Parkrun’owy tydzień #17, 2014

Parkrun’owy tydzień #17, 2014

Prawdopodobnie dziwnie to zabrzmi ale tak bardzo mi niedobrze jak się muszę namęczyć na zawodach. 5 km Parkrunu było mordęgą. Oczywistym jest, że w momencie przekroczenia linii mety z zadowalajacym wynikiem, nastawienie zmienia się o 180 stopni. ;) Tak było w ostatnią sobotę.

Tydzień zaczął się osmioma kilometrami tu i tam, po czym nastąpiły przyspieszenia, z którymi trafiłem akurat na górki w lesie. Jakoś tak wychodziło, że szybkie kawałki były pod górę, a wolne na zbiegach. Trochę nie dawałem rady ale jak wiadomo góral ze mnie żaden. ;) Generalnie w tym tygodniu bieganko było spokojne. Muszę się mocniej skupić na poszczególnych elementach treningu. Trzeba w tym tygodniu na szybszych odcinkach dorzucić do pieca żeby trochę popiekło w kroku. ;) No pain no gain.

Najciekawszym wydarzeniem tygodnia był oczywiście start w Gdyńskim Parkrun’ie. Nie wiedziałem, że co tydzień bierze w nim udział ponad setka ludzi. Bardzo sympatyczne towarzystwo. Lekkie rozbieganie, trochę wymachów tym i owym, kilka przyspieszeń i czuć było gorąco w środku. Słoneczko zaczęło mocno operować i ogólnie zrobiło się za ciepło. Lato idzie (!) mimo, że w TV ciągle powtarzają “Winter is coming“. ;)

IMG_5261 copy_mini

Z uwagi na długość dystansu chciałem od razu zacząć mocno, poniżej 4:30. Zaskoczyłem sam siebie ustalając tempo w okolicach 4:08’/km. Złapałem się grupki i biegłem zaraz za nimi. Po pierwszym kilometrze pytali się siebie o tempo i na odpowiedź 4:10 stwierdzili, że “ok, to jedziemy tak cały czas”. Pomyślałem, że to fajna okazja by się ich trzymać. Sapałem właściwie od pierwszego kilometra. ;) Było ze mną źle ale trzymałem tempo i rozmyślałem co będzie na końcu. W głowie miałem pesymistyczne rozważania, które taki tak mnie satysfakcjonowały. Cały bieg to walka ze samym sobą. Cały czas trzymałem się tej grupki. Czasami mi uciekała. Wtedy mimo braku tchu przyspieszałem i ją doganiałem. Sam sobie tym zaimponowałem. ;) Po 4 km cieszyłem się w duchu na wynik i odliczałem ostatnie metry. Nogi osłabły, piec się przegrzał i nie miałem już z czego biec. Mimo tego utrzymałem tempo klepiąc glebę i po 20:46 zameldowałem się na mecie. Frajda 110%. ;)

IMG_5268 copy_mini

W niedzielę spokojne rozbieganko – 15 km. Skręciłem w nową, leśną uliczkę i trafiłem na kapitalną trasę. Na następne rozbieganie od razu uderzam w to miejsce i może wtedy podsumuje przewyższenia jakie tam występują. Górki nie są może mega wielkie ale praktycznie nie ma odcinków żeby było płasko. Świetne miejsce dla takiego asfaltowego mieszczucha jak ja! :)

Mieć plan

Mieć plan

Poniższy wpis na FB nie wziął się znikąd. Samopoczucie i zadowolenie z życia ;) nagle wniosło się na wyżyny.

To jest ten moment, w którym cieszę się że zacząłem przygodę z bieganiem. Zawsze lubiłem się poruszać. Raczej było to jednak bieganie za różnych rozmiarów piłkami, niż tak przed siebie, “bez celu” (jak to ujęła moja kuzynka). ;) Po PMW chodziłem po świecie mało zorganizowany. Większa ilość czasu po pracy przekładała się często na mniejszą ilość wykonanych zadań. Planowanie odeszło na dalszy plan, a jak wiadomo brak planowania to planowanie porażki.

Kilka kilometrów po Mazurskich ścieżkach, to było coś innego. Biegliśmy kilkuosobową ekipą, rodzinnie, bardzo sympatycznie, bez spięcia. Nie mam zbyt wielu okazji do takiego biegania, więc był “fun”. Po zakończeniu świąt czekałem w blokach by móc wreszcie wystartować. Ciągnęło mnie, by założyć kapcie i wyrwać przed siebie. Być może miała na to również wpływ ilość jedzenia jaką wchłonąłem przez święta. ;)

We wtorek bawiłem się na treningu wybornie. :D Co jakiś czas do mnie dochodzi ta sama myśl. Gdybym wychodził z domu z zamiarem pobiegania iluś kilometrów to często gęsto bym sobie skracał drogę. Na pewno częściej skracał niż wydłużał. Jeśli wychodzę z konkretnym planem to mam nastawienie by zrobić go w 100 lub 110%. Nie ma znaczenia czy jest śnieg, deszcz, czy wieje non stop w twarz, a dyspozycja dnia jest daleka od optymalnej. Coś zostało zapisane na kartce i ma zostać wykonane według instrukcji.

Osobną kwestią jest to kto zapisuje na kartce te cyferki i literki. Różne osoby w różny sposób będą na takie zapiski patrzyły. Na pewno łatwiej jest trzymać się planu zapisanego przez kogoś innego. Jest coś dziwnego w psychice człowieka, że choćby plan zapisała osoba zupełnie obca, to nie chcemy jej zawieść… a może to co innego. W każdym bądź razie dobrze jest mieć plan treningowy zapisany na kartce na początku tygodnia. Najlepiej jak napisał go dla nas ktoś inny niż my sami.

Ostatnią kwestią jaką chciałem dzisiaj poruszyć to cel. Każdy ma swoje powody do biegania. Ja dostaje zastrzyk energii gdy wiem, że trening prowadzi do jakiegoś celu. W każdym planie, każda jednostka treningowa ma swoje zadanie. Oczywiście można wychodzić z domu i po prostu sobie lecieć ale… ile ludzi, tyle powodów i motywacji do ruchu. :)

100_100_130_1838233884_middle

Święta, święta i po świętach

Święta, święta i po świętach

Hej ho, hej ho, do pracy by się szło. To już jutro. Dzisiaj podsumowanie chorowania i świętowania. Grzechów związanych z odżywianiem było co nie miara. Jest nauka i chęć poprawy. ;)

To był kolejny leniwy tydzień. Coraz bardziej jest mi z tym źle. W czwartek ruszyliśmy na Mazury by tam spędzić święta. Poobijałem się trochę, pobiegłem w jeansach do sklepu (ok. 2 km w obie strony), także było mega rozluźnienie. ;)

IMG_5145_mini

W sobotę wreszcie trochę się poruszałem. Pograliśmy familijnie w piłę. Oj jak ja dawno nie kopałem balona! W efekcie zdobyłem parę siniaków na nogach i zaczął dokuczać mi ból łydki. Niezły początek, a zapowiadało się jeszcze gorzej. :)

W niedzielę biegająca część rodziny wybierała się na krótkie rozbieganie. Polecieliśmy zatem w 5 osób przed siebie. Super! Pogoda dopisała. Zgodnie stwierdziliśmy że idzie lato, bo już od pierwszego kilometra było parno. Bardzo fajnie! Zrobiliśmy wspólnie spokojną “siódemkę”, chwila odpoczynku i… półtorej godzinki na boisku. Trochę w piłę, trochę w siatkę. To były bardzo pozytywne święta. :) Zdobyłem kolejne sine odznaki na kopytkach. Rodzina, rodziną, ale nikt nie odstawiał nogi podczas meczów. ;)

Wracając na koniec do mojego zdrowia. Tak jak już gdzieś wcześniej pisałem, antybiotyku nie biorę. Katar chyba ustępuje. Od jutra cisnę z treningiem. Mam tylko nadzieję, że nikt z niczym nie wepchnie się do mojego grafiku. W sobotę mam zamiar wystartować w Parkrunie na 5 km. Majowy Bieg Europejski spisałem trochę na straty choć nie zamierzam się tam tanio sprzedać. :) W tym roku będą jeszcze ze 3 inne okazje by poczęstować nogi “dyszką”.

Oba zdjęcia są mojego autorstwa. All rights reserved ;)

Znowu przerwa – leci z nochala

Znowu przerwa – leci z nochala

Patrząc z perspektywy ostatnich dni, dzisiaj czuję się całkiem dobrze. Gorzej było chociażby w dniu Biegu Górskiego czy dzień przed nim. Mam nadzieję, że dochodzę do siebie. Nadzieja matką… ;)

Znowu nie biegam. Ostatnimi czasy wprowadziłem straszny chaos w swoje życie. Muszę szybko się uporządkować, kopnąć w dupę i wziąć do roboty. Mam nadzieję, że w ciągu najbliższych dni pozwiedzam trochę biegowo mazurskie ścieżki. Nie można być miętkim i trzeba przegonić złooooo. W poprzednim tygodniu zrobiłem 20-parę kilosów. W tym tygodniu jeszcze nie założyłem butów. :/

Tymczasem życzę wszystkim Wesołych Świąt Wielkanocnych! ZDROWIA! Bądźcie mokrzy od wody… i potu po treningach. :)

I Bieg Górski w Gdyni – Etap 1

I Bieg Górski w Gdyni – Etap 1

3, 2, 1, wystartowali… Pamiętam ten moment gdy miałem już dosyć. Spojrzałem na zegarek. Przebiegłem 2,85 kilometra. Do mety pozostało 8, niedobrze. Dwa dni później – wciąż czuję zmęczenie w nogach.

To był mój pierwszy start w tego typu imprezie i cóż… wyszedł ze mnie mieszczuch. ;P Jeszcze w lutym, podczas Biegu Urodzinowego w Gdyni cieszyłem się że Świętojańska już mi nie sprawia problemów. Coraz lepiej radzę sobie na górkach. Później był Półmaraton Warszawski gdzie Agrykola pozostawiła całkiem miłe wspomnienie. Po pierwszym etapie, pierwszej edycji Biegów Górskich w Gdyni muszę zrewidować swoje myślenie. Zderzenie się z tymi górkami było bolesne, choć humor dopisywał, a uśmiech z twarzy nie schodził. ;)

Na bieg zapisałem się dużo wcześniej, od razu na cały cykl (choć później okazało się że w maju nie będę mógł wystartować). Chciałem pogratulować organizatorom za świetną imprezę. Do biura zawodów podjechałem rano. Okazało się że jestem jedną z pierwszych osób i dostałem numerek 2. Normalnie elita – nie ma żartów. ;) Wszędzie było pełno poprzyklejanych kartek z informacją gdzie należy się kierować. Później chwilę pozwiedzałem, przybiłem parę piątek i pojechałem do domu. W międzyczasie odbywały się biegi dla dzieci oraz kijkarzy-NW.

IMG_7911

IMG_7957

Godzinkę przed biegiem znowu zameldowałem się w okolicach biura zawodów. Pogaduchy, depozyt, rozgrzewka. W międzyczasie spotkałem sporą grupę ludzi, których od dawna nie widziałem. Wszyscy uśmiechnięci i ciekawi jak ten bieg będzie wyglądał. Panowała świetna atmosfera. Kolega Jacek opowiadał ciekawostki przez mikrofon, dziewczyny spisywały wyniki, ludzie byli zorganizowani, kibice klaskali i krzyczeli, wszystko grało. :-)

IMG_8045

Pierwsze 1,5 km miało być względnie płaskie. Jednak polecono nie trzymać tempa z biegów miejskich bo po tych 1,5 km się zagotujemy i będzie po zawodach. Pierwszy km pobiegłem w 5:25 i jakoś szło. Właściwie cały czas pod lekką górkę. Później pod trochę mniej lekką górkę, zbieg i wtedy zrozumiałem co chłopaki nazywają płaskim, a co górkami. ;) Biegowa wspinaczka i od tego momentu prawie non stop góra-dół-góra-dół-jeszcze większa góra-jeszcze stromiej w dół. Działo się, była zabawa, no i tak jak pisałem na wstępie, po 2,85 km chciałem już widzieć linię mety. ;)

Przez kolejne 2,5 km zastanawiałem się dlaczego nie zapisałem się testowo na jedno kółko mierzące 5,25 km. Plan przed biegiem był taki, żeby na drugim kółku przyspieszyć. Po paru kilometrach myślałem już tylko JAK ja przebiegnę to drugie kółko. ;) Czułem że sapie, obserwowałem tętno, wiedziałem że jest już po mnie. Pierwsze kółko poszło w 31 minut. Drugie w 32:20. Prawdę mówiąc gdy mijałem metę, kończąc pierwsze okrążenie spodziewałem się gorszego wyniku drugiego kółka. Od kilku miesięcy staram się pracować nad swoją psychiką podczas biegu. Niby cisnę mocno, niby serducho pompuje, nogi pieką, a oddech jest głęboki. Człowiek jednak zawsze chce więcej. Koncentruję się na tym żeby w tych pojedynczych momentach doprowadzić się do zniszczenia. :P

Podczas drugiego kółka, niektóre odcinki podbiegów pokonywałem marszem. Taki ze mnie góral. :( Na ostatnich km uczepiłem się “dziewczyny we fioletowym” ;) i jakoś udało się utrzymać jakiekolwiek tempo. Podziękowania dla niej. :) W końcówce udało się nawet przyspieszyć ale generalnie byłem zmasakrowany. Czas był jaki był, miejsce niższe niż zakładałem. Znowu nabrałem pełen dzbanek pokory. ;)

IMG_8427


Pełne wyniki są dostępne tutaj: http://www.biegigorskiegdynia.pl/etap1.html
Zdjęcia pochodzą od organizatorów.