Matematyka w bieganiu ;)

Posłużmy się matematyką. W tygodniu mamy 168 godzin. Przyzwoity poziom kondycji można utrzymac, biegając przez pół godziny cztery razy w tygodniu. Czyli 2 godziny. Dorzuć kolejny kwadrans każdego treningu na rozciąganie, uspokojenie się i tak dalej, a otrzymasz łącznie 3 godziny w tygodniu, wyjęte ze… 168 godzin.

Nie jesteś w stanie znaleźć 3 godzin? Harmonogram aż tak zapachany? Weź pod uwagę to, że ludzie których kariery są pozornie przytłaczające – jak choćby Thomas Wilson, prezes spółki Allstate Insurance, astronauta Leroy Chiao i rektor Uniwersytetu Columbia, Lee Bollinger – biegają regularnie. Wszyscy oni wiedzą, że bieganie pomaga w organizacji dnia i podwyższa jakość wykonywania reszty czynności.

Były prezydent USA George W. Bush, który podczas pierwsze kadencji biegał 6 dni w tygodniu (…).

Czy naprawdę uważasz, że jesteś bardziej zajęty niż prezydent Stanów Zjednoczonych?

Tekst pochodzi z książki “Bieganie nie tylko dla żółtodziobów” Billa Rodgersa.

“Life begins at the end of your comfort zone.”
Neale Donald Walsch

niekomfortowo

Luźny tydzień

Bez ciśnienia, bez stresu, że z czymś się nie wyrobię. Chciałem nawet specjalnie ominąć jakiś trening jako akt rebelii ale nie wyszło ;) Zrealizowane zostały 4 wybiegania. Dystanse w okolicach 9-12 km (+ niedzielne wybieganie 14,5 km). Teraz nadchodzi lekka konsternacja. 2 miesiące temu nazwałbym te treningi mocnym akcentem. Tempa poniżej 5:30 były robione przy wysokim tętnie. W tym tygodniu starałem się nie przekraczać 140 bpm więc… biegłem wolno ale zarazem szybko. To znaczy mi się wydaje, że to było szybko ale dla organizmu już nie bardzo. To wszystko mnie cieszy i pomaga przebić się przez mroczną, demotywującą i ciemną jesień.

IMG_2446

Niedzielny, jesienny las. Widok z górki.

Mrok. Wszędzie jest ciemno już od godziny 17. Podczas piątkowego, wieczornego truchtania chciałem kolejny raz spróbować wejść na leśną ścieżkę. Pobiegałem trochę po mieście szukając miękkich terenów, aż dobiegłem  do lasu. Dróżka coraz mniej oświetlona, aż wreszcie nie widziałem gdzie mam biec. No to czołówka na glacę i wio. Lampka, nawet w trybie econo bardzo fajnie oświetlała drogę. Przebiegłem całe 30 metrów i zobaczyłem jakieś 60 m przed sobą 3 pary oczu, z ciekawością poruszające się w moją stronę. No to pobiegałem… Zawrót i spokojnie wróciłem dokończyć trening w miejskiej dżungli. To nie była moja ostatnia próba, choć z drugiej strony zastanawiam się czy potrzebuję kusić los :P

IMG_2451

Wszędzie przeszkody. A może to zachęta do ćwiczenia skoków przez płotki? ;)

Na koniec napiszę, że czekam na śnieg albo jakąś ulewę, która złapie mnie w środku treningu. Potrzebuję jakiegoś bodźca, który obudzi we mnie to coś, co będzie potrzebne gdy zaczną się przygotowania do połówki w Warszawie. Mocy przybywaj! :)

IMG_2452

A po leśnym wybieganiu, buty powinny wyglądać tak ;)

“Don’t be afraid of your fears. They’re not there to scare you. They’re there to let you know that something is worth it.”
C. JoyBell C.

100_100_130_1624127598_middle

Bieganie po asfalcie

Nasz organizm jest całkiem sprytny – o wiele sprytniejszy, niż nam się wydaje. Został wyposażony w zdolności adaptacyjne, dzięki którym przyzwyczajamy się do zastanych warunków. Przeciwnicy asfaltu podkreślają, że człowiek nie został stworzony do biegania po twardej nawierzchni, bo kilka tysięcy lat temu nie było asfaltu. Ale człowiek też nie został stworzony do siedzenia na Facebooku, stania w kolejkach po piwo i oglądania „Zmierzchu” z Robertem Pattisonem. A jakoś dajemy sobie z tym radę.

Źródło

Polecam zajrzeć do źródła i przeczytać całość.

Catering – dzień 3, 4 i 5

Odpocząłem w weekend. Niedzielno-wieczorny telefon był dość niespodziewany. Przyszła paka, niby standard. Nie można się jednak przyzwyczajać, bo co będzie później… ;) Nie będę przynudzał długimi opisami mielenia żuchwą. Krótko i na temat. Więcej zdjęć, mniej tekstów. To nie blog kulinarny ;)

Śniadanie: kanapka, jajko, wędlina
IMG_2377
Lekko i przyjemnie. Żeby nie było za lekko to dorzuciłem od siebie galaretkę z malinami. Trzeba sobie dogadzać ;)

II śniadanie: krem z marchwi, grzanki
Pomarańczowa maź. Pachniało tak sobie. Pierwsza łycha do pycha i wiem, że kiedyś zrobie sobie taką samą w domu :) Zapomniano chyba tylko o grzankach :]

Obiad: makaron z rukolą
Poprzedni obiad z DLS składał się z ryby z porcją ryżu. Wtedy się solidnie najadłem. Tym razem jest słabiej, chociaż makaron mi bardziej pasuje smakowo. Dodatkowo wyczułem rozdrobnione orzechy włoskie. Uwielbiam :)

Kolacja: kanapka, sałatka z sera białego i soczewicy
Zostawiłem sobie to na wieczór, na czas faktycznej kolację, po basenie. Smacznie i zdrowo. Normalne przed snem (tak, jem przed snem) rzadko jem aż tak zdrowo. Białeczko do regeneracji podczas snu samo się jednak nie przyjmie.

 

WTOREK

Śniadanie: jogurt naturalny, mieszanka musli, melon
Pasuje mi to ich musli. Muszę gdzieś dorwać jakieś worki z dobrymi ziarnami i będę dosypywał do niby-musli z marketu.

II śniadanie: sałatka ryżowa
IMG_2393
Ryż, papryka, ogórek, kurczak. Znane i lubiane. Dorzuciłbym jeszcze oliwki… i kus kus zamiast ryżu ;) Solidna porcja jak na drugie śniadanie.

Obiad: Rolada drobiowa z rodzynkami, kasza gryczana z marchewką
IMG_2397
Kurka wodna! Normalnie drugi raz w ciągu dnia się najadłem. Może to wina tego, że skróciłem przerwy między posiłkami. Jedzenie na pewno było również bardziej syte.

Kolacja: kanapka, mozarella, grilowany bakłażan z pomidorem, kiełki lucerny
Taką kanapkę to mogę przyjmować co chwila, przez całą dobę. Chętnych na dostawy zapraszam do kontaktu ;)

Podsumowując. Jeśli o mnie chodzi, to był najlepszy dzień pod względem sytości jedzenia. Chociaż smakowo wracam wciąż do rybki i makaronu z kawałkami orzchów, mmmmmm :)

ŚRODA

Śniadanie: kanapka, ser brie, sałatka z kapusty pekińskiej i pory
IMG_2408
Polecam każdemu poszatkowaną kapustę pekińską. Dobry wypełniacz. Na mnie działa, bo po czymś takim czułem się w miarę najedzony.

II śniadanie: krem z groszku
Tutaj o tyle ciekawa sytuacja, że w kremie pływało trochę rzeczy. Mój słaby zmysł poznania wyczuł grilowanego łososia, groszek i pestki dyni. Super sprawa. Bardzo smaczne. Mówię to ja, Marcin, człowiek antyzupowy :)

Obiad: Bitki cielęce w sosie własnym, kasza jęczmienna, fasola szparagowa
To mi nie podeszło smakowo…

Kolacja: kanapka, pstąg w galarecie, mix warzyw
… a z kolei to bym mógł jeść codziennie ;)

P.S. Pani z DLS Catering zadzwoniła do mnie i podpytywała o to i owo. Niestety nie zaproponowała dożywotniego, darmowego dostarczania mi jedzenia do domu ;-) Co ważniejsze, powiedziała, że musli, którym się tak zachwycałem to faktycznie jest ichna produkcja własna. Zrobie sobie też takie.

“Do what you can, with what you have, where you are.”
Theodore Roosevelt

Ściana – jak spalamy energię?

W listopadowym “Bieganiu” jest artykuł o przemianach w organizmie człowieka, który zaczyna biec. Proces został opisany dosyć obrazowo i zrozumiale. Chciałem przytoczyć tylko kawałeczek tekstu opisujący moment odcięcia, czyli tzw. “ścianę”:

Wygląda więc na to, że możemy biec bez przerwy. Jednak ograniczeniem są zasoby węglowodanów. Jeśli ich zapas będzie się kończył, mózg włączy alarm. Trafimy na słynną maratońską ścianę. Co ciekawe – jeśli byśmy pobrali próbkę mięśnia z zawodnika, który padł na maratonie i został zawieziony przez karetkę, w mięśniu znajdziemy jeszcze zapas glikogenu pozwalający na pokonanie kilku kilometrów. Odczucie zmęczenia czy “odcięcie prądu” nie jest bowiem sygnałem o absolutnym wyczerpaniu energii, a jedynie bezpiecznikiem wbudowanym w nasze ciało, który wyskakuje, gdy mózg zauważa zagrożenie. Jednym z elementów treningu jest pokazywanie naszemu mózgowi, że stan zaburzenia równowagi i zmęczenia, wcale nie jest tak niebezpieczny i że z niskim poziomem węglowodanów wcale nie trzeba lądować na poboczu.

Powyższy cytat dobrze pokazuje, że dystans maratonu czy “ultra” biega się głową, a nie nogami. Przychodzi mi też na myśl jeden cytat mówiący, że ciało zrezygnuje z wysiłku tysiąc razy nim umysł się podda.