Podsumowanie tygodnia 10 – kontuzja

Podsumowanie tygodnia 10 – kontuzja

Tydzień był dość leniwy. Nie wiem już co robić z taką ilością wolnego czasu. Wszystko nadrobiłem, sprzątnąłem, wróciłem do filmów… ale ile tak można? ;) Z fajnych akcji to byłem na MŚ w lekkoatletyce na chwilę, o czym może skrobnę w kolejnym wpisie.

Poniedziałek – pływalnia

Wtorek – wolne

Środa – lekarz, pływalnia

Czwartek – wolne

Piątek – pływalnia

Sobota – wolne

Niedziela – Wybrałem się ze starszym juniorem na dwór. Bartek na rowerze, ja biegiem. Po dwóch kilometrach zaczął mi narzekać, że go bolą nogi. Come on! To ja tutaj miałem płakać że boli! Powędrowaliśmy, powolutku niecałe 6 km. Noga boli, bo była ponakłuwana. Jednak czuję pod spodem, że boli coś jeszcze dodatkowego. Będę musiał bardzo uważać i oszczędzać się by w ogóle wystartować w warszawskiej połówce. :( Staram się utrzymywać dobry humor ale bywa różnie.

Pływanie wychodzi bardzo słabo. Poruszam się już niby do przodu z głową w wodzie, jednak pływalność i power jest bliski zeru. TRX nawet nie chciało mi się wyciągać. Mobilizacja padła. Trochę mnie cała sytuacja irytuje, bleeeee.

Tytułowe zdjęcie pochodzi ze strony unsplash.com.

Umysł ultramaratończyka

Umysł ultramaratończyka

Kolejne (ostatnie) fragmenty z książki „Jedz i biegaj” Scotta Jurek’a. Nie mam bladego pojęcia jak powinno się odmieniać jego nazwisko. Nie jest to polak (choć ma polskie korzenie) ale palce same chciałyby napisać „Jurka”. ;) Poniżej fragment mówiący o udziale w Spartathlonie i pogoni Scotta za polakiem, Piotrem Kuryłą. Chciałbym kiedyś wziąć udział w czymś takim. Może na 40-te urodziny. :)

Po sto dziewięćdziesiątym kilometrze dotarłem do miasta Tegea. Ktoś rzucił, że Polak był tu dosłownie minutę wcześniej. Złapałem napój energetyczny i kilka żeli Clif Shot. Zobaczyłem przed sobą pulsujące czerwone światło – to policyjna eskorta towarzysząca liderowi wyścigu na całej trasie. Zbawienie zapachniało pyłem, miażdżonymi winogronami i historią. Zalśniło. Pobiegłem ku niemu. Kiedy mijałem Kuryłę, miałem wrażenie, że ledwo się porusza. Ja biegłem najszybciej, jak umiałem.
– Dobra robota – rzuciłem i jeszcze przyspieszyłem.
Wiedziałem, że zbyt długo nie utrzymam takiego tempa, ale zarazem miałem świadomość, jak zniechęcająco działa na przeciwnika widok innego biegacza, który wyprzedza go z, wydawałoby się, niebotyczną prędkością. Współczułem Polakowi, podziwiałem jego odwagę i nieustępliwość, ale kiedy pojawia się okazja zdemoralizowania konkurenta, po prostu z niej korzystasz. Tak też zrobiłem.

Z tego co pamiętam z książki to Kuryła na start tego ultramaratonu… przybiegł ciągnąć/pchając wózek na kółkach ze swoimi rzeczami. Za każdym razem jak przypominam sobie tą książkę, serce zaczyna szybciej bić. Świetna pozycja!

Niemal każdy wyczynowy biegacz, jakiego znam, w pewnym momencie przeżywa okres zwątpienia i ma ochotę zrezygnować. Ja również zaliczam się do tej kategorii. Cała ironia w tym, że cechy, które pozwalają zaliczyć sportowca do elitarnego grona – skupienie, wysiłek, zainteresowanie nowoczesną technologią – wcale nie przynoszą odpowiedzi na to, jak się pozbyć przygnębienia. Przekonałem się, że w moim przypadku najlepszym sposobem na odzyskanie woli walki jest odrzucenie technologii, zapomnienie o wynikach, po prostu bieganie swobodne. Nie myśl, że bieganie musi się wiązać z bólem albo że jest karą. (Zdecydowanie zapomnij o trenerach każących „zrobić okrążenie”, bo na przykład w koszykówce popełniłeś błąd kroków albo w futbolu nie odebrałeś podania). Biegaj tak, jak biegałeś, gdy byłeś dzieckiem: dla frajdy. Zdejmij zegarek. Pobiegnij w dżinsach. Pościgaj się ze swoim psem (czy on wygląda na zmartwionego?). Biegaj z kimś starszym albo młodszym, a inaczej spojrzysz na bieganie i na świat. Tak było w moim przypadku.

Skręć na szlak, którym nigdy wcześniej nie biegłeś. Wyznacz sobie nowy cel: zawody lub trasę, które będą cię motywowały do ruszenia się z domu w paskudny dzień. Rób to wszystko albo tylko niektóre z tych rzeczy wystarczająco często, a wkrótce przypomnisz sobie, dlaczego w ogóle zacząłeś biegać: bo to dobra zabawa.

1391581_470290096423711_1733071136_n

Było dobrze do momentu…

Było dobrze do momentu…

Brało, brało, aż się zesrało. Treningi wchodziły dobrze, samopoczucie było kapitalne, zdrowie dopisywało, aż nadszedł moment bólu. Okolice kolana zaczęły kłuć. Niby nic wielkiego ale uniemożliwiły mi bieg. Wróciłem do domu i po kolejnych 4-ech dniach wciąż nie mogę biegać przez ten ból.

Wreszcie znalazłem trochę chęci by napisać jak to było w poprzednim tygodniu. Treningi nabrały tempa, obciążenie tygodniowe przekroczyło 70 km i czułem się z tym fantastycznie. Nogi bolały mniej niż podczas październikowych przygotowań do Biegu Niepodległości na 10 km. We wtorek zrobiłem 150-metrowe podbiegi i wszystko było ok. Noga się kręciła, wszystko pracowało elegancko.

W czwartek kolejny trening i słabo czułem nogi. Biegłem z odpowiednim tempem, tętno trzymałem w ryzach, wszystko grało i huczało. Tyle że krok był taki drewniany. Nogi stawiały kolejne kroki, łydka wybijała całe ciało ale zupełnie tego nie czułem. Ani pracy łydki, ani podeszwy. Doświadczyłem już takiego uczucia kilka miesięcy temu ale wtedy dostałem takich bóli w łydkach, że się zatrzymywałem. Teraz nie było to specjalnie uciążliwe więc stwierdziłem że to rozbiegam. Było ok.

W piątek bardzo podobna sytuacja. Jedyne co się zmieniło to prędkość. Nie mogłem jej nabrać by podnieść tętno do pożądanego poziomu. Pod koniec początkowej „dyszki” poczułem kłucie kilka centymetrów w górę i bok od rzepki. Parę razy chciałem zrezygnować z treningu ale od jakiegoś czasu staram się bardziej trenować głowę, bo podczas zawodów za łatwo odpuszczam końcówkę. Zrobiłem więc dychę i zakończyłem ją według planu na stadionie. Zamiast ćwiczeń zrobiłem lekką gimnastykę i chwilę odpocząłem, by ruszyć z przyspieszeniami. Zrobiłem 3 i już wiedziałem, że tego się już nie da rozbiegać. Potruchtałem do domu.

Kolejne dni odpoczywałem lub topiłem się na miejskiej pływalni. Dzisiaj spróbuję pobiec. Na razie nie wydaje mi się to prawdopodobne ale jeśli będzie ok, to spróbuję zrobić z 3-4 km. Jak się nie uda to poczekam do czwartku. W środę masaż i znowu pływalnia. Do 30.03 się zagoi. ;) Przynajmniej teraz jest więcej czasu na zaprzyjaźnienie się z wodą.

isc naprzod
Tytułowe zdjęcie pochodzi ze strony unsplash.com.