Onico Półmaraton Gdynia – dłuższa droga do słabszego wyniku

Onico Półmaraton Gdynia – dłuższa droga do słabszego wyniku

Train fit, start fat – ta taktyka nie działa. Sprawdziłem ;)

W ostatnich tygodniach moje nastawienie do sportu nieco ucierpiało. W zasadzie nie wiem czy „ucierpiało” to dobre słowo. Wykonywałem treningi (zdecydowaną większość, nie 100%) ale robiłem to bez specjalnych emocji. Raczej zachowywałem (lub próbowałem) założone tempa ale zupełnie nie „czułem” tych aktywności. Nie było motywacji (aczkolwiek i bez niej mechanicznie wykonywałem zadania w jednostkach treningowych). Ogólnie stałem się robotem, który robił… robotę. ;)

Nie mam pojęcia czy takie podejście powoduje, że nasz organizm gorzej przyjmuje bodźce. Jeśli na treningu nie ma skupienia ale cyferki się zgadzają… to chyba powinien. Natomiast wiem, że treningi to nie wszystko. Jest jeszcze parę innych składowych, które mają wpływ na wynik. Po pierwsze, odżywianie. Temat wałkowany przeze mnie tak często że aż tym rzygam. Znowu się wszystko zesrało i przez ostatni miesiąc żarłem tak jak w „najlepszych” czasach. Za dużo, za gówniano, za wszystko.

Jedzenie to nie wszystko. Zachciało mi się trochę posiedzieć wieczorami przy kompie przez co moja regeneracja też mogła się nieco pogorszyć. Tutaj raczej wielkiej winy nie szukam, bo jak gdzieś niedospałem, to następnego dnia musiałem to nadrobić, bo się ogranizm domagał.

Na sam koniec mojego marudzenia dodam tylko, że po prostu jestem średnio muzykalny w ten cały sport wytrzymałościowy. I nie chodzi tylko o genetykę ale o to, że zwyczajnie jestem słaby. Na wielu polach ale chyba najbardziej psychicznie. Nie chce mi się teraz tego rozpisywać ale to że kwilę jak ptaszyna w powyższych akapitach daje pewien obraz. Po prostu urodziłem się do tego by być we wszystkim średni. ;) Jak za wysoko zajadę, to mi się nie chce i utrzymuje wysoko-średni poziom. :P

Przed startem

Miałem tutaj opisywać sam bieg… aczkolwiek niewiele jest tu do opisania.

Przed startem kilka razy pozytywnie się zaskoczyłem.

Po pierwsze – organizacja. Wszystko git. Nawet w depozycie zobaczyłem wieszaki z numerkami. Pomyślałem, że tym razem już nikt nie z*e#ie organizacji w tym miejscu i odzyskam swoje rzeczy w miarę szybko. W tym aspekcie się grubo pomyliłem ale o tym później.

Po drugie – bałem się aury. Wiatru i temperatury. Gdy ściągnąłem kurtkę pomyślałem – oooo ciepło. Wtedy byłem jednak jeszcze w namiocie. :P Natomiast wrażenie powtórzyło się po wyjściu na dwór. Nie pizgało złem przez co odczuwanie temperatury nie było tak złe jak myślałem. W zasadzie było nawet komfortowo. Wtedy pomyślałem, że w biegu się pewnie zagrzeje (co też się zdarzyło ale o tym potem) aczkolwiek nie stresowałem się z tego powodu.

Po trzecie – słuchacze/widzowie/czytelnicy… wiadomo… najlepsi :)

START

Rozgrzewka „just in time”, w strefie ustawiłem się z balonikiem 1:30 i pomyślałem, że z pełnym luzem będę oglądał jak balonik się powoli będzie oddalał, a jak się oddali to postaram się go dogonić. ;)

Początek biegu był całkiem spoko. Miało być 5km pod górkę i 5 km z górki. Etap pod górkę trochę mnie zaczął męczyć w pewnym momencie i domyślałem się że chyba biegnę nieco za mocno choć zegarek pokazywał 4:20, a takie tempo powinno być ok. Nie czułem natomiast wibracji z podsumowań kilometrów albo byłem jakiś rozproszony. Okazuje się że niektóre km wychodziły nieco szybciej (a niektóre wolniej :P).

Nie miałem specjalnej ochoty zwalniać, bo przecież nie jestem leszczem co przy zmęczeniu będzie odpuszczał. Oddech był spokojny, tętno nieco (minimalnie) podwyższone ale to przecież zawody, come on!

Zdziwiłem się nieco na kilometach 5-10 kiedy to rzekomy bieg z górki nie za bardzo był z górki. Męczyłem się. Wychodziło nieco szybciej i oczywiście się tym jarałem ale bieg przestał być swobodny. Zaczęło się ściskanie żeber (nie wiem czy to zimno czy jakieś moje przypadłości :/ ale mam to ostatnio bardzo często nawet przy lekkich rozbieganiach) oraz odezwał się ból kolana i biodra – ostatnio to standard ale boli tylko przy najmocniejszych „zabawach w terenie”. ;)

Światło zgasło gdy trasa się wypłaszczyła. W momencie gdy powinienem mieć już swój rytm, miejsce do biegu, być dobrze dogrzanym i gotowym do najlepszej zabawy, zwolniłem. Przez następne parę kilometrów nogi coraz bardziej stawały się betonowe. Tym razem to serce się uspokoiło, a oddech się wzmógł. Nie było z czego biec.

I teraz tak… jakby to powiedzieć… szedłem. Na bufetach się zatrzymywałem, by się spokojnie napić i wciągnąć trochę żela. Szedłem jak za starych dobrych czasów. :D Oczywiście nie za długo, kilkanaście sekund max. W ogóle poza ideologią „Train fit, start fat” wpadłem na jeszcze jeden genialny pomysł i w dniu zawodów stwierdziłem, że skoro już tyle ostatnio zjadłem to na śniadanie przed zawodami zjem bananika i popiję izotonikiem żeby poczuć się lżejszym :D Z drugiej strony na półtorej godziny biegu nie potrzeba chyba niewiadomo ile kcal, a banan + izotonik + żel trochę tej energii dają. #JanuszAlert

Tempo siadło i ludziki masowo mnie wyprzedzali. Trochę byłem załamany, przez chwilę mocno wku…rzony ale po jakimś czasie humor mi wrócił. Stało się to w odpowiednim momencie, bo na początku drugiego podbiegu na świętojańską chciałem skręcić marszem w lewo by pospacerować sobie po swoje rzeczy i mieć spokój od tych zawodów.

Finalnie dodeptałem sobie do mety. Cały szczęśliwy że nawet roztruchtania nie muszę robić bo zrobiłem je przez ostatnie 13 km. :P

Po biegu

Wiosenny maraton w Gdyni ma swoje prawa – jest zimno. Dlatego fajnie by było móc ciepło się ubrać za metą. Gdy oddawałem mój worek byłem cały uśmiechnięty widząc ponumerowane haczyki od stojaków. Trochę się zdziwiłem, że odbierająca rzeczy dziewczyna od razu nie odwiesza worka na swoje miejsce tylko rzuca go pod siebie i odbiera kolejne worki. Kolejka do depozytu była niewielka, może 3-osobowa.

Potem wolontariusze oczywiście mieli 2h przerwy (depozyty zamykano o 9:30, a my na mecie byliśmy grubo po 1,5h) podczas której wydawać by się mogło że można zrobić porządek. Nie w Gdyni! Po raz kolejny spotkałem się z totalnym brakiem organizacji. Mój wieszak był pusty. Worek był niewiadomo gdzie (znalazł się po 20 minutach więc w sumie świetnie, bo 2 lata temu szukano go 40 minut). Mogę jedynie się zastanawiać jak wyglądała praca depozytu gdy pojawiło się nie kilkanaście osób per stanowisko ale kilkadziesiąt/kilkaset (nawet na te 1:36 biega jednak mniej osób niż na 1:50 ;)).

No niestety. Mimo całej miłości do Gdyni, tej imprezie mówie nie. Wybaczcie. Ja jednak nie chcę ryzykować zdrowia (2 lata temu miałem już problemy po tym półmaratonie) dla tej imprezy. Może zaryzykuje w 2020 gdy będą MŚ choć w sumie dla takiego amatora jak ja to i tak będzie zwykły półmaraton.

Oficjalny czas na mecie to 01:36:13. Myślałem o 1:32-33 ale jednak chipsy, pizza i ptasie mleczko zdziałały więcej niż myślałem. ;)

Kończąc napiszę: dawno nie byłem tak zadowolony (po fakcie) z ukończenia zawodów. Zeszło ze mnie powietrze, które wychodziło gdzieś bokiem przez ostatnie tygodnie. Z drugiej strony, nie zmieniam swojego podejścia (chyba że nadejdzie szybko lato i mi się odmieni :P). Nie chcę wszystkiego układać pod sport – muszę się zresetować. Ma to być zabawa i element życia. Jeśli dzięki przemyślanemu treningowi będzie to zabawa na wyższym poziomie – spoko, ale bez zabijania się o czas na zrobienie wszystkiego.

Pozdro!

Bieg urodzinowy 2018 – dogonić marzenia

Bieg urodzinowy 2018 – dogonić marzenia

Podobno „szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów”. Jestem zatem szaleńcem, który porywa się co start na 10 km na magiczną barierę 40′.

Bieg nie poszedł tak jak to sobie wymarzyłem. Nie było to słabe bieganie (choć w sumie tempo drugiej piątki było półmaratońskie) ale jak się człowiek nastawi na wynik i wymyśli sobie, że „jest gotów”, to po biegu jest zawód.

Parę miesięcy temu jarałem się jak to zgubiłem dobrych kilka kilogramów (właściwie to te kilogramy były złe ;)). Nie pochwaliłem się natomiast, że te kilogramy do mnie wróciły. W związku z tym do biegu przystąpiłem w stanie takim jak po wypasie gastronomicznym następującym po sezonie 2017. Przed biegiem usłyszałem od kilku osób, że jestem szczypior i schudłem ale słyszę to za każdym razem. Niestety te pochwały nie powodują żadnych ruchów strzałki na wadze. Wina zapewne leży po stronie wagi. ;) Wracając jednak do szaleństwa…

Oczekuje lepszych rezultatów ale nie jestem w stanie (długoterminowo, bo tylko to się liczy) zapłacić odpowiedniej ceny. Skupiam się na treningu ale odpuszczam tematy żywieniowe. Nie powiem, odkąd zajął się mną Tomek Spaleniak zmieniłem kilka rzeczy na zdecydowanie lepsze i za to m.in. jestem mu bardzo wdzięczny. :) Niektóre nawyki zostały ale wciąż zwyczajnie jem za dużo. Podsumowując, robie straszne zamieszanie z tymi 40′ na dychę a w zaciszu domowym ch*#@ robię by to wreszcie odpowiednio pobiec.

Start

Sam start, gdy emocje opadną, będę wspominał raczej fajnie. Sporo przybitych piątek, sporo znajomych, bardzo dużo uśmiechu i radości. Znowu startowałem z późniejszej fali (może niedługo to będzie moja fala :P ;) ) i tym razem nie było żadnego tłumu do wyprzedzenia. Może to kwestia mniejszej liczby biegaczy, a może (chyba) dłuższej przerwy między startami kolejnych fal… a może jeszcze różnej przepustowości trasy. W każdym bądź razie wyprzedzałem hyżo :D i było na to miejsce.

Zdjęcie z AK-ska Photo

Pierwsza piątką pękła w 19:40, co jest moją najszybszą piątką ale do PB się nie liczy, bo było z górki. Gdy wyskoczył kilometr po 3:50 to myślałem czy to nie jest za szybko ale zmęczenie, oddech i tętno było raczej na normalnym poziomie dla tego momentu biegu. Mimo to już na piątym kilometrze brakowało nieco pary. Problem się oczywiście nasilił gdy zaczęło być pod górę ale tam niejednego postawiło. ;)

Drugiej części biegu nawet nie warto komentować. Zgięty w pół (choć w sumie pozycja biegowa od samego początku była jakaś nie-moja), próbujący na siłę przyspieszyć, a później wku%*wiony na siebie i własną niemoc. Standardowa, bardzo życiowa lekcja pokory i cierpliwości.

Oficjalny czas to 41:03.

Meta

Za metą dość standardowy zgon i próba odklejenia wszystkiego co zakleiło mi gardło podczas biegu + złapanie oddechu. Coś chyba ze mną jest nie tak. :/ Więcej w tym temacie dowiecie się już niedługo w mojej rozmowie z Kubą Czają. Premiera tego podcastu będzie w ciągu kilku tygodni. Poza zgonem… smuteczek, choć jak widać tylko u mnie. ;)

Poza tym po chwili czułem się ok ALE… duże ALE. Ostatni tydzień był dziwny i zastanawiam się skąd się wzięło takie moje gapiostwo. W ciągu kilku dni zdążyłem:

  • zostawić na pływalni karnet na wejścia,
  • zapomnieć wywiesić gaci po treningu :P przez co po dwóch dniach okazało się, że wchodząc na pływalnie muszę założyć mokre (niby nic szczególnego ale…)
  • i na dodatek po raz pierwszy zapomniałem oddać swój chip. Zobaczyłem dopiero go na butach gdy wszedłem do domu.

Straszny nieogar byłem ostatnio w kwestiach sportowych.

Wracając jeszcze do samopoczucia po biegu. Po powrocie do domu 2h spania, a resztę dnia spędziłem nad użalaniem się nad bólem czworogłowych i tyłka. Wnioskuję więc, że czas na mecie może nie był najlepszy z możliwych ale mięśniowo musiałem dać z siebie wiele. Boleści całkiem spore, nawet jak na mnie… i to po biegu na „tylko” 10 km.

Cóż, Ameryki nie odkryje. Jeśli chce się iść dalej, trzeba dać coś od siebie. Pytanie tylko czy ja tak umiem… Trochę przesadzam, bo po ostatnich miesiącach treningowych widzę nawet na poszczególnych jednostkach, że w każdej z dyscyplin zanotowałem niezły progres. Ten jeden start nie przekreśla wszystkiego, ani niczego nie musi określać. Zobaczymy co będzie dalej. :)

Na końcu serdecznie pozdrawiam wszystkich, którzy podeszli przybić piątkę i wspominali coś o „Kropce”. <3 To ja dziękuje. :)

Bieg Niepodległości – Gdynia, 2017

Bieg Niepodległości – Gdynia, 2017

Wreszcie przyspieszyłem. Zapomniałem już co to maraton, moje nogi również. Kręcą się na obrotach, które parę miesięcy temu wydawały się tak odległe.

Ostatni start w roku. Sezon tri za pasem, więc można było nieco bardziej skupić się na bieganiu. Plan był prosty (jak zwykle he he): wdrożyć się w trening szybkościowy i przybić piątkę intensywności.

Plan na przyspieszenie biegania pojawił się już kilka miesięcy temu. Żeby spojrzeć całościowo na start w Biegu Niepodległości trzeba się zatem cofnąć o te parę miesięcy.

Po Ironman Gdynia zluzowałem. Pochłonęła mnie praca i rodzina. Trenowałem bardzo nieregularnie. Gdzieś tam po drodze miałem jeszcze jakąś infekcję i ogólnie forma dokonała efektownego zjazdu w dół. Nieregularność treningu genialnie widać na poniższym screenie. Dni z czarnymi kreskami to dni w których robiłem cokolwiek. W przeciągu całego roku są pojedyncze dni na miesiąc gdzie nie ma kreski… z wyjątkiem sierpnia i września – tam jest bardzo dziurawo. ;)

ironfactory trening 2017

Świadomie pomijam dni 4-6 lipca po Ultramaratonie Kolarskim P1000J, ponieważ moją miłość do tego okresu można porównać z moją miłością do pływania. ;)

Do roboty zabrałem się w drugiej połowie września, ale w październiku miałem jeszcze wyjazd firmowy… no i właśnie. ;) Więcej przerw niż trenowania, aczkolwiek poza wtopą październikową uważam że od połowy września trenuje już normalnie.

Trening się zmienił – zdecydowanie. Okazało się że jestem szybki, a prędkości na krótkich, powtarzanych odcinkach zaskakiwały nawet mnie. Byłem pełen radości, natomiast daną szybkość należało teraz przełożyć na wytrzymałość w zadanym tempie. I tu leży pies pogrzebany, bo droga od „szybkich 400m” do „szybkich 5000m” jest długa (w sensie wieloletnia) i pełna wyrzeczeń… ale za to dająca wiele nauki, wrażeń, czy finalnie – satysfakcji.

PRZED STARTEM

Spotkania, uśmiechy, przybijane piątki i rozmowy. Ciężko się było odciąć i skoncentrować. Stałem w namiocie pełnym ludzi, bo na dworze było zimno i próbowałem się chillować – wychodziło całkiem średnio. ;)

Na rozgrzewkę wyszedłem 5 minut wcześniej żeby skończyć ją za późno. Zostały przyspieszenia do zrobienia, a ja musiałem zawijać w stronę startu żeby się nie spóźnić. Kto biega w Gdyni ten wie, że na samym Skwerze przyspieszeń się już nie zrobi, bo prędzej lub później dojdzie do zderzenia. Byłem dobrze rozgrzany, chwilę szybciej pobiegałem i dogrzałem się. Nie ma co narzekać.

Aha i jeszcze jedno. Wielkie pozdro dla tych, którzy podchodzili, witali się i przybijali piątki! Moja pamięć do twarzy nie jest zła. Natomiast pamięć do imion lub łączenia twarzy z miejscami w których się poznaliśmy – z tym już jest gorzej. :P Anyway, mam nadzieję że wszyscy jesteście zadowoleni z sobotniego startu. :)

START

Do strefy dostałem się na 2 minuty przed startem. Jednak na sam start trzeba było poczekać jeszcze 4 minuty, więc finalnie wyszło wręcz idealnie. Znowu startowałem z wolniejszej strefy żeby mieć swobodę biegu w pierwszej fazie. Trochę się zagapiłem i startowałem gdzieś z trzeciej linii natomiast po 100m już biegło się ok.

Sam bieg dość standardowy. Na początku lekkie problemy ze wstrzeleniem się w odpowiednie tempo ale podsumowania kilometrów wychodziły bardzo ok. Biegnąc po 4:05 czułem że jest fajnie. Gdy wyprzedzałem, różnice w prędkości były olbrzymie. Z jednej strony fajne uczucie, z drugiej strony… nie było za kim się schować.

Na szczęście tego dnia podczas mojego biegu (po później się pogoda totalnie schrzaniła) warunki były idealne. Temperatura w sam raz, prawie zero wiatru (poza kawałeczkiem na Bulwarze), tylko te kałuże… ;)

Na końcu Polskiej trochę się spaliłem na podbiegu. Bardzo mocno tam zapracowałem ale poczucie ujechania szybko minęło. Trzeba było gonić dalej. Z perspektywy mojego mózgu prawie cały ten bieg to była jakaś szaleńcza gonitwa, jak bym gonił kogoś kto ucieka z przodu. Pisząc ten tekst dziwie się skąd było we mnie tyle mobilizacji, by aż tak cisnąć. :P

Podczas całego biegu zdarzyły się 3-4 sytuacje gdy musiałem nagle zwolnić, bo nie było jak ominąć grupki ludzi nie nadrabiając drogi na zakręcie. Tutaj stawiam sobie kolejnego „plusa”, bo od razu gdy zrobiło się okienko (czyli po 2-3 sekundach) od razu wyrywałem do przodu. Oczywiście miałem zerowe chęci na takie przyspieszenia ale goniłem czas więc…

Gdzieś w okolicy półmetka miałem chyba najgorszy kryzys. Wiedziałem że trzeba przyspieszyć… i przyspieszyłem. No i stąd się właśnie owy kryzys wziął. Tempo wzrosło (choć tego nie czułem w nogach, a na tętno i tempo nie patrzyłem :P) i organizm przestawiał się na wyższe obroty. To „przestawianie” zawsze mnie mocno boli natomiast gdy minie ten nieprzyjemny moment to potem o dziwo można biec dalej tym nowym, szybszym tempem… oczywiście do momentu wyłączenia światła. ;)

Nie minęło wiele czasu jak poczułem się lepiej. Gdzieś w okolicach początku Świętojańskiej. No ale wiadomo co będzie za chwilę. Zgięło mnie. Mogłem się tam mocniej zaorać tyle że jestem prawie pewien, że miałoby to bardzo złe konsekwencje na kolejnych kilometrach. ;)

Podczas pobiegu tylko raz spojrzałem na zegarek. Pokazał tempo 4:20 czy 4:25. Zakląłem ale postanowiłem odrobić te sekundy na kolejnych kilometrach. Nie wiedziałem jak ale postanowiłem że będzie dobrze. ;)

Ul. Piłdsudskiego w dół zawsze mnie zaskakuje. Tam upatruje zwykle szans na darmowe sekundy i jakoś nigdy tych sekund tam nie zbieram (a jeśli zbieram to niewiele). Z drugiej strony zbieg napędza nogi, a przy odpowiedniej mobilizacji to tempo można próbować utrzymać na dalszym płaskim odcinku. Przeszkadza w tym nawrotka krótko po końcu zbiegu ale można próbować zapamiętać rytm biegu z górki. Zaraz za nawrotką odtwarzamy go i voilá ;)

W tym momencie złapałem swojego zająca. Gość biegł bardzo ambitnie, wyprzedzał, a moja mobilizacja znowu mnie zaskoczyła i trzymałem się jego pleców. Było ciężko ale jedno spojrzenie na typa wystarczyło, że cierpi co najmniej tak jak ja. Bieg po Bulwarze na tej trasie zwykle kojarzy mi się bardzo nieprzyjemnie: próby przyspieszenia, zero sił itp. Tym razem było inaczej. Ból pozostał ale napędzaliśmy się z moim zającem. Krótko biegłem za nim, dłużej obok niego. Każdy z nas próbował jeszcze bardziej przyspieszyć i wyjść do przodu ale z drugiej strony nikt nie odstępował nawet na pół kroku. Kapitalnie się napędzaliśmy.

Na wysokości „podbiegu” (hłe hłe) przy rybkach chyba wyszedłem na prowadzenie – nie wiem. Tutaj zaczęły się mroczki. Patrzyłem gdzie biegnę, było pełno kałuż, a ja miałem wrażenie że nogi mi się plączą. Dodatkowo bałem się kocich łbów na Skwerze. Już na rozgrzewce bardzo się na nich ślizgałem.

Na ostatniej prostej już nie za wiele kumałem ale to w sumie standard. Podobno kolega Karol krzyczał i dopingował ale wszelki dźwięki były zupełnie niezrozumiałe. To był świetnie wyważony, równy i (jak na moje warunki) mocny bieg. Jestem absolutnie zadowolony z tempa, a jeszcze bardziej zadowolony z pracy głowy.

PODSUMOWUJĄC

Według pomiaru z wideo ;) pobiegłem całkiem równo… 20:07 w połowie dystansu i 40:14 na końcu…. w zasadzie równo co do sekundy. ;)

Patrząc na zegarek na połówce miałem 20:05, a na końcu mimo walki na ostatnich kilometrach wyszło 40:15. Jeśli jednak weźmiemy dokładny pomiar zegarka, to wybił 10 km równo po 40:00, więc mimo Świętojańskiej druga połówka okazała się szybsza!

Tak jak teraz patrzę to… 6-10 km zrobiłem w 19:55 co jest teoretycznie moją nową życiówką na 5km. ;) Ale szkoda czasu na teorię. Oficjalny czas zawodów to 40:14 i tylko to się liczy.

Duathlon Ustka – debiut w dua i pożegnanie sezonu multisport 2017

Duathlon Ustka – debiut w dua i pożegnanie sezonu multisport 2017

10 osób z Endure Team startujących w tej imprezie. Podobno 6 z nich na podium. :P Mi zabrakło 31 sekund…

To nie był start na wycięcie. Po Mrągowie prawie nie trenowałem. Właściwie nic nie robiłem tylko przybierałem na wadze. ;) Dopiero na 3 dni przed startem zacząłem truchtać i lekko kręcić korbą żeby cokolwiek się rozruszać. Jeszcze nie wiem czy był to dobry czy zły pomysł natomiast…

Czasami organizm daje nam znaki, że coś jest nie tak. Nie zawsze są one wyraźne i można różne nie rozszyfrować. Tego dnia znak dla mnie był bardzo wyraźny. Szukając analogii… tak jakby ktoś wyrwał znak drogowy z ziemi i przywalił mi prosto w mordę (zdradziecką, a jakże). ;)

Zacznę zatem od końca, żeby było ciekawiej. ;) W pierwszej minucie zawodów osiągnąłem tętno 171 bpm. W piątej minucie – 178 bpm. Nie pamiętam czy dobijałem do tak wysokiego tętna podczas epickich finiszów w ostatnim czasie. Finalnie dobiłem do 181 uderzeń na minutę, a tempo było kiepskawe (poza pierwszą prostą – standard :D). Co śmieszniejsze na rowerze nadal trzymałem takie ekstremalne dla mnie wartości.

Kończąc wzmiankę o znakach jakie daje nam ciało. Infekcji na pewno się nie pozbyłem. Drugi bieg biegłem tempem 4:40, a tętno było w kosmosie. Przez całe zawody było ok. 20 uderzeń za wysokie.

A teraz zapraszam na pełną relację z Duathlon Ustka.

Przed startem

niewiele się działo. Zebraliśmy się dość wcześnie żeby załatwić wszystkie sprawy i zostało sporo czasu i okazji do rozmowy. Pierwszy raz było tak integracyjnie. :)

W strefie zmian do koszyka trafił kask i buty… that’s all. :) Ciekawe doświadczenie. Przy okazji chciałem przetestować start „na lekko”, tj. bez objadania się w dniu startu i bez picia i jedzenia podczas zawodów, bo przecież są krótkie.

Zjadłem o 7 śniadanie i o 10 dojadłem drożdżówką. Trochę mało jak na mnie. Start był o 12. W międzyczasie dopiłem litr izotoniku (a w zasadzie cieczą hipotoniczną, bo specjalnie zrobiłem dość rozwodniony).

Obchodząc strefę zmian bardziej skupiłem się nad tym gdzie w ogóle jest wbieg i wybieg niż nad tym gdzie w ogóle znajduje się mój rower (patrząc od strony wbiegania). Piszę to by ubiec to co później nastąpi. ;)

Start.

Godzinę przed nami wystartował dystans długi. Teoretycznie 10-40-5. Nasz był teoretycznie 5-20-2,5. Faktycznie wyszło 5-15-2,5 czyli biegowo było wszystko ok. ;)

Jeszcze przed startem przywitałem się z Pawłem, za którym pogoń w Mrągowie zakończyła się fiaskiem. ;) Na starcie stawił się również kolega Arek, którego wspominałem w relacji z biegu majowego. Ogółem mówiąc fajna ekipa do ścigania się i wzajemnego napędzania. Nie myślałem natomiast, że będziemy rywalizować ze sobą aż tak bezpośrednio… tak blisko.

Po wystrzale startera grupa około 90 osób ruszyła do przodu. Po paruset metrach się przerzedziło i okazało się, że biegniemy w trójkę: Arek, Paweł i ja. A właściwie Paweł, ja i Arek. :P Nie minęło wiele czasu jak kolejność zmieniła się na Arek, Paweł i ja z tą różnicą, że nie biegliśmy już razem tylko Arek uciekł na parędziesiąt metrów.

Tempo biegu nie było zachwycające a my sapaliśmy jak byki na arenie. :P O ile na początku myślałem, że nie utrzymam pleców Pawła, o tyle w drugiej części pierwszego biegu tempo tak siadło, że postanowiłem go wyprzedzić. Gdy tylko to zrobiłem dostałem wiatrem po ryju i to był moment gdy zrozumiałem, że była to zła decyzja. ;) Z drugiej strony nie chciałem, by nam Arkadiusz uciekł. :P

Arek się znalazł. Gdy dobiegałem do strefy zmian

i wybiegłem zza zakrętu prawie się zderzyliśmy. Otóż kolega wbiegł do strefy, zaplątał się i rozpoczął jakieś dziwne poszukiwania. Tym samym straciłem na pewno medal #Janusza zawodów. :P

Wbiegając do strefy zacząłem się zastanawiać gdzie właściwie jest mój rower. Wbiegłem nawet w dobrą alejkę (strefa była mała, a rower wisiał dość skrajnie, więc nie było to mega trudne). Zatrzymałem się przy rowerze z numerem 286 i nie był to mój rower. W tym momencie wszedłem w tryb zadumy. :D Sprawdziłem numer na nadgarstku… ahhh… to ja mam 296! Ubaw po pachy. ;)

Zza strefy odezwali się konferansjerzy imprezy, że kolega Marcin z Endure Team szuka roweru. Byłem w tym momencie w wybornym humorze, więc tylko się odwróciłem i zaśmiałem. :) Mimo pozytywnego odbioru nie wiem czy mogę polecić takie przypadłości innym zawodnikom. ;)

Biegnąc z rowerem

starałem się szukać wzrokiem kto mi ile uciekł. Za belką była długa prosta i nie dojrzałem żadnego z chłopaków co mnie nieco zdziwiło. Nie chciałem obracać się w kierunku strefy, bo mocno sapałem i biegłem niezbyt stabilnie. Po zawodach dowiedziałem się, że Arek wybiegł zaraz za mną, a Paweł chwilkę już do nas stracił. Swoją drogą Paweł pisał na swoim FB, że też był z jakąś infekcją za pan brat.

Nie oglądałem się jednak za siebie. Nie wiedziałem jaką mam przewagę. W sumie to nawet nie wiedziałem czy jestem „pierwszy” z naszej trójki, więc wypatrywałem ludzi na mijankach. A mijanek było trochę. W ogóle trasa była dziwna. W wielu miejscach mega kręta, a zakręty ciasne i ostre. Dwa razy nawet miałem mindfu*ka gdzie mam jechać, bo trasa co prawda była wyznaczona ale nie chciało mi się wierzyć, że mam jechać tam gdzie wskazują barierki. :P Swoją drogą fajnie podsumował trasę kolarską (jak i podbiegi na trasie biegowej) Kamil z Endure team.

Suma sumarum fajnie mi się jechało. Trochę zrywów, sporo hamowania i przyspieszania, ciasne zakręty. Na początku było trochę strasznie ale zyskiwałem na pewności siebie i „cornering” wychodził mi całkiem nieźle. Jak na moje umiejętności jazdy szosą, mogę powiedzieć, że nawet lekko ryzykowałem na ciasnych łukach 60-90 stopni ale chcę zwrócić uwagę, że oceniam to przez „moje umiejętności jazdy szosą”. ;) Bawiłem się tymi zakrętami.

Wracając jeszcze do początku etapu rowerowego. Zapomniałem w strefie odwrócić numeru na plecy. Teraz już wiem dlaczego powinno się to robić. Numer był nisko i siadając przygniotłem go tyłkiem przy okazji zrywając jeden ze sznurków. Nie wiedziałem czy zerwałem jeden czy dwa sznurki ale po jakimś czasie skonstatowałem że chyba-może-napewno jeden sznureczek i obróciłem wreszcie numer do tyłu. Sytuacja podobna jak na ostatnim triathlonie – jakieś fatum. ;)

Z uwagi na mnogość mijanek zacząłem wypatrywać chłopaków za mną. Paweł wyprzedził Arka ale nie było niebezpieczeństwa, że zaraz mnie zaatakuje. O dziwo. Nie wiem czemu ale nieco się demotywowałem, że nie wiem czy przewaga rośnie czy maleje i doszedłem do wniosku, że wolę gonić niż być gonionym. Oczywiście z logicznego punktu widzenia jest to bez sensu, bo każdy wypruwa z siebie flaki i jak ma jeszcze przyspieszyć żeby dogonić gościa przed sobą, to tworzy się „system error”. ;)

Końcówkę etapu kolarskiego jechałem na sporej zajawce. To był taki zwykły zaciesz. Zaciesz spowodowany tym, że kręcę, nic ponadto. Fajna sprawa tak móc sobie wystartować w zawodach. :D Polecam ten styl!

Owy radosny nastrój spowodował, że zobaczyłem przed sobą bramę Radia Gdańsk, która jednocześnie stanowiła belkę. Miałem do niej paręset metrów. Tym samym zacząłem procedurę wyjmowania nóg z butów, która z uwagi na pośpiech wyszła mega szybko (ale i sprawnie, za co dziękuję sobie i ćwiczeniom tego elementu). Tym razem nie miałem obaw że się wywrócę tylko zaraz po zdjęciu butów przerzuciłem nogę i od razu mogłem zeskakiwać, bo byłem już prawie na belce. Podsumowując: just in time.

Druga strefa zmian

Wyszła lepiej. ;) Wiedziałem gdzie odwiesić rower, przebranie było ekspresowe i pełen wiary w sukces operacji „pierwszy z naszej trójki” wyleciałem, bojowo nastawiony na ostatnie 2,5 km biegu.

Bojowe nastawienie minęło po 50-60m…

Z bojowym nastawieniem biegłem po 4:00. Średnie tempo tych 2500m wyszło 4:40. Czyli dobre tempo maratońskie. ;) Tętno i tak było w kosmosie.

Po pierwszym biegu, na rowerze jechało mi się doskonale. Po rowerze, drugi bieg był drętwy. Szurałem stopami, byłem mega pochylony do przodu. Czekałem na Zgon v.2.0, by móc paść na chodnik. Coś tam próbowałem się kulać, żeby mnie koledzy nie dogonili. :P Była jeszcze wola walki ale gdyby ktoś mnie wyprzedził, to fizycznie nie byłbym w stanie odpowiedzieć.

Teraz jest czas na kilka słów o trasie biegowej. Zarówno tej pierwszej jak i drugiej. Były na niej schody i solidne podbiegi. Takie solidne solidne, na których nie trenuje się nawet podbiegów, bo są „za solidne”. Kamil z Endure w swoim wpisie ustalił, że nachylenie wynosiło 14%. ;) O ile przy pierwszym biegu, wdrapanie się na największą górę zwieńczyłem zajawką, bo oczom ukazał się piękny widok, o tyle przy drugim biegu zacząłem pod nosem przeklinać. ;)

Ten największy podbieg to był taki mega garb, czyli zaraz po podbiegu był ostry zbieg… zaraz potem nawrotka i… powtórka z rozrywki. Dobry humor powrócił gdy zobaczyłem Pawła jak zbiega. Leciał wymachując rękoma żeby się nie wywrócić. Wyglądało to jakby wyjął bezpieczniki i szedł „all-in” (choć twarz nie była zbytnio pokerowa ;) ;) ;)). Pojawił się lekki niepokój ale do mety był kilometr z hakiem, a ja miałem z 30 sekund przewagi (tzn. tak mi się wydawało, bo realnie miałem chyba z 50″). Dużo, nie dużo. Patrząc na moje tempo vs. tempo mnie samego gdy zostawię sobie siły na koniec i odpale, to przewaga może stopnieć bardzo szybko.

Ostatnie pół kilometra biegłem z jakimś ziomkiem z długiego dystansu. Pogadaliśmy nawet chwilę, pobiegł z nami trochę kamerzysta (#ParcieNaSzkłoAlert ;)), na czerwonym dywanie przybiliśmy piątkę i dumnie wkroczyliśmy na metę. Dopiero na ostatniej prostej zacząłem się oglądać do tyłu. Nie było nikogo a owa prosta była długa. Kamień z serca. :)

Finalnie czasy per dyscyplina kształtowały się następująco:

  • Run 1 – 00:20:44 (14 czas w stawce)
  • T1 – 00:01:13
  • Bike – 00:28:05 (10 czas w stawce :))
  • T2 – 00:00:53
  • Run 2 – 00:11:50 (22 czas w stawce :()

Lubię gdy są takie dokładne podsumowania. Widać wtedy czy siły zostały dobrze rozłożone. ;) Spadek z 14 na 22 miejsce przy porównaniu obu biegów nie jest kosmicznie duży ale jednak znaczący. Szczególnie, że od momentu gdy wsiadłem na rower, do mety nie wyprzedziłem chyba żadnego zawodnika z mojego dystansu.

Wideorelacja z zawodów

A teraz mały przerywnik. Kręcąc się po okolicy pozwoliłem sobie również nagrać relację z zawodów. Dużo mojego gadania i trochę widoków. ;)

Za metą

działy się rzeczy fajne. Super klimat, dobra atmosfera w teamie (więcej na powyższym wideo) itp. Pogadaliśmy, poczekaliśmy na ceremonie i poszliśmy do knajpki na ciacho. I wtedy zaczęły się schody.

Doszło do mnie chyba zmęczenie, może kwestie braku jedzenia (aczkolwiek jestem na 100% pewien, że mam duuuuuże zapasy energii w tkance tłuszczowej ;)). Pewnie za mało piłem ale nie przypuszczałem takiego efektu. Mimo, że w knajpce wygodnie się rozsiadłem to z minuty na minutę następował coraz większy zjazd. Wyglądałem raczej blado. Gdy wjechało ciasto na stół miałem mega niechęć do jedzenia. Wdusiłem w siebie ale to był błąd (choć dokładny opis sobie podaruje ;)).

Szczęście takie, że jechałem na zawody z Marcinem Sobczakiem, więc wsiadł za kółko i zawiózł nas do Rumi. Dla mnie trudnością było nawet siedzenie w samochodzie. Trochę szkoda, że moja głowa i żołądek tak konkretnie się zbuntowały, bo było mega fajnie.

Tym samym zakończyliśmy sezon multisport 2017. Z przytupem, bo nasze biało-czerwono-czarne stroje często pokazywały się na podium. :) Gdy sprawdzałem wyniki zobaczyłem, że jestem czwarty w kategorii. Trzecie miejsce zajął gość bezpośrednio nade mną w klasyf. OPEN. Straciłem do niego równe 30 sekund. W takich sytuacjach w głowie rozbrzmiewa mi głównie jedna myśl, którą w sobie pielęgnuje – „jeszcze nie zasłużyłeś”. Taka jest prawda i nie ma co się przejmować tylko iść dalej.

Po jakimś czasie dotarło do mnie, że przecież klasyfikacja OPEN nie dubluje się z kategoriami wiekowymi i jeśli ktoś z mojej kat. M2 jest w TOP 3 OPEN, to będzie dobrze dla mnie. Okazało się jednak że cała trójka jest z M1, więc sorry panie Marcinie. ;) Tym razem starałem się sobie wmówić co innego. Jeśli bym wszedł na to podium, to można by to porównać do kalkulacji awansu reprezentacji Polski w piłce nożnej kilka lat temu: czyli liczyć na remis w innym meczu, przegrany mecz lidera grupy i zaćmienie księżyca przy jednoczesnym zobaczeniu jednorożca. Dobra, koniec samobiczowania. ;) Trzeba działać dalej. :)

… czego sobie i wam życzę. Pozdro!

P.S. Za tytułowe zdjęcie dziękuję organizatorom Duathlon Ustka. :)

Triathlon Mrągowo – pożegnanie z tri-sezonem

Triathlon Mrągowo – pożegnanie z tri-sezonem

A miało nie padać… ;)

Start w ostatni weekend sierpnia był zaplanowany od dość dawna. Nauczony doświadczeniem, że w pierwszym tygodniu września pogoda robi się beznadziejna chytrze pomyślałem o wcześniejszym starcie, by pożegnać się z tri-sezonem.

Ostatnie 2 lata kończyłem sezon w Przechlewie. Za każdym razem lało aczkolwiek rok temu temperatura była „wysoka”, bo z 15 stopni. Rok wcześniej było kilka kresek wcześniej i można było nabawić się konkretnego wychłodzenia.

Gdy zobaczyłem dogodny termin w kalendarzu imprez Triathlon Energy aż się uśmiechnąłem. Teraz jednak wiem, że cały system pogodowy działa nieco inaczej. W międzyczasie organizator Triathlon Przechlewo ustalił termin odbywania się tamtejszych zawodów na… ostatni tydzień sierpnia, zamiast pierwszego tygodnia września. Tydzień wcześniej… pewnie żeby pogoda była lepsza. ;)

Fatum ciąży. Jestem prawie pewien ;-) ;-) ;-), że psia pogoda w Mrągowie była spowodowana tym, że 300 kilometrów na zachód, w dokładnie tym samym terminie odbywał się przechlewski triathlon. :P

Logistyka startowa

Logistyka była ułatwiona, bo 20 km od Mrągowa mieszka teściowa. Trasę zawodów też już miałem zaliczoną podczas pamiętnego Pierścienia tysiąca jezior. W sobotę zawitałem tylko na odprawie i po odbiór pakietu.

Na samej odprawie ciekawe rzeczy. Organizator (jak zwykle bardzo konkretnie – brawo Adam i załoga!) dość dokładnie opowiedział jak w razie burzy z błyskawicami będzie odbywał się duathlon Mrągowo. :P Wtedy jeszcze nie wiedziałem czy się cieszyć, bo pływam słabo, czy się smucić, bo pogoda będzie z czapy. Sprawdzając prognozę w telefonie raczej nie miałem złudzeń. Cokolwiek będziemy robić, będzie na nas kapać.

Start 1/4 IM był zaplanowany w niedzielę na godzinę 11, więc można było się dobrze wyspać. Na start musiałem dostać się okrężną drogą (40 km zamiast 20 km), bo jacyś triathloniści zajęli MOJĄ drogę. Do lasu z nimi! ;)

Przedstartowo

Gdy zaczęło padać wszyscy zaczęli powoli schodzić się pod daszek tuż przed strefą zmian. Gdy już zebraliśmy się tam całym stadkiem zaczęło tak lać, że zamiast wody w jeziorze było widać wodę zlatującą z nieba. Godzina zamknięcia strefy zbliżała się nieubłaganie ale jakoś nikomu się nie spieszyło. :P

Swoją drogą, stał obok nas dyrektor zawodów, który o 10:30 (teoretyczna godzina zamknięcia strefy zmian) miał dać znać czy dzisiaj robimy triathlon czy duathlon. Ciekawostką jest fakt, że decyzja była osobna dla każdego dystansu czyli była możliwość, że 1/2 zrobi tri, my na 1/4 zrobimy duathlon, a po nast na 1/8 też zrobią tri. :)

Tuż przed 10:30 deszcz odpuścił i poszliśmy zawieźć rowerki i przygotować się do startu. W strefie usłyszałem, że robimy tri. Wcześniej dopytywałem organizatora „czy przy takim deszczu będziemy pływać”. Odpowiedź była jasna „deszcz jest nieistotny, ważne czy są wyładowania elektryczne”. Jasna sprawa, bo w wodzie i tak będziemy mokrzy. ;)

W strefie zmian było ultra ciasno. Prawie niemożliwe było włożenie swojego roweru nie zahaczając o rower obok. Przy okazji gość, który miał rower obok mnie powiesił go obok swojego numerka… czyli już na moim miejscu. Przesunąłem go na swoje miejsce ale sytuacja powtórzyła się potem podczas zawodów przez co naprzeklinałem się w T2.

Po rozpływaniu miała miejsce jeszcze jedna przykra sytuacja. Otóż stojąc już w miejscu, z którego schodziliśmy do wody, by płynąć na start zacząłem wymachiwać łapami. Nie wiem czy ja mam taki niefart ale zbyt często zdarza mi się, że gdy rozgrzewam stawy ktoś się na mnie nadzieje. ;/ Tym razem była to biegnąca dziewczyna, która dostała w okolice szczęki i szyi. :( Domyślam się tylko, że moje późniejsze przeprosiny tylko ją wkurzały. Niby to przypadek ale zawsze człowiekowi głupio. Na osłodę dodam, że ta dziewczyna wygrała chyba open kobiet. :P Wielkie gratulacje :)

Start

Zaczyna mi się podobać start z wody. Nie wypacza bezpośredniego ścigania się z innymi jak rolling start, a każdy ma czas by znaleźć swoje miejsce w wodzie. Ja po raz kolejny ustawiłem się za daleko.

Pierwsze 50 metrów płynąłem zrywami. Tzn. chwile normalnie i chwilę z dłuuugim wyleżeniem i zerowym staraniem się. Przede mną płynęło 4-5 osób, jedna obok drugiej, równym tempem… nie moim tempem. Było to irytujące i czekałem dłuższą chwilę na kawałek miejsca między nimi. Próbowałem się nawet wciskać ale jak moja twarz została poturbowana stwierdziłem, że trzeba obrać inną taktykę. ;)

Odbiłem mocno w lewo… za mocno. :P Wyprzedziłem gromadkę i zacząłem ambitnie przeć do przodu. I teraz pytanie: czy na jeziorze Czos są jakieś prądy, których nie widać? Podczas całego pływania dryfowałem w lewo. Co drugie wychylenie głowy, w celu poprawy toru płynięcia powodowało spore (jak na taki czas) poprawki w kierunku płynięcia. Z wielkim zaskoczeniem stwierdzam, że zegarek pokazał tylko 1050m pływania w moim wykonaniu.

Ogólnie płynęło się bardzo fajnie. Chciałem zakręcić się w okolicach 18′. Wiedziałem, że jest to jak najbardziej realne. Czułem, że płynę swoim dobrym rytmem. W pewnym momencie zobaczyłem obok siebie świetnie płynącego zawodnika. Obserwując jak jego głowa przecina wodę pomyślałem, że to jest mega gość i że mega szybko tnie przez fale. Dopiero po dłuższej chwili doszło do mnie, że płyniemy obok siebie… czyli płyniemy tym samym tempem. :P Po kolejnej chwili przyspieszyłem i owy zawodnik został za mną.

Z wody wyszedłem nieujechany, co jest miłą odmianą. Co prawda za dużo sekund tracę na znalezieniu sznurka od pianki ale sam bieg do T1 był już dość świeży. Niestety czas pływania był tragiczny i wynosił ledwo co poniżej 20 minut. Nie wiem o co chodzi ale kolega Marek, który pływa lepiej ode mnie też miał dużo gorszy czas pływania od zamierzonego. Może woda była za gęsta. :P

T1 bardzo słabe

Zwyczajowe spokojne (i wolne) ściąganie pianki… chyba utnę ją pod kolanem, bo już mnie to zaczyna irytować. Reszta ubioru poszła gładko ale… z kasku najpierw musiałem wylać wodę jak z wiadra. ;) To chyba znaczyło, że podczas naszego pływania jednak trochę padało.

Na wybiegu z T1 nieco mną machnęło na zakręcie na co kolega Paweł biegnący z tyłu się zaśmiał. Oho… no to będzie z kim się ścigać, bo jakoś tak bywa, że z Pawłem często gęsto się gdzieś mijamy na zawodach.

Początek roweru całkiem zabawny,

a to szykana na mokrym asfalcie gęsto przykrytym deszczówką. Nie miałem spięcia na wynik, więc nie kombinowałem z szukaniem czarnego asfaltu tylko po prostu mocno hamowałem na zakrętach. Szkoda kolan i roweru. ;) Słyszałem, że już wcześniej zbierali jakiegoś zawodnika, więc jechałem ultra ostrożnie. Innym ciekawym elementem początku pętli była jazda chodnikiem. Podsumowując, nie była to szybka trasa. :P

Na początku trasy mijaliśmy się z Pawłem. Po kilku kilometrach przestało mi się chcieć zabijać się na rowerze. Tempo było za mocne, co widać było po tętnie. Nie byłem zadowolony z tempa ale najwidoczniej to co najlepsze zostawiłem w Gdyni i trzeba się z tym pogodzić. :) Dałem sobie na luz, Paweł mnie wyprzedził i postanowiłem, że będę się trzymał z 15 m za nim.

Taka jazda pozwoliła mi nieco odsapnąć ale tylko na krótką chwilę, bo utrzymanie na widoku niebieskiego stroju Pawła było coraz trudniejsze. Po kilkunastu kilometrach dałem sobie spokój i zacząłem jechać swoim tempem. Trasa była pagórkowata (jak to na Mazurach) i trudno było o dobre tempo okrążenia.

Na pierwszym kółko prędkość średnia wyniosła 35 km/h więc bardzo żwawo. Drugie kółko było zdecydowanie wolniejsze. Tętno spadło i postanowiłem sprawdzić czy jak nie upodle się na rowerze to czy pobiegnę tak jak w Gdańsku (szybko i ochoczo).

T2 like a pro!

Zdejmowanie butów… Zawsze zwracam na to uwagę, bo powoduje to u mnie śmiech. Jednego buta zdjąłem mniej niż kilometr przed metą – jest wyraźny progres. :) Walka z drugim butem zaczęła się gdzieś na 100-150m przed belką. Całość wyszła nawet zgrabnie natomiast bardzo niepewnie przerzucam nogę nad siodełkiem. Już chciałem dać sobie luz ale w ostatnim momencie się wychillowałem i ostatnie metry elegancko dojechałem stojąc po prawej stronie roweru.

Druga strefa zmian poszła zgrabnie… poza jednym aspektem. Nie miałem gdzie odwiesić roweru. Wepchnąłem go na hama na swoje miejsce. Na szczęście żaden z rowerów obok nie spadł ale byłem gotowy je zbierać. Delikatne odwieszanie roweru nie wchodziło w grę, bo bym musiał odłożyć na ziemię swój rower i najpierw układać wszystkie obok – padaka.

Jeszcze tylko obrócić numer… trach, poszła gumka trzymająca kartkę z numerem startowym.

Początek biegu wyglądał obiecująco

Spojrzałem na swój numer… wisiał gdzieś na wietrze, odwrócony białą stroną w kierunku świata – trudno się mówi, biegnie się dalej.

Dobre samopoczucie na biegu skończyło się dość szybko. Tempo trzymałem przez jakiś czas ale w środkowej i środkowo-późnym :P momencie biegu było słabo. Na pierwszym biegowym bufecie wziąłem izotonik, którego tak bardzo brakowało mi na trasie rowerowej (swoją drogą, to pokazuje w jaki sposób byłem nastawiony do zawodów: w bidonie miałem tylko wodę, a na trasę miałem tylko jeden żel i batoniki z pakietu startowego :P).

Wracając do izotonika: połowę kubka wlałem sobie do lewego oka, 1/3 wylałem na chodnik, a 1/6 wypiłem. Generalnie nie polecam. Szczypie wtedy oko.

Plan był taki, by teraz gonić Pawła jednak tempo nie wyglądało na „goniące”. Nie znam dokładnie jego poziomu sportowego ale miałem wrażenie, że jestem nieco mocniejszy na rowerze i nieco słabszy na biegu. Na rowerze to się nie sprawdziło ale skoro rower nie był do utraty tchu, to może bieg wyjdzie. Nie wyszedł. :P

Na mijankach widziałem, że raczej się oddalam niż przybliżam. Po dziwnie kiepskim pływaniu, nienajmocniejszym rowerze, przyszedł czas na średni bieg. :P

Podczas etapu biegowego był natomiast świetny klimat. Piąteczki przybijane ze znajomymi, doping, uśmiechy i pozdrowienia.

Na drugim kółku wydarzyła się ciekawa rzecz. Jeden z nawrotów na trasie biegowej był w lesie. W jedną stronę biegliśmy po lekkim wzniesieniu, a z powrotem dołem, tuż przy samym jeziorze. Obie ścieżki „tam” i „z powrotem” dzieliło dosłownie kilka metrów.

Gdy zbliżałem się na drugiej pętli do lasu ktoś z biegnących w drugą stronę krzyknął, żeby uważać bo pszczoły w lesie gryzą. Nie wiedziałem czy ktoś jaja sobie robi czy jak. Ogólnie to słaby humor ktoś by miał no i z drugiej strony jak to pszczoły kłują. Jakieś agresywne czy jak?

Potem okazało się, że nawrotki nie było tylko dobiegaliśmy do końca ścieżki, robiliśmy obrót 180 stopni i biegliśmy z powrotem. Nic latającego i gryzącego nie widziałem. Sytuacje oceniam na plus, bo z tego co się domyślam, to była nagła sytuacja i bardzo fajnie, że organizator nie zostawił jej samej sobie tylko odpowiedzialne zareagował.

Gdy kończyłem pierwsze kółko wyprzedził mnie jeszcze Tomek. To było upokarzające. Biegłem wtedy pewnie w okolicach 4:45, a Tomek pewnie z 3:20… Swoją drogą, co za kozak. Tydzień temu ścigał się na pełnym dystansie (MP) w Borównie, a teraz wygrał na 1/4…

Meta

Nie było żadnego super sprintu i tym podobnych rzeczy. Spokojnie, z podniesioną głową dotarłem na kreskę. Zmęczony, bez emocji.

Oficjalnie:
swim – 19:52
bike – 1:18:43
run – 46:10

Na koniec zapraszam do obejrzenia filmu z zawodów, na którym jestem obecny przez pół sekundy. Nie mrugajcie okiem, bo przegapicie! :P

Tak, na miniaturce video to ja. ;)

Podsumowanie treningu w 2017 roku oraz plany na rok 2018

Podsumowanie treningu w 2017 roku oraz plany na rok 2018

Kiedyś napiszę książkę… żartuje, nie umiem pisać, więc… się nauczę i napiszę. ;) Moja historia związana z bieganiem i potem z triathlonem to fajny przykład drogi, którą przeszedłem w treningu, posiadanej wiedzy, zmiany mentalności, nastawienia, obciążenia treningowego itd. Fajnie te klocki się ułożyły… i mam nadzieję, że dalej się będą układać.

Jeśli spojrzę wstecz i pomyślę, że w przyszłości ma być jeszcze więcej, mocniej oraz przede wszystkim ciekawiej, to trochę łapię się za głowę. Obecnie (choć w dniu, w którym pisze te słowa lekko kuśtykam przez ból lewej łydki) jest tak zajebiście, że ciężko mi myśleć o przyszłości. Jaram się okropnie. :)

Czy to znaczy, że sikam tęczą i że wszystko przychodzi łatwo? Jest dokładnie odwrotnie. Pracuje godzinowo tyle ile nigdy nie pracowałem: na etacie oraz jako freelancer, a dodatkowo jako bloger i podcaster. Trenuje tyle ile nigdy nie trenowałem. Z uwagi na to, że pracuje z domu, to wykonuje obowiązki domowe, których nigdy się nie tykałem. ;) Kontaktu z najbliższą rodziną mam… różnie bywa – czas nie jest z gumy – choć praca z domu daje ogromne możliwości w tym zakresie. Z jednej strony cieszę się, że to wszystko robię. Z drugiej strony w ostatnim czasie miewam mega doły i załamki związane z obciążeniem… wszystkimi rzeczami.

Z trzeciej strony w ostatnich tygodniach/miesiącach coraz więcej osób chwali mnie i pyta „jak Ty to wszystko łączysz”. Odpowiedź jest prosta i trudna – płacę za wszystko odpowiednią cenę. Wszyscy płacimy, nie zależnie od tego na co wykorzystujemy dany nam czas. Ważne jest natomiast, by być świadomym tej ceny. Suplementem do odpowiedzi na powyższe pytanie jest jeszcze stwierdzenie: mam wszystko dość dokładnie zaplanowane. Wszelkie działania, rzeczy do zrobienia itd. Głowa ma wymyślać nowe rzeczy, a nie pamiętać o milionie spraw, którą ma się zająć po wykonaniu tego nad czym myśli teraz.

Na koniec tej części napiszę jeszcze, że ten wpis powstaje już trzeci miesiąc i nie mam czasu/odwagi, wreszcie go dokończyć i opublikować. Pierwotnie miał ok pokazać moje przygotowania do pierwszego tri w tym sezonie w Sierakowie pod koniec maja… a za chwilę będziemy mieli wrzesień. ;)

Zmiana

Gdy rok 2016 dobiegał końca zmieniłem trenera. Pisałem o tym nieco we wpisie „Dlaczego zmieniłem trenera i jak wygląda współpraca z trenerem?”. Zmieniły się również założenia treningowe. Zostałem pod pełną opieką Tomka Spaleniaka, który z miesiąca na miesiąc dorzucał do pieca. Jako, że przerabiany wolumen treningowy był dla mnie nowością zacząłem nieco tracić grunt pod nogami. Wiedziałem, że właśnie tak się trenuje tri ale miałem czarny myśli w głowie. Szukajac analogii… miałem do wyboru spasować albo powiedzieć…

sprawdzam

Przyjąłem wyzwanie. Nie po raz pierwszy wychodziłem ze swojej strefy komfortu. Trzeba było dokonać zmian w życiu osobistym. Poukładać na nowo klocki. Poukładałem. Skoro inni tak trenują, to znaczy że się da. Byłem świadom (i Ty również bądź), że porównywanie się do innych to niebezpieczna gra. Zawsze będzie ktoś kto robi więcej, lepiej, szybciej albo po prostu inaczej. Jeśli coś nam grubo nie idzie, to trzeba też umieć się wycofać… i tego również w tym roku doświadczyłem.

Do przemyśleń (o których tutaj tylko po łebkach wspominam) skłoniły mnie rozmowy z trenującymi znajomymi, słuchaczami podcastu i czytelnikami bloga. Wielkie dzięki za wszystkie rozmowy i sugestie. Chyba nigdy nie jest tak, że umiemy stanąć z boku, bez emocji i spojrzeć z większego dystansu na to jacy jesteśmy i jaką robotę robimy… za to Endomondo do potrafi. ;)

Co tydzień wrzucam na Fanpage zestawienie treningów naszego klubu na Stravie (do którego zapraszam). Widać kto ile godzin przerobił w tygodniu. Mimo to mail od Endo był dla mnie zaskoczeniem.

54 godzin treningowych w miesiącu. Nie wszystkie zaplanowane jednostki zrobiłem. ;) Jak dodać do tego wszystkie dojazdy na pływalnie, przygotowania do treningów oraz rzeczy okołotreningowych do zrobienia, strzelam że spokojnie wyjdzie ponad 60 godzin. Dla jednych to codzienność. Dla mnie, to coś z czym się zderzam i co mnie zmienia. Piszę o tym, by inni byli świadomi tego jak to może wyglądać.

2016 vs 2017

Po tym ultra długim wstępie przechodzimy do konkretów. :) Zmiana trenera spowodowała po pierwsze holistyczne podejście do treningu, w sposób taki by wszystkie dyscypliny składały się w jedną całość i prowadziły w kierunku rozwoju sportowego. Druga rzecz, to usystematyzowanie treningu pływackiego (jak czegoś nie miałem narzuconego, to różnie z tym bywało). No i tak jak pisałem wcześniej, pojawiła się większa objętość treningowa… przy czym intensywność treningu wcale nie była mniejsza, a często gęsto większa. :)

Przy okazji… jeśli chodzi o pływanie, to zupełnie inaczej pływam teraz niż pół roku temu. Nagrywanie i analiza pływania oraz wspólne spotkania na pływalni dały bardzo dużo w tym aspekcie. Wiele się zmieniło w tym jak się poruszam w wodzie, a po jakimś czasie pociągnęło to za sobą inne czasy na pływalni i zawodach.

Na początek spójrz na wykres ilości aktywności. Oczywiście jedna aktywność może trwać 10h, a inna 40′ i obie będą na takim wykresie „równe”. Jak widać od grudnia do lutego trening powoli sobie rósł by od kwietnia być w pełni rozwiniętym. ;) Widać również doskonale jak odpuściłem w lipcu ale o tym napiszę na końcu tego artykułu.

Inny wykres: całkowity czas aktywności. Nie podaje tutaj dokładnych liczb ale wydaje mi się, że widać różnicę w słupkach. Wrześniowe (2016) solidne trenowanie zostało podwojone w kwietniu, maju i lipcu. Tak się dzieje gdy zamiast 5-7 treningów tygodniowo zaczynasz realizować 12… ;)

Liczba godzin aktywności jest chyba najlepszym wykresem pokazującym obciążenia (choć nie pokazuje intensywności). Jednak dodatkowo chcę pokazać kilometraż miesięczny. W lipcu przytrafił się ten nieszczęsny ultramaraton ;) po którym niewiele trenowałem ale sam start w ultra nabił tyle godzin i kilometrów, że finalnie wyszedł rekordowy miesiąc.

Na koniec nieco humorystyczny wykres. Nie noszę ostatnio zegarka na co dzień (znudziło mi się), więc nie wiem jak to jest z tym spacerowaniem. :P Jedno jest pewne. Waga z zeszłego roku nie spadła. W zasadzie to zyskałem 1-2 kg, z którymi ostatnio nie jest mi tak źle… patrząc na progres na rowerze. Oczywiście wolałbym wrócić chociaż do 87-88 ale na wszystko (MAM NADZIEJĘ!) przyjdzie czas.

Własne odczucia

Pływam, jeżdżę, biegam szybciej – różnice są na tyle wyczuwalne, że ciężko nie zdawać sobie z nich sprawy. W ostatnich latach jarałem się rozwojem w maratonie. Było super ale ucierpiały na tym wszystkie inne dystanse.  ¯\_(ツ)_/¯ W tym roku wracam do zabawy i poprawiam życiówki na każdym dystansie. Na koniec roku zostało tylko jeszcze jedno marzenie do zrealizowania.

Swoją przygodę z bieganiem zacząłem od startu na 10 km. Nie jest już to dla mnie wskaźnik rozwoju, bo zaliczyłem sporo różnych zawodów i dystansów, by poznać swoje miejsce w stawce. Mimo wszystko bieg na 10 km kojarzy mi się z kwintesencją intensywności, która jest bardzo niekomfortowa, a którą trzeba utrzymywać mimo obaw o niedobrnięcie do mety. ;)

Wracając do marzenia. Plan może być tylko jeden: złamać 40′ na dychę. Plan daleki i bliski, bo z jednej strony czuję się mocny, a z drugiej strony jest pełna minuta do nadrobienia od życiówki. Dodatkowo widzę po sobie jak reaguje na mocne jednostki w planie treningowym. Pytam trenera Tomka czy czasem nie ma w nim pomyłek i tak dalej. ;) Nigdy nie ma pomyłek i powoli zaczynam się przyzwyczajać, że żarty się skończyły. :P

Na pocieszenie mówię sobie, że ten rok jest już dla mnie wygrany. 4:55 w Gdyni to więcej niż się spodziewałem. Z drugiej strony, nie można pozwalać sobie na odpuszczanie przez parę udanych startów, a to właśnie ma miejsce. Gdzieś głęboko czuję, że głowa zaczyna produkować takie myśli. Gdy do tego dodamy niechęć lub strach przed naprawdę mocnymi jednostkami, to zaczyna się robić lipa z motywacji. No ale jak wiadomo…

Łatwo, to było wczoraj. ;)

Zmiana po zmianie – lipiec 2017

No i dochodzimy do końca tego wpisu. Historia zatacza koło i od lipca znowu trenuje mniej, na własną prośbę. Poddałem się. Nie ma tu tyle miejsca, by opisać cały tok myślowy i psychikę. Po ultramaratonie dałem sobie luz na dojście do sprawności. Gdy już było ok postanowiłem, że narastająca irytacja związana z szybkością życia przekroczyła jakąś tam barierę.

Ustaliłem z trenerem, że robimy max 1 trening dziennie. Może gdybym mniej pracował, to wyglądałoby inaczej. Póki co przekładam obowiązki bycia głową rodziny nieco wyżej w hierarchi. Na szczęście nie mam wrażenia, że się cofam, tylko nieco odpoczywam psychicznie. Mam czas by poukładać parę rzeczy i na przerwę zimową wrócić do porządnego treningu. Mam nadzieję, że zebrane doświadczenie pozwoli lepiej (tym razem) poukładać wszystkie rzeczy do zrobienia w ciągu dnia oraz okiełznać charkater i psychę.

Co dalej?

Jesień 2017 minie pod znakiem zabawy w duathlon oraz atakiem na 40′ w listopadzie w Gdyni.

W roku 2018 chcę by nastąpił przełom. Powoli zaczynam się nastawiać do tego więc zapytałem Tomka:

Co myślisz o pomyśle, by na rok odpuścić 1/2, a może i 1/4, by maksymalnie skupić się na szybkości na krótkich dystansach i po roku znowu zacząć się wydłużać?

Już od roku o tym myślałem. Jak widać 2 lata z maratonem odcisnęły mocne piętno na moim pojmowaniu rozwoju sportowego. :) Nabrałem też trochę wiedzy. Oczywiście nie chodzi o ból na maratonie czy coś w tym stylu. Po prostu jeśli chce się zrobić duży krok w przód, trzeba wziąć rozpęd. A rozpęd można zrobić tylko na krótszych dystansach. By biegać szybko, trzeba biegać szybko. ;) Wrócę do dłuższych biegów ale to musi chwilkę zaczekać. Ale jak już wrócę… to trójki na mecie maratonu nie będę chciał widzieć. ;) Ale kto by tam chciał biegać maratony. :P No chyba że w IM… ale do tego tym bardziej mi się nie spieszy.

Odpowiedź trenera była bardzo satysfakcjonująca. :)

To bardzo rozsądny pomysł. Ja z trudem namawiam do tego zawodników, a Ty sam to proponujesz.

Patrząc na sierpniowe, mocne treningi czuję obawę przed tym co będzie się działo w następnym roku… albo nawet w przygotowaniach do biegu na 10 km w listopadzie 2017. Nie powoduje to jednak problemów z podążaniem za tą decyzją. Zresztą… mówić jest łatwo, więc jak sobie coś człowiek wymyśli, to może to z kimś obgadać… a potem „tylko” iść za ciosem. ;) Ja działam właśnie w ten sposób. Zresztą o to w tym wszystkim chodzi: by stawiać się w sytuacji dysomfortu. Inaczej ciężko o dobry rozwój.

Koniec

No to podsumowałem nieco rok 2017 i zaczepiłem też o rok 2018. Wpis wyszedł nieco inny niż zamierzałem ale widocznie tak miało być. Mało konkretów w przygotowaniach do złamania 5h w połówce, zero pokazywania konkretnych jednostek treningowych, a tylko duży obraz widziany z daleka. :)

Kończąc już ten post chciałbym podziękować paru osobom dzięki którym ten rok wyszedł tak jak wyszedł. Bardzo dziękuję za wsparcie różnego rodzaju!

  • Michałowi Śliwińskiemu z Nozbe, czyli mojemu szefowi, który również ma zacięcie triathlonowe. Fajnie jest mieć kogoś w pracy, kto rozumie co robię, po co to robię i dlaczego to wciąga. :)
  • Tomkowi Spaleniakowi, czyli mojemu trenerowi. Bardzo się cieszę, że Endure Team którego jestem częścią, zaczyna nabierać barw i kształtów.
  • Mateuszowi Jasińskiemu, czyli osobie, dzięki której rozpocząłem współpracę z New Balance i nie muszę teraz myśleć o niektórych problemach biegacza. Przy okazji odpowiadając na pytania Mateusza (podczas naszej rozmowy w jego podcaście) uzmysłowił mi wiele rzeczy w temacie „po co i dlaczego to robię”.

To tyle. Jedziemy dalej, bo „łatwo, to było wczoraj”. ;)