Duathlon Ustka – debiut w dua i pożegnanie sezonu multisport 2017

Duathlon Ustka – debiut w dua i pożegnanie sezonu multisport 2017

10 osób z Endure Team startujących w tej imprezie. Podobno 6 z nich na podium. :P Mi zabrakło 31 sekund…

To nie był start na wycięcie. Po Mrągowie prawie nie trenowałem. Właściwie nic nie robiłem tylko przybierałem na wadze. ;) Dopiero na 3 dni przed startem zacząłem truchtać i lekko kręcić korbą żeby cokolwiek się rozruszać. Jeszcze nie wiem czy był to dobry czy zły pomysł natomiast…

Czasami organizm daje nam znaki, że coś jest nie tak. Nie zawsze są one wyraźne i można różne nie rozszyfrować. Tego dnia znak dla mnie był bardzo wyraźny. Szukając analogii… tak jakby ktoś wyrwał znak drogowy z ziemi i przywalił mi prosto w mordę (zdradziecką, a jakże). ;)

Zacznę zatem od końca, żeby było ciekawiej. ;) W pierwszej minucie zawodów osiągnąłem tętno 171 bpm. W piątej minucie – 178 bpm. Nie pamiętam czy dobijałem do tak wysokiego tętna podczas epickich finiszów w ostatnim czasie. Finalnie dobiłem do 181 uderzeń na minutę, a tempo było kiepskawe (poza pierwszą prostą – standard :D). Co śmieszniejsze na rowerze nadal trzymałem takie ekstremalne dla mnie wartości.

Kończąc wzmiankę o znakach jakie daje nam ciało. Infekcji na pewno się nie pozbyłem. Drugi bieg biegłem tempem 4:40, a tętno było w kosmosie. Przez całe zawody było ok. 20 uderzeń za wysokie.

A teraz zapraszam na pełną relację z Duathlon Ustka.

Przed startem

niewiele się działo. Zebraliśmy się dość wcześnie żeby załatwić wszystkie sprawy i zostało sporo czasu i okazji do rozmowy. Pierwszy raz było tak integracyjnie. :)

W strefie zmian do koszyka trafił kask i buty… that’s all. :) Ciekawe doświadczenie. Przy okazji chciałem przetestować start „na lekko”, tj. bez objadania się w dniu startu i bez picia i jedzenia podczas zawodów, bo przecież są krótkie.

Zjadłem o 7 śniadanie i o 10 dojadłem drożdżówką. Trochę mało jak na mnie. Start był o 12. W międzyczasie dopiłem litr izotoniku (a w zasadzie cieczą hipotoniczną, bo specjalnie zrobiłem dość rozwodniony).

Obchodząc strefę zmian bardziej skupiłem się nad tym gdzie w ogóle jest wbieg i wybieg niż nad tym gdzie w ogóle znajduje się mój rower (patrząc od strony wbiegania). Piszę to by ubiec to co później nastąpi. ;)

Start.

Godzinę przed nami wystartował dystans długi. Teoretycznie 10-40-5. Nasz był teoretycznie 5-20-2,5. Faktycznie wyszło 5-15-2,5 czyli biegowo było wszystko ok. ;)

Jeszcze przed startem przywitałem się z Pawłem, za którym pogoń w Mrągowie zakończyła się fiaskiem. ;) Na starcie stawił się również kolega Arek, którego wspominałem w relacji z biegu majowego. Ogółem mówiąc fajna ekipa do ścigania się i wzajemnego napędzania. Nie myślałem natomiast, że będziemy rywalizować ze sobą aż tak bezpośrednio… tak blisko.

Po wystrzale startera grupa około 90 osób ruszyła do przodu. Po paruset metrach się przerzedziło i okazało się, że biegniemy w trójkę: Arek, Paweł i ja. A właściwie Paweł, ja i Arek. :P Nie minęło wiele czasu jak kolejność zmieniła się na Arek, Paweł i ja z tą różnicą, że nie biegliśmy już razem tylko Arek uciekł na parędziesiąt metrów.

Tempo biegu nie było zachwycające a my sapaliśmy jak byki na arenie. :P O ile na początku myślałem, że nie utrzymam pleców Pawła, o tyle w drugiej części pierwszego biegu tempo tak siadło, że postanowiłem go wyprzedzić. Gdy tylko to zrobiłem dostałem wiatrem po ryju i to był moment gdy zrozumiałem, że była to zła decyzja. ;) Z drugiej strony nie chciałem, by nam Arkadiusz uciekł. :P

Arek się znalazł. Gdy dobiegałem do strefy zmian

i wybiegłem zza zakrętu prawie się zderzyliśmy. Otóż kolega wbiegł do strefy, zaplątał się i rozpoczął jakieś dziwne poszukiwania. Tym samym straciłem na pewno medal #Janusza zawodów. :P

Wbiegając do strefy zacząłem się zastanawiać gdzie właściwie jest mój rower. Wbiegłem nawet w dobrą alejkę (strefa była mała, a rower wisiał dość skrajnie, więc nie było to mega trudne). Zatrzymałem się przy rowerze z numerem 286 i nie był to mój rower. W tym momencie wszedłem w tryb zadumy. :D Sprawdziłem numer na nadgarstku… ahhh… to ja mam 296! Ubaw po pachy. ;)

Zza strefy odezwali się konferansjerzy imprezy, że kolega Marcin z Endure Team szuka roweru. Byłem w tym momencie w wybornym humorze, więc tylko się odwróciłem i zaśmiałem. :) Mimo pozytywnego odbioru nie wiem czy mogę polecić takie przypadłości innym zawodnikom. ;)

Biegnąc z rowerem

starałem się szukać wzrokiem kto mi ile uciekł. Za belką była długa prosta i nie dojrzałem żadnego z chłopaków co mnie nieco zdziwiło. Nie chciałem obracać się w kierunku strefy, bo mocno sapałem i biegłem niezbyt stabilnie. Po zawodach dowiedziałem się, że Arek wybiegł zaraz za mną, a Paweł chwilkę już do nas stracił. Swoją drogą Paweł pisał na swoim FB, że też był z jakąś infekcją za pan brat.

Nie oglądałem się jednak za siebie. Nie wiedziałem jaką mam przewagę. W sumie to nawet nie wiedziałem czy jestem „pierwszy” z naszej trójki, więc wypatrywałem ludzi na mijankach. A mijanek było trochę. W ogóle trasa była dziwna. W wielu miejscach mega kręta, a zakręty ciasne i ostre. Dwa razy nawet miałem mindfu*ka gdzie mam jechać, bo trasa co prawda była wyznaczona ale nie chciało mi się wierzyć, że mam jechać tam gdzie wskazują barierki. :P Swoją drogą fajnie podsumował trasę kolarską (jak i podbiegi na trasie biegowej) Kamil z Endure team.

Suma sumarum fajnie mi się jechało. Trochę zrywów, sporo hamowania i przyspieszania, ciasne zakręty. Na początku było trochę strasznie ale zyskiwałem na pewności siebie i „cornering” wychodził mi całkiem nieźle. Jak na moje umiejętności jazdy szosą, mogę powiedzieć, że nawet lekko ryzykowałem na ciasnych łukach 60-90 stopni ale chcę zwrócić uwagę, że oceniam to przez „moje umiejętności jazdy szosą”. ;) Bawiłem się tymi zakrętami.

Wracając jeszcze do początku etapu rowerowego. Zapomniałem w strefie odwrócić numeru na plecy. Teraz już wiem dlaczego powinno się to robić. Numer był nisko i siadając przygniotłem go tyłkiem przy okazji zrywając jeden ze sznurków. Nie wiedziałem czy zerwałem jeden czy dwa sznurki ale po jakimś czasie skonstatowałem że chyba-może-napewno jeden sznureczek i obróciłem wreszcie numer do tyłu. Sytuacja podobna jak na ostatnim triathlonie – jakieś fatum. ;)

Z uwagi na mnogość mijanek zacząłem wypatrywać chłopaków za mną. Paweł wyprzedził Arka ale nie było niebezpieczeństwa, że zaraz mnie zaatakuje. O dziwo. Nie wiem czemu ale nieco się demotywowałem, że nie wiem czy przewaga rośnie czy maleje i doszedłem do wniosku, że wolę gonić niż być gonionym. Oczywiście z logicznego punktu widzenia jest to bez sensu, bo każdy wypruwa z siebie flaki i jak ma jeszcze przyspieszyć żeby dogonić gościa przed sobą, to tworzy się „system error”. ;)

Końcówkę etapu kolarskiego jechałem na sporej zajawce. To był taki zwykły zaciesz. Zaciesz spowodowany tym, że kręcę, nic ponadto. Fajna sprawa tak móc sobie wystartować w zawodach. :D Polecam ten styl!

Owy radosny nastrój spowodował, że zobaczyłem przed sobą bramę Radia Gdańsk, która jednocześnie stanowiła belkę. Miałem do niej paręset metrów. Tym samym zacząłem procedurę wyjmowania nóg z butów, która z uwagi na pośpiech wyszła mega szybko (ale i sprawnie, za co dziękuję sobie i ćwiczeniom tego elementu). Tym razem nie miałem obaw że się wywrócę tylko zaraz po zdjęciu butów przerzuciłem nogę i od razu mogłem zeskakiwać, bo byłem już prawie na belce. Podsumowując: just in time.

Druga strefa zmian

Wyszła lepiej. ;) Wiedziałem gdzie odwiesić rower, przebranie było ekspresowe i pełen wiary w sukces operacji „pierwszy z naszej trójki” wyleciałem, bojowo nastawiony na ostatnie 2,5 km biegu.

Bojowe nastawienie minęło po 50-60m…

Z bojowym nastawieniem biegłem po 4:00. Średnie tempo tych 2500m wyszło 4:40. Czyli dobre tempo maratońskie. ;) Tętno i tak było w kosmosie.

Po pierwszym biegu, na rowerze jechało mi się doskonale. Po rowerze, drugi bieg był drętwy. Szurałem stopami, byłem mega pochylony do przodu. Czekałem na Zgon v.2.0, by móc paść na chodnik. Coś tam próbowałem się kulać, żeby mnie koledzy nie dogonili. :P Była jeszcze wola walki ale gdyby ktoś mnie wyprzedził, to fizycznie nie byłbym w stanie odpowiedzieć.

Teraz jest czas na kilka słów o trasie biegowej. Zarówno tej pierwszej jak i drugiej. Były na niej schody i solidne podbiegi. Takie solidne solidne, na których nie trenuje się nawet podbiegów, bo są „za solidne”. Kamil z Endure w swoim wpisie ustalił, że nachylenie wynosiło 14%. ;) O ile przy pierwszym biegu, wdrapanie się na największą górę zwieńczyłem zajawką, bo oczom ukazał się piękny widok, o tyle przy drugim biegu zacząłem pod nosem przeklinać. ;)

Ten największy podbieg to był taki mega garb, czyli zaraz po podbiegu był ostry zbieg… zaraz potem nawrotka i… powtórka z rozrywki. Dobry humor powrócił gdy zobaczyłem Pawła jak zbiega. Leciał wymachując rękoma żeby się nie wywrócić. Wyglądało to jakby wyjął bezpieczniki i szedł „all-in” (choć twarz nie była zbytnio pokerowa ;) ;) ;)). Pojawił się lekki niepokój ale do mety był kilometr z hakiem, a ja miałem z 30 sekund przewagi (tzn. tak mi się wydawało, bo realnie miałem chyba z 50″). Dużo, nie dużo. Patrząc na moje tempo vs. tempo mnie samego gdy zostawię sobie siły na koniec i odpale, to przewaga może stopnieć bardzo szybko.

Ostatnie pół kilometra biegłem z jakimś ziomkiem z długiego dystansu. Pogadaliśmy nawet chwilę, pobiegł z nami trochę kamerzysta (#ParcieNaSzkłoAlert ;)), na czerwonym dywanie przybiliśmy piątkę i dumnie wkroczyliśmy na metę. Dopiero na ostatniej prostej zacząłem się oglądać do tyłu. Nie było nikogo a owa prosta była długa. Kamień z serca. :)

Finalnie czasy per dyscyplina kształtowały się następująco:

  • Run 1 – 00:20:44 (14 czas w stawce)
  • T1 – 00:01:13
  • Bike – 00:28:05 (10 czas w stawce :))
  • T2 – 00:00:53
  • Run 2 – 00:11:50 (22 czas w stawce :()

Lubię gdy są takie dokładne podsumowania. Widać wtedy czy siły zostały dobrze rozłożone. ;) Spadek z 14 na 22 miejsce przy porównaniu obu biegów nie jest kosmicznie duży ale jednak znaczący. Szczególnie, że od momentu gdy wsiadłem na rower, do mety nie wyprzedziłem chyba żadnego zawodnika z mojego dystansu.

Wideorelacja z zawodów

A teraz mały przerywnik. Kręcąc się po okolicy pozwoliłem sobie również nagrać relację z zawodów. Dużo mojego gadania i trochę widoków. ;)

Za metą

działy się rzeczy fajne. Super klimat, dobra atmosfera w teamie (więcej na powyższym wideo) itp. Pogadaliśmy, poczekaliśmy na ceremonie i poszliśmy do knajpki na ciacho. I wtedy zaczęły się schody.

Doszło do mnie chyba zmęczenie, może kwestie braku jedzenia (aczkolwiek jestem na 100% pewien, że mam duuuuuże zapasy energii w tkance tłuszczowej ;)). Pewnie za mało piłem ale nie przypuszczałem takiego efektu. Mimo, że w knajpce wygodnie się rozsiadłem to z minuty na minutę następował coraz większy zjazd. Wyglądałem raczej blado. Gdy wjechało ciasto na stół miałem mega niechęć do jedzenia. Wdusiłem w siebie ale to był błąd (choć dokładny opis sobie podaruje ;)).

Szczęście takie, że jechałem na zawody z Marcinem Sobczakiem, więc wsiadł za kółko i zawiózł nas do Rumi. Dla mnie trudnością było nawet siedzenie w samochodzie. Trochę szkoda, że moja głowa i żołądek tak konkretnie się zbuntowały, bo było mega fajnie.

Tym samym zakończyliśmy sezon multisport 2017. Z przytupem, bo nasze biało-czerwono-czarne stroje często pokazywały się na podium. :) Gdy sprawdzałem wyniki zobaczyłem, że jestem czwarty w kategorii. Trzecie miejsce zajął gość bezpośrednio nade mną w klasyf. OPEN. Straciłem do niego równe 30 sekund. W takich sytuacjach w głowie rozbrzmiewa mi głównie jedna myśl, którą w sobie pielęgnuje – „jeszcze nie zasłużyłeś”. Taka jest prawda i nie ma co się przejmować tylko iść dalej.

Po jakimś czasie dotarło do mnie, że przecież klasyfikacja OPEN nie dubluje się z kategoriami wiekowymi i jeśli ktoś z mojej kat. M2 jest w TOP 3 OPEN, to będzie dobrze dla mnie. Okazało się jednak że cała trójka jest z M1, więc sorry panie Marcinie. ;) Tym razem starałem się sobie wmówić co innego. Jeśli bym wszedł na to podium, to można by to porównać do kalkulacji awansu reprezentacji Polski w piłce nożnej kilka lat temu: czyli liczyć na remis w innym meczu, przegrany mecz lidera grupy i zaćmienie księżyca przy jednoczesnym zobaczeniu jednorożca. Dobra, koniec samobiczowania. ;) Trzeba działać dalej. :)

… czego sobie i wam życzę. Pozdro!

P.S. Za tytułowe zdjęcie dziękuję organizatorom Duathlon Ustka. :)

Triathlon Mrągowo – pożegnanie z tri-sezonem

Triathlon Mrągowo – pożegnanie z tri-sezonem

A miało nie padać… ;)

Start w ostatni weekend sierpnia był zaplanowany od dość dawna. Nauczony doświadczeniem, że w pierwszym tygodniu września pogoda robi się beznadziejna chytrze pomyślałem o wcześniejszym starcie, by pożegnać się z tri-sezonem.

Ostatnie 2 lata kończyłem sezon w Przechlewie. Za każdym razem lało aczkolwiek rok temu temperatura była „wysoka”, bo z 15 stopni. Rok wcześniej było kilka kresek wcześniej i można było nabawić się konkretnego wychłodzenia.

Gdy zobaczyłem dogodny termin w kalendarzu imprez Triathlon Energy aż się uśmiechnąłem. Teraz jednak wiem, że cały system pogodowy działa nieco inaczej. W międzyczasie organizator Triathlon Przechlewo ustalił termin odbywania się tamtejszych zawodów na… ostatni tydzień sierpnia, zamiast pierwszego tygodnia września. Tydzień wcześniej… pewnie żeby pogoda była lepsza. ;)

Fatum ciąży. Jestem prawie pewien ;-) ;-) ;-), że psia pogoda w Mrągowie była spowodowana tym, że 300 kilometrów na zachód, w dokładnie tym samym terminie odbywał się przechlewski triathlon. :P

Logistyka startowa

Logistyka była ułatwiona, bo 20 km od Mrągowa mieszka teściowa. Trasę zawodów też już miałem zaliczoną podczas pamiętnego Pierścienia tysiąca jezior. W sobotę zawitałem tylko na odprawie i po odbiór pakietu.

Na samej odprawie ciekawe rzeczy. Organizator (jak zwykle bardzo konkretnie – brawo Adam i załoga!) dość dokładnie opowiedział jak w razie burzy z błyskawicami będzie odbywał się duathlon Mrągowo. :P Wtedy jeszcze nie wiedziałem czy się cieszyć, bo pływam słabo, czy się smucić, bo pogoda będzie z czapy. Sprawdzając prognozę w telefonie raczej nie miałem złudzeń. Cokolwiek będziemy robić, będzie na nas kapać.

Start 1/4 IM był zaplanowany w niedzielę na godzinę 11, więc można było się dobrze wyspać. Na start musiałem dostać się okrężną drogą (40 km zamiast 20 km), bo jacyś triathloniści zajęli MOJĄ drogę. Do lasu z nimi! ;)

Przedstartowo

Gdy zaczęło padać wszyscy zaczęli powoli schodzić się pod daszek tuż przed strefą zmian. Gdy już zebraliśmy się tam całym stadkiem zaczęło tak lać, że zamiast wody w jeziorze było widać wodę zlatującą z nieba. Godzina zamknięcia strefy zbliżała się nieubłaganie ale jakoś nikomu się nie spieszyło. :P

Swoją drogą, stał obok nas dyrektor zawodów, który o 10:30 (teoretyczna godzina zamknięcia strefy zmian) miał dać znać czy dzisiaj robimy triathlon czy duathlon. Ciekawostką jest fakt, że decyzja była osobna dla każdego dystansu czyli była możliwość, że 1/2 zrobi tri, my na 1/4 zrobimy duathlon, a po nast na 1/8 też zrobią tri. :)

Tuż przed 10:30 deszcz odpuścił i poszliśmy zawieźć rowerki i przygotować się do startu. W strefie usłyszałem, że robimy tri. Wcześniej dopytywałem organizatora „czy przy takim deszczu będziemy pływać”. Odpowiedź była jasna „deszcz jest nieistotny, ważne czy są wyładowania elektryczne”. Jasna sprawa, bo w wodzie i tak będziemy mokrzy. ;)

W strefie zmian było ultra ciasno. Prawie niemożliwe było włożenie swojego roweru nie zahaczając o rower obok. Przy okazji gość, który miał rower obok mnie powiesił go obok swojego numerka… czyli już na moim miejscu. Przesunąłem go na swoje miejsce ale sytuacja powtórzyła się potem podczas zawodów przez co naprzeklinałem się w T2.

Po rozpływaniu miała miejsce jeszcze jedna przykra sytuacja. Otóż stojąc już w miejscu, z którego schodziliśmy do wody, by płynąć na start zacząłem wymachiwać łapami. Nie wiem czy ja mam taki niefart ale zbyt często zdarza mi się, że gdy rozgrzewam stawy ktoś się na mnie nadzieje. ;/ Tym razem była to biegnąca dziewczyna, która dostała w okolice szczęki i szyi. :( Domyślam się tylko, że moje późniejsze przeprosiny tylko ją wkurzały. Niby to przypadek ale zawsze człowiekowi głupio. Na osłodę dodam, że ta dziewczyna wygrała chyba open kobiet. :P Wielkie gratulacje :)

Start

Zaczyna mi się podobać start z wody. Nie wypacza bezpośredniego ścigania się z innymi jak rolling start, a każdy ma czas by znaleźć swoje miejsce w wodzie. Ja po raz kolejny ustawiłem się za daleko.

Pierwsze 50 metrów płynąłem zrywami. Tzn. chwile normalnie i chwilę z dłuuugim wyleżeniem i zerowym staraniem się. Przede mną płynęło 4-5 osób, jedna obok drugiej, równym tempem… nie moim tempem. Było to irytujące i czekałem dłuższą chwilę na kawałek miejsca między nimi. Próbowałem się nawet wciskać ale jak moja twarz została poturbowana stwierdziłem, że trzeba obrać inną taktykę. ;)

Odbiłem mocno w lewo… za mocno. :P Wyprzedziłem gromadkę i zacząłem ambitnie przeć do przodu. I teraz pytanie: czy na jeziorze Czos są jakieś prądy, których nie widać? Podczas całego pływania dryfowałem w lewo. Co drugie wychylenie głowy, w celu poprawy toru płynięcia powodowało spore (jak na taki czas) poprawki w kierunku płynięcia. Z wielkim zaskoczeniem stwierdzam, że zegarek pokazał tylko 1050m pływania w moim wykonaniu.

Ogólnie płynęło się bardzo fajnie. Chciałem zakręcić się w okolicach 18′. Wiedziałem, że jest to jak najbardziej realne. Czułem, że płynę swoim dobrym rytmem. W pewnym momencie zobaczyłem obok siebie świetnie płynącego zawodnika. Obserwując jak jego głowa przecina wodę pomyślałem, że to jest mega gość i że mega szybko tnie przez fale. Dopiero po dłuższej chwili doszło do mnie, że płyniemy obok siebie… czyli płyniemy tym samym tempem. :P Po kolejnej chwili przyspieszyłem i owy zawodnik został za mną.

Z wody wyszedłem nieujechany, co jest miłą odmianą. Co prawda za dużo sekund tracę na znalezieniu sznurka od pianki ale sam bieg do T1 był już dość świeży. Niestety czas pływania był tragiczny i wynosił ledwo co poniżej 20 minut. Nie wiem o co chodzi ale kolega Marek, który pływa lepiej ode mnie też miał dużo gorszy czas pływania od zamierzonego. Może woda była za gęsta. :P

T1 bardzo słabe

Zwyczajowe spokojne (i wolne) ściąganie pianki… chyba utnę ją pod kolanem, bo już mnie to zaczyna irytować. Reszta ubioru poszła gładko ale… z kasku najpierw musiałem wylać wodę jak z wiadra. ;) To chyba znaczyło, że podczas naszego pływania jednak trochę padało.

Na wybiegu z T1 nieco mną machnęło na zakręcie na co kolega Paweł biegnący z tyłu się zaśmiał. Oho… no to będzie z kim się ścigać, bo jakoś tak bywa, że z Pawłem często gęsto się gdzieś mijamy na zawodach.

Początek roweru całkiem zabawny,

a to szykana na mokrym asfalcie gęsto przykrytym deszczówką. Nie miałem spięcia na wynik, więc nie kombinowałem z szukaniem czarnego asfaltu tylko po prostu mocno hamowałem na zakrętach. Szkoda kolan i roweru. ;) Słyszałem, że już wcześniej zbierali jakiegoś zawodnika, więc jechałem ultra ostrożnie. Innym ciekawym elementem początku pętli była jazda chodnikiem. Podsumowując, nie była to szybka trasa. :P

Na początku trasy mijaliśmy się z Pawłem. Po kilku kilometrach przestało mi się chcieć zabijać się na rowerze. Tempo było za mocne, co widać było po tętnie. Nie byłem zadowolony z tempa ale najwidoczniej to co najlepsze zostawiłem w Gdyni i trzeba się z tym pogodzić. :) Dałem sobie na luz, Paweł mnie wyprzedził i postanowiłem, że będę się trzymał z 15 m za nim.

Taka jazda pozwoliła mi nieco odsapnąć ale tylko na krótką chwilę, bo utrzymanie na widoku niebieskiego stroju Pawła było coraz trudniejsze. Po kilkunastu kilometrach dałem sobie spokój i zacząłem jechać swoim tempem. Trasa była pagórkowata (jak to na Mazurach) i trudno było o dobre tempo okrążenia.

Na pierwszym kółko prędkość średnia wyniosła 35 km/h więc bardzo żwawo. Drugie kółko było zdecydowanie wolniejsze. Tętno spadło i postanowiłem sprawdzić czy jak nie upodle się na rowerze to czy pobiegnę tak jak w Gdańsku (szybko i ochoczo).

T2 like a pro!

Zdejmowanie butów… Zawsze zwracam na to uwagę, bo powoduje to u mnie śmiech. Jednego buta zdjąłem mniej niż kilometr przed metą – jest wyraźny progres. :) Walka z drugim butem zaczęła się gdzieś na 100-150m przed belką. Całość wyszła nawet zgrabnie natomiast bardzo niepewnie przerzucam nogę nad siodełkiem. Już chciałem dać sobie luz ale w ostatnim momencie się wychillowałem i ostatnie metry elegancko dojechałem stojąc po prawej stronie roweru.

Druga strefa zmian poszła zgrabnie… poza jednym aspektem. Nie miałem gdzie odwiesić roweru. Wepchnąłem go na hama na swoje miejsce. Na szczęście żaden z rowerów obok nie spadł ale byłem gotowy je zbierać. Delikatne odwieszanie roweru nie wchodziło w grę, bo bym musiał odłożyć na ziemię swój rower i najpierw układać wszystkie obok – padaka.

Jeszcze tylko obrócić numer… trach, poszła gumka trzymająca kartkę z numerem startowym.

Początek biegu wyglądał obiecująco

Spojrzałem na swój numer… wisiał gdzieś na wietrze, odwrócony białą stroną w kierunku świata – trudno się mówi, biegnie się dalej.

Dobre samopoczucie na biegu skończyło się dość szybko. Tempo trzymałem przez jakiś czas ale w środkowej i środkowo-późnym :P momencie biegu było słabo. Na pierwszym biegowym bufecie wziąłem izotonik, którego tak bardzo brakowało mi na trasie rowerowej (swoją drogą, to pokazuje w jaki sposób byłem nastawiony do zawodów: w bidonie miałem tylko wodę, a na trasę miałem tylko jeden żel i batoniki z pakietu startowego :P).

Wracając do izotonika: połowę kubka wlałem sobie do lewego oka, 1/3 wylałem na chodnik, a 1/6 wypiłem. Generalnie nie polecam. Szczypie wtedy oko.

Plan był taki, by teraz gonić Pawła jednak tempo nie wyglądało na „goniące”. Nie znam dokładnie jego poziomu sportowego ale miałem wrażenie, że jestem nieco mocniejszy na rowerze i nieco słabszy na biegu. Na rowerze to się nie sprawdziło ale skoro rower nie był do utraty tchu, to może bieg wyjdzie. Nie wyszedł. :P

Na mijankach widziałem, że raczej się oddalam niż przybliżam. Po dziwnie kiepskim pływaniu, nienajmocniejszym rowerze, przyszedł czas na średni bieg. :P

Podczas etapu biegowego był natomiast świetny klimat. Piąteczki przybijane ze znajomymi, doping, uśmiechy i pozdrowienia.

Na drugim kółku wydarzyła się ciekawa rzecz. Jeden z nawrotów na trasie biegowej był w lesie. W jedną stronę biegliśmy po lekkim wzniesieniu, a z powrotem dołem, tuż przy samym jeziorze. Obie ścieżki „tam” i „z powrotem” dzieliło dosłownie kilka metrów.

Gdy zbliżałem się na drugiej pętli do lasu ktoś z biegnących w drugą stronę krzyknął, żeby uważać bo pszczoły w lesie gryzą. Nie wiedziałem czy ktoś jaja sobie robi czy jak. Ogólnie to słaby humor ktoś by miał no i z drugiej strony jak to pszczoły kłują. Jakieś agresywne czy jak?

Potem okazało się, że nawrotki nie było tylko dobiegaliśmy do końca ścieżki, robiliśmy obrót 180 stopni i biegliśmy z powrotem. Nic latającego i gryzącego nie widziałem. Sytuacje oceniam na plus, bo z tego co się domyślam, to była nagła sytuacja i bardzo fajnie, że organizator nie zostawił jej samej sobie tylko odpowiedzialne zareagował.

Gdy kończyłem pierwsze kółko wyprzedził mnie jeszcze Tomek. To było upokarzające. Biegłem wtedy pewnie w okolicach 4:45, a Tomek pewnie z 3:20… Swoją drogą, co za kozak. Tydzień temu ścigał się na pełnym dystansie (MP) w Borównie, a teraz wygrał na 1/4…

Meta

Nie było żadnego super sprintu i tym podobnych rzeczy. Spokojnie, z podniesioną głową dotarłem na kreskę. Zmęczony, bez emocji.

Oficjalnie:
swim – 19:52
bike – 1:18:43
run – 46:10

Na koniec zapraszam do obejrzenia filmu z zawodów, na którym jestem obecny przez pół sekundy. Nie mrugajcie okiem, bo przegapicie! :P

Tak, na miniaturce video to ja. ;)

Podsumowanie treningu w 2017 roku oraz plany na rok 2018

Podsumowanie treningu w 2017 roku oraz plany na rok 2018

Kiedyś napiszę książkę… żartuje, nie umiem pisać, więc… się nauczę i napiszę. ;) Moja historia związana z bieganiem i potem z triathlonem to fajny przykład drogi, którą przeszedłem w treningu, posiadanej wiedzy, zmiany mentalności, nastawienia, obciążenia treningowego itd. Fajnie te klocki się ułożyły… i mam nadzieję, że dalej się będą układać.

Jeśli spojrzę wstecz i pomyślę, że w przyszłości ma być jeszcze więcej, mocniej oraz przede wszystkim ciekawiej, to trochę łapię się za głowę. Obecnie (choć w dniu, w którym pisze te słowa lekko kuśtykam przez ból lewej łydki) jest tak zajebiście, że ciężko mi myśleć o przyszłości. Jaram się okropnie. :)

Czy to znaczy, że sikam tęczą i że wszystko przychodzi łatwo? Jest dokładnie odwrotnie. Pracuje godzinowo tyle ile nigdy nie pracowałem: na etacie oraz jako freelancer, a dodatkowo jako bloger i podcaster. Trenuje tyle ile nigdy nie trenowałem. Z uwagi na to, że pracuje z domu, to wykonuje obowiązki domowe, których nigdy się nie tykałem. ;) Kontaktu z najbliższą rodziną mam… różnie bywa – czas nie jest z gumy – choć praca z domu daje ogromne możliwości w tym zakresie. Z jednej strony cieszę się, że to wszystko robię. Z drugiej strony w ostatnim czasie miewam mega doły i załamki związane z obciążeniem… wszystkimi rzeczami.

Z trzeciej strony w ostatnich tygodniach/miesiącach coraz więcej osób chwali mnie i pyta „jak Ty to wszystko łączysz”. Odpowiedź jest prosta i trudna – płacę za wszystko odpowiednią cenę. Wszyscy płacimy, nie zależnie od tego na co wykorzystujemy dany nam czas. Ważne jest natomiast, by być świadomym tej ceny. Suplementem do odpowiedzi na powyższe pytanie jest jeszcze stwierdzenie: mam wszystko dość dokładnie zaplanowane. Wszelkie działania, rzeczy do zrobienia itd. Głowa ma wymyślać nowe rzeczy, a nie pamiętać o milionie spraw, którą ma się zająć po wykonaniu tego nad czym myśli teraz.

Na koniec tej części napiszę jeszcze, że ten wpis powstaje już trzeci miesiąc i nie mam czasu/odwagi, wreszcie go dokończyć i opublikować. Pierwotnie miał ok pokazać moje przygotowania do pierwszego tri w tym sezonie w Sierakowie pod koniec maja… a za chwilę będziemy mieli wrzesień. ;)

Zmiana

Gdy rok 2016 dobiegał końca zmieniłem trenera. Pisałem o tym nieco we wpisie „Dlaczego zmieniłem trenera i jak wygląda współpraca z trenerem?”. Zmieniły się również założenia treningowe. Zostałem pod pełną opieką Tomka Spaleniaka, który z miesiąca na miesiąc dorzucał do pieca. Jako, że przerabiany wolumen treningowy był dla mnie nowością zacząłem nieco tracić grunt pod nogami. Wiedziałem, że właśnie tak się trenuje tri ale miałem czarny myśli w głowie. Szukajac analogii… miałem do wyboru spasować albo powiedzieć…

sprawdzam

Przyjąłem wyzwanie. Nie po raz pierwszy wychodziłem ze swojej strefy komfortu. Trzeba było dokonać zmian w życiu osobistym. Poukładać na nowo klocki. Poukładałem. Skoro inni tak trenują, to znaczy że się da. Byłem świadom (i Ty również bądź), że porównywanie się do innych to niebezpieczna gra. Zawsze będzie ktoś kto robi więcej, lepiej, szybciej albo po prostu inaczej. Jeśli coś nam grubo nie idzie, to trzeba też umieć się wycofać… i tego również w tym roku doświadczyłem.

Do przemyśleń (o których tutaj tylko po łebkach wspominam) skłoniły mnie rozmowy z trenującymi znajomymi, słuchaczami podcastu i czytelnikami bloga. Wielkie dzięki za wszystkie rozmowy i sugestie. Chyba nigdy nie jest tak, że umiemy stanąć z boku, bez emocji i spojrzeć z większego dystansu na to jacy jesteśmy i jaką robotę robimy… za to Endomondo do potrafi. ;)

Co tydzień wrzucam na Fanpage zestawienie treningów naszego klubu na Stravie (do którego zapraszam). Widać kto ile godzin przerobił w tygodniu. Mimo to mail od Endo był dla mnie zaskoczeniem.

54 godzin treningowych w miesiącu. Nie wszystkie zaplanowane jednostki zrobiłem. ;) Jak dodać do tego wszystkie dojazdy na pływalnie, przygotowania do treningów oraz rzeczy okołotreningowych do zrobienia, strzelam że spokojnie wyjdzie ponad 60 godzin. Dla jednych to codzienność. Dla mnie, to coś z czym się zderzam i co mnie zmienia. Piszę o tym, by inni byli świadomi tego jak to może wyglądać.

2016 vs 2017

Po tym ultra długim wstępie przechodzimy do konkretów. :) Zmiana trenera spowodowała po pierwsze holistyczne podejście do treningu, w sposób taki by wszystkie dyscypliny składały się w jedną całość i prowadziły w kierunku rozwoju sportowego. Druga rzecz, to usystematyzowanie treningu pływackiego (jak czegoś nie miałem narzuconego, to różnie z tym bywało). No i tak jak pisałem wcześniej, pojawiła się większa objętość treningowa… przy czym intensywność treningu wcale nie była mniejsza, a często gęsto większa. :)

Przy okazji… jeśli chodzi o pływanie, to zupełnie inaczej pływam teraz niż pół roku temu. Nagrywanie i analiza pływania oraz wspólne spotkania na pływalni dały bardzo dużo w tym aspekcie. Wiele się zmieniło w tym jak się poruszam w wodzie, a po jakimś czasie pociągnęło to za sobą inne czasy na pływalni i zawodach.

Na początek spójrz na wykres ilości aktywności. Oczywiście jedna aktywność może trwać 10h, a inna 40′ i obie będą na takim wykresie „równe”. Jak widać od grudnia do lutego trening powoli sobie rósł by od kwietnia być w pełni rozwiniętym. ;) Widać również doskonale jak odpuściłem w lipcu ale o tym napiszę na końcu tego artykułu.

Inny wykres: całkowity czas aktywności. Nie podaje tutaj dokładnych liczb ale wydaje mi się, że widać różnicę w słupkach. Wrześniowe (2016) solidne trenowanie zostało podwojone w kwietniu, maju i lipcu. Tak się dzieje gdy zamiast 5-7 treningów tygodniowo zaczynasz realizować 12… ;)

Liczba godzin aktywności jest chyba najlepszym wykresem pokazującym obciążenia (choć nie pokazuje intensywności). Jednak dodatkowo chcę pokazać kilometraż miesięczny. W lipcu przytrafił się ten nieszczęsny ultramaraton ;) po którym niewiele trenowałem ale sam start w ultra nabił tyle godzin i kilometrów, że finalnie wyszedł rekordowy miesiąc.

Na koniec nieco humorystyczny wykres. Nie noszę ostatnio zegarka na co dzień (znudziło mi się), więc nie wiem jak to jest z tym spacerowaniem. :P Jedno jest pewne. Waga z zeszłego roku nie spadła. W zasadzie to zyskałem 1-2 kg, z którymi ostatnio nie jest mi tak źle… patrząc na progres na rowerze. Oczywiście wolałbym wrócić chociaż do 87-88 ale na wszystko (MAM NADZIEJĘ!) przyjdzie czas.

Własne odczucia

Pływam, jeżdżę, biegam szybciej – różnice są na tyle wyczuwalne, że ciężko nie zdawać sobie z nich sprawy. W ostatnich latach jarałem się rozwojem w maratonie. Było super ale ucierpiały na tym wszystkie inne dystanse.  ¯\_(ツ)_/¯ W tym roku wracam do zabawy i poprawiam życiówki na każdym dystansie. Na koniec roku zostało tylko jeszcze jedno marzenie do zrealizowania.

Swoją przygodę z bieganiem zacząłem od startu na 10 km. Nie jest już to dla mnie wskaźnik rozwoju, bo zaliczyłem sporo różnych zawodów i dystansów, by poznać swoje miejsce w stawce. Mimo wszystko bieg na 10 km kojarzy mi się z kwintesencją intensywności, która jest bardzo niekomfortowa, a którą trzeba utrzymywać mimo obaw o niedobrnięcie do mety. ;)

Wracając do marzenia. Plan może być tylko jeden: złamać 40′ na dychę. Plan daleki i bliski, bo z jednej strony czuję się mocny, a z drugiej strony jest pełna minuta do nadrobienia od życiówki. Dodatkowo widzę po sobie jak reaguje na mocne jednostki w planie treningowym. Pytam trenera Tomka czy czasem nie ma w nim pomyłek i tak dalej. ;) Nigdy nie ma pomyłek i powoli zaczynam się przyzwyczajać, że żarty się skończyły. :P

Na pocieszenie mówię sobie, że ten rok jest już dla mnie wygrany. 4:55 w Gdyni to więcej niż się spodziewałem. Z drugiej strony, nie można pozwalać sobie na odpuszczanie przez parę udanych startów, a to właśnie ma miejsce. Gdzieś głęboko czuję, że głowa zaczyna produkować takie myśli. Gdy do tego dodamy niechęć lub strach przed naprawdę mocnymi jednostkami, to zaczyna się robić lipa z motywacji. No ale jak wiadomo…

Łatwo, to było wczoraj. ;)

Zmiana po zmianie – lipiec 2017

No i dochodzimy do końca tego wpisu. Historia zatacza koło i od lipca znowu trenuje mniej, na własną prośbę. Poddałem się. Nie ma tu tyle miejsca, by opisać cały tok myślowy i psychikę. Po ultramaratonie dałem sobie luz na dojście do sprawności. Gdy już było ok postanowiłem, że narastająca irytacja związana z szybkością życia przekroczyła jakąś tam barierę.

Ustaliłem z trenerem, że robimy max 1 trening dziennie. Może gdybym mniej pracował, to wyglądałoby inaczej. Póki co przekładam obowiązki bycia głową rodziny nieco wyżej w hierarchi. Na szczęście nie mam wrażenia, że się cofam, tylko nieco odpoczywam psychicznie. Mam czas by poukładać parę rzeczy i na przerwę zimową wrócić do porządnego treningu. Mam nadzieję, że zebrane doświadczenie pozwoli lepiej (tym razem) poukładać wszystkie rzeczy do zrobienia w ciągu dnia oraz okiełznać charkater i psychę.

Co dalej?

Jesień 2017 minie pod znakiem zabawy w duathlon oraz atakiem na 40′ w listopadzie w Gdyni.

W roku 2018 chcę by nastąpił przełom. Powoli zaczynam się nastawiać do tego więc zapytałem Tomka:

Co myślisz o pomyśle, by na rok odpuścić 1/2, a może i 1/4, by maksymalnie skupić się na szybkości na krótkich dystansach i po roku znowu zacząć się wydłużać?

Już od roku o tym myślałem. Jak widać 2 lata z maratonem odcisnęły mocne piętno na moim pojmowaniu rozwoju sportowego. :) Nabrałem też trochę wiedzy. Oczywiście nie chodzi o ból na maratonie czy coś w tym stylu. Po prostu jeśli chce się zrobić duży krok w przód, trzeba wziąć rozpęd. A rozpęd można zrobić tylko na krótszych dystansach. By biegać szybko, trzeba biegać szybko. ;) Wrócę do dłuższych biegów ale to musi chwilkę zaczekać. Ale jak już wrócę… to trójki na mecie maratonu nie będę chciał widzieć. ;) Ale kto by tam chciał biegać maratony. :P No chyba że w IM… ale do tego tym bardziej mi się nie spieszy.

Odpowiedź trenera była bardzo satysfakcjonująca. :)

To bardzo rozsądny pomysł. Ja z trudem namawiam do tego zawodników, a Ty sam to proponujesz.

Patrząc na sierpniowe, mocne treningi czuję obawę przed tym co będzie się działo w następnym roku… albo nawet w przygotowaniach do biegu na 10 km w listopadzie 2017. Nie powoduje to jednak problemów z podążaniem za tą decyzją. Zresztą… mówić jest łatwo, więc jak sobie coś człowiek wymyśli, to może to z kimś obgadać… a potem „tylko” iść za ciosem. ;) Ja działam właśnie w ten sposób. Zresztą o to w tym wszystkim chodzi: by stawiać się w sytuacji dysomfortu. Inaczej ciężko o dobry rozwój.

Koniec

No to podsumowałem nieco rok 2017 i zaczepiłem też o rok 2018. Wpis wyszedł nieco inny niż zamierzałem ale widocznie tak miało być. Mało konkretów w przygotowaniach do złamania 5h w połówce, zero pokazywania konkretnych jednostek treningowych, a tylko duży obraz widziany z daleka. :)

Kończąc już ten post chciałbym podziękować paru osobom dzięki którym ten rok wyszedł tak jak wyszedł. Bardzo dziękuję za wsparcie różnego rodzaju!

  • Michałowi Śliwińskiemu z Nozbe, czyli mojemu szefowi, który również ma zacięcie triathlonowe. Fajnie jest mieć kogoś w pracy, kto rozumie co robię, po co to robię i dlaczego to wciąga. :)
  • Tomkowi Spaleniakowi, czyli mojemu trenerowi. Bardzo się cieszę, że Endure Team którego jestem częścią, zaczyna nabierać barw i kształtów.
  • Mateuszowi Jasińskiemu, czyli osobie, dzięki której rozpocząłem współpracę z New Balance i nie muszę teraz myśleć o niektórych problemach biegacza. Przy okazji odpowiadając na pytania Mateusza (podczas naszej rozmowy w jego podcaście) uzmysłowił mi wiele rzeczy w temacie „po co i dlaczego to robię”.

To tyle. Jedziemy dalej, bo „łatwo, to było wczoraj”. ;)

Ironman Gdynia 2017 – miejsce, w którym spełniły się marzenia

Ironman Gdynia 2017 – miejsce, w którym spełniły się marzenia

Ten cały triathlon, to jest całkiem ciężki. Szczególnie jak lecisz na wynik. W pływaniu trochę sapania, na rowerze trochę pieczenia… ale na biegu… to jest dopiero dramat w wielu aktach.

W tygodniu zawodów miałem trochę perypetii związanych z rowerem. Nie będę się już ośmieszał i ich tutaj przywoływał. Finalnie o godzinie 7:30 w dniu zawodów miałem rower w stanie bardzo sprawnym. Ostatnio tak sprawny był pewnie z rok temu. :P

Z ciekawostek powiem, że od dwóch dni mój rumak był również wyposażony w nowe koła. Czym prędzej chciałbym jednak pohamować triathlonistów, bo to nie jest tak jak myślicie. ;) W świecie Tri jak ktoś mówi że kupuje koła, to znaczy że sprzedaje samochód, by za nie zapłacić. ;) Mój komplet wraz z oponami kosztował 350 pln. Porównując do starych kółek, to nabyłem prawie takie same stockowe koła Syncros ale UWAGA UWAGA z aerodynamicznymi szprychami. 😂 +7 km/h jak nic!

Piątek

W piątek z samego rana pojawiliśmy się z juniorem na plaży. Cel: sprawdzenie temperatury wody. Specjalnie nie wziąłem pianki, by zobaczyć w czym dzieciaki będą pływały. Było zimno :P Mega zimno. Albo ja nie jestem przyzwyczajony albo mam za mało ocieplającego tłuszczu (ahhahahaha to na pewno nie to :D) ale nie chciałbym pływać w takiej wodzie. Junior się przestraszył, że nie może nawet normalnie oddychać, bo mu ściska cyce i przestraszony wycofał się z rywalizacji nim ta się rozpoczęła. :( Szkoda aczkolwiek wciąż chce spróbować. Następnym razem wybierzemy na debiut jakieś jezioro. ;)

Po południu przyjechaliśmy jeszcze raz zobaczyć jak wyglądają zawody IronKids. Pierwszy był start dziewczynek 8-9 lat. Byłem w szoku jak dobrze radzą sobie w wodzie i na biegu. Na twarzach malowało się mega zmęczenie. Prawdziwe IronKids! Szacunek i uznanie.

Sobota

W sobotę już o 9:30 zameldowałem się w Gdyni na 4-godzinne opalanie. Było trzaskanie fotek i było kibicowanie. Jak ktoś szuka galerii ze zdjęciami ze sprintu to zapraszam tutaj:

W połowie pierwszej fali pomyślałem, że trochę słońce doskwiera i że zaraz będę głodny i że to ogólnie nie był najlepszy pomysł żeby tkwić pół dnia na słońcu w przeddzień startu. Ale poczekałem na drugą falę by popstrykać, odebrałem pakiet i zabrałem się do domu by… po 2-3h wrócić do centrum.

Najpierw #BezaUMKONa, potem zrzut roweru do strefy zmian, odprawa i jeszcze raz zahaczyłem o strefę tranzycji, by oddać rower do serwisu. Pokręcili, posmarowali i rower znowu był cichy, a biegi wchodziły idealnie. :)

Dopiero po powrocie do domu zacząłem się pakować na własne zawody. Nie było stresu, bo cały dzień był wypełniony po brzegi. :) W centrum spotkałem sporo znajomych i nieznajomych #NajlepsiSłuchacze #NajlepsiCzytelnicy Ogólnie było git. W takich momentach zdaje sobie sprawę jak bardzo wsiąkłem w środowisko tri. :)

Niedziela

Do centrum zabrałem się z kolegą Szymonem. Gdy dotarliśmy na miejsce, strefa zmian tętniła życiem. Z rańca jak to z rańca: szybki check worków, założenie bidonu na rower i to tyle. Sprawdziłem jeszcze 3 razy, w którą dróżkę mam wbiec po rower… tyle że sprawdzałem to od alejki środkowej, a nie zewnętrznej, więc finalnie na zawodach i tak się pogubiłem… :P

Czasu na wszystko było sporo, a mimo to do wody wszedłem spóźniony na sam koniec rozgrzewki. :(

Start

Rolling start to fajny pomysł ale w przypadku startu 2000 zawodników został (moim zdaniem) źle rozplanowany. Na rozgrzewce w wodzie zaczęto nas wywoływać, by już wchodzić do strefy startowej, bo zaraz zamykają. Pomyślałem, że to normalne, bo liczą ludzi itp itd. Spoko.

Problem tkwi w tym, że rozgrzane osoby czekały potem w ścisku 30 minut na swój start. Nieporozumienie. Rok temu gdy start odbywał się grupami wiekowymi i startowało się o 8:40, to wiadome było, że należy stawić się 8:30 na starcie i było ok. W tym wypadku ci co startowali z końca o 9 musieli do 7:55 stawić się jak pingwiny 100m przed bramą IronSwim. Element zdecydowanie do poprawy za rok.

Gdy stanąłem w bramce serducho zaczęło walić. W sumie nie jakoś mega mocno. Byłem dziwnie spokojny. Zero ciśnienia, zero myślenia ;), po prostu czekałem na robotę do zrobienia.

Swim

Bieg, skakanie, płynięcie, skakanie, bieg, płynięcie – standardowy początek pływania przy starcie z gdyńskiej plaży. ;) Potem glony, meduzy i wreszcie głębia.

Przez pierwsze minuty wszystko przypominało ścisk z Gdańska ale potem się to uspokoiło. Płynęło się fajnie i nawet mi się nie dłużyło. Po około kilometrze trochę ręce nie chciały się już wyciągać do przodu ale to było chwilowe.

Chwilowe natomiast nie było parowanie okularków. Jeszcze dzień wcześniej myślałem czy czasem nie psiknąć gogli antyfogiem ale „przecież niedawno psikałem”. No i dupa. Po nawrotce nie wiedziałem dokąd płynę. Po drugiej nawrotce było jeszcze gorzej. Co chwila się zatrzymywałem żeby w ogóle patrzeć czy nie płynę na Hel.

Wreszcie poirytowany ściągnąłem okularki i je przeczyściłem. Wizja była lepsza choć nie idealna. Przynajmniej widziałem cokolwiek. :) Ostatnia prosta się strasznie dłużyła ale nie było to męczące. Całe pływanie minęło względnie szybko co było miłym zaskoczeniem. :)

W ogóle to na pływaniu… uwaga uwaga… wyprzedzałem! To było tym dziwniejsze, że wystartowałem z szybszej strefy niż myślałem że powinienem, czyli 33-37 lub coś podobnego. Okazuje się, że Janusze stref startowych są wszędzie.

Na wyjściu z wody miłe zaskoczenie. Metalowe schody schodziły parę stopni niżej w wodę przez co dużo bezpieczniej można było z niej wypełznąć. Nawet na ostatnich stopniach była mięciutka wykładzina. Plus za to :) aczkolwiek niektórzy mówili, że tej wykładziny nie widzieli, bo była czarna. :P

Podsumowując pływanie… wyszło 2250 metrów. 😂 Wiadomo, że GPS w wodzie się buntuje ale linia namalowana na mapce współgra z moimi odczuciami. Czas poprawić nawigacje (chyba głównie testując i ogarniajac temat okularków) i pływać sub35′ na połówce w następnym sezonie.

Tak czy inaczej byłem mega zaskoczony gdy zobaczyłem 37:30 na wyjściu z wody. Tym bardziej, że tak wiele razy zatrzymywałem się by się rozejrzeć. Jest mega progres. :)

T1

Pogaduchy chichoty itp. Nauczony doświadczeniem, że pianka z łydek mi nie schodzi przestałem z nią walczyć i się szarpać co spowodowało, że poradziłem sobie z tematem nadzwyczaj szybko. Cała przebiórka jak na moje standardy wyszła sprawnie. Potem lekki zaskok, że mamy biec po zewnętrznej stronie strefy  ¯\_(ツ)_/¯ ale wbiegłem tam gdzie powinienem i szybko zgarnąłem rower z wieszaka.

To jest to co lubie w systemie workowym. Dobiegając do roweru tylko zsuwasz go z haka i od razu ciśniesz dalej. :) Oczywiście nie ma to żadnej różnicy w przebiegu zawodów, bo i tak się musisz wcześniej przebrać ale psychicznie jakoś inaczej się to odbiera…

Bike

Obyło się bez przypału – to najważniejsze. ;) Od samego początku kręciło się ok. Parę dni przed startem z wielką ulgą przyjąłem wieść, że po godzinie kręcenia, moje kolano nie odezwało się z żadnym bólem i kłuciem. Pomyślałem wtedy, że to dobry zwiastun zbliżających się zawodów… trochę się przeliczyłem ale o tym za chwilę.

Ostatnie 2 tygodnie przed zawodami prawie nic nie kręciłem. Tydzień byłem na urlopie i dopiero w tygodniu startowym zakręciłem ze 2 razy. Natomiast spędziłem ten czas na bieganiu i pływaniu i liczyłem, że te dyscypliny fajnie zagrają. Na pływanie narzekać nie mogłem. ;) Ciekaw byłem natomiast jak wyjdzie rower.

Pierwsze kilometry to jazda w mega korku. Rolling starty, trele morele a i tak jechał wielki kilometrowy pociąg. Szczególnie tam gdzie mieliśmy dostępny jeden pas ruchu. Cóż, ciężko inaczej poprowadzić trasę lub zamknąć jeszcze więcej ulic ;) więc trzeba było jechać tak. Niby łatwiej ale sumienie gryzie.

Ekipa rozjechała się chyba dopiero na podjeździe ale w trakcie zawodów były jeszcze małe kongestie. Ogólnie mówiąc, to przez zdecydowaną większość trasy można było omijać jazdę na kole. Czasami trzeba odpuścić i zwolnić ale niewiele się przez to traci.

Prawdę mówiąc, na mnie takie zgrupowania rowerów działają mobilizująco. Jeśli jedziemy podobną prędkością, to mam dwa wybory: zwolnić lub przyspieszyć. Zwykle przyspieszam i staram się ich wyprzedzić :) co powoduje dobry czas na mecie… albo zgon przed końcem roweru.  ¯\_(ツ)_/¯

Pierwszy zgrzyt nastąpił w Koleczkowie przy bufecie. Wziąłem izotonik w jakimś małym bidoniku. Próbowałem z niego coś wycisnąć do aerobidonu na kierownicy ale średnio to szło. Wreszcie zrezygnowany wsadziłem go do koszyka na ramie i okazało się, że to jakiś mini mini bidon. Najważniejsze, że nie wypadł z koszyka i potem jeszcze mogłem próbować ciągnąć z niego nieco cieczy.

Jechało się świetnie. Już po kilkunastu kilometrach miałem wrażenie (graniczące z pewnością ;)), że jadę szybciej niż rok temu. Wiatr był też minimalny, nie to co rok temu. Ani na Morskiej, ani na estakadzie czy Wiśniewskiego nie wiało tak jak wtedy.

Słodką radość z jazdy przyćmił ból kolana po równych 60 minutach jazdy. Skrzywiłem się mocno ale starałem się myśleć pozytywnie. Skoro niedawno bolało mnie po 20 minutach, a teraz zabolało dopiero po 60 to jesteśmy na dobrej drodze i będzie ok. I było w miarę ok. Można było kręcić tak jak się kręciło. A przynajmniej do pewnego momentu.

Wybiła godzina i 40 minut jazdy. Drugie ukłucie w kolanie. Myślałem, że spadnę z roweru, a z oka poleciała mi niewiadomo czemu łza. Chyba się przestraszyłem, że to koniec, że będę kulał teraz do końca roweru tak jak kulałem ostatnie 200 km na P1000J.

Pokręciłem chwilę luźno i wróciłem do swojej intensywności, czyli mocno i bez myślenia o późniejszym biegu. ;) To był też ten moment gdy przy wstawaniu na pedały na podjazdach czułem, że jestem o krok od skurczy czworogłowych.

Tak naprawdę to nic nowego – taka jazda na granicy skurczy. Trzeba po prostu uważać jak się jedzie, jak się kręci, by nie spowodować konkretnego napięcia-wyluzowania mięśnia. Jednak z uwagi na połączenie kolano-czwórki, jechałem z duszą na ramieniu. Przed nami były jeszcze ze dwa małe podjazdy, a wiedziałem, że jak będzie źle, to na górkach po prostu odpadnę.

Byłem w pełni skupiony nad tym jak kręcę pedałami. Prędkość miała tylko rosnąć. ;) Taka jest jednak trasa w Gdyni, że im dalej w las tym okoliczności bardziej sprzyjające do szybszej jazdy.

Gdy średnia prędkość przebiła 35 km/h (podczas jazdy na zawodach obserwuje tylko 2 wartości: prędkość aktualna i prędkość średnia, przy czym aktualna powinna być wyższa od średniej :P) przypomniałem sobie z uśmiechem na ustach to co obmyśliłem półtora roku wcześniej na zawodach w Charzykowach. Wtedy po raz pierwszy średnia przebiła 35 km/h… ale potem zwiędłem i średnia z całego odcinka była już niższa.

Otóż wtedy obiecałem sobie, że jak będę osiągał takie prędkości to sobie kupie jakieś pro-koła do roweru. Jako że tydzień przed zawodami kupiłem już koła (ale zdecydowanie nie pro) to cała sytuacja mnie mocno rozśmieszyła. Pierdoła ale podczas zawodów staram się wynajdywać historyjki i sytuacje, które są fajne/pozytywne/radosne.

Trochę byłem zaskoczony tą prędkością. Oczywiście wiedziałem, że się do niej zbliżam, wiedziałem jak jadę i się jej spodziewałem już podczas jazdy. Jednak przed zawodami zupełnie na to nie liczyłem. Po pierwsze dlatego, że to 90 km, a po drugie z uwagi na profil trasy.

Tym razem wiedziałem, że jeśli nie zdarzy się nic złego (a pamiętając o kolanie i czwórkach, to wszystko się mogło wydarzyć), to do końca roweru ta prędkość już tylko powinna wzrosnąć. No i tak się stało. :) Vavg wyszło 35,4 km/h aczkolwiek bike-split nie zawiera pierwszych dwóch minut jazdy, bo zapomniałem kliknąć guzik na gremlinie. ;)

Podsumowując: rower kozak! Aczkolwiek… podczas jazdy na rowerze była jeszcze jedna niepokojąca rzecz. Przestałem ogarniać co i kiedy jadłem. Na koniec roweru zostały mi 2 niezjedzone żele ale na pewno miałem spakowany o jeden żelik za dużo, bo zapomniałem, że mam go zjeść przed pływaniem (ups). Prawdopodobne jest więc, że zjadłem jeden żel za mało ALE strategia była taka, że chciałem jeść nieco częściej niż standardowo, więc suma sumarum chyba wciągnąłem tyle ile powinienem… tyle, że w niedokońca zmierzonych odcinkach czasu.

Inna sprawa wydarzyła się na kolejnych bufetach (o pierwszym już pisałem). Na drugim z kolei bufecie stwierdziłem, że złapie znowu bidon z izotonikiem, bo może trafiłem jakiś feler. Otóż nie. Kolejny bidon również był jakiś dziwnie lekki (jakby w połowie pusty) i ciężko było z niego cokolwiek wycisnąć. Trochę niebezpieczne to było, bo zamiast trzymać kierownicę z całej siły ściskałem bidon, by wylać z niego płyn do aerokubka.

Mając takie doświadczenie na trzecim bufecie po prostu złapałem butelkę z wodą i bez problemów w 5 sekund zapełniłem aerobidon życiodajną substancją. :)

Cały odcinek rowerowy minął mi dziwnie szybko. Ledwo mrugnąłem oczami, a trzeba było zjeżdżać z pętli i jechać w stronę Gdyni. Co prawda oznaczało to jeszcze 30km jazdy ale i tak wszystko się działo zaskakująco szybko.

A co do „szybko”. Przed zawodami rozmawiałem sobie z Asią Skutkiewicz o pięknym zjeździe z Witomina. Opowiadałem jak to rok temu się spinałem, by osiągnąć tam jak największą prędkość. Finalnie przyjąłem do wiadomości, że zysk czasowy z takich harców jest nieopłacalny w porównaniu do ryzyka jakie się podejmuje. Dlatego też na tamtym zjeździe zamiast 70 pojechałem jedynie 66 w pełnej kontroli nad rowerem.

Trasa IM to jednak nie tylko zjazd z Witomina ale również sławne NDW. Tam również chciałem się trochę rozpędzić jednak gdy na jednym z pierwszych łuków zobaczyłem, że asfalt jest mokry mocno zrewidowałem swoje plany. Nie zamulałem ale mając na uwadze jak beznadziejne jest hamowanie szosą na mokrej nawierzchni stwierdziłem, że na łukach również może być słabo. Jak widać na poniższych filmach nie każdy przyjął taki tok rozumowania.

To co prawda sam dół zjazdu gdzie było już sucho ale na tym skrzyżowaniu po pierwsze jest ostro w lewo, a po drugie jest piasek na asfalcie. No i moim zdaniem opona zwilżona kilkaset metrów wcześniej nie zdążyła jeszcze wyschnąć.

T2

Wjazd na skwer w glorii i chwale. :) Przez pół odcinka rowerego nie mogłem się odgonić od jednej myśli. Co z biegiem? Jak się będzie biegło? Mimo świetnej jazdy te myśli zajmowały raczej obszar depresyjny i lękowy niż radosny i chwalebny. ;)

Buty ściągnąłem na ul. Waszyngtona, więc jakiś max kilometr przed belką. Dla mnie to pewnie rekord późnego wyciągania stóp ale cóż… tę trasę przynajmniej znałem co do metra. ;) Ściągałbym jeszcze później ale na kocich łbach wolałem nie ryzykować.

Sam dojazd do belki się mega dłużył. Zwolniłem a to jeszcze nie tu. Przełożyłem nogę na drugą stronę i dryfowałem tyle co wiatr popchał. :P Kulałem się już tak wolno, że przed samą belką tylko leciutko przyhamowałem, by dopasować prędkość roweru do możliwości biegu. No i znowu zaskok… biegniemy z rowerami po zewnętrznej alejce. LOL :D

Wbiegłem w dobrą alejkę, przebiegłem przez nią i skonstatowałem, że to jednak zła alejka.  ¯\_(ツ)_/¯ Moja była jedna wcześniej ale z uwagi na to, że moje stanowisko było tuż przy główniej drodze na środku strefy to czmychnąłem środkiem tuż pod swój wieszak. Szybka akcja i pędem po worek.

Samo przebieranie było raczej z tych bardziej sprawnych, więc „brawo ja”, strefa zrzutu worków i już byłem na trasie…

… a wracając do moich nawracających myśli przez pół odcinka kolarskiego. Liczyłem, że po świetnym pływaniu i rowerze w 2:40 wciąż trzeba pobiec półmaraton poniżej 1:40, by złamać 5 godzin. Wiem jak biegam po rowerze, a szczególnie po mocnym rowerze. Domyślałem się tylko jak bardzo będzie boleć i jak bardzo będzie niefajnie. Ale myślenie nie boli… w odróżnieniu od sytuacji faktycznej. Rower w 2:40 to było moje marzenie. Rower + T2 w 2:40 to było coś niemożliwego do zrealizowania.

Podsumowując: odcinek kolarski przejechałem w około 2:34 dając sobie dodatkowe minuty na bieg. Niespecjalnie mnie to uspokoiło, bo gdy pomyślałem, że mam przebiec półmaraton w 1:43, to nadal mnie to osłabiało. No ale to dopiero pierwsze kółko… martwić zaczniemy się na trzecim…

Run

Kibice, wrzask, hałas, okrzyki „Marcin, Marcin”, wreszcie pierwszy bufet prowadzony przez epicką ekipę niebieskich „Wymiataczy” <3 Dodatkowo mój status mistrza pierwszej prostej. To wszystko sprawiło, że pierwszy kilometr półmaratonu pokonałem w 4:10. Przeraziło mnie to i rozśmieszyło jednocześnie. ;)

A potem… a potem Świętojańska i walka. Od początku było ciężko, przynajmniej tak się wydawało, bo potem było jeszcze ciężej i to wcześniejsze „ciężko” było sielanką. Standard.

To nie był piękny bieg. No może na pierwszym kółku było spoko. Wszystko widziałem, wypatrywałem kibiców i starałem się bawić razem z nimi. Z biegiem czasu to zanikało. Mimo że rower jest czasowo dłuższy od biegu, to właśnie podczas tuptania zebrało mi się na przemyślenia.

Często zdarzało się to czego tak bardzo nie lubię – poirytowanie. „Po cholerę mi to, po co taki bieg na wynik, że może jednak zwolnie i to wszystko pierdziele, że lepiej się dobrze bawić osiągając słabszy wynik.” Starałem się myśleć o wszystkim innym tylko nie o tym. Znowu szukałem czegokolwiek co może mnie rozweselić. Na szczęście na trasie biegowej w Gdyni są kibice. <3 Dla was wszystkich, znajomych i nieznajomych, wielka piona!

W worku w T2 nie miałem coca coli. Nie chciało mi się jej kupować i tam wkładać. :P O dziwo podczas biegu nie było tak źle z żołądkiem. Tutaj muszę się nawet bardzo pochwalić, bo na odcinku biegowym zjadłem ok. 2 i pół żela, co jest chyba nowym rekordem. Żołądek nie buntował się nawet tak silnie jak na wcześniejszych połówkach. Jasna sprawa, że miałem momenty gdy chciałem to z siebie… wyrzucić ;) ale kiedyś bywało zdecydowanie gorzej.

To zabawne ile człowiek znajduje haków na siebie podczas takiego wysiłku. Ile wymyśla rzeczy żeby zająć głowę czymkolwiek byle nie myśleniem o biegu. Ciężko to wszystko nawet spisać. Pamiętam, że tak bardzo chciałem się zatrzymać lub chociaż zwolnić, że obiecałem sobie postój na ostatnim bufecie na skwerze. Zupełnie nie pomyślałem wtedy, że jak już na nim będę to ni ch…a się nie zatrzymam, bo to przecież tuż tuż przed metą. :D

Na początku biegu miałem plan by ustawić tempomat na 4:30’/km i tak biec dopóki się da. Świętojańska wyszła wolniej ale za to potem Piłsudskiego z górki nieco szybciej. Dało się tak biec ale krótko Z kilometra na kilometr przybywało sekund do podsumowania każdego kaema. Na drugim kółku nawet Piłsudskiego z górki nie była… z górki. :P

Biegłem raczej po 4:40. Zegarek często pokazywał jakieś bzdury w tempie chwilowym w stylu 5:20 i takie tam. Uznałem, że to GPS wariuje. ;) Domyślałem się, że bieg wygląda raczej kiepsko :P ale za to z jaką radością przyjmowałem podsumowania kolejnych 1000m, które pokazywały tempo rzędu 4:45.

Mimo słabszego tempa motywowałem się, że każdy kilometr wychodzi poniżej 5 minut. Dobra passa skończyła się na trzecim podbiegu pod Świętojańską, gdzie 5:18 nieco pokazało mi gdzie jestem. :P Kolejny km powyżej 5:00 wyskoczył dopiero na 20km, więc nie odpadłem tak zupełnie.

Trzecie kółko to bieg serduchem. Na Świętojańskiej biegłem z zamkniętymi oczami, bo nawet patrzenie mnie już męczyło i bolało. Na Piłsudskiego prawie wpadłem przez to na innego zawodnika, który zwolnił by sięgnąć po kubek. Nie żeby to był jakoś specjalnie epicki bieg, bo każdy kto startował przeszedł swoje cierpienie ale tak cholernie nie chciałem już biec. ;)

„Nigdy więcej zawodów na wynik” rzekłem. Już niedługo będę się musiał wyspowiadać z tego kłamstwa. ;)

Na trzecim okrążeniu zacząłem kalkulować swoje szanse. Był zapas co było świetną wiadomością. Wiem jednak jak bardzo można zwolnić gdy jest się w takim stanie. Spowolnienie z 4:50 na 6:00 wydaje się minimalne i daje nieco ulgi, ale do wyniku nagle dodaje parę minut. Parę minut, które powodowały wylądowanie po złej stronie „wyniku pięciogodzinnego”. ;)

Gdy na trzecim kółku pomyślałem, że nie da się utrzymać tempa, że zaczynam maszerować i jest po ptakach przypomniałem sobie o propozycji organizatora Triathlon Energy w Mrągowie. To będzie mój ostatni start tri w tym sezonie. Jestem tam zapisany na 1/4 IM ale organizator zaproponował, że jak w Gdyni nie wyjdzie, to mnie przepisze z ćwiartki na połówkę. Tak bardzo nie chciałem przez to znowu przechodzić… więc siłą woli utrzymywałem tempo i czekałem cierpliwie na metę. :D

Ostatni znak na trasie pokazywał, że znajduje się na 20,6 kilometra trasy. Na zegarku miałem bodaj 20,2 ale wiedziałem, ze do mety jest ok. 500m. Trasa prawdopodobnie była krótsza ale średnio mnie to obchodziło. Wiedziałem, że MAM TO, że tutaj już nic złego się nie wydarzy i piątka pęknie jak ta lala.

Na ostatniej prostej zabawa i feta, trochę głupot, poprzybijanych piąteczek i darcie mordy na ostatniej kresce, która oznaczała koniec cierpienia.

Za metą

Nadszedł bóbr.

Usiadłem w cieniu zaraz za metą. Chęć donośnego szlochania jak ten bóbr ;) biła się z myślą, że obok siedzą jakieś zawodniczki i nie wypada. Ciężko było się powstrzymać ale najważniejsze było to, że już nie trzeba biec.

Po dłuższej chwili podszedł jakiś wolontariusz, by nas wygonić (w sensie poprosić :)) dalej do strefy finiszera. :) Wyszło fajnie, bo to był taki czas gdy już zacząłem panować nad sobą i mogłem iść dalej.

Nie ogarniałem tego co się właśnie stało. Bóbr nadchodzi nawet gdy pisze te słowa… :)

Dla mnie osobiście to był wielki dzień. Tak jak dla 2000 innych osób startujących w niedzielę i kolejnych kilkuset w sobotę. Dzień, w którym bardzo dobitnie poznałem różnicę między ścigania się, a startowaniem. Ten tekst piszę w poniedziałek, dzień po starcie. Stwierdzę trochę na wyrost ale z dwojga powyższych podejść do sportu chyba jednak wybieram ściganie. ;)

Podsumowując

Trening oddaje. Nigdy nie trenowałem tyle co przez pierwsze półrocze 2017 roku. Trafiając do Endure Team pod opiekę Tomka Spaleniaka nie do końca wiedziałem jak to się potoczy. Wyniki widać gołym okiem, nawet gdy te oczy są zamknięte podczas biegu. ;)

Mój trening od początku lipca się jednak zmienił. Postaram się poruszyć ten temat w jednym z kolejnych wpisów. Trenuje teraz dużo mniej. Stwierdzenie „nigdy nie trenowałem tyle co przez pierwsze półrocze 2017 roku” odbija się na życiu osobistym. Nie ma róży bez kolców i postanowiłem nieco zluzować. Przynajmniej tymczasowo.

Swoją triathlonową drogę rozpatruje w kontekście lat zmagań, a nie najbliższych miesięcy czy roku. Dlatego nie spieszy mi się do dystansu długiego oraz nie przeszkadza mi jeśli przez najbliższe tygodnie, miesiące, a nawet rok treningu będzie zbyt mało na fajny rozwój. Jak to się mawia „Enjoy the journey”. :)

Jeśli już jesteśmy przy cytatach, a raczej „one-linerach” to warto byłoby przytoczyć hasło, które pojawiało się już nie raz na tym blogu: „Anything is possible… ale że aż qwa tak?!”. Piątka rozmieniona z czego jestem okropnie zadowolony. Tym bardziej, że jeszcze czuje jak bardzo wiele mnie to kosztowało, choćby podczas samych zawodów.

To był udany weekend. 8)

Triathlon Gdańsk – olimpijka, czyli dużo pływania :P

Triathlon Gdańsk – olimpijka, czyli dużo pływania :P

Start na niefajnym dystansie (bo stosunkowo dużo pływania :P), w niepełnym zdrowiu (bo P1000J ;)) ale za to blisko domu. Argument za był wystarczający by spróbować.

Do tego startu podchodziłem bardzo ostrożnie. Kolano po feralnym ultramaratonie nie doszło jeszcze do siebie, ba!, te słowa piszę po ponad 2 tygodniach po Triathlon Gdańsk i kolano nadal dokucza. Na dodatek powiem, że ostatnie półtorej tygodnia w ogóle nie wsiadałem na rower, bo byłem na urlopie. Powrót z wakacji i od razu trening na bajku = po 25′ znowu poczułem ból w kolanie. Dupa!

Wracając jednak do startu. Niewiele czasu minęło od momentu gdy minąłem metę, a już tak wiele zapomniałem z tego co się działo. To znaczy, że urlop się udał. ;)

Coś tam jednak pamiętam ale żeby nie zaczynać od tyłka strony (bo najbardziej pamiętam świetny bieg ;)), zacznę jednak od dnia poprzedzającego zawody.

Odprawa

Pierwszy raz nie byłem na całej odprawie. W sumie nie wiem czemu. Stałem na molo z rowerem i słuchałem o czym opowiadają ze sceny na plaży. Zaczęło się robić nudno, więc poszedłem odstawić rower. Myślałem, że posłucham odprawy z drogi do mojego wieszaka ale po 70 kilometrach ;) chodu przez strefę z rowerami dźwięk spikera zanikł. Trochę potem czułem się nieswojo i na przyszłość jednak będę chodził na te odprawy, by słuchać teoretycznie „tego co zawsze”.

Dzień przed startem rozmawiałem jeszcze z Markiem, który to stwierdził, że pływanie będzie ciekawe. Chodziło oczywiście o falę. Podchodziłem do tego luźno aczkolwiek Marek pływa lepiej ode mnie, więc jak on mówi takie rzeczy…. to trzeba będzie uzbroić się w dodatkowe przyrządy. Jak widać na poniższym zdjęciu, do zawodów przystąpiłem nadzwyczaj ostrożnie. ;)

START

Rolling start był zrobiony mądrzej niż w Sierakowie. Pro na raz wskoczyli do wody a dopiero amatorzy startowali „rollingiem”. Wystartowałem strasznie powoli. Wlokłem nogę za nogą powoli zanurzając się w wodzie. Na zdjęciach ze startujących 8 osób jestem na samym końcu aczkolwiek nawet jak bym się spiął i wystartował mocno to też był bym ostatni.

W pierwszej sekundzie poniższego filmu widać zresztą jak bardzo zamulam. :P

Na raz startowało 8 osób. Ja byłem ustawiony zupełnie z prawej strony. Żeby wbiec do wody, po przebiegnięciu przez barierki musiałem skręcić w lewo, ominąć bramę i dopiero skierować się w stronę wody. Myślę, że jakby startowało po 6 osób na gwizdek, to wyglądałoby to dużo rozsądniej.

Swim

Rolling rollingiem, a cały czas płynąłem w tłoku. To chyba był taki sztuczny tłok ale na szczęście niczego mi nie ukradli. W sensie ani tri-gaci, ani pianki, ani nawet nie zerwali mi czepka czy okularków z głowy.

Nie wiem z czego to wynikało ale przez całe 1500m była co chwila lekka walka i przepychanie. Widać było, że nikt nie chce się szarpać ale jakoś tak wychodziło, że płynęliśmy blisko siebie i wszyscy „inni” myśleli że ci drudzy „inni” odbiją nieco w bok, by zrobić nieco przestrzeni. ;)

Suma sumarum było klawo. :P Po 1200-1300m (tak jak w Sierakowie) nagle pojawiła mi się wielka kropla wody w okularze, co doprowadzało mnie do mega irytacji. Tak jak w Sierakowie zatrzymałem się na parę sekund by to naprawić. Nie wiem o co biega. Czy mi się tak gałcuny pocą (to pewnie dlatego, że tak szybko płynę) czy ki ch…

W temacie „szybkiego pływania”, to tylko mi się oczywiście wydawało, bo z wody wyszedłem po ponad 30 minutach. :P

Na tytułowej fotce (przy okazji dziękuje Maćkowi za jej zrobienie) widać uśmiech na mojej twarzy. Zapewne było to przed spojrzeniem na zegarek. ;)

T1

Biegłem i biegłem i biegłem i biegłem… i inni też biegli i biegli. Miarki nie miałem ale podejrzewam, że stara strefa zmian Ironmana wzdłuż Skweru vs. strefa zmian w Gdańsku to jak porównać klasę Optimist do Titanica. ;) #JustKidding

W T1 wyprzedzałem. Fajnie, bo nie wyszedłem mega zmordowany z tej mordowni… znaczy wody. Długi dobieg do belki leciałem w butach, a jakże. Takie mam doświadczenie już w bieganiu w butach kolarskich, że na niezbyt szerokiej alejce również wyprzedzałem innych zawodników. ;)

Bike

Było fajosko! Przez pierwsze 18 minut. Potem ból kolana. Zasadniczo ten ból nie przeszkadzał jakoś super bardzo jeśli chodzi o pedałowanie. Na pewno cisnąłem nieco lżej jak gdyby nie było bólu. Większym problemem (tak jak i na ultramaratonie) okazał się ból czterech liter i podjazdy. Brak możliwości wstawania na pedały jest gupi i słaby! ;)

Prędkości były spoko. Jechałem swoje i wychodziło to bardzo fajnie. Po nawrotce zaczęły się jakieś pociągi i trochę pokrzyczałem sobie na współtowarzyszy niedoli. Trochę szeryf byłem ale ciiii. Po paru minutach bardzo szarpanego tempa jakoś udało się odskoczyć… a może to te pare osób jakoś się rozjechało. Wielkiego draftingu nie był ale już bałem się co będzie na drugim kółku.

Aha i jeszcze jedno jeśli chodzi o pierwsze okrążenie. Organizator cały czas przestrzegał nas przed jazdą w tunelu. Myślałem że przegina… ale nie. Jazda tam była bardzo niebezpieczna. Po zawodach dopiero dowiedziałem się, że pierwotnie trasa miała być jednokierunkowa i do dyspozycji zawodników miały być obie nitki tunelu. Tak się nie stało i podczas wyprzedzania w tunelu prawie srałem pod siebie ze strachu jadąc prawie środkiem jazdni 50-60 na godzinę… z górki of course. ;)

Czemu wyprzedzałem na skrajni swojego pasa ruchu? Bo towarzystwo kolarskie nie kuma, że gdy jedzie się samemu po pasie to należy jechać prawą stroną. Bo przecież za 3 kilometry będzie wyprzedzał tego gościa co go goni, więc już zjedzie sobie na środek pasa… no na taki lewy środek. K$#@a.

Na drugim kółku już nie było tak kolorowo jeśli chodzi o prędkości aczkolwiek gremlin pokazywał gorsze dane niż zobaczyłem finalnie na wynikach od organizatora. Jak widać poniżej zarówno TAM jak i Z POWROTEM zwolniłem tylko o 1 km/h. ;)

Przez większość zawodów miałem mega zajawkę ale na powrocie z drugiego kółka puściły mi nerwy. Nagle dogoniło mnie kilka osób i znalazłem się w środku grupy. Nie chciałem jechać jak parówa, a ziomki jechały dwoma rzędami. Wydarłem się wreszcie czy „lewa strona wyprzedza czy stoi”. No to lewa strona zjechała na prawo, by stworzyć jeden ciąg lokomotywy z wagonikami.

Zjechałem na lewo i ich wyprzedziłem. Trochę zaczęło palić w udach. Długo nie pojechałem z przodu i znowu znalazłem się w grupie. Nie miałem siły znowu uderzać do przodu, więc zawołałem paru osób „co tu qwa robią” jednak ćwiczone tygodniami skamieniały miny nie odpowiedziały ani słowem. #MistrzowiePokerFace

W tym momencie ch%#$@ mnie strzelił i nacisnąłem klamki hamulca. Parówy odjechały na  30-40 metrów. Daleko ale nie chciałem mieć z takimi cieciami do czynienia. Zapisałem sobie nawet numery dwóch typów z tyłu stawki ale szkoda mi nawet je przytaczać. Po paru minutach grupa była już ze 150m przede mną. Że tak powiem „ładnie cisnęli”. :/

Wtedy nadjechał motor, pogadał z nimi i nagle grupa się rozeszła. Kilka minut później kilka parów było już za mną. To drugi raz gdy zderzyłem się z tak rażącym i celowym draftingiem (pierwszy raz był na IM rok temu gdy jechały dwie parówy na przodzie swojej, siwej strefy czasowej). Na pohybel!

Sprawdziłem po zawodach czasy tych dwóch zapamiętanych numerów… bike split mieli gorszy od mojego. :P

Jeśli chodzi o moje zawody, to końcówkę jechałem już bardzo wolno. By dopełnić standardu wypiąłem się z butów ze 2 km przed belką… ot tak by zdążyć. ;)

Tempo i czas na rowerze było bardzo fajne aczkolwiek trasa była prosta, więc nie wiem czy można to jakośkolwiek przekładać na to co będzie na 90 km IM Gdynia. W Gdańsku było parę górek ale poza nimi nigdzie nie trzeba było zwalniać (poza nawrotką of course ;)).

T2

Biegłem i biegłem…. ;) Tym razem wygodniej bo bez butów. I znowu wyprzedzałem ludzi podczas biegu. Raczej na to nie zwracam uwagi ale tutaj ilość wyprzedzanych osób była po prostu spora, a po drugie różnica temp była bardzo znaczna. Nie żebym na rowerze nie wyprzedzał ale jakoś miło się robiło gdy w T2 potrafiłem machnąć 5-10 osób podczas samego biegu.

Run

Bieg był fantastyczny. Zacząłem dość mocno i gdy tętno wskoczyło na wyższy poziom oraz zrobiło się cieplej… utrzymałem wysiłek. Może to zasługa nieskatowania się na rowerze (przez kolano), a może po prostu dyspozycja dnia. Nie wiem ale bardzo chciałbym powtórzyć to w Gdyni.

Przed zawodami myślałem sporo o biegu. Myśli me ciągle wracały do startu w Starogardzie Gdańskim gdzie postanowiłem zajechać się na rowerze i pobić rekord w biegu… O ile na rowerze był konkret, o tyle na biegu byłem max zbombiony. Dość powiedzieć, że tempo na 10 km w Gdańsku było szybsze niż na 5 km z hakiem w Starogardzie. ;)

Cel na bieg został osiągnięty. Nie chodziło nawet o sam czas czy tempo. Chodziło o nastawienie metalne i wytrzymanie pewnego (określonego samopoczuciem, a nie tętnem) poziomu wysiłku. Była wola walki i ciągła zajawka, więc mimo dyskomfortu czas mijął względnie szybko.

Meta

Na 1-1,5 km przed metą wyprzedziło mnie trzech gości. Co ciekawe do tej pory raczej nikt mnie nie wyprzedzał (poza Kubą Rucińskim :P ale to inna liga). Trochę mnie to zesmuciło, bo zaraz meta, a ja teraz spadam o 3 oczka w dół. Nie odpuściłem i zrewanżowałem się jednemu gościowi z owej trójki. Tuż przed metą dogoniłem jeszcze jakiegoś innego zawodnika i zagraliśmy w grę. :P

Zrównałem się z nim i wyszedłem o krok w przód. On krzyknął „oooo ty!” :) i zaczął przyspieszać. Co 2 kroki wchodziliśmy na coraz wyższe tempo, a mi wydawało się, że mam wszystko pod kontrolą. Co ziom przyspieszał, to ja odpowiadałem i wychodziłem pół kroku w przód.

Finalnie przestałem kontrolować tempo, bo skończyły mi się biegi w skrzyni. ;) Został tylko guzik „ignition” i odpaliłem w przód. Finisz wygrałem o kilka dobrych metrów, a na mecie padłem na cycki. ;)

To były świetne zawody. Po rowerze gdy kalkulowałem co muszę pobiec by złamać 2:30 wychodziło mi, że trzeba biec po 4:30. Wydawało mi się to strasznie szybko i w ogóle poziom 2:30 na olimpijce wydał mi się jakiś ultra ciężki do osiągnięcia.

Finalnie zatrzymałem zegar na 2:27.36 co jest oczywiście moim nowym rekordem życiowym na tym dystansie. Swoją drogą, startowałem dopiero drugi raz na olimpijce. :P

Z uwagi na lokalizację zawodów za rok pewnie wrócę do Gdańska aczkolwiek najpierw upewnię się dwa razy czy trasa rowerowa jest bezpieczna. W tunelu zdarzył się wypadek (a może i wypadki) i mam nadzieję, że da to do zrozumienia organizatorowi, by zmienić ten element trasy.

Pozdro!

Pierścień Tysiąca Jezior – ultramaraton na gorzko – cz. 2

Pierścień Tysiąca Jezior – ultramaraton na gorzko – cz. 2

W pierwszej części relacji z P1000J nie zawsze wszystko szło zgodnie z planem. Bywały gorsze momenty… ale to były momenty, a nie sytuacja stała… z którą napotkałem się na 417 kilometrze jazdy.

Po publikacji „ultramaratonu na słodko” pojawiło się kilka pytań technicznych, na które najpierw chciałbym odpowiedzieć.

Cały ultramaraton przejechałem w spodenkach na szelkach, które kupiłem tydzień przed zawodami. Miałem na zmianę strój triathlonowy Nozbe, który na przepaku na 350 km wrzuciłem do torby aby ubrać go tuż przed metą i wjechać czyściutki i świecący w oko kamer i aparatów. ;) To jest w ogóle dobry moment na wzmiankę o stroju na zmianę. Jego tkanina wciągnęła chyba całą wodę (wraz z rolką papieru toaletowego), która wlała się do niedomkniętej torby w trójkącie ramy. :P

Relacja wideo z ultramaratonu

Drugie pytanie: lemondki. Były dozwolone ale za radą Mietka zrezygnowałem z niej. Trochę ludzi jechało z lemondką. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że lepiej jechałoby mi się z założoną dostawką. Model, który używam umożliwia mi złapanie kierownicy na górze (tak jak, np. w rowerze MTB). Jednak nie miałem takich uchwytów do lampek, by móc je zamocować gdzie indziej niż na kierownicy (np. na rurkach lemondki, pod spodem). Lampki zajmowały niewiele miejsca ale na tyle dużo, że uchwyt „klasyczny” już nie był tak wygodny. Odnośnie trzymania kierownicy opiszę jeszcze swoje przemyślenia na końcu tego wpisu.

Trzeci temat: drogi. Niezależnie czy to był 10, 100 czy 500 kilometr zdarzały się drogi lepsze i gorsze. Ten rejon Polski ma najgorsze nawierzchnie w kraju. Szkoda rozwlekać bardziej temat, bo poprzednie zdanie wystarczająco określa po czym trzeba było jechać.

Wracając jednak do kilometra numer 417

Środek nocy, czujesz się jak na wyczerpującej i długiej imprezie ze znajomymi. Nagle muzyka przestaje grać, a znajomi znikają. Tak samo jak znika dach nad głową, a ty w koszulce i krótkich spodenkach zostajesz wśród jesiennego, chłodnego deszczu. Zaczynasz się trząść z zimna, nie wiesz gdzie w ogóle jesteś i co teraz zrobić. Ja byłem w lepszej sytuacji – wiedziałem co zrobić: pedałować. Sęk w tym, że nie wiedziałem jak to robić.

Gdy pojawił się ból kolana moje myśli w mgnieniu oka nastawiły się na jeden cel: dojechać do kolejnego PK… i tam odłączyć się od grupy. Na podjazdach cierpiałem niemiłosiernie i grupa mi odjeżdżała. To były momenty, w których nadzieja znikała wraz z oddalającymi się lampkami. W tych momentach strach i adrenalina pozwalały docisnąć pedały, by złapać grupę na płaskim odcinku. Instynkt przetrwania zwykle działa cuda. Nie pozwalałem grupie odjechać i wiedziałem, że jak odpuszczę, to nikt tutaj ze mną nie zostanie. Niby nic, pojadę samemu, trudno, nic nowego. Nocy się bać nie będę ale ciągły deszcz wprowadzał ponury klimat.

Kilometry mijały okropnie powoli, a na podjazdach coraz bardziej traciłem łączność z grupką. W pewnym momencie poczułem jakby ból się zmniejszył. Zdążyłem się nawet zastanowić czy może na PK zdążę doprowadzić się do normalności i zabrać razem z grupą. Te krótkie przemyślenia przerwał ból, zgięło mnie i chyba nawet coś krzyknąłem z bólu. Bardzo punktowy ból, zupełnie nie przeszkadzający gdy noga nie musiała pracować. Jeśli jednak chciałem pedałować, to… nie mogłem, bo nie mogłem go przezwyciężyć.

Straciłem wiarę, że dojadę do PK z grupą ale nadal bardzo, BARDZO chciałem przejechać z nimi ten jeden kilometr… i kolejny. Ale kolejnego nie było, bo każdy km dłużył się w nieskończoność, a głowa się poddała. Nie wiem nawet który to był km ale poddałem się. Poddałem się w 100%. Czerwone światełka znikały za kolejnymi zakrętami.

Liczyłem na ulgę, a dostałem coś zupełnie odwrotnego.

Ból się skończył ale samopoczucie się jeszcze pogorszyło. Pozbyłem się w teorii jednego kłopotu ale zyskałem kilka kolejnych. Samotność, rezygnacja, zimno, strach. Każdy z tych stanów miał kilka twarzy.

Najpierw poczułem się samotnie. Niby nic ale morale spadło do zera. Dopiero po chwili uzmysłowiłem sobie, że nie wiem gdzie jechać. Miałem w torbie power banka, a na telefonie wgrany ślad trasy, więc teoretycznie wszystko było ok. Tyle że ciągle lał deszcz, więc mokry ekran telefonu nie reagował. Do zatrzymania się, by przeczyścić telefon i sprawdzić mapę zachęciło mnie jeszcze jedno wydarzenie: brak wizji.

Po odjeździe grupy poczucie zmęczenia nagle do mnie bardzo trafiło. Każda drobna rzecz zaczęła przeszkadzać bardziej niż przed chwilą. Piach i woda w oczach piekła i irytowała. Zacząłem zamykać oczy, by wycisnąć z nich ten syf. Finalnie lądowałem na przeciwległym pasie jezdni, bo średnio kontrolowałem gdzie jadę. Postanowiłem, że poradzę sobie z tym na spokojnie. Zatrzymałem się, przetarłem oczy i telefon oraz sprawdziłem trasę. To wszystko trwało mniej niż minutę i mogłem powoli jechać dalej.

Przez krótką chwilę wydawało mi się, że jadę szybko. Zdarzyła się taka szczególna sytuacja, która nie wpłynęła na mnie w żadnym stopniu, choć powinna. Jadę nocą po czarnym asfalcie położonym w lesie. Cimno jak w… bardzo ciemno ale w oddali widać, że szosa przejeżdża przez jakieś miasteczko. Widzę światło w oddali ale najbliższe otoczenie to tylko lampka świecąca wąskim źródłem światła i zero wizji na boki. Nagle przez ten wąski strumień światła, ok. metra przed rowerem przemknął kot (chyba). Zamiast się wystraszyć wreszcie się uśmiechnąłem, bo przypomniałem sobie historię z jeżem, który wyszedł na spacer.

Otóż gdy jechaliśmy jeszcze w grupie na drogę wyszedł jeż. :) To było również w nocy. Widoczność – tyle co rzucały lampki. Jechaliśmy w dwóch rzędach, bo raźniej. Nagle z przodu słychać „jeż!” i grupy rozbiły się na boki. Akcja trwała może z dwie sekundy ale zdążyłem zauważyć, że jeż chyba zrezygnował z przejścia przez ulicę i zawrócił. ;)

Wracając do mojej samotności. Wiedziałem gdzie jechać i że wystarczy mi prądu w telefonie, jeśli raz na jakiś czas odpalę mapę. Nie było wiele zakrętów na drodze ale średnio kontaktowałem co i jak, więc wolałem co jakiś czas upewniać się, że dobrze jadę. Ból oczu i narastające irytacja i zimno (związane z deszczem i temperaturą) powodowały, że straciłem nawet chęć na jazdę do PK. Chciałem się zatrzymać, położyć i zrezygnować z dalszej jazdy. Miałem kompletnie dość kręcenia korbą, bo nawet lekki ruch nogą promieniował mi na całe kolano.

Szukałem miejsca do popełnienia największego błędu tego ultramaratonu.

Świetną opcją byłby przystanek autobusowy choć marzyłem o jakimś otwartym sklepiku lub budynku. Marzyłem o schowaniu się przed wodą i zimnem. Kulałem się po tej głupiej szosie licząc na otwarty sklep… na wsi, nocą, z soboty na niedzielę. Zimno było mi bliskie od dłuższego czasu ale teraz atakowało ze zdwojoną siłą. Wiadomo, niższa intensywność równa się mniejszej ilości ciepła generowanej przez ciało. Wiedziałem, że jak się gdzieś zatrzymam i położę, to będzie problem – taki duży, prawdziwy problem, bo już wtedy byłem wyziębiony.

Wreszcie zobaczyłem wystający z budynku daszek. Na tyle duży, że spokojnie się pod nim schronię przed deszczem. Daszek chronił wejście do bankomatu, do którego drzwi były już niestety zamknięte. Nareszcie nie będzie padać, nareszcie nie będę musiał kręcić, nareszcie odpocznę. Wszedłem po schodkach i byłem pod daszkiem. Pierwsze wrażenie, cudownie, nic nie kapie. Chwilowo zrobiło mi się cieplej ale to było bardzo chwilowe. Samopoczucie jednak się polepszyło, bo przestało padać na głowę, no i nie musiałem pedałować. Termicznie jednak nie było komfortu, więc wiedziałem, że muszę dojechać do PK, bo inaczej zamarznę.

Wtedy nadjechał jakiś kolarz i widząc mnie zatrzymał się na moment, by sprawdzić mapę. Pogadaliśmy chwilę. To była bardzo markotna rozmowa. Każdy miał dość. Nie można było się użalać nad sobą, bo każdy miał prawo być zmęczonym i poirytowanym przez padający od kilku godzin deszcz. Tak bardzo jak ucieszyłem się widząc drugiego zawodnika, tak bardzo posmutniałem gdy odjechał, a ja jeszcze nie umiałem się do tego zmusić. Minęło jednak parę minut i postanowiłem jechać dalej. Było może z 20 km do przejechania ale wiedziałem, że obecnie jest to dla mnie co najmniej godzina jazdy, podczas której będę mierzył się z wyziębieniem i kłującym kolanem.

Zszedłem po schodkach, wsiadłem na rower, ruszyłem… i dostałem ogromnych drgawek na całym ciele. Przy okazji skurczyły mi się mięśnie w górnych partiach ciała przez co kurczowo trzymałem kierownicę, której i tak nie mogłem skręcić. W głowie przerażenie i panika: co teraz, nie dojadę, nie mogę tu zostać, nie kontroluje siebie ani roweru, zimno. To był ten moment, w którym najbardziej się przestraszyłem. Nie polecam. ;)

Po około minucie kręcenia ciało wróciło do „normalnego stanu wyziębienia” znanego sprzed zatrzymania się pod daszkiem. Obiecałem sobie jedno: choćby skały srały, a noga odpadła nie zatrzymam się nigdzie indziej niż w jakimś ciepłym miejscu. Nawet jak nie będę wiedział gdzie jechać, będę kręcił i jechał. Takie nastawienie pomogło mi odrzucić jeden problem, a właściwie dało odpowiedź na jedno pytanie: jechać czy zatrzymać się bo „cokolwiek”. Postanowiłem, że jak nie będę miał możliwości (lub umiejętności czy ochoty) sprawdzić czy jadę w dobrą stronę…, to trudno.

Pojedyncze dragwki, problemy z oczami czy zjazdy na środek jezdni przytrafiały się jeszcze parę razy ale nie były już takie dramatyczne (w mojej ocenie). Doświadczenia zdobyte w nocy pozwoliły mi zapomnieć o alternatywach i skupić się na dojechaniu do Punktu Kontrolnego. Oczywiście że nie było fajnie, że bolało itp. ale chyba zaznaczyłem to w powyższych akapitach wystarczającą ilość razy.

To nie była żadna epicka jazda. Daleko mi od pochwalenia siebie za walkę i takie tam. To był wynik własnego błędu, tylko tyle.

Punkt Kontrolny 8

był umiejscowiony między dwoma jeziorami. W/g opini różnych osób było to najchłodniejsze miejsce na trasie ultramaratonu. Gdy go zobaczyłem było mi wszystko jedno. Tak długo jechałem w stanie „mam k..a dość”, że nie myślałem o niczym specyficznym. Oparłem rower o balustradę tarasu, zgasiłem lampkę, zabrałem telefon i wszedłem do budynku.

W środku dalsze rutynowe zachowanie. Karta do podbicia i podpis na liście. Jedyne o czym pomyślałem to, że „fajnie być w budynku”. Po papierologii chwyciłem po parę ciasteczek i zacząłem szukać dla siebie miejsca. Nawet nie prosiłem o ciepłą herbatę. Teraz jak o tym myślę, to chyba po prostu byłem całościowo zmęczony aczkolwiek na to zmęczenie nie złożyła się sama aktywność fizyczna ale również kwestie temperatury i pory dnia… a właściwie nocy. Była godzina 4.

Chciałem się położyć na rozłożonym materacu ale przemoczone ciuchy cały czas dawały poczucie zimna i ciągle mną telepało. Zacząłem więc chodzić i pytać obsługę o koc. Tym pytaniem bardzo zaskoczyłem osoby za barem. Nie wiem, może powinienem spalić się ze wstydu, że jestem mięczak. Wtedy jednak moja obojętność była tak wielka, że nawet mnie to nie zastanowiło.

Położyłem się, przykryłem kocem… i nadeszła jeszcze pościel. Może nie wyglądałem najlepiej, bo pani przyniosła mi kolejna warstwę do przykrycia. Koc wystarczył ale puch pod głową zadziałał kojąco. ;) Nawet nie wiem kiedy zasnąłem… aczkolwiek nie jestem pewien czy spałem. Słyszałem znajome głosy rozmawiające w budynku.

Leżakowanie w mokrych ciuchach było na krótką metę lepsze niż próby rozbierania się. Za nic w świecie nie chciałem próbować się osuszać, tylko szukałem każdej odrobiny ciepła. Dopiero po jakimś czasie (1h? 2h?) stwierdziłem, że moje ubrania parują, a wilgoć nie ma gdzie uciec bo jest pod kocem. Odkrycie się nie było przyjemne ale czułem się na tyle ok, że byłem gotów przyjąć chwilową porcję zimna. Zacząłem też rozglądać się po lokalu, coś zjadłem i wypiłem.

W PK8 spędziłem prawdopodobnie 3,5 godziny, więc miałem sporo czasu do obserwacji. Ostatnie (chyba) półtorej godziny spędziłem na próbie osuszenia kurtki, skarpetek i butów. Nie ryzykowałem mimo wszystko mocniejszego rozbierania się. Z żalem wspominałem przemoczony strój triathlonowy, który mógłby być suchą alternatywą ubraniową. ;)

Nie do końca jestem w stanie ogarnąć chronologię wydarzeń ale zacząłem działać w kierunku dalszej jazdy. Nie chciałem jechać dalej ale coś trzeba było robić. W PK cały czas był obecny komandor zawodów jednak byłem zbyt leniwy, by powiadomić go o rezygnacji. „Jeszcze nie teraz, może jak będę się lepiej czuł”. W procesie przygotowań do jazdy wspomagała mnie Agnieszka, która asystowała mężowi w jego wyzwaniu. Swoją drogą taki support to skarb. Mimo deszczu przyniosła mi coś z torby rowerowej (nawet nie pamiętam co) i co jakiś czas podpytywała „co dalej i jak mogę ci w tym pomóc”.

Powoli zacząłem zmieniać myślenie. Nadal chciałem zrezygnować ale z uwagi na nieco lepsze samopoczucie chciałem dojechać do kolejnego PK, z którego miałem kilka kilometrów do swojej rodziny. Zdawałem sobie sprawę, że stamtąd jest jeszcze bliżej do mety ale… 100 km to wcale nie jest blisko. ;) Szczególnie jak jedzie się po górkach 15 km/h, a czworogłowe lewej-sprawnej nogi też już dają o sobie znać.

Z technikaliów. Podczas pobytu w PK8 rozładowałem powerbanka ładując telefon. Garmina nie naładowałem, bo ogólnie rzadko kiedy się ładował przy podpinaniu do powerbanka (wciąż nie wiem czemu). Sam zegarek zakończył aktywność, bo zbyt długo był w stanie pauzy.

Przygotowanie się do jazdy polegało na założeniu siatek na gołe i lekko wilgotne stopy, po wcześniejszym posmarowaniu ich jakimś olejkiem od Agnieszki, by zapobiec odparzeniom. Potem mokre skarpetki, bo nie było gdzie ich dobrze wysuszyć i buty. Po pierwszym skrzywieniu się przy zakładaniu skarpetek poczułem względny komfort. Ubrania zdążyły trochę odparować, więc nie było mi zimno. W teorii byłem gotowy do drogi ale psychicznie… próg w drzwiach był nie do przejścia.

Przygotowując się wychodziłem dwa razy na dwór, by sięgnąć po coś przy rowerze. Na dworze kropiło i było chłodno. Czułem chłód. Nie wiem czy duży chłód czy mały – nieistotne. Spotkanie z zimnem było ostatnią rzeczą, której chciałem doświadczyć tego dnia. Zdawałem sobie sprawę, że dalsza jazda to 50 km do kolejnego punktu czyli w obecnym stanie pewnie z 2,5-3h kręcenia. Nie wiedziałem tylko czy to będzie powolne kręcenie jedną nogą czy może również walka z przenikającym zimnem. Przechodząc próg wiedziałem, że nie będzie powrotu jeśli za godzinę znowu zrobi się nieciekawie. Strach mnie jeszcze nie opuścił… ale pozytywnej energii dodawał fakt, że na dworze było już jasno.

Wtedy do PK wpadł Zbyszek z Olą

czyli goście pensjonatu, w którym smacznie spałem noc wcześniej. Od razu zrobiło się raźniej. Ja byłem po kilku godzinach wypoczynku, więc poziomem energii i witalności nie byłem już zakopany tak głęboko jak parę godzin wcześniej. Pogadaliśmy chwile, Zbyszek poczęstował mnie ketonalem w maści i jakimiś tabletkami na bóle tego typu. Finalnie stwierdził, że chyba oszalełem że „nie jadę dalej” i że pojadę. ;)

W sumie to nadal było mi wszystko jedno. Aura wyglądała na bardziej przyjazną ale ja już swoje przeżyłem i nie chciałem mieć żadnych nowych wrażeń tego dnia. Aczkolwiek nastawienie mentalne zmieniało się powoli przez ostatnie godziny. Stwierdziłem więc, że to spotkanie może być dobrym punktem zwrotnym, do dalszej drogi. Miałem jednak silne przekonanie, że to jeszcze za wcześnie. „Nigdzie mi się nie spieszy. Poczekam jeszcze z 3 godziny, a może 5, by pojechać do Reszla i się wycofać. Rodzina i tak jeszcze śpi.”.

Bałem się zimna. Na chwilę jednak wyłączyłem myślenie „co dalej, co jeśli itp”. Przekroczyliśmy próg i pojechaliśmy dalej. Lekko przesuszone ubrania dawały zupełnie inną ochronę termiczną. Na początku było mało przyjemnie ale odczuwana temperatura szybko się unormowała na dość komfortową. Okazało się, że nie taki wilk straszny… ale za to noga nadal nie działa. Zimno się skończyło, zaczęły się problemy z czterema literami.

Z uwagi na brak generowanej mocy z prawej nogi nie mogłem wstawać na pedały tak jak bym chciał. Z tego też powodu więcej siedziałem na siodełku, bo lewa noga pracowała tak ciężko, że zacząłem się o nią martwić. Generalnie odciążanie tyłka wyglądało w taki sposób: ciśnięcie lewą nogą stając na pedale, chwila przerwy, delikatne opuszczenie się na nodze by powoli usiąść na siodełku, spokojne przekręcenie korby o 180 stopni po to by znowu móc przycisnąć lewą nogą i wstać z siodła. Po kilku takich obrotach miałem dosyć. W sumie to nawet nie fizycznie ale byłem poirytowany, bo nie przynosiło to takiej ulgi jak bym chciał (co chwila wstawanie i siadanie), a dodatkowo katowało mnie mięśniowo.

Nie jechaliśmy też w grupie. Każdy z nas jechał swoim tempem i czasami tylko spotykaliśmy się na skrzyżowaniach. To nie było problemem. Mi był potrzebny punkt zapalny, by ruszyć dalej. Potem już trzeba było tylko zagryzać zęby, bo przecież do kolejnego PK trzeba dojechać. Na środku drogi się przecież nie zatrzymam.

Po dwóch godzinach jazdy znowu zrobiło mi się chłodno. To pewnie przez długotrwałą jazdę. Organizm ma mniej energii by się ogrzewać i jest bardziej marudny na niedogodności. Z pomocą przyszedł mój ruchomy bufet w postaci żony. Wyjechała kilka km z domu na trasę ultramaratonu, by podrzucić mi bluzę. Podobno pomoc związana z ubraniami jest niedozwolona i powinienem dostać za to DSQ. Whatever  ¯\_(ツ)_/¯

Po kolejnych kilkunastu kilometrach jazdy dojechaliśmy do Reszla czyli kolejnego punktu na mapie rajdu. Ola, Zbyszek i ekipa już tam byli. Nie umiałem nawet utrzymać ich spokojnego tempa. Czekała tam też moja Ewa, której oddałem bluzę, bo w niej z kolei było za gorąco. :) Gdy chwilę później wyszedłem na dalszą jazdę, żałowałem tej decyzji…, bo zaczęło padać. ☠️

Z dojazdówki do PK9 pamiętam jeszcze 2 sytuacje. Niekończący się podjazd tuż przed Kętrzynem (na wykresie wysokości wygląda jak niewielka górka) oraz inny dość długi podjazd, na którym zauważyłem drogowskaz do miejscowości Winda. Very funny. ;)

W Reszlu nie myślałem już o rezygnacji. Nie wiem czemu. Chyba po prostu o tym zapomniałem. :) Przypominając sobie jak wtedy się czułem…. no to się nie czułem. Nigdzie się nie musiałem spieszyć ale dyskomfort był spory, a jazda była maltretowaniem samego siebie. Jeśli jednak czytasz te słowa i myślisz o starcie, to muszę ci napisać, że wcale tak być nie musi. :) Gdybym mógł normalnie kręcić korbą na stojaka, to po pierwsze tempo byłoby lepsze, a po drugie tyłek by tak nie bolał. Tak więc największy problem by po prostu nie istniał.

Zjadłem szybko, by móc znowu zabrać się z ekipą na dalszą jazdę. Nie miałem w planach się siłować, by utrzymać ich koło ale jakoś tak raźniej, pojechać choćby chwilę. Przed nami było ostatnie 100 km trasy. Gdy zacząłem pesymistycznie planować czas przejazdu wyszło mi, że nie zdążę dojechać w limicie. :) Co ciekawe psychicznie balansowałem między zrezygnowaniem, a walką, by jednak przyspieszyć i spróbować. To była miła odmiana od stanów lękowo-depresyjnych sprzed kilku godzin. Jak teraz na spokojnie o tym myślę… to wciąż nie wiem po co jechałem dalej. :)

Jechaliśmy spokojnie co jakiś czas się mijając z Olą i jeszcze jednym kompanem. Plus był taki, że nikt nie dyktował tempa. Czasami Zbyszek próbował i motywował. Przez jakiś czas trzymałem jego koło ale prędzej lub później się poddawałem. 100 km mordęgi ale w porównaniu do ostatnich 50, to nie były one takie złe. ;) Na tym odcinku drogi miałem też wrażenie, że palą mi się stopy. Po jakimś czasie, z wielką niechęcią zatrzymałem się by zdjąć siatki ze stóp. Okazało się, że wszystko było w najlepszym porządku i nie było się czym martwić. Co ciekawe gdy usiadłem na asfalcie, to pierwszy samochód przejeżdżający po drodze się zatrzymał i gość zapytał czy wszystko ok. Fajnie. To był ostatni moment imprezy podczas którego poczułem chłod… a zdarzyło sie to gdy skarpetka znowu złapała bezpośredni kontakt ze stopą. ;)

PK10 zlokalizowany był w Lidzbarku Warmińskim. Już na odprawie była mowa, że specjalnie dla uczestników P1000J jest specjalna oferta i można za 5 zł iść do Term Warmińskich się pobyczyć w ciepłej wodzie i jacuzi. ;) Droga przez Lidzbark była względnie płaska oprócz odbicia od ciągu komunikacyjnego w stronę Term, na których parkingu był zlokalizowany Punkt Kontrolny. Ciężko się tam podjeżdżało i niechęć narastała ale pamiętam, że nie dobiło mnie to psychicznie. Uznałem to za ciekawy pstryczek ze strony organizatora, by właśnie w tym miejscu, po 560 kilometrach jazdy zrobić dodatkowy podjazd, by dokręcić wszystkim śrubę.

W tym miejscu zrobię pauzę. Nie wiem czy mnie oczy myliły (i nie żartuje, bo nie skupiałem się na niczym konkretnym i mogłem niedopatrzyć) ale wydawało mi się, że jakaś grupa zawodników stwierdziła, że „to już prawie meta, więc wypijemy piwko”. WTF?! Nie jestem również pewien ale to piwo chyba pochodziło z zapasów Punktu Kontrolnego. Wolę wierzyć, że to jednak moje skołowanie. Zjeżdżając z górki z powrotem na trasę doświadczyłem jeszcze obtrąbienia przez króla szos, który wyprzedzając mnie poświęcił chwilę swojego cennego czasu, by przekazać mi nowinę w postaci „spierdalaj na ścieżkę”. Owa ścieżka istotnie wiła się wzdłuż asfaltu lecz niestety kończyła się po kilkuset metrach i nie jechała tam gdzie ja. Walcząc ze stereotypami dopowiem, że król szos jechał BMW, rocznik 9x. Nadal cieszę się, że mnie nie trzepnął drzwiami.

W ten oto sposób wyruszyliśmy na swoje ostatnie 50 kilometrów. Na kolejnym skrzyżowaniu minąłem Zbyszka, który zastanawiał się czy dobrze pojechał. Ja wtedy już byłem cfany, bo miałem szybki dostęp do nawigacji (suchy telefon). Jasna sprawa, że na następnym podjeździe (na który nie trzeba było długo czekać) zostałem wyprzedzony ale świadomość, że jedziemy „prawie” razem ;) dodawała skrzydeł.

Z tymi skrzydłami to przesadziłem. Ruszając z ekipą Zbyszka z punktu mieliśmy do przejechania 150 km. Nie było w nich ani jednego fajnego kilometra. Tylko zmęczenie oraz narastający ból tyłka i kolana. Ostatnie 50 km dłużyło się jak żadne inne. Im dalej w las tym wolniej. Plan był bardzo prosty: jechać. Nieważne czy powoli czy bardzo powoli, byle jechać. Plan nie zawsze był realizowany jak choćby podczas siedzena na krawężniku przy jakimś przystanku autobusowym.

To było okropnie deprymujące 150 kilometrów. Droga była paskudna, a wiatr… wiatr pozwalał jechać po 40 kilometrów na godzinę w trakcie jazdy na wschód. Było oczywistym, że na powrocie będzie wiało w twarz ale nie myślałem, że aż tak. Jadąc 10 km/h stawiało mnie w miejscu. Jadąc z górki nie można było się rozpędzić… aczkolwiek to miało swoje dobre strony, bo wtedy mogłem usiąść udem na siodełku i dłużej cieszyć się zjazdem. ;)

Odliczanie ostatnich kilometrów też było długie i mozolne. Na ostatniej prostej wyprzedziły mnie jeszcze 3 osoby. Nie żeby miało to znaczenie. ;) … Widzę ją, widzę metę!

Podsumowanie

Podsumowanie pisałem już milion razy w myślach i kilka razy na komputerze. Nie chciałbym nikogo urazić dlatego na początku chcę napisać jedno zastrzeżenie: piszę to jako ja, jako osoba nastawiona na rozwój sportowy w triathlonie na dystansie do 1/2 IM z planami by w nieznanej przyszłości spróbować pełnego dystansu. A teraz do rzeczy.

Co mi dało przejechanie ultramaratonu? Nic, a przynajmniej nic dobrego. Czy udowodniłem coś sobie? Nie.

No bo co miałbym sobie udowodnić? Z perspektywy czasu oceniam ultra jako coś przy czym trzeba zagryźć zęby, być upartym i zmusić się do działania przez 2 dni. By złamać 40′ na 10 km zagryzam zęby codziennie od kilku lat, planując dzień pod sport i poświęcając wiele przyjemności na rzecz treningów. Można powiedzieć, że przy ultra trzeba zagryźć zęby mocniej i z tym się zgodzę ale poziom trudności ultra vs wytrwać w dyscyplinie treningowej przez rok, dwa lata, 10 lat… tego nawet nie wypada porównywać.

Co mi dało przejechanie ultramaratonu?

Wiem, że mogę jechać długo na rowerze ale w zasadzie nic mi to nie mówi i nie wiążę tego z jakąś specjalną umiejętnością czy zdolnością. Patrząc od strony negatywów pojawia się nieco więcej rzeczy do wymienienia. Jazda ultra to zamach na własne zdrowie. W tym przypadku w utracie zdrowia pomógł deszcz ale nawet jeśli byłoby sucho, to organizm jest totalnie rozjechany po takiej jeździe. Niejednokrotnie zresztą powtarzałem (i jest to popularna opinia), że sam maraton biegowy nie ma nic wspólnego ze zdrowiem, bo na tego typu biegu je tracimy, a nie zyskujemy. Jeśli więc sport jest dla nas czymś co ma poprawić nasze zdrowie, to zapukałem pod zły adres. W ten sposób tylko się nieszczymy.

Innym negatywem jest podatność na kontuzje. Patrząc z mojej perspektywy, taki start to nie tylko proszenie się o problemy ale również dłuższa przerwa w procesie treningowym. Tracę więc w tym aspekcie podwójnie. Po kilku dniach możesz czuć się świetnie ale taki rajd siedzi w środku ciebie jeszcze przez długi czas. Kontuzje nie muszą się wydarzać ale przy wielogodzinnej jeździe ryzyko występowania wzrasta dramatycznie.

Kolejnym negatywnym aspektem jest zabijanie swoich możliwości z zakresu utrzymywania intensywności. Na pierwszych treningach po ultra czułem to z czym spotkałem się 2,5 roku temu po przygotowaniach do debiutu w maratonie. Tempo biegu na niskiej intensywności było bardzo fajne ale każda próba przyspieszenia kończyła się bardzo szybko. Nie byłem w stanie na dłuższą chwilę utrzymać tętna i tempa przy którym rok wcześniej biegałem kilkukulometrowe odcinki. Długie zawody zabijają prędkość.

Kolejnym problemem jest utrudnione rolowanie przez kolejne tygodnie (miesiące?) po zawodach. Z uwagi na wielogodzinne opieranie się o kierownice, po zawodach miałem sinobordowe placki na wewnętrznej stronie dłoni. Kolor znikł dzień po zawodach natomiast bóle pozostały. Minęły 2 tygodnie, a ja wciąż mam dziwne napięcia w palcu serdecznym i małym obu rąk. Nie mogę wyciąć nadgarstka i się na nim oprzeć, bo wtedy te 2 palce są jakieś napięte i bolą. W związku z tym nie mogę się podpierać, np. do rolowania. Przez pierwsze dni po ultra nie miałem czucia w tych palcach i robiłem sporo błędów podczas pisania na klawiaturze.

Czy to wszystkie negatywy? Nie :P

Dlatego dużym błędem jest gdy ktoś stwierdza „jestem wolny ale wytrzymały” aby argumentować sobie starty w ultra. Oczywiście „wolny” nie jest obiektywne i nie zawsze jesteśmy w odpowiednim wieku do rozwijania szybkości. Jednak jeśli ktoś w pierwszych latach biegania przygotowuje się do maratonu i narzeka na swoje tempo w biegu na 10 km, to tak jakby trenował siatkówkę i był kiepski w kosza. Niby skoczność jest ale piłka nie chce wpadać w środek obręczy.

Swoją drogą, w tym temacie słuchałem fajny odcinek podcastu Maćka Żywka, w którym zastanawiano się jak w okolicach 40 lat zrobić nową życiówkę w maratonie. Chodziło o wynik sporo poniżej 3h, więc raczej b. szybkie bieganie. Gość podcastu opisał bardzo prosto jak to powinno się odbyć. Żeby biegać maraton w czasie X, należy pobiec półmaraton w czasie Y, co przekłada się na wynik Z, który należy osiągnąć w biegu na 10 km. A aby osiągnąć taki wynik w biegu na 10 km powinno się biegać piątkę na poziomie 16 minut. O ile wskazywany wynik w maratonie był możliwy do objęcia rozumiem, o tyle 16 minut na 5 km to była czysta abstrakcja. I tak właśnie koło się zamyka. Biegając po 6’/km nie ma czegoś takiego jak „wolny ale wytrzymały”. To kwestia wyboru „nie chce być szybki, bo wolę kulać się na ultra”.

Obecnie jestem wyłączony z poważnego treningu przez kolano. Nie wiadomo ile to potrwa. Psychę mam rozjechaną, a na każdym treningu biegowym czuje zmęczenie lewego uda. Domyślam się tylko, że obecny trening jest prawdopodobnie mało efektywny, bo organizm wciąż wraca do swojej równowagi. Cieszy mnie jedynie, że nie zablokowałem się jakoś strasznie z intensywnością, bo po podbiegach i fartleku czuje, że potrafię jeszcze szybciej polecieć następujące po sobie odcinki biegowe.

Czy mam jakieś pozytywne wspomnienia z ultramaratonu?

Oczywiście. Ultra to przygoda, to spotykane osoby, momenty na zastanowienie się (całkiem dużo momentów ;)) nad tym i owym. Teraz też wiem co przyciąga do tego typu zawodów. To może być fajne w wielu przypadkach, np. jeśli ktoś bawi się sportem. Tyle że „bawić się sportem” świetnie pasuje do uprawiania go dla dobrego samopoczucia i zdrowia… a w przypadku ultra bardzo daleko oddalamy się od takiego obszaru.

Zatem jeśli nie dbasz o swoje zdrowie :P, chcesz przeżyć przygodę i poznać wartość wspaniałych ludzi to ultra jest dla Ciebie. ;) U mnie plany są takie, że przez ten start narobiłem sobie tylko przeszkód.

Z całą świadomością mogę powiedzieć, że nie było warto… ALE mimo posiadanego doświadczenia powiem też, że cieszę się że spróbowałem :), poznałem to na własnej skórze… i mam to za sobą… i jakbym nie spróbował… to bym się zapisał i bym spróbował. ;)

We wpisach dotyczących tego startu pominąłem wiele kwestii jak choćby wsparcie bliskich. Z tego miejsca bardzo chciałbym za nie podziękować. To nie były łatwe chwile i wiem, że emocje w rodzinie sięgały zenitu i szły w różnych (czasami zupełnie nowych) kierunkach. To jest w ogóle materiał na całą książkę. Jako osoba skromna myślę, że niepotrzebnie skierowałem na siebie taką uwagę. ;)

Ciągnąc temat… wspomnienie ultra to dla mnie również magia liczb. To liczby działają na wyobraźnie i powodują „gratulacje” i takie tam. „Jechać 2 dni” albo „przejechać 500 czy 1000 km non-stop”. To wydaje się tak bardzo abstrakcyjne i nieosiągalne… a wcale takie nie jest. Abstrakcyjne to jest biegać 800m w 1:50.

Jak więc widzicie mam mocno mieszane uczucia. Z jednej strony jestem z siebie zadowolony i szczęśliwy że już po wszystkim. Cieszę się że spróbowałem i że mimo trudności ukończyłem. Nawet nie zastanawiam się co bym kombinował gdybym jednak nie dojechał do mety… Dlatego tym bardziej się cieszę. Natomiast z drugiej strony, patrząc na wszystkie „ale”, zdecydowanie mówię „nie” kolejnym przygodom tego typu. Powodów jest kilka i większość z nich wymieniłem w tym wpisie.

A żeby nie było zbyt smutno na końcu, zapraszam do obejrzenia poniższego filmu. :)

TUTAJ NIEDŁUGO POJAWI SIĘ FILM Z ULTRAMARATONU ;D