Bieg urodzinowy 2018 – dogonić marzenia

Bieg urodzinowy 2018 – dogonić marzenia

Podobno „szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów”. Jestem zatem szaleńcem, który porywa się co start na 10 km na magiczną barierę 40′.

Bieg nie poszedł tak jak to sobie wymarzyłem. Nie było to słabe bieganie (choć w sumie tempo drugiej piątki było półmaratońskie) ale jak się człowiek nastawi na wynik i wymyśli sobie, że „jest gotów”, to po biegu jest zawód.

Parę miesięcy temu jarałem się jak to zgubiłem dobrych kilka kilogramów (właściwie to te kilogramy były złe ;)). Nie pochwaliłem się natomiast, że te kilogramy do mnie wróciły. W związku z tym do biegu przystąpiłem w stanie takim jak po wypasie gastronomicznym następującym po sezonie 2017. Przed biegiem usłyszałem od kilku osób, że jestem szczypior i schudłem ale słyszę to za każdym razem. Niestety te pochwały nie powodują żadnych ruchów strzałki na wadze. Wina zapewne leży po stronie wagi. ;) Wracając jednak do szaleństwa…

Oczekuje lepszych rezultatów ale nie jestem w stanie (długoterminowo, bo tylko to się liczy) zapłacić odpowiedniej ceny. Skupiam się na treningu ale odpuszczam tematy żywieniowe. Nie powiem, odkąd zajął się mną Tomek Spaleniak zmieniłem kilka rzeczy na zdecydowanie lepsze i za to m.in. jestem mu bardzo wdzięczny. :) Niektóre nawyki zostały ale wciąż zwyczajnie jem za dużo. Podsumowując, robie straszne zamieszanie z tymi 40′ na dychę a w zaciszu domowym ch*#@ robię by to wreszcie odpowiednio pobiec.

Start

Sam start, gdy emocje opadną, będę wspominał raczej fajnie. Sporo przybitych piątek, sporo znajomych, bardzo dużo uśmiechu i radości. Znowu startowałem z późniejszej fali (może niedługo to będzie moja fala :P ;) ) i tym razem nie było żadnego tłumu do wyprzedzenia. Może to kwestia mniejszej liczby biegaczy, a może (chyba) dłuższej przerwy między startami kolejnych fal… a może jeszcze różnej przepustowości trasy. W każdym bądź razie wyprzedzałem hyżo :D i było na to miejsce.

Zdjęcie z AK-ska Photo

Pierwsza piątką pękła w 19:40, co jest moją najszybszą piątką ale do PB się nie liczy, bo było z górki. Gdy wyskoczył kilometr po 3:50 to myślałem czy to nie jest za szybko ale zmęczenie, oddech i tętno było raczej na normalnym poziomie dla tego momentu biegu. Mimo to już na piątym kilometrze brakowało nieco pary. Problem się oczywiście nasilił gdy zaczęło być pod górę ale tam niejednego postawiło. ;)

Drugiej części biegu nawet nie warto komentować. Zgięty w pół (choć w sumie pozycja biegowa od samego początku była jakaś nie-moja), próbujący na siłę przyspieszyć, a później wku%*wiony na siebie i własną niemoc. Standardowa, bardzo życiowa lekcja pokory i cierpliwości.

Oficjalny czas to 41:03.

Meta

Za metą dość standardowy zgon i próba odklejenia wszystkiego co zakleiło mi gardło podczas biegu + złapanie oddechu. Coś chyba ze mną jest nie tak. :/ Więcej w tym temacie dowiecie się już niedługo w mojej rozmowie z Kubą Czają. Premiera tego podcastu będzie w ciągu kilku tygodni. Poza zgonem… smuteczek, choć jak widać tylko u mnie. ;)

Poza tym po chwili czułem się ok ALE… duże ALE. Ostatni tydzień był dziwny i zastanawiam się skąd się wzięło takie moje gapiostwo. W ciągu kilku dni zdążyłem:

  • zostawić na pływalni karnet na wejścia,
  • zapomnieć wywiesić gaci po treningu :P przez co po dwóch dniach okazało się, że wchodząc na pływalnie muszę założyć mokre (niby nic szczególnego ale…)
  • i na dodatek po raz pierwszy zapomniałem oddać swój chip. Zobaczyłem dopiero go na butach gdy wszedłem do domu.

Straszny nieogar byłem ostatnio w kwestiach sportowych.

Wracając jeszcze do samopoczucia po biegu. Po powrocie do domu 2h spania, a resztę dnia spędziłem nad użalaniem się nad bólem czworogłowych i tyłka. Wnioskuję więc, że czas na mecie może nie był najlepszy z możliwych ale mięśniowo musiałem dać z siebie wiele. Boleści całkiem spore, nawet jak na mnie… i to po biegu na „tylko” 10 km.

Cóż, Ameryki nie odkryje. Jeśli chce się iść dalej, trzeba dać coś od siebie. Pytanie tylko czy ja tak umiem… Trochę przesadzam, bo po ostatnich miesiącach treningowych widzę nawet na poszczególnych jednostkach, że w każdej z dyscyplin zanotowałem niezły progres. Ten jeden start nie przekreśla wszystkiego, ani niczego nie musi określać. Zobaczymy co będzie dalej. :)

Na końcu serdecznie pozdrawiam wszystkich, którzy podeszli przybić piątkę i wspominali coś o „Kropce”. <3 To ja dziękuje. :)

Bieg Niepodległości – Gdynia, 2017

Bieg Niepodległości – Gdynia, 2017

Wreszcie przyspieszyłem. Zapomniałem już co to maraton, moje nogi również. Kręcą się na obrotach, które parę miesięcy temu wydawały się tak odległe.

Ostatni start w roku. Sezon tri za pasem, więc można było nieco bardziej skupić się na bieganiu. Plan był prosty (jak zwykle he he): wdrożyć się w trening szybkościowy i przybić piątkę intensywności.

Plan na przyspieszenie biegania pojawił się już kilka miesięcy temu. Żeby spojrzeć całościowo na start w Biegu Niepodległości trzeba się zatem cofnąć o te parę miesięcy.

Po Ironman Gdynia zluzowałem. Pochłonęła mnie praca i rodzina. Trenowałem bardzo nieregularnie. Gdzieś tam po drodze miałem jeszcze jakąś infekcję i ogólnie forma dokonała efektownego zjazdu w dół. Nieregularność treningu genialnie widać na poniższym screenie. Dni z czarnymi kreskami to dni w których robiłem cokolwiek. W przeciągu całego roku są pojedyncze dni na miesiąc gdzie nie ma kreski… z wyjątkiem sierpnia i września – tam jest bardzo dziurawo. ;)

ironfactory trening 2017

Świadomie pomijam dni 4-6 lipca po Ultramaratonie Kolarskim P1000J, ponieważ moją miłość do tego okresu można porównać z moją miłością do pływania. ;)

Do roboty zabrałem się w drugiej połowie września, ale w październiku miałem jeszcze wyjazd firmowy… no i właśnie. ;) Więcej przerw niż trenowania, aczkolwiek poza wtopą październikową uważam że od połowy września trenuje już normalnie.

Trening się zmienił – zdecydowanie. Okazało się że jestem szybki, a prędkości na krótkich, powtarzanych odcinkach zaskakiwały nawet mnie. Byłem pełen radości, natomiast daną szybkość należało teraz przełożyć na wytrzymałość w zadanym tempie. I tu leży pies pogrzebany, bo droga od „szybkich 400m” do „szybkich 5000m” jest długa (w sensie wieloletnia) i pełna wyrzeczeń… ale za to dająca wiele nauki, wrażeń, czy finalnie – satysfakcji.

PRZED STARTEM

Spotkania, uśmiechy, przybijane piątki i rozmowy. Ciężko się było odciąć i skoncentrować. Stałem w namiocie pełnym ludzi, bo na dworze było zimno i próbowałem się chillować – wychodziło całkiem średnio. ;)

Na rozgrzewkę wyszedłem 5 minut wcześniej żeby skończyć ją za późno. Zostały przyspieszenia do zrobienia, a ja musiałem zawijać w stronę startu żeby się nie spóźnić. Kto biega w Gdyni ten wie, że na samym Skwerze przyspieszeń się już nie zrobi, bo prędzej lub później dojdzie do zderzenia. Byłem dobrze rozgrzany, chwilę szybciej pobiegałem i dogrzałem się. Nie ma co narzekać.

Aha i jeszcze jedno. Wielkie pozdro dla tych, którzy podchodzili, witali się i przybijali piątki! Moja pamięć do twarzy nie jest zła. Natomiast pamięć do imion lub łączenia twarzy z miejscami w których się poznaliśmy – z tym już jest gorzej. :P Anyway, mam nadzieję że wszyscy jesteście zadowoleni z sobotniego startu. :)

START

Do strefy dostałem się na 2 minuty przed startem. Jednak na sam start trzeba było poczekać jeszcze 4 minuty, więc finalnie wyszło wręcz idealnie. Znowu startowałem z wolniejszej strefy żeby mieć swobodę biegu w pierwszej fazie. Trochę się zagapiłem i startowałem gdzieś z trzeciej linii natomiast po 100m już biegło się ok.

Sam bieg dość standardowy. Na początku lekkie problemy ze wstrzeleniem się w odpowiednie tempo ale podsumowania kilometrów wychodziły bardzo ok. Biegnąc po 4:05 czułem że jest fajnie. Gdy wyprzedzałem, różnice w prędkości były olbrzymie. Z jednej strony fajne uczucie, z drugiej strony… nie było za kim się schować.

Na szczęście tego dnia podczas mojego biegu (po później się pogoda totalnie schrzaniła) warunki były idealne. Temperatura w sam raz, prawie zero wiatru (poza kawałeczkiem na Bulwarze), tylko te kałuże… ;)

Na końcu Polskiej trochę się spaliłem na podbiegu. Bardzo mocno tam zapracowałem ale poczucie ujechania szybko minęło. Trzeba było gonić dalej. Z perspektywy mojego mózgu prawie cały ten bieg to była jakaś szaleńcza gonitwa, jak bym gonił kogoś kto ucieka z przodu. Pisząc ten tekst dziwie się skąd było we mnie tyle mobilizacji, by aż tak cisnąć. :P

Podczas całego biegu zdarzyły się 3-4 sytuacje gdy musiałem nagle zwolnić, bo nie było jak ominąć grupki ludzi nie nadrabiając drogi na zakręcie. Tutaj stawiam sobie kolejnego „plusa”, bo od razu gdy zrobiło się okienko (czyli po 2-3 sekundach) od razu wyrywałem do przodu. Oczywiście miałem zerowe chęci na takie przyspieszenia ale goniłem czas więc…

Gdzieś w okolicy półmetka miałem chyba najgorszy kryzys. Wiedziałem że trzeba przyspieszyć… i przyspieszyłem. No i stąd się właśnie owy kryzys wziął. Tempo wzrosło (choć tego nie czułem w nogach, a na tętno i tempo nie patrzyłem :P) i organizm przestawiał się na wyższe obroty. To „przestawianie” zawsze mnie mocno boli natomiast gdy minie ten nieprzyjemny moment to potem o dziwo można biec dalej tym nowym, szybszym tempem… oczywiście do momentu wyłączenia światła. ;)

Nie minęło wiele czasu jak poczułem się lepiej. Gdzieś w okolicach początku Świętojańskiej. No ale wiadomo co będzie za chwilę. Zgięło mnie. Mogłem się tam mocniej zaorać tyle że jestem prawie pewien, że miałoby to bardzo złe konsekwencje na kolejnych kilometrach. ;)

Podczas pobiegu tylko raz spojrzałem na zegarek. Pokazał tempo 4:20 czy 4:25. Zakląłem ale postanowiłem odrobić te sekundy na kolejnych kilometrach. Nie wiedziałem jak ale postanowiłem że będzie dobrze. ;)

Ul. Piłdsudskiego w dół zawsze mnie zaskakuje. Tam upatruje zwykle szans na darmowe sekundy i jakoś nigdy tych sekund tam nie zbieram (a jeśli zbieram to niewiele). Z drugiej strony zbieg napędza nogi, a przy odpowiedniej mobilizacji to tempo można próbować utrzymać na dalszym płaskim odcinku. Przeszkadza w tym nawrotka krótko po końcu zbiegu ale można próbować zapamiętać rytm biegu z górki. Zaraz za nawrotką odtwarzamy go i voilá ;)

W tym momencie złapałem swojego zająca. Gość biegł bardzo ambitnie, wyprzedzał, a moja mobilizacja znowu mnie zaskoczyła i trzymałem się jego pleców. Było ciężko ale jedno spojrzenie na typa wystarczyło, że cierpi co najmniej tak jak ja. Bieg po Bulwarze na tej trasie zwykle kojarzy mi się bardzo nieprzyjemnie: próby przyspieszenia, zero sił itp. Tym razem było inaczej. Ból pozostał ale napędzaliśmy się z moim zającem. Krótko biegłem za nim, dłużej obok niego. Każdy z nas próbował jeszcze bardziej przyspieszyć i wyjść do przodu ale z drugiej strony nikt nie odstępował nawet na pół kroku. Kapitalnie się napędzaliśmy.

Na wysokości „podbiegu” (hłe hłe) przy rybkach chyba wyszedłem na prowadzenie – nie wiem. Tutaj zaczęły się mroczki. Patrzyłem gdzie biegnę, było pełno kałuż, a ja miałem wrażenie że nogi mi się plączą. Dodatkowo bałem się kocich łbów na Skwerze. Już na rozgrzewce bardzo się na nich ślizgałem.

Na ostatniej prostej już nie za wiele kumałem ale to w sumie standard. Podobno kolega Karol krzyczał i dopingował ale wszelki dźwięki były zupełnie niezrozumiałe. To był świetnie wyważony, równy i (jak na moje warunki) mocny bieg. Jestem absolutnie zadowolony z tempa, a jeszcze bardziej zadowolony z pracy głowy.

PODSUMOWUJĄC

Według pomiaru z wideo ;) pobiegłem całkiem równo… 20:07 w połowie dystansu i 40:14 na końcu…. w zasadzie równo co do sekundy. ;)

Patrząc na zegarek na połówce miałem 20:05, a na końcu mimo walki na ostatnich kilometrach wyszło 40:15. Jeśli jednak weźmiemy dokładny pomiar zegarka, to wybił 10 km równo po 40:00, więc mimo Świętojańskiej druga połówka okazała się szybsza!

Tak jak teraz patrzę to… 6-10 km zrobiłem w 19:55 co jest teoretycznie moją nową życiówką na 5km. ;) Ale szkoda czasu na teorię. Oficjalny czas zawodów to 40:14 i tylko to się liczy.

MP w Duathlonie 2017, Rumia + bieg towarzyszący na 5 km

MP w Duathlonie 2017, Rumia + bieg towarzyszący na 5 km

Tydzień przerwy od treningów, ciągła walka z infekcją górnych dróg oddechowych i ogólnie nieogarnięcie. Byłem ciekaw jak mocno odpadnę podczas biegu. ;)

Wiele pisał nie będę. Nie czułem się najlepiej ale chciałem wrócić do jakiegokolwiek ruchu, więc zawody na które już byłem zapisany były (moim zdaniem) dobrym pomysłem. Cel: wrócić do żywych.

Plan na bieg był taki by zacząć mocno i zrealizować równy bieg. Przy okazji nie chciałem za bardzo patrzeć na zegarek, by nie hamować się jeśli zacznę za mocno. :P Skończyło się bardzo standardowo aczkolwiek jak patrzę na tempo to całkiem długo ciągnąłem swoje.

Do przebiegnięcia 3 kółka, razem 5 km (wyszło 5,07 :P). Na pierwszym kółku czułem się dobrze. Od początku drugiego już była kaplica i hurtowo wyprzedziło mnie trochę osób. Końcówka to walka, by nie przegonił mnie gość, który ostatnie kilkaset metrów siedział mi na plecach.

Podsumowując krótko: 2 km po 3:50 i 3 km po 4:20. :P

Najważniejszym punktem dnia były…

Mistrzostwa Polski w duathlonie

Tutaj nie będę się rozpisywał tylko wrzucam video podsumowanie tego wydarzenia. :)

Duathlon Ustka – debiut w dua i pożegnanie sezonu multisport 2017

Duathlon Ustka – debiut w dua i pożegnanie sezonu multisport 2017

10 osób z Endure Team startujących w tej imprezie. Podobno 6 z nich na podium. :P Mi zabrakło 31 sekund…

To nie był start na wycięcie. Po Mrągowie prawie nie trenowałem. Właściwie nic nie robiłem tylko przybierałem na wadze. ;) Dopiero na 3 dni przed startem zacząłem truchtać i lekko kręcić korbą żeby cokolwiek się rozruszać. Jeszcze nie wiem czy był to dobry czy zły pomysł natomiast…

Czasami organizm daje nam znaki, że coś jest nie tak. Nie zawsze są one wyraźne i można różne nie rozszyfrować. Tego dnia znak dla mnie był bardzo wyraźny. Szukając analogii… tak jakby ktoś wyrwał znak drogowy z ziemi i przywalił mi prosto w mordę (zdradziecką, a jakże). ;)

Zacznę zatem od końca, żeby było ciekawiej. ;) W pierwszej minucie zawodów osiągnąłem tętno 171 bpm. W piątej minucie – 178 bpm. Nie pamiętam czy dobijałem do tak wysokiego tętna podczas epickich finiszów w ostatnim czasie. Finalnie dobiłem do 181 uderzeń na minutę, a tempo było kiepskawe (poza pierwszą prostą – standard :D). Co śmieszniejsze na rowerze nadal trzymałem takie ekstremalne dla mnie wartości.

Kończąc wzmiankę o znakach jakie daje nam ciało. Infekcji na pewno się nie pozbyłem. Drugi bieg biegłem tempem 4:40, a tętno było w kosmosie. Przez całe zawody było ok. 20 uderzeń za wysokie.

A teraz zapraszam na pełną relację z Duathlon Ustka.

Przed startem

niewiele się działo. Zebraliśmy się dość wcześnie żeby załatwić wszystkie sprawy i zostało sporo czasu i okazji do rozmowy. Pierwszy raz było tak integracyjnie. :)

W strefie zmian do koszyka trafił kask i buty… that’s all. :) Ciekawe doświadczenie. Przy okazji chciałem przetestować start „na lekko”, tj. bez objadania się w dniu startu i bez picia i jedzenia podczas zawodów, bo przecież są krótkie.

Zjadłem o 7 śniadanie i o 10 dojadłem drożdżówką. Trochę mało jak na mnie. Start był o 12. W międzyczasie dopiłem litr izotoniku (a w zasadzie cieczą hipotoniczną, bo specjalnie zrobiłem dość rozwodniony).

Obchodząc strefę zmian bardziej skupiłem się nad tym gdzie w ogóle jest wbieg i wybieg niż nad tym gdzie w ogóle znajduje się mój rower (patrząc od strony wbiegania). Piszę to by ubiec to co później nastąpi. ;)

Start.

Godzinę przed nami wystartował dystans długi. Teoretycznie 10-40-5. Nasz był teoretycznie 5-20-2,5. Faktycznie wyszło 5-15-2,5 czyli biegowo było wszystko ok. ;)

Jeszcze przed startem przywitałem się z Pawłem, za którym pogoń w Mrągowie zakończyła się fiaskiem. ;) Na starcie stawił się również kolega Arek, którego wspominałem w relacji z biegu majowego. Ogółem mówiąc fajna ekipa do ścigania się i wzajemnego napędzania. Nie myślałem natomiast, że będziemy rywalizować ze sobą aż tak bezpośrednio… tak blisko.

Po wystrzale startera grupa około 90 osób ruszyła do przodu. Po paruset metrach się przerzedziło i okazało się, że biegniemy w trójkę: Arek, Paweł i ja. A właściwie Paweł, ja i Arek. :P Nie minęło wiele czasu jak kolejność zmieniła się na Arek, Paweł i ja z tą różnicą, że nie biegliśmy już razem tylko Arek uciekł na parędziesiąt metrów.

Tempo biegu nie było zachwycające a my sapaliśmy jak byki na arenie. :P O ile na początku myślałem, że nie utrzymam pleców Pawła, o tyle w drugiej części pierwszego biegu tempo tak siadło, że postanowiłem go wyprzedzić. Gdy tylko to zrobiłem dostałem wiatrem po ryju i to był moment gdy zrozumiałem, że była to zła decyzja. ;) Z drugiej strony nie chciałem, by nam Arkadiusz uciekł. :P

Arek się znalazł. Gdy dobiegałem do strefy zmian

i wybiegłem zza zakrętu prawie się zderzyliśmy. Otóż kolega wbiegł do strefy, zaplątał się i rozpoczął jakieś dziwne poszukiwania. Tym samym straciłem na pewno medal #Janusza zawodów. :P

Wbiegając do strefy zacząłem się zastanawiać gdzie właściwie jest mój rower. Wbiegłem nawet w dobrą alejkę (strefa była mała, a rower wisiał dość skrajnie, więc nie było to mega trudne). Zatrzymałem się przy rowerze z numerem 286 i nie był to mój rower. W tym momencie wszedłem w tryb zadumy. :D Sprawdziłem numer na nadgarstku… ahhh… to ja mam 296! Ubaw po pachy. ;)

Zza strefy odezwali się konferansjerzy imprezy, że kolega Marcin z Endure Team szuka roweru. Byłem w tym momencie w wybornym humorze, więc tylko się odwróciłem i zaśmiałem. :) Mimo pozytywnego odbioru nie wiem czy mogę polecić takie przypadłości innym zawodnikom. ;)

Biegnąc z rowerem

starałem się szukać wzrokiem kto mi ile uciekł. Za belką była długa prosta i nie dojrzałem żadnego z chłopaków co mnie nieco zdziwiło. Nie chciałem obracać się w kierunku strefy, bo mocno sapałem i biegłem niezbyt stabilnie. Po zawodach dowiedziałem się, że Arek wybiegł zaraz za mną, a Paweł chwilkę już do nas stracił. Swoją drogą Paweł pisał na swoim FB, że też był z jakąś infekcją za pan brat.

Nie oglądałem się jednak za siebie. Nie wiedziałem jaką mam przewagę. W sumie to nawet nie wiedziałem czy jestem „pierwszy” z naszej trójki, więc wypatrywałem ludzi na mijankach. A mijanek było trochę. W ogóle trasa była dziwna. W wielu miejscach mega kręta, a zakręty ciasne i ostre. Dwa razy nawet miałem mindfu*ka gdzie mam jechać, bo trasa co prawda była wyznaczona ale nie chciało mi się wierzyć, że mam jechać tam gdzie wskazują barierki. :P Swoją drogą fajnie podsumował trasę kolarską (jak i podbiegi na trasie biegowej) Kamil z Endure team.

Suma sumarum fajnie mi się jechało. Trochę zrywów, sporo hamowania i przyspieszania, ciasne zakręty. Na początku było trochę strasznie ale zyskiwałem na pewności siebie i „cornering” wychodził mi całkiem nieźle. Jak na moje umiejętności jazdy szosą, mogę powiedzieć, że nawet lekko ryzykowałem na ciasnych łukach 60-90 stopni ale chcę zwrócić uwagę, że oceniam to przez „moje umiejętności jazdy szosą”. ;) Bawiłem się tymi zakrętami.

Wracając jeszcze do początku etapu rowerowego. Zapomniałem w strefie odwrócić numeru na plecy. Teraz już wiem dlaczego powinno się to robić. Numer był nisko i siadając przygniotłem go tyłkiem przy okazji zrywając jeden ze sznurków. Nie wiedziałem czy zerwałem jeden czy dwa sznurki ale po jakimś czasie skonstatowałem że chyba-może-napewno jeden sznureczek i obróciłem wreszcie numer do tyłu. Sytuacja podobna jak na ostatnim triathlonie – jakieś fatum. ;)

Z uwagi na mnogość mijanek zacząłem wypatrywać chłopaków za mną. Paweł wyprzedził Arka ale nie było niebezpieczeństwa, że zaraz mnie zaatakuje. O dziwo. Nie wiem czemu ale nieco się demotywowałem, że nie wiem czy przewaga rośnie czy maleje i doszedłem do wniosku, że wolę gonić niż być gonionym. Oczywiście z logicznego punktu widzenia jest to bez sensu, bo każdy wypruwa z siebie flaki i jak ma jeszcze przyspieszyć żeby dogonić gościa przed sobą, to tworzy się „system error”. ;)

Końcówkę etapu kolarskiego jechałem na sporej zajawce. To był taki zwykły zaciesz. Zaciesz spowodowany tym, że kręcę, nic ponadto. Fajna sprawa tak móc sobie wystartować w zawodach. :D Polecam ten styl!

Owy radosny nastrój spowodował, że zobaczyłem przed sobą bramę Radia Gdańsk, która jednocześnie stanowiła belkę. Miałem do niej paręset metrów. Tym samym zacząłem procedurę wyjmowania nóg z butów, która z uwagi na pośpiech wyszła mega szybko (ale i sprawnie, za co dziękuję sobie i ćwiczeniom tego elementu). Tym razem nie miałem obaw że się wywrócę tylko zaraz po zdjęciu butów przerzuciłem nogę i od razu mogłem zeskakiwać, bo byłem już prawie na belce. Podsumowując: just in time.

Druga strefa zmian

Wyszła lepiej. ;) Wiedziałem gdzie odwiesić rower, przebranie było ekspresowe i pełen wiary w sukces operacji „pierwszy z naszej trójki” wyleciałem, bojowo nastawiony na ostatnie 2,5 km biegu.

Bojowe nastawienie minęło po 50-60m…

Z bojowym nastawieniem biegłem po 4:00. Średnie tempo tych 2500m wyszło 4:40. Czyli dobre tempo maratońskie. ;) Tętno i tak było w kosmosie.

Po pierwszym biegu, na rowerze jechało mi się doskonale. Po rowerze, drugi bieg był drętwy. Szurałem stopami, byłem mega pochylony do przodu. Czekałem na Zgon v.2.0, by móc paść na chodnik. Coś tam próbowałem się kulać, żeby mnie koledzy nie dogonili. :P Była jeszcze wola walki ale gdyby ktoś mnie wyprzedził, to fizycznie nie byłbym w stanie odpowiedzieć.

Teraz jest czas na kilka słów o trasie biegowej. Zarówno tej pierwszej jak i drugiej. Były na niej schody i solidne podbiegi. Takie solidne solidne, na których nie trenuje się nawet podbiegów, bo są „za solidne”. Kamil z Endure w swoim wpisie ustalił, że nachylenie wynosiło 14%. ;) O ile przy pierwszym biegu, wdrapanie się na największą górę zwieńczyłem zajawką, bo oczom ukazał się piękny widok, o tyle przy drugim biegu zacząłem pod nosem przeklinać. ;)

Ten największy podbieg to był taki mega garb, czyli zaraz po podbiegu był ostry zbieg… zaraz potem nawrotka i… powtórka z rozrywki. Dobry humor powrócił gdy zobaczyłem Pawła jak zbiega. Leciał wymachując rękoma żeby się nie wywrócić. Wyglądało to jakby wyjął bezpieczniki i szedł „all-in” (choć twarz nie była zbytnio pokerowa ;) ;) ;)). Pojawił się lekki niepokój ale do mety był kilometr z hakiem, a ja miałem z 30 sekund przewagi (tzn. tak mi się wydawało, bo realnie miałem chyba z 50″). Dużo, nie dużo. Patrząc na moje tempo vs. tempo mnie samego gdy zostawię sobie siły na koniec i odpale, to przewaga może stopnieć bardzo szybko.

Ostatnie pół kilometra biegłem z jakimś ziomkiem z długiego dystansu. Pogadaliśmy nawet chwilę, pobiegł z nami trochę kamerzysta (#ParcieNaSzkłoAlert ;)), na czerwonym dywanie przybiliśmy piątkę i dumnie wkroczyliśmy na metę. Dopiero na ostatniej prostej zacząłem się oglądać do tyłu. Nie było nikogo a owa prosta była długa. Kamień z serca. :)

Finalnie czasy per dyscyplina kształtowały się następująco:

  • Run 1 – 00:20:44 (14 czas w stawce)
  • T1 – 00:01:13
  • Bike – 00:28:05 (10 czas w stawce :))
  • T2 – 00:00:53
  • Run 2 – 00:11:50 (22 czas w stawce :()

Lubię gdy są takie dokładne podsumowania. Widać wtedy czy siły zostały dobrze rozłożone. ;) Spadek z 14 na 22 miejsce przy porównaniu obu biegów nie jest kosmicznie duży ale jednak znaczący. Szczególnie, że od momentu gdy wsiadłem na rower, do mety nie wyprzedziłem chyba żadnego zawodnika z mojego dystansu.

Wideorelacja z zawodów

A teraz mały przerywnik. Kręcąc się po okolicy pozwoliłem sobie również nagrać relację z zawodów. Dużo mojego gadania i trochę widoków. ;)

Za metą

działy się rzeczy fajne. Super klimat, dobra atmosfera w teamie (więcej na powyższym wideo) itp. Pogadaliśmy, poczekaliśmy na ceremonie i poszliśmy do knajpki na ciacho. I wtedy zaczęły się schody.

Doszło do mnie chyba zmęczenie, może kwestie braku jedzenia (aczkolwiek jestem na 100% pewien, że mam duuuuuże zapasy energii w tkance tłuszczowej ;)). Pewnie za mało piłem ale nie przypuszczałem takiego efektu. Mimo, że w knajpce wygodnie się rozsiadłem to z minuty na minutę następował coraz większy zjazd. Wyglądałem raczej blado. Gdy wjechało ciasto na stół miałem mega niechęć do jedzenia. Wdusiłem w siebie ale to był błąd (choć dokładny opis sobie podaruje ;)).

Szczęście takie, że jechałem na zawody z Marcinem Sobczakiem, więc wsiadł za kółko i zawiózł nas do Rumi. Dla mnie trudnością było nawet siedzenie w samochodzie. Trochę szkoda, że moja głowa i żołądek tak konkretnie się zbuntowały, bo było mega fajnie.

Tym samym zakończyliśmy sezon multisport 2017. Z przytupem, bo nasze biało-czerwono-czarne stroje często pokazywały się na podium. :) Gdy sprawdzałem wyniki zobaczyłem, że jestem czwarty w kategorii. Trzecie miejsce zajął gość bezpośrednio nade mną w klasyf. OPEN. Straciłem do niego równe 30 sekund. W takich sytuacjach w głowie rozbrzmiewa mi głównie jedna myśl, którą w sobie pielęgnuje – „jeszcze nie zasłużyłeś”. Taka jest prawda i nie ma co się przejmować tylko iść dalej.

Po jakimś czasie dotarło do mnie, że przecież klasyfikacja OPEN nie dubluje się z kategoriami wiekowymi i jeśli ktoś z mojej kat. M2 jest w TOP 3 OPEN, to będzie dobrze dla mnie. Okazało się jednak że cała trójka jest z M1, więc sorry panie Marcinie. ;) Tym razem starałem się sobie wmówić co innego. Jeśli bym wszedł na to podium, to można by to porównać do kalkulacji awansu reprezentacji Polski w piłce nożnej kilka lat temu: czyli liczyć na remis w innym meczu, przegrany mecz lidera grupy i zaćmienie księżyca przy jednoczesnym zobaczeniu jednorożca. Dobra, koniec samobiczowania. ;) Trzeba działać dalej. :)

… czego sobie i wam życzę. Pozdro!

P.S. Za tytułowe zdjęcie dziękuję organizatorom Duathlon Ustka. :)

Triathlon Mrągowo – pożegnanie z tri-sezonem

Triathlon Mrągowo – pożegnanie z tri-sezonem

A miało nie padać… ;)

Start w ostatni weekend sierpnia był zaplanowany od dość dawna. Nauczony doświadczeniem, że w pierwszym tygodniu września pogoda robi się beznadziejna chytrze pomyślałem o wcześniejszym starcie, by pożegnać się z tri-sezonem.

Ostatnie 2 lata kończyłem sezon w Przechlewie. Za każdym razem lało aczkolwiek rok temu temperatura była „wysoka”, bo z 15 stopni. Rok wcześniej było kilka kresek wcześniej i można było nabawić się konkretnego wychłodzenia.

Gdy zobaczyłem dogodny termin w kalendarzu imprez Triathlon Energy aż się uśmiechnąłem. Teraz jednak wiem, że cały system pogodowy działa nieco inaczej. W międzyczasie organizator Triathlon Przechlewo ustalił termin odbywania się tamtejszych zawodów na… ostatni tydzień sierpnia, zamiast pierwszego tygodnia września. Tydzień wcześniej… pewnie żeby pogoda była lepsza. ;)

Fatum ciąży. Jestem prawie pewien ;-) ;-) ;-), że psia pogoda w Mrągowie była spowodowana tym, że 300 kilometrów na zachód, w dokładnie tym samym terminie odbywał się przechlewski triathlon. :P

Logistyka startowa

Logistyka była ułatwiona, bo 20 km od Mrągowa mieszka teściowa. Trasę zawodów też już miałem zaliczoną podczas pamiętnego Pierścienia tysiąca jezior. W sobotę zawitałem tylko na odprawie i po odbiór pakietu.

Na samej odprawie ciekawe rzeczy. Organizator (jak zwykle bardzo konkretnie – brawo Adam i załoga!) dość dokładnie opowiedział jak w razie burzy z błyskawicami będzie odbywał się duathlon Mrągowo. :P Wtedy jeszcze nie wiedziałem czy się cieszyć, bo pływam słabo, czy się smucić, bo pogoda będzie z czapy. Sprawdzając prognozę w telefonie raczej nie miałem złudzeń. Cokolwiek będziemy robić, będzie na nas kapać.

Start 1/4 IM był zaplanowany w niedzielę na godzinę 11, więc można było się dobrze wyspać. Na start musiałem dostać się okrężną drogą (40 km zamiast 20 km), bo jacyś triathloniści zajęli MOJĄ drogę. Do lasu z nimi! ;)

Przedstartowo

Gdy zaczęło padać wszyscy zaczęli powoli schodzić się pod daszek tuż przed strefą zmian. Gdy już zebraliśmy się tam całym stadkiem zaczęło tak lać, że zamiast wody w jeziorze było widać wodę zlatującą z nieba. Godzina zamknięcia strefy zbliżała się nieubłaganie ale jakoś nikomu się nie spieszyło. :P

Swoją drogą, stał obok nas dyrektor zawodów, który o 10:30 (teoretyczna godzina zamknięcia strefy zmian) miał dać znać czy dzisiaj robimy triathlon czy duathlon. Ciekawostką jest fakt, że decyzja była osobna dla każdego dystansu czyli była możliwość, że 1/2 zrobi tri, my na 1/4 zrobimy duathlon, a po nast na 1/8 też zrobią tri. :)

Tuż przed 10:30 deszcz odpuścił i poszliśmy zawieźć rowerki i przygotować się do startu. W strefie usłyszałem, że robimy tri. Wcześniej dopytywałem organizatora „czy przy takim deszczu będziemy pływać”. Odpowiedź była jasna „deszcz jest nieistotny, ważne czy są wyładowania elektryczne”. Jasna sprawa, bo w wodzie i tak będziemy mokrzy. ;)

W strefie zmian było ultra ciasno. Prawie niemożliwe było włożenie swojego roweru nie zahaczając o rower obok. Przy okazji gość, który miał rower obok mnie powiesił go obok swojego numerka… czyli już na moim miejscu. Przesunąłem go na swoje miejsce ale sytuacja powtórzyła się potem podczas zawodów przez co naprzeklinałem się w T2.

Po rozpływaniu miała miejsce jeszcze jedna przykra sytuacja. Otóż stojąc już w miejscu, z którego schodziliśmy do wody, by płynąć na start zacząłem wymachiwać łapami. Nie wiem czy ja mam taki niefart ale zbyt często zdarza mi się, że gdy rozgrzewam stawy ktoś się na mnie nadzieje. ;/ Tym razem była to biegnąca dziewczyna, która dostała w okolice szczęki i szyi. :( Domyślam się tylko, że moje późniejsze przeprosiny tylko ją wkurzały. Niby to przypadek ale zawsze człowiekowi głupio. Na osłodę dodam, że ta dziewczyna wygrała chyba open kobiet. :P Wielkie gratulacje :)

Start

Zaczyna mi się podobać start z wody. Nie wypacza bezpośredniego ścigania się z innymi jak rolling start, a każdy ma czas by znaleźć swoje miejsce w wodzie. Ja po raz kolejny ustawiłem się za daleko.

Pierwsze 50 metrów płynąłem zrywami. Tzn. chwile normalnie i chwilę z dłuuugim wyleżeniem i zerowym staraniem się. Przede mną płynęło 4-5 osób, jedna obok drugiej, równym tempem… nie moim tempem. Było to irytujące i czekałem dłuższą chwilę na kawałek miejsca między nimi. Próbowałem się nawet wciskać ale jak moja twarz została poturbowana stwierdziłem, że trzeba obrać inną taktykę. ;)

Odbiłem mocno w lewo… za mocno. :P Wyprzedziłem gromadkę i zacząłem ambitnie przeć do przodu. I teraz pytanie: czy na jeziorze Czos są jakieś prądy, których nie widać? Podczas całego pływania dryfowałem w lewo. Co drugie wychylenie głowy, w celu poprawy toru płynięcia powodowało spore (jak na taki czas) poprawki w kierunku płynięcia. Z wielkim zaskoczeniem stwierdzam, że zegarek pokazał tylko 1050m pływania w moim wykonaniu.

Ogólnie płynęło się bardzo fajnie. Chciałem zakręcić się w okolicach 18′. Wiedziałem, że jest to jak najbardziej realne. Czułem, że płynę swoim dobrym rytmem. W pewnym momencie zobaczyłem obok siebie świetnie płynącego zawodnika. Obserwując jak jego głowa przecina wodę pomyślałem, że to jest mega gość i że mega szybko tnie przez fale. Dopiero po dłuższej chwili doszło do mnie, że płyniemy obok siebie… czyli płyniemy tym samym tempem. :P Po kolejnej chwili przyspieszyłem i owy zawodnik został za mną.

Z wody wyszedłem nieujechany, co jest miłą odmianą. Co prawda za dużo sekund tracę na znalezieniu sznurka od pianki ale sam bieg do T1 był już dość świeży. Niestety czas pływania był tragiczny i wynosił ledwo co poniżej 20 minut. Nie wiem o co chodzi ale kolega Marek, który pływa lepiej ode mnie też miał dużo gorszy czas pływania od zamierzonego. Może woda była za gęsta. :P

T1 bardzo słabe

Zwyczajowe spokojne (i wolne) ściąganie pianki… chyba utnę ją pod kolanem, bo już mnie to zaczyna irytować. Reszta ubioru poszła gładko ale… z kasku najpierw musiałem wylać wodę jak z wiadra. ;) To chyba znaczyło, że podczas naszego pływania jednak trochę padało.

Na wybiegu z T1 nieco mną machnęło na zakręcie na co kolega Paweł biegnący z tyłu się zaśmiał. Oho… no to będzie z kim się ścigać, bo jakoś tak bywa, że z Pawłem często gęsto się gdzieś mijamy na zawodach.

Początek roweru całkiem zabawny,

a to szykana na mokrym asfalcie gęsto przykrytym deszczówką. Nie miałem spięcia na wynik, więc nie kombinowałem z szukaniem czarnego asfaltu tylko po prostu mocno hamowałem na zakrętach. Szkoda kolan i roweru. ;) Słyszałem, że już wcześniej zbierali jakiegoś zawodnika, więc jechałem ultra ostrożnie. Innym ciekawym elementem początku pętli była jazda chodnikiem. Podsumowując, nie była to szybka trasa. :P

Na początku trasy mijaliśmy się z Pawłem. Po kilku kilometrach przestało mi się chcieć zabijać się na rowerze. Tempo było za mocne, co widać było po tętnie. Nie byłem zadowolony z tempa ale najwidoczniej to co najlepsze zostawiłem w Gdyni i trzeba się z tym pogodzić. :) Dałem sobie na luz, Paweł mnie wyprzedził i postanowiłem, że będę się trzymał z 15 m za nim.

Taka jazda pozwoliła mi nieco odsapnąć ale tylko na krótką chwilę, bo utrzymanie na widoku niebieskiego stroju Pawła było coraz trudniejsze. Po kilkunastu kilometrach dałem sobie spokój i zacząłem jechać swoim tempem. Trasa była pagórkowata (jak to na Mazurach) i trudno było o dobre tempo okrążenia.

Na pierwszym kółko prędkość średnia wyniosła 35 km/h więc bardzo żwawo. Drugie kółko było zdecydowanie wolniejsze. Tętno spadło i postanowiłem sprawdzić czy jak nie upodle się na rowerze to czy pobiegnę tak jak w Gdańsku (szybko i ochoczo).

T2 like a pro!

Zdejmowanie butów… Zawsze zwracam na to uwagę, bo powoduje to u mnie śmiech. Jednego buta zdjąłem mniej niż kilometr przed metą – jest wyraźny progres. :) Walka z drugim butem zaczęła się gdzieś na 100-150m przed belką. Całość wyszła nawet zgrabnie natomiast bardzo niepewnie przerzucam nogę nad siodełkiem. Już chciałem dać sobie luz ale w ostatnim momencie się wychillowałem i ostatnie metry elegancko dojechałem stojąc po prawej stronie roweru.

Druga strefa zmian poszła zgrabnie… poza jednym aspektem. Nie miałem gdzie odwiesić roweru. Wepchnąłem go na hama na swoje miejsce. Na szczęście żaden z rowerów obok nie spadł ale byłem gotowy je zbierać. Delikatne odwieszanie roweru nie wchodziło w grę, bo bym musiał odłożyć na ziemię swój rower i najpierw układać wszystkie obok – padaka.

Jeszcze tylko obrócić numer… trach, poszła gumka trzymająca kartkę z numerem startowym.

Początek biegu wyglądał obiecująco

Spojrzałem na swój numer… wisiał gdzieś na wietrze, odwrócony białą stroną w kierunku świata – trudno się mówi, biegnie się dalej.

Dobre samopoczucie na biegu skończyło się dość szybko. Tempo trzymałem przez jakiś czas ale w środkowej i środkowo-późnym :P momencie biegu było słabo. Na pierwszym biegowym bufecie wziąłem izotonik, którego tak bardzo brakowało mi na trasie rowerowej (swoją drogą, to pokazuje w jaki sposób byłem nastawiony do zawodów: w bidonie miałem tylko wodę, a na trasę miałem tylko jeden żel i batoniki z pakietu startowego :P).

Wracając do izotonika: połowę kubka wlałem sobie do lewego oka, 1/3 wylałem na chodnik, a 1/6 wypiłem. Generalnie nie polecam. Szczypie wtedy oko.

Plan był taki, by teraz gonić Pawła jednak tempo nie wyglądało na „goniące”. Nie znam dokładnie jego poziomu sportowego ale miałem wrażenie, że jestem nieco mocniejszy na rowerze i nieco słabszy na biegu. Na rowerze to się nie sprawdziło ale skoro rower nie był do utraty tchu, to może bieg wyjdzie. Nie wyszedł. :P

Na mijankach widziałem, że raczej się oddalam niż przybliżam. Po dziwnie kiepskim pływaniu, nienajmocniejszym rowerze, przyszedł czas na średni bieg. :P

Podczas etapu biegowego był natomiast świetny klimat. Piąteczki przybijane ze znajomymi, doping, uśmiechy i pozdrowienia.

Na drugim kółku wydarzyła się ciekawa rzecz. Jeden z nawrotów na trasie biegowej był w lesie. W jedną stronę biegliśmy po lekkim wzniesieniu, a z powrotem dołem, tuż przy samym jeziorze. Obie ścieżki „tam” i „z powrotem” dzieliło dosłownie kilka metrów.

Gdy zbliżałem się na drugiej pętli do lasu ktoś z biegnących w drugą stronę krzyknął, żeby uważać bo pszczoły w lesie gryzą. Nie wiedziałem czy ktoś jaja sobie robi czy jak. Ogólnie to słaby humor ktoś by miał no i z drugiej strony jak to pszczoły kłują. Jakieś agresywne czy jak?

Potem okazało się, że nawrotki nie było tylko dobiegaliśmy do końca ścieżki, robiliśmy obrót 180 stopni i biegliśmy z powrotem. Nic latającego i gryzącego nie widziałem. Sytuacje oceniam na plus, bo z tego co się domyślam, to była nagła sytuacja i bardzo fajnie, że organizator nie zostawił jej samej sobie tylko odpowiedzialne zareagował.

Gdy kończyłem pierwsze kółko wyprzedził mnie jeszcze Tomek. To było upokarzające. Biegłem wtedy pewnie w okolicach 4:45, a Tomek pewnie z 3:20… Swoją drogą, co za kozak. Tydzień temu ścigał się na pełnym dystansie (MP) w Borównie, a teraz wygrał na 1/4…

Meta

Nie było żadnego super sprintu i tym podobnych rzeczy. Spokojnie, z podniesioną głową dotarłem na kreskę. Zmęczony, bez emocji.

Oficjalnie:
swim – 19:52
bike – 1:18:43
run – 46:10

Na koniec zapraszam do obejrzenia filmu z zawodów, na którym jestem obecny przez pół sekundy. Nie mrugajcie okiem, bo przegapicie! :P

Tak, na miniaturce video to ja. ;)

Ironman Gdynia 2017 – miejsce, w którym spełniły się marzenia

Ironman Gdynia 2017 – miejsce, w którym spełniły się marzenia

Ten cały triathlon, to jest całkiem ciężki. Szczególnie jak lecisz na wynik. W pływaniu trochę sapania, na rowerze trochę pieczenia… ale na biegu… to jest dopiero dramat w wielu aktach.

W tygodniu zawodów miałem trochę perypetii związanych z rowerem. Nie będę się już ośmieszał i ich tutaj przywoływał. Finalnie o godzinie 7:30 w dniu zawodów miałem rower w stanie bardzo sprawnym. Ostatnio tak sprawny był pewnie z rok temu. :P

Z ciekawostek powiem, że od dwóch dni mój rumak był również wyposażony w nowe koła. Czym prędzej chciałbym jednak pohamować triathlonistów, bo to nie jest tak jak myślicie. ;) W świecie Tri jak ktoś mówi że kupuje koła, to znaczy że sprzedaje samochód, by za nie zapłacić. ;) Mój komplet wraz z oponami kosztował 350 pln. Porównując do starych kółek, to nabyłem prawie takie same stockowe koła Syncros ale UWAGA UWAGA z aerodynamicznymi szprychami. 😂 +7 km/h jak nic!

Piątek

W piątek z samego rana pojawiliśmy się z juniorem na plaży. Cel: sprawdzenie temperatury wody. Specjalnie nie wziąłem pianki, by zobaczyć w czym dzieciaki będą pływały. Było zimno :P Mega zimno. Albo ja nie jestem przyzwyczajony albo mam za mało ocieplającego tłuszczu (ahhahahaha to na pewno nie to :D) ale nie chciałbym pływać w takiej wodzie. Junior się przestraszył, że nie może nawet normalnie oddychać, bo mu ściska cyce i przestraszony wycofał się z rywalizacji nim ta się rozpoczęła. :( Szkoda aczkolwiek wciąż chce spróbować. Następnym razem wybierzemy na debiut jakieś jezioro. ;)

Po południu przyjechaliśmy jeszcze raz zobaczyć jak wyglądają zawody IronKids. Pierwszy był start dziewczynek 8-9 lat. Byłem w szoku jak dobrze radzą sobie w wodzie i na biegu. Na twarzach malowało się mega zmęczenie. Prawdziwe IronKids! Szacunek i uznanie.

Sobota

W sobotę już o 9:30 zameldowałem się w Gdyni na 4-godzinne opalanie. Było trzaskanie fotek i było kibicowanie. Jak ktoś szuka galerii ze zdjęciami ze sprintu to zapraszam tutaj:

W połowie pierwszej fali pomyślałem, że trochę słońce doskwiera i że zaraz będę głodny i że to ogólnie nie był najlepszy pomysł żeby tkwić pół dnia na słońcu w przeddzień startu. Ale poczekałem na drugą falę by popstrykać, odebrałem pakiet i zabrałem się do domu by… po 2-3h wrócić do centrum.

Najpierw #BezaUMKONa, potem zrzut roweru do strefy zmian, odprawa i jeszcze raz zahaczyłem o strefę tranzycji, by oddać rower do serwisu. Pokręcili, posmarowali i rower znowu był cichy, a biegi wchodziły idealnie. :)

Dopiero po powrocie do domu zacząłem się pakować na własne zawody. Nie było stresu, bo cały dzień był wypełniony po brzegi. :) W centrum spotkałem sporo znajomych i nieznajomych #NajlepsiSłuchacze #NajlepsiCzytelnicy Ogólnie było git. W takich momentach zdaje sobie sprawę jak bardzo wsiąkłem w środowisko tri. :)

Niedziela

Do centrum zabrałem się z kolegą Szymonem. Gdy dotarliśmy na miejsce, strefa zmian tętniła życiem. Z rańca jak to z rańca: szybki check worków, założenie bidonu na rower i to tyle. Sprawdziłem jeszcze 3 razy, w którą dróżkę mam wbiec po rower… tyle że sprawdzałem to od alejki środkowej, a nie zewnętrznej, więc finalnie na zawodach i tak się pogubiłem… :P

Czasu na wszystko było sporo, a mimo to do wody wszedłem spóźniony na sam koniec rozgrzewki. :(

Start

Rolling start to fajny pomysł ale w przypadku startu 2000 zawodników został (moim zdaniem) źle rozplanowany. Na rozgrzewce w wodzie zaczęto nas wywoływać, by już wchodzić do strefy startowej, bo zaraz zamykają. Pomyślałem, że to normalne, bo liczą ludzi itp itd. Spoko.

Problem tkwi w tym, że rozgrzane osoby czekały potem w ścisku 30 minut na swój start. Nieporozumienie. Rok temu gdy start odbywał się grupami wiekowymi i startowało się o 8:40, to wiadome było, że należy stawić się 8:30 na starcie i było ok. W tym wypadku ci co startowali z końca o 9 musieli do 7:55 stawić się jak pingwiny 100m przed bramą IronSwim. Element zdecydowanie do poprawy za rok.

Gdy stanąłem w bramce serducho zaczęło walić. W sumie nie jakoś mega mocno. Byłem dziwnie spokojny. Zero ciśnienia, zero myślenia ;), po prostu czekałem na robotę do zrobienia.

Swim

Bieg, skakanie, płynięcie, skakanie, bieg, płynięcie – standardowy początek pływania przy starcie z gdyńskiej plaży. ;) Potem glony, meduzy i wreszcie głębia.

Przez pierwsze minuty wszystko przypominało ścisk z Gdańska ale potem się to uspokoiło. Płynęło się fajnie i nawet mi się nie dłużyło. Po około kilometrze trochę ręce nie chciały się już wyciągać do przodu ale to było chwilowe.

Chwilowe natomiast nie było parowanie okularków. Jeszcze dzień wcześniej myślałem czy czasem nie psiknąć gogli antyfogiem ale „przecież niedawno psikałem”. No i dupa. Po nawrotce nie wiedziałem dokąd płynę. Po drugiej nawrotce było jeszcze gorzej. Co chwila się zatrzymywałem żeby w ogóle patrzeć czy nie płynę na Hel.

Wreszcie poirytowany ściągnąłem okularki i je przeczyściłem. Wizja była lepsza choć nie idealna. Przynajmniej widziałem cokolwiek. :) Ostatnia prosta się strasznie dłużyła ale nie było to męczące. Całe pływanie minęło względnie szybko co było miłym zaskoczeniem. :)

W ogóle to na pływaniu… uwaga uwaga… wyprzedzałem! To było tym dziwniejsze, że wystartowałem z szybszej strefy niż myślałem że powinienem, czyli 33-37 lub coś podobnego. Okazuje się, że Janusze stref startowych są wszędzie.

Na wyjściu z wody miłe zaskoczenie. Metalowe schody schodziły parę stopni niżej w wodę przez co dużo bezpieczniej można było z niej wypełznąć. Nawet na ostatnich stopniach była mięciutka wykładzina. Plus za to :) aczkolwiek niektórzy mówili, że tej wykładziny nie widzieli, bo była czarna. :P

Podsumowując pływanie… wyszło 2250 metrów. 😂 Wiadomo, że GPS w wodzie się buntuje ale linia namalowana na mapce współgra z moimi odczuciami. Czas poprawić nawigacje (chyba głównie testując i ogarniajac temat okularków) i pływać sub35′ na połówce w następnym sezonie.

Tak czy inaczej byłem mega zaskoczony gdy zobaczyłem 37:30 na wyjściu z wody. Tym bardziej, że tak wiele razy zatrzymywałem się by się rozejrzeć. Jest mega progres. :)

T1

Pogaduchy chichoty itp. Nauczony doświadczeniem, że pianka z łydek mi nie schodzi przestałem z nią walczyć i się szarpać co spowodowało, że poradziłem sobie z tematem nadzwyczaj szybko. Cała przebiórka jak na moje standardy wyszła sprawnie. Potem lekki zaskok, że mamy biec po zewnętrznej stronie strefy  ¯\_(ツ)_/¯ ale wbiegłem tam gdzie powinienem i szybko zgarnąłem rower z wieszaka.

To jest to co lubie w systemie workowym. Dobiegając do roweru tylko zsuwasz go z haka i od razu ciśniesz dalej. :) Oczywiście nie ma to żadnej różnicy w przebiegu zawodów, bo i tak się musisz wcześniej przebrać ale psychicznie jakoś inaczej się to odbiera…

Bike

Obyło się bez przypału – to najważniejsze. ;) Od samego początku kręciło się ok. Parę dni przed startem z wielką ulgą przyjąłem wieść, że po godzinie kręcenia, moje kolano nie odezwało się z żadnym bólem i kłuciem. Pomyślałem wtedy, że to dobry zwiastun zbliżających się zawodów… trochę się przeliczyłem ale o tym za chwilę.

Ostatnie 2 tygodnie przed zawodami prawie nic nie kręciłem. Tydzień byłem na urlopie i dopiero w tygodniu startowym zakręciłem ze 2 razy. Natomiast spędziłem ten czas na bieganiu i pływaniu i liczyłem, że te dyscypliny fajnie zagrają. Na pływanie narzekać nie mogłem. ;) Ciekaw byłem natomiast jak wyjdzie rower.

Pierwsze kilometry to jazda w mega korku. Rolling starty, trele morele a i tak jechał wielki kilometrowy pociąg. Szczególnie tam gdzie mieliśmy dostępny jeden pas ruchu. Cóż, ciężko inaczej poprowadzić trasę lub zamknąć jeszcze więcej ulic ;) więc trzeba było jechać tak. Niby łatwiej ale sumienie gryzie.

Ekipa rozjechała się chyba dopiero na podjeździe ale w trakcie zawodów były jeszcze małe kongestie. Ogólnie mówiąc, to przez zdecydowaną większość trasy można było omijać jazdę na kole. Czasami trzeba odpuścić i zwolnić ale niewiele się przez to traci.

Prawdę mówiąc, na mnie takie zgrupowania rowerów działają mobilizująco. Jeśli jedziemy podobną prędkością, to mam dwa wybory: zwolnić lub przyspieszyć. Zwykle przyspieszam i staram się ich wyprzedzić :) co powoduje dobry czas na mecie… albo zgon przed końcem roweru.  ¯\_(ツ)_/¯

Pierwszy zgrzyt nastąpił w Koleczkowie przy bufecie. Wziąłem izotonik w jakimś małym bidoniku. Próbowałem z niego coś wycisnąć do aerobidonu na kierownicy ale średnio to szło. Wreszcie zrezygnowany wsadziłem go do koszyka na ramie i okazało się, że to jakiś mini mini bidon. Najważniejsze, że nie wypadł z koszyka i potem jeszcze mogłem próbować ciągnąć z niego nieco cieczy.

Jechało się świetnie. Już po kilkunastu kilometrach miałem wrażenie (graniczące z pewnością ;)), że jadę szybciej niż rok temu. Wiatr był też minimalny, nie to co rok temu. Ani na Morskiej, ani na estakadzie czy Wiśniewskiego nie wiało tak jak wtedy.

Słodką radość z jazdy przyćmił ból kolana po równych 60 minutach jazdy. Skrzywiłem się mocno ale starałem się myśleć pozytywnie. Skoro niedawno bolało mnie po 20 minutach, a teraz zabolało dopiero po 60 to jesteśmy na dobrej drodze i będzie ok. I było w miarę ok. Można było kręcić tak jak się kręciło. A przynajmniej do pewnego momentu.

Wybiła godzina i 40 minut jazdy. Drugie ukłucie w kolanie. Myślałem, że spadnę z roweru, a z oka poleciała mi niewiadomo czemu łza. Chyba się przestraszyłem, że to koniec, że będę kulał teraz do końca roweru tak jak kulałem ostatnie 200 km na P1000J.

Pokręciłem chwilę luźno i wróciłem do swojej intensywności, czyli mocno i bez myślenia o późniejszym biegu. ;) To był też ten moment gdy przy wstawaniu na pedały na podjazdach czułem, że jestem o krok od skurczy czworogłowych.

Tak naprawdę to nic nowego – taka jazda na granicy skurczy. Trzeba po prostu uważać jak się jedzie, jak się kręci, by nie spowodować konkretnego napięcia-wyluzowania mięśnia. Jednak z uwagi na połączenie kolano-czwórki, jechałem z duszą na ramieniu. Przed nami były jeszcze ze dwa małe podjazdy, a wiedziałem, że jak będzie źle, to na górkach po prostu odpadnę.

Byłem w pełni skupiony nad tym jak kręcę pedałami. Prędkość miała tylko rosnąć. ;) Taka jest jednak trasa w Gdyni, że im dalej w las tym okoliczności bardziej sprzyjające do szybszej jazdy.

Gdy średnia prędkość przebiła 35 km/h (podczas jazdy na zawodach obserwuje tylko 2 wartości: prędkość aktualna i prędkość średnia, przy czym aktualna powinna być wyższa od średniej :P) przypomniałem sobie z uśmiechem na ustach to co obmyśliłem półtora roku wcześniej na zawodach w Charzykowach. Wtedy po raz pierwszy średnia przebiła 35 km/h… ale potem zwiędłem i średnia z całego odcinka była już niższa.

Otóż wtedy obiecałem sobie, że jak będę osiągał takie prędkości to sobie kupie jakieś pro-koła do roweru. Jako że tydzień przed zawodami kupiłem już koła (ale zdecydowanie nie pro) to cała sytuacja mnie mocno rozśmieszyła. Pierdoła ale podczas zawodów staram się wynajdywać historyjki i sytuacje, które są fajne/pozytywne/radosne.

Trochę byłem zaskoczony tą prędkością. Oczywiście wiedziałem, że się do niej zbliżam, wiedziałem jak jadę i się jej spodziewałem już podczas jazdy. Jednak przed zawodami zupełnie na to nie liczyłem. Po pierwsze dlatego, że to 90 km, a po drugie z uwagi na profil trasy.

Tym razem wiedziałem, że jeśli nie zdarzy się nic złego (a pamiętając o kolanie i czwórkach, to wszystko się mogło wydarzyć), to do końca roweru ta prędkość już tylko powinna wzrosnąć. No i tak się stało. :) Vavg wyszło 35,4 km/h aczkolwiek bike-split nie zawiera pierwszych dwóch minut jazdy, bo zapomniałem kliknąć guzik na gremlinie. ;)

Podsumowując: rower kozak! Aczkolwiek… podczas jazdy na rowerze była jeszcze jedna niepokojąca rzecz. Przestałem ogarniać co i kiedy jadłem. Na koniec roweru zostały mi 2 niezjedzone żele ale na pewno miałem spakowany o jeden żelik za dużo, bo zapomniałem, że mam go zjeść przed pływaniem (ups). Prawdopodobne jest więc, że zjadłem jeden żel za mało ALE strategia była taka, że chciałem jeść nieco częściej niż standardowo, więc suma sumarum chyba wciągnąłem tyle ile powinienem… tyle, że w niedokońca zmierzonych odcinkach czasu.

Inna sprawa wydarzyła się na kolejnych bufetach (o pierwszym już pisałem). Na drugim z kolei bufecie stwierdziłem, że złapie znowu bidon z izotonikiem, bo może trafiłem jakiś feler. Otóż nie. Kolejny bidon również był jakiś dziwnie lekki (jakby w połowie pusty) i ciężko było z niego cokolwiek wycisnąć. Trochę niebezpieczne to było, bo zamiast trzymać kierownicę z całej siły ściskałem bidon, by wylać z niego płyn do aerokubka.

Mając takie doświadczenie na trzecim bufecie po prostu złapałem butelkę z wodą i bez problemów w 5 sekund zapełniłem aerobidon życiodajną substancją. :)

Cały odcinek rowerowy minął mi dziwnie szybko. Ledwo mrugnąłem oczami, a trzeba było zjeżdżać z pętli i jechać w stronę Gdyni. Co prawda oznaczało to jeszcze 30km jazdy ale i tak wszystko się działo zaskakująco szybko.

A co do „szybko”. Przed zawodami rozmawiałem sobie z Asią Skutkiewicz o pięknym zjeździe z Witomina. Opowiadałem jak to rok temu się spinałem, by osiągnąć tam jak największą prędkość. Finalnie przyjąłem do wiadomości, że zysk czasowy z takich harców jest nieopłacalny w porównaniu do ryzyka jakie się podejmuje. Dlatego też na tamtym zjeździe zamiast 70 pojechałem jedynie 66 w pełnej kontroli nad rowerem.

Trasa IM to jednak nie tylko zjazd z Witomina ale również sławne NDW. Tam również chciałem się trochę rozpędzić jednak gdy na jednym z pierwszych łuków zobaczyłem, że asfalt jest mokry mocno zrewidowałem swoje plany. Nie zamulałem ale mając na uwadze jak beznadziejne jest hamowanie szosą na mokrej nawierzchni stwierdziłem, że na łukach również może być słabo. Jak widać na poniższych filmach nie każdy przyjął taki tok rozumowania.

To co prawda sam dół zjazdu gdzie było już sucho ale na tym skrzyżowaniu po pierwsze jest ostro w lewo, a po drugie jest piasek na asfalcie. No i moim zdaniem opona zwilżona kilkaset metrów wcześniej nie zdążyła jeszcze wyschnąć.

T2

Wjazd na skwer w glorii i chwale. :) Przez pół odcinka rowerego nie mogłem się odgonić od jednej myśli. Co z biegiem? Jak się będzie biegło? Mimo świetnej jazdy te myśli zajmowały raczej obszar depresyjny i lękowy niż radosny i chwalebny. ;)

Buty ściągnąłem na ul. Waszyngtona, więc jakiś max kilometr przed belką. Dla mnie to pewnie rekord późnego wyciągania stóp ale cóż… tę trasę przynajmniej znałem co do metra. ;) Ściągałbym jeszcze później ale na kocich łbach wolałem nie ryzykować.

Sam dojazd do belki się mega dłużył. Zwolniłem a to jeszcze nie tu. Przełożyłem nogę na drugą stronę i dryfowałem tyle co wiatr popchał. :P Kulałem się już tak wolno, że przed samą belką tylko leciutko przyhamowałem, by dopasować prędkość roweru do możliwości biegu. No i znowu zaskok… biegniemy z rowerami po zewnętrznej alejce. LOL :D

Wbiegłem w dobrą alejkę, przebiegłem przez nią i skonstatowałem, że to jednak zła alejka.  ¯\_(ツ)_/¯ Moja była jedna wcześniej ale z uwagi na to, że moje stanowisko było tuż przy główniej drodze na środku strefy to czmychnąłem środkiem tuż pod swój wieszak. Szybka akcja i pędem po worek.

Samo przebieranie było raczej z tych bardziej sprawnych, więc „brawo ja”, strefa zrzutu worków i już byłem na trasie…

… a wracając do moich nawracających myśli przez pół odcinka kolarskiego. Liczyłem, że po świetnym pływaniu i rowerze w 2:40 wciąż trzeba pobiec półmaraton poniżej 1:40, by złamać 5 godzin. Wiem jak biegam po rowerze, a szczególnie po mocnym rowerze. Domyślałem się tylko jak bardzo będzie boleć i jak bardzo będzie niefajnie. Ale myślenie nie boli… w odróżnieniu od sytuacji faktycznej. Rower w 2:40 to było moje marzenie. Rower + T2 w 2:40 to było coś niemożliwego do zrealizowania.

Podsumowując: odcinek kolarski przejechałem w około 2:34 dając sobie dodatkowe minuty na bieg. Niespecjalnie mnie to uspokoiło, bo gdy pomyślałem, że mam przebiec półmaraton w 1:43, to nadal mnie to osłabiało. No ale to dopiero pierwsze kółko… martwić zaczniemy się na trzecim…

Run

Kibice, wrzask, hałas, okrzyki „Marcin, Marcin”, wreszcie pierwszy bufet prowadzony przez epicką ekipę niebieskich „Wymiataczy” <3 Dodatkowo mój status mistrza pierwszej prostej. To wszystko sprawiło, że pierwszy kilometr półmaratonu pokonałem w 4:10. Przeraziło mnie to i rozśmieszyło jednocześnie. ;)

A potem… a potem Świętojańska i walka. Od początku było ciężko, przynajmniej tak się wydawało, bo potem było jeszcze ciężej i to wcześniejsze „ciężko” było sielanką. Standard.

To nie był piękny bieg. No może na pierwszym kółku było spoko. Wszystko widziałem, wypatrywałem kibiców i starałem się bawić razem z nimi. Z biegiem czasu to zanikało. Mimo że rower jest czasowo dłuższy od biegu, to właśnie podczas tuptania zebrało mi się na przemyślenia.

Często zdarzało się to czego tak bardzo nie lubię – poirytowanie. „Po cholerę mi to, po co taki bieg na wynik, że może jednak zwolnie i to wszystko pierdziele, że lepiej się dobrze bawić osiągając słabszy wynik.” Starałem się myśleć o wszystkim innym tylko nie o tym. Znowu szukałem czegokolwiek co może mnie rozweselić. Na szczęście na trasie biegowej w Gdyni są kibice. <3 Dla was wszystkich, znajomych i nieznajomych, wielka piona!

W worku w T2 nie miałem coca coli. Nie chciało mi się jej kupować i tam wkładać. :P O dziwo podczas biegu nie było tak źle z żołądkiem. Tutaj muszę się nawet bardzo pochwalić, bo na odcinku biegowym zjadłem ok. 2 i pół żela, co jest chyba nowym rekordem. Żołądek nie buntował się nawet tak silnie jak na wcześniejszych połówkach. Jasna sprawa, że miałem momenty gdy chciałem to z siebie… wyrzucić ;) ale kiedyś bywało zdecydowanie gorzej.

To zabawne ile człowiek znajduje haków na siebie podczas takiego wysiłku. Ile wymyśla rzeczy żeby zająć głowę czymkolwiek byle nie myśleniem o biegu. Ciężko to wszystko nawet spisać. Pamiętam, że tak bardzo chciałem się zatrzymać lub chociaż zwolnić, że obiecałem sobie postój na ostatnim bufecie na skwerze. Zupełnie nie pomyślałem wtedy, że jak już na nim będę to ni ch…a się nie zatrzymam, bo to przecież tuż tuż przed metą. :D

Na początku biegu miałem plan by ustawić tempomat na 4:30’/km i tak biec dopóki się da. Świętojańska wyszła wolniej ale za to potem Piłsudskiego z górki nieco szybciej. Dało się tak biec ale krótko Z kilometra na kilometr przybywało sekund do podsumowania każdego kaema. Na drugim kółku nawet Piłsudskiego z górki nie była… z górki. :P

Biegłem raczej po 4:40. Zegarek często pokazywał jakieś bzdury w tempie chwilowym w stylu 5:20 i takie tam. Uznałem, że to GPS wariuje. ;) Domyślałem się, że bieg wygląda raczej kiepsko :P ale za to z jaką radością przyjmowałem podsumowania kolejnych 1000m, które pokazywały tempo rzędu 4:45.

Mimo słabszego tempa motywowałem się, że każdy kilometr wychodzi poniżej 5 minut. Dobra passa skończyła się na trzecim podbiegu pod Świętojańską, gdzie 5:18 nieco pokazało mi gdzie jestem. :P Kolejny km powyżej 5:00 wyskoczył dopiero na 20km, więc nie odpadłem tak zupełnie.

Trzecie kółko to bieg serduchem. Na Świętojańskiej biegłem z zamkniętymi oczami, bo nawet patrzenie mnie już męczyło i bolało. Na Piłsudskiego prawie wpadłem przez to na innego zawodnika, który zwolnił by sięgnąć po kubek. Nie żeby to był jakoś specjalnie epicki bieg, bo każdy kto startował przeszedł swoje cierpienie ale tak cholernie nie chciałem już biec. ;)

„Nigdy więcej zawodów na wynik” rzekłem. Już niedługo będę się musiał wyspowiadać z tego kłamstwa. ;)

Na trzecim okrążeniu zacząłem kalkulować swoje szanse. Był zapas co było świetną wiadomością. Wiem jednak jak bardzo można zwolnić gdy jest się w takim stanie. Spowolnienie z 4:50 na 6:00 wydaje się minimalne i daje nieco ulgi, ale do wyniku nagle dodaje parę minut. Parę minut, które powodowały wylądowanie po złej stronie „wyniku pięciogodzinnego”. ;)

Gdy na trzecim kółku pomyślałem, że nie da się utrzymać tempa, że zaczynam maszerować i jest po ptakach przypomniałem sobie o propozycji organizatora Triathlon Energy w Mrągowie. To będzie mój ostatni start tri w tym sezonie. Jestem tam zapisany na 1/4 IM ale organizator zaproponował, że jak w Gdyni nie wyjdzie, to mnie przepisze z ćwiartki na połówkę. Tak bardzo nie chciałem przez to znowu przechodzić… więc siłą woli utrzymywałem tempo i czekałem cierpliwie na metę. :D

Ostatni znak na trasie pokazywał, że znajduje się na 20,6 kilometra trasy. Na zegarku miałem bodaj 20,2 ale wiedziałem, ze do mety jest ok. 500m. Trasa prawdopodobnie była krótsza ale średnio mnie to obchodziło. Wiedziałem, że MAM TO, że tutaj już nic złego się nie wydarzy i piątka pęknie jak ta lala.

Na ostatniej prostej zabawa i feta, trochę głupot, poprzybijanych piąteczek i darcie mordy na ostatniej kresce, która oznaczała koniec cierpienia.

Za metą

Nadszedł bóbr.

Usiadłem w cieniu zaraz za metą. Chęć donośnego szlochania jak ten bóbr ;) biła się z myślą, że obok siedzą jakieś zawodniczki i nie wypada. Ciężko było się powstrzymać ale najważniejsze było to, że już nie trzeba biec.

Po dłuższej chwili podszedł jakiś wolontariusz, by nas wygonić (w sensie poprosić :)) dalej do strefy finiszera. :) Wyszło fajnie, bo to był taki czas gdy już zacząłem panować nad sobą i mogłem iść dalej.

Nie ogarniałem tego co się właśnie stało. Bóbr nadchodzi nawet gdy pisze te słowa… :)

Dla mnie osobiście to był wielki dzień. Tak jak dla 2000 innych osób startujących w niedzielę i kolejnych kilkuset w sobotę. Dzień, w którym bardzo dobitnie poznałem różnicę między ścigania się, a startowaniem. Ten tekst piszę w poniedziałek, dzień po starcie. Stwierdzę trochę na wyrost ale z dwojga powyższych podejść do sportu chyba jednak wybieram ściganie. ;)

Podsumowując

Trening oddaje. Nigdy nie trenowałem tyle co przez pierwsze półrocze 2017 roku. Trafiając do Endure Team pod opiekę Tomka Spaleniaka nie do końca wiedziałem jak to się potoczy. Wyniki widać gołym okiem, nawet gdy te oczy są zamknięte podczas biegu. ;)

Mój trening od początku lipca się jednak zmienił. Postaram się poruszyć ten temat w jednym z kolejnych wpisów. Trenuje teraz dużo mniej. Stwierdzenie „nigdy nie trenowałem tyle co przez pierwsze półrocze 2017 roku” odbija się na życiu osobistym. Nie ma róży bez kolców i postanowiłem nieco zluzować. Przynajmniej tymczasowo.

Swoją triathlonową drogę rozpatruje w kontekście lat zmagań, a nie najbliższych miesięcy czy roku. Dlatego nie spieszy mi się do dystansu długiego oraz nie przeszkadza mi jeśli przez najbliższe tygodnie, miesiące, a nawet rok treningu będzie zbyt mało na fajny rozwój. Jak to się mawia „Enjoy the journey”. :)

Jeśli już jesteśmy przy cytatach, a raczej „one-linerach” to warto byłoby przytoczyć hasło, które pojawiało się już nie raz na tym blogu: „Anything is possible… ale że aż qwa tak?!”. Piątka rozmieniona z czego jestem okropnie zadowolony. Tym bardziej, że jeszcze czuje jak bardzo wiele mnie to kosztowało, choćby podczas samych zawodów.

To był udany weekend. 8)