem. Jako, że proces wyjmowania stóp z butów, w moim przypadku trwa dłuższą chwilę (buty z trzema rzepami i małe doświadczenie w tym zakresie), to staram się to robić zawczasu. No to w Starogardzie zrobiłem to z 1,5km przed belką. ;) Ale w porównaniu do zeszłorocznego Susza to i tak dość późno. ;) Przejechałem więc kawałek z dotleniającymi się stópkami. W tym rynek na którym nieco nas wytrząsło.

Dojeżdżając do belki niepewnie zacząłem

przekładać nogę na drugą stronę. Nic wielkiego. Zwykle nie czuje się do końca stabilnie gdy to robię. Przekładałem lewą nogę na prawą stronę. Prawa stopa była oparta na bucie i poczułem lekkie pływanie tego podparcia. :P Otóż dokonując tego niezwykle trudnego manewru wykonałem rotacje stopy prawej. :P Rotacja stopy spowodowała rotację buta. W wyniku rotacji buta nastąpiło jego wypięcie.

Było fajnie! Nie spadłem z pedału, nie przeszlifowałem zębami po asfalcie, nic specjalnego się nie wydarzyło. Zaskakując z pedałów zacząłem biec i usłyszałem jakiś szum za sobą. Odpadł but i kibice coś tam krzyczeli że jestem buc… czy but.

Zwolniłem bieg… na 1 lub 2 kroki ;) obróciłem się i machnąłem na to ręką. Pomyślałem, że jak rzucą tym butem w strefę zmian to go znajde. A jak nie znajde, to wreszcie będzie powód do zakupu butów triathlonowych. ;) Uprzedzając… but został zebrany z asfaltu i czekał na mnie przy wejściu do strefy zmian. Już nie mogę się doczekać co się wydarzy na rowerze podczas kolejnego startu w Gdańsku! :D

Druga strefa zmian poszła gładko i sprawnie.

Nie było rozmyślań „co teraz” albo zawiech. Jedyna zawiecha była z Gremlinem, bo wpadając do T2 zapomniałem nacisnąć przycisk. Dopiero wybiegając z T2 go nacisnąłem zmieniając „rower” na „T2” i od razu na „bieg”. Niby nic ale przez ten manewr w statystykach mam średnią 37,4 na rowerze, a nie 38,5. Myślę, że potrafisz sobie wyobrazić moje zdenerwowanie. ;)

Bieg

od samego początku nie należał do przyjemnych. Ruszałem się jak mucha w smole. Czasami doświadczałem wręcz szurania butami po asfalcie. Średnia z biegu wyszła 4:22’/km co w moich oczach jest wciąż fajnym tempem. Nie „obiegałem się” psychicznie z prędkościami osiąganymi w tym roku, a jakby pomyśleć nad tym chwilę dłużej, to półmaraton pobiegłem po 4:17, więc 4:22 osiągnięciem nie jest.

Załatwiłem się na bajku i byłem z siebie zadowolony. Bieg był równy z paroma próbami zerwania się do przodu. Wszystko by było git gdyby nie zaczęli mnie wyprzedzać zawodnicy z 1/8. I to nie było byle jakie wyprzedzanie. Wyprzedziło mnie na oko z 7 osób. Różnice w naszych prędkościach były astronomicznie. Każdy z nich biegł grubo poniżej 4:00’/km i wtedy zrozumiałem jak trzeba biegać, by marzyć o pudle… w kategorii wiekowej… na małych zawodach. Takie są realia.

zwyciezcy triathlon energy starogard gdanski

Na powyższym zdjęciu znajduję się między zwycięzcą dystansu 1/4IM, a zwycięzką sztafetą dystansu 1/4IM. Myślę, że trafiłem w dobre miejsce w tym Endure Team ;) Gratulacje panowie!

Podsumowując start: wśród 130 osób było wieeeelu debiutantów, więc ciężko się porównywać. Miałem 42 czas pływania, 10 czas roweru i 23 czas biegu. Średnio do czasu zwycięzcy brakowało mi w poszczególnych dyscyplinach 12-15%. To sporo, bo jeśli jako przykład weźmiemy bieg na 10 km w 40′, to poprawa o 10% daje wynik 36′. :P

Teraz z ciekawością oczekuje startu w ultramaratonie kolarskim. Jestem pewien, że na nowo poznam definicję słowa „ból”.

Bieg Świętojański, Gdynia 2017 – pod górę, pod górę, pod górę,… życiówka! :)

Bieg Świętojański, Gdynia 2017 – pod górę, pod górę, pod górę,… życiówka! :)

Mało znaczący start na drodze do celów. Trzeba było natomiast potrenować dyskomfort, wiec Coach Tomek napisał: Dziś proponuje wystartować mocno. Podobnie jak poprzednim razem. Wycisnąć ile sie da, ale z mądrym rozkładem sił.” Było za mocno…

Na start przyjechałem dużo wcześniej. Powód był prosty. Pierwszy raz jechałem na bieg rowerem. Dodatkowo po biegu miałem jechać w dalszy 3-5h rozjazd po pomorzu. Ultramaraton P1000J już za rogiem, więc chciałem zobaczyć jak to jest jeździć nocą… a przy okazji na zmęczeniu. Ten element nie wyszedł ale o tym na końcu tego wpisu.

Przyjechałem dużo wcześniej. Odebrałem pakiet, zaparkowałem rowerem w aucie znajomych (dzięki Klaudia i Marcin!) i można było podziwiać widoki. A te były przednie. Bardzo się cieszę, że GCS zaskakuje nas przy tegorocznym Grand Prix Gdyni. Meta wyglądała magicznie z tymi światłami. :) Trochę powzdychałem, pobawiłem się fluorescencujnym patykiem, który przy czterdziestym piątym wygięciu pękł i rozbryzgał mi się na koszulkę. Następnym razem wyleje ciecz na koszulkę, zrobię mokre kółko na klacie i będę miał świecącą klatę jak Ironman z filmu. ;) Anyway… wszystko szybko wyschło… rozgrzewka była nieco krótsza, a na dworzy było bardzo ciepło…

Start

Tym razem wystartowałem ze swojej strefy. Z samiutkiego końca osób biegnących na 40-45 minut. Miałem chwilę zawachania. Czekałem na kolejną strefę ale jednak ruszyłem. Różnica prędkości była znaczna ale to z uwagi na #MistrzPierwszejProstej. Trochę poskakałem prawo-lewo. Skończyłem wyprzedzać w połowie górki… ale z górki znowu długie nogi pomogły by wymijać kolejnych zawodników.

Ogólnie czekałem na zgon. Pod górkę zostawiłem mega dużo siły. Nie odpuszczałem (no możę samą końcówkę) i szukałem w gąszczu nóg łatwych do wyłowienia sylwetek, które chciałem dogonić. Lecąc z górki wymyśliłem sobie 2 cele: nie pozwolić tętnu spać o więcej niż parę uderzeń (a po podbiegu było wysoooko) oraz żeby nie wyłożyć się i nie przeszlifować buźki o asfalt. ;) Cele zostały zrealizowane – mały sukces. ;)

Na samym dole był mroczny i króciutki odcinek pod mostem i skręciliśmy w lewo. Od tamtego momentu trzymałem się blisko chłopaka, którego często widuje na biegach. Jest dużo mocniejszy i widziałem, że komuś kibicuje. Po krótkiej wymianie zdań na ile pace’uje koledze próbowałem im uciec ale w praktyce raz ja byłem z przodu, a raz oni. Tempo było wciąż zaskakująco zacne. Połówka pękła po 20:25 i pomyślałem o życiówce. ;)

Druga połowa biegu miała być łatwiejsza… bo bez wielkich górek… i trudniejsza… bo przecież urąbany byłem po pachy. Tyle, że z tymi pachami to nie do końca jak się okazało za linią mety. Dalsza część biegu to było nudne klepanie o asfalt. Jedynie po nawrocie ze Świętojańskiej lekko zawiało na chwilę w twarz ale to był chyba jedyny podmuch wiatro podczas tego wyścigu. Noc była kompletnie bezwietrzna.

Na 9 km nieco zwiędłem. Gdy skręcaliśmy pod most i trzeba było się potem wygrzebać na górkę powiedziałem sobie dość. Czekałem aż wbiegnę na górę, by zobaczyć kolejne siodło do zbiegnięcia i wbiegnięcia. Okazało się, że takich niespodzianek już nie będzie i powrót mieliśmy mostem, po płaskim co przyjąłem z ulgą. :)

Meta świeciła się z daleka i prezentowała się genialnie. Lekko zmasakrowałem sobie nogi i szybkościowo nie było z czego ciągnąć. Samopoczucie było inne niż zwykle. Oddechowo jeszcze nie umierałem ale nogi nie chciały szybciej przebierać. :) Albo mięśniowo byłem ździebko zjechany albo motywacja się skończyła. ;) Jednak patrząc na wygładzone średnie tętno, to przez cały wyścig delikatnie narastało, więc najwidoczniej nie było wcale odpuszczania.

Meta

Za linią mety zdarzyło się pare ciekawych rzeczy z mojej perspektywy. Po intensywnym biegu do wycięcia zwyczajowo wiszę na barkierkach i kaszle tak, że się aż duszę. Stronie od lekarzy ale chcę się umówić na jakąś wizytę, by sprawdzić czy to może nie jakaś astma wysiłkowa? Nie znam się. Tej nocy było inaczej. Zaraz po lini mety szukałem miejsca gdzie by tu się zawiesić ale zrezygnowałem. ;)

Zamiast tego po kilku oddechach zacząłem truchtać po medal. :) Kolejny zaskok. Gdy dostałem medal mogłem się normalnie napić, pogadać, pospacerować, nic mnie nie dusiło, nie zdychałem itp. Świetna sprawa <3

Po jakimś czasie zaczęło robić się zimno, więc czekając na rowerek zaległem w hali sportowej. Kolejna świetna sprawa ze strony organizacji eventu… jest jednak łyżka dziegciu w tej beczce miodu…

Organizacja

Staram się rozumieć organizatorów. W podcastach, podczas rozmów i pisząc blogposty próbuje się dowiedzieć co powodowało poszczególne decyzje. Patrząc na duże i ważne elementy tej imprezy – wszystko jak dla mnie było miodzio. Dostęp do pakietów startowych (no chyba że ktoś chciał je odebrać 98 minut przed startem, a nie 93 jak ja i trafił na przyblokowane niektóre dojścia z uwagi na rozgrywane zawody NW), picie, trasa, organizacja za linią mety (to boisko!!! <3). Wszystko git.

Jednak na wejściu do strefy białej stała jednostka, która zburzyła ten piękny obrazek. Niby nic, zwykły jegomość, nie chciał źle ale nie miał żadnej wiedzy odnośnie stref i informował ludzi w/g tego jak mu się wydawało. Osoby ze strefy niebieskiej kierował do granatowej (bo  była obok, a kolory podobne – tutaj interweniowałem). Gościa ze strefy pomarańczowej pokierował do… czerwonej. Po chwili osoby z boku powiedzieli, że facet był chyba z pomarańczowej, a nie czerwonej… nikt nie był pewien ale odesłany chłopak wyglądał raczej na pomarańczową niż czerwoną. ;) Gość z obsługi był zdziwiony, że istnieje coś takiego jak strefa pomarańczowa.

W ogóle co do tej strefy, słyszałem sporo uwag po biegu majowym. Kolor jest niefartowny. Już na zdjęciach nie wiadomo było czy to biegnie numer czerwony czy pomarańczowy. W noc świętojańską doszedł problem braku światła słonecznego i niedoskonałości ludzkiego oka. ;) Tak czy inaczej, pomarańcz do zmiany.

Po biegu

To jak to było z tym rozjazdem na bajku? Po biegu spotkałem się z kolegą i pojechaliśmy. Po kilku kilometrach kolega złapał gumę… i powiedział żebym jechał dalej, a on sobie poradzi. Już wtedy miałem nastawienie „byle do domu”. Nogi i cała reszta czuła się ok, natomiast gorzej czuła się moja lampka. Ogniwo zasilające lampkę najwidoczniej padało, bo lampka mrugała zamiast świecić. Oczywiście miałem drugie zapasowe. Po 10 minutach od zmiany ogniwa lampka znowu zaczęła mrugać. Generalnie jest z tym jakiś problem :( No i w sumie fajnie, że to teraz wyszło, a nie na P1000J.

Podsumowując

W tygodniu startowym był lekki zjazd z objętości. Podczas biegu wydawało mi się, że czułem 1/2 IM sprzed 2 tygodni. ;) Tydzień po Biegu Świętojańskim mam tri w Starogardzie Gdańskim, a po kolejnych dwóch tygodniach ultramaraton. Gdy to się skończy zostanie niewiele czasu do Ironmana, więc… generalnie nie ma kiedu odpuszczać. Starty są tylko kontrolne i na zapoznanie z wysiłkiem. Liczy się tylko sub5h w Gdyni. No i wypadałoby przeciąć kreskę na Mazurach. Reszta to tło. Walczymy dalej. :) Pozdro!