Krótko o mnie

Maratończyk, triathlonista, pasjonat sportów wytrzymałościowych, bloger. Fascynat nowych technologii mobilnych oraz obróbki dźwięku i obrazu.

W 2013 roku postanowiłem zgubić kilka kilogramów, więc zacząłem biegać. W 2014 jako 30-latek chciałem nauczyć się pływać, więc zapisałem się na triathlon i zrobiłem wszystko by go ukończyć. Finalnie zbzikowałem na punkcie sportu. Swoją pasją dzielę się na tym blogu.

Jeśli nie znajduje się akurat na treningu, to spędzam czas przy komputerze dzieląc się swoją pasją w tym miejscu lub pracując z dźwiękiem i obrazem. Swoimi zainteresowaniami staram się zarażać osoby znajdujące się w mojej strefie rażenia. ;-)

Moja historia

Jestem amatorem. Biegam regularnie od 2013 roku. Na początku biegałem 3 razy w tygodniu, potem 4, czasami 5, a teraz realizuję 6-8 treningów tygodniowo lecz nie jest to już tylko samo bieganie. Ten blog jest między innymi moim obszernym dzienniczkiem treningowym.

IMG_5702_mini

Sport mnie zmienił. Bardzo. W bardzo wielu aspektach. Dzięki niemu zrobiłem kolejny, wielki krok w walce z własnymi słabościami. Kiedyś nienawidziłem biegać. Z drugiej strony walczyłem ze swoją strefą komfortu. Połączyłem dwie kropki i wybiegłem na miasto na moje pierwsze, mordercze, 4 kilometry. Po powrocie do domu byłem blady. ;) Złe dobrego początki. Potem było już tylko lepiej choć potrzeba było dużo czasu i potu by to zmienić. To właśnie jest domeną sportów wytrzymałościowych: formę buduje się latami.

A teraz trochę o moich słabych stronach. Zawsze skarżyłem się na brak ćwiczeń „core”. Motywowałem się jak mogłem, sposobów przerobiłem wiele ale mimo to wolałem dorzucić do planu rower czy pływalnię niż ćwiczenia w domu. Obciążenie treningowe dochodziło do 15h tygodniowo i gdyby pojawiła się „groźba” zbyt dużej ilości wolnego czasu, to na pewno dorzuciłbym kręcenie korbą, by czasem nie musieć robić ćwiczeń stabilizacyjnych.

Od samego początku mojej przygody z bieganiem uważałem też, że brakuje mi szybkości. Niby jest to normalne u początkującego jednak inni koledzy, którzy debiutowali notorycznie mnie wyprzedzali. W 2014 roku to się zmieniło. Uczciwie sobie powiedziałem, że sumienne podejście do treningu musi dać efekt. Obecnie sytuacja wygląda tak, że to ja jestem tym, którego gonią i… teraz dopiero widzę, że łatwiej jest gonić życiówki innych niż uciekać przed tymi, którzy czają się z tyłu. :)

EZ3A0179_mini

Ostatnią rzeczą, do której nie przykładam wystarczającej uwagi jest jedzenie. Moja przygoda z biegami długodystansowymi zaczęła się od nadwagi. Strzałka na wadze pokazywała nie to co powinna i mimo cotygodniowych spotkań na hali w celu kopania futbolówki waga raczej rosła niż malała. Dojechałem w okolice 100 kg przy wzroście 188 cm. Tego nie dało się już wytłumaczyć grubymi kośćmi choć fakt faktem, przy moim wzroście nie było (pod ubraniami) szczególnie widać tych kilogramów. Na szczęście kolejne miesiące systematycznego biegania (bo wtedy to było bieganie, nie trenowanie) pozostawiły na chodnikach mojego miasta trochę potu i tłuszczu. Kilkanaście kilogramów później waga dobiła do 88 kg i spadek masy się zatrzymał.

Miesiące mijały, a ja widziałem zmiany w lustrze, choć waga nie chciała tego potwierdzić. Przy okazji: to dobry dowód na to, że nie samą cyfrą przed „kg” człowiek żyje. Wracając do tematu diety. Staram się jeść mądrze. Mam sporą (choć bardzo ogólną) wiedzę na temat diety. Gdy bardziej się pilnowałem, by nie pozwalać sobie na za dużo, waga potrafiła obniżyć loty nawet do 85 kg, jednak tydzień-dwa luzu i moje zdobyczne 88 kg ponownie meldowało się na posterunku. Brakuje mi zawzięcia w temacie odżywiania. Znam siebie. Lubię mieć wszystko zaplanowane. Gdy jest plan, wystarczy go zrealizować. Gdy planu nie ma, co chwila coś się wymyśla. Zresztą w tym sporcie jest tyle roboty do ogarnięcia, że planowanie czasu i zadań jest moim zdaniem bardzo ale to bardzo istotne. Mimo to nie skusiłem się do tej pory na wprowadzenie przejrzystości tego co na talerzu i w brzuchu.

IMG_1894_mini

Nigdy nie nauczyłem się dobrze pływać. Skoro zacząłem biegać i poprawiać swoje wyniki pomyślałem, że muszę pójść dalej. Chciałem znaleźć coś trudnego (przynajmniej dla mnie) co mógłbym połączyć z bieganiem. Wszystko zbiegło się z czasem gdy triathlon stawał się coraz bardziej popularny, a w Gdyni miał być zorganizowany Herbalife Triathlon Gdynia. Aby cel nie był zbyt mały wymyśliłem sobie, że ukończę kiedyś IronMana. Zadzwoniłem więc do szkółki pływackiej i zapytałem czy uczą staruchów pływać. Odpowiedź była pozytywna i tak trafiłem na pływalnie w październiku 2013.Czy było mi głupio? Oczywiście że tak. Zawziąłem się jednak w sobie. Olałem wszystkich na pływalni (oprócz towarzyszy niedoli i instruktorki). Nie interesowało mnie czy ktoś się gapił gdy topiłem się z deską albo gdy rozpaczliwie nabierałem powietrza podczas gdy obok jakiś 9-latek śmigał jak ryba… Pół roku później pływałem znośnie kraulem. Kolejne miesiące dodawały mi pewności siebie, ogarnięcia i luzu w wodzie. W sierpniu 2014 wystartowałem w swoim pierwszym triathlonie. Na mecie prawie się rozpłakałem. :)

Kontynuuje swoją podróż w kierunku IronMana. Uczę się pływać, robię kilometry w wodzie i na chodnikach. Zbieram sprzęt i powoli zaczynam odnawiać formę na siodełku. Podsumowując: IronMan in progress…