Nadzieje czy niezdrowe ambicje? Kiedy jednak można marzyć o fajnym wyniku jak nie wtedy gdy chorób brak, przygotowania idą pełną parą, pogoda jest idealna, a warunki podczas biegu są świetne?

Fakt jest taki, że wszystko w sobotę zagrało. Nawet przyhamowałem z kiepskim jedzeniem i od rana ładnie, powoli korzystałem z wodopoju. ;) Dwie rzeczy nie były optymalne. Pierwsza z nich to kwestia przygotowania. Wszystko jest ustawione pod kwietniowy start w maratonie. Cały czas biegam sobie spokojnie i zdecydowanie czułem mega brak w wytrzymałości podczas sobotnich męczarni. Wydaje mi się jednak, że to nie był największy problem…

Głowa – z tym to na pewno jest źle. ;) Start falowy to była najpiękniejsza rzecz jaką mogłem sobie wyobrazić na tych zawodach. Mega mega MEGA plus dla organizatorów, że ogarnęli temat i wreszcie to wprowadzili. Komfort biegu na całym dystansie był niesamowity. Mnie oczywiście poniosła ułańska fantazja. Tak jak podczas pewnego Parkrunu – pusta przestrzeń przed oczami źle wpływa na zachowanie mojego mózgu (jak się okazało później, nie tylko mojego. Pozdrowienia dla Zuzy). ;) Wystrzeliłem do przodu na lekkich nogach nie myśląc o tym co potem. Na dzień dobry zobaczyłem tempo 3:30-3:45 na Garminie i to był początek końca.

Pierwsze spojrzenie na zegarek i od razu zaciągnąłem hamulec. Drugie, dalej <4:00’/km i znowu chciałem zwolnić ale tłum tak rwał do przodu… wiecie, wiatr we włosach, roztaczające się w głowie wizje, “tak, to właśnie ten moment! 40 minut pęknie niczym bańka mydlana”. Taaak. Pierwsze kilometry w 4:01, 4:12, 4:10 i już coś się zaczęło psuć. Po drodze jeszcze zagadał mnie Witek, którego serdecznie pozdrawiam. Nie wiem skąd się znamy ale chyba przez bloga. :) Generalnie nie miałem ochoty rozmawiać :P więc pobiegliśmy dalej w ciszy (zresztą obywatel W. odpalił zaraz do przodu).

Czwarty kilometr i pierwsze problemy z brzuchem. Rozpoczęło się od podbrzusza. Ból prawie sprowadził mnie do powierzchni asfaltu. Zacisnąłem zwieracze ;) i próbowałem biec dalej. Jako tako szło ale część trasy pokonywałem z zamkniętymi oczami, bo nie ogarniałem bólu. Półmetek w 21 minut z sekundami. Wtedy jeszcze przeszło mi przez głowę, że wymęczę Świętojańską i pogonię po Bulwarze by zrobić wynik w okolicach życiówki. Zaraz za półmetkiem czekali moi kibice, więc musiałem tam jakoś dotrzeć. ;) Na chwilę się rozchmurzyło ale to była cisza przed burzą. Zaraz potem trafiła mnie taka niepozorna kolka, która narastała przez kolejne minuty. Już na dole Świętojańskiej stwierdziłem, że przestaje się ścigać. Najbardziej wkurzające było to, że cała moja postawa poszła do śmietnika. Biegłem na wpół zgięty i nie mogłem się wyprostować. Zamiast się zatrzymać i zejść parłem przed siebie jak byk na czerwona płachtę. ;) Zupełnie bez celu. Przedłużyłem swoje męczarnie aż do Bulwaru, na którym dołączyły kłujące bóle w klatce piersiowej. Zbiegłem na bok trasy i się zatrzymałem. Chwila oddechu i poczłapałem dalej. Ostatni kilometr biegło mi się trochę bardziej komfortowo ale to może dlatego że poprzednie 3 km leciałem w tempie średnio-pół-wolnym ;) jak na własne możliwości.

16614699452_0c2557d176_b

Za metą chwile porozmawiałem i zacząłem biec dalej. :) Odzyskałem siły! Wszyscy człapali sapiąc, a ja świeżutki jak po rozgrzewce skakałem między nimi niczym kozica górska. Takie właśnie to były zawody. Seria problemów spowodowanych prawdopodobnie własną głupotą i zawalony wynik, zdrowie i morale. Złość oczywiście już minęła ale czy wyciągnę z tego naukę? Gdy stanę na starcie i znowu zobaczę przed sobą pustą trasę to emocje zrobią swoje. ;) Poniższy wykres mówi wiele. Po 25 minutach biegu odpuściłem zupełnie i kulałem się do przodu.

Zrzut ekranu 2015-02-23 13.32.18

Podsumowując. Trasa wydawała mi się nieciągnącym wzniesieniem. Świętojańska w 4:49? Dokładnie takim tempem pokonywałem ją w lutym 2014. Różnica polega na tym, że wtedy walczyłem z nią pełen sił, a serducho pikało aż miło. Tym razem tętno zaczęło spadać i właściwie to nawet nie chciałem kończyć tych zawodów… Światełkiem w tunelu było to, że tętno spadło prawie do 160 bpm. To była informacja, że zdecydowanie stać mnie na więcej, że to nie moje tempo… Wyszło jak wyszło, trudno.

Poniżej wyniki harpaganów, którzy zmierzyli się tego pięknego dnia ze swoimi słabościami i chcieli udostępnić swoje wyniki. :)

Antoni Grabowski aka Poranny Biegacz: 34:41 (wow… gratuluję awansu do czerwonej strefy :))
Witold Albecki: 41:27 (ależ mi uciekł po spotkaniu na moście!)
Moja skromna osoba: 44:34
Michał Rohde: 44:58
Marcin Curyło: 45:01
Ania Hinz: 53:56
Sebastian Śmiałkowski: 57:38