Pierścień Tysiąca Jezior – ultramaraton na gorzko – cz. 2

Pierścień Tysiąca Jezior – ultramaraton na gorzko – cz. 2

W pierwszej części relacji z P1000J nie zawsze wszystko szło zgodnie z planem. Bywały gorsze momenty… ale to były momenty, a nie sytuacja stała… z którą napotkałem się na 417 kilometrze jazdy.

Po publikacji “ultramaratonu na słodko” pojawiło się kilka pytań technicznych, na które najpierw chciałbym odpowiedzieć.

Cały ultramaraton przejechałem w spodenkach na szelkach, które kupiłem tydzień przed zawodami. Miałem na zmianę strój triathlonowy Nozbe, który na przepaku na 350 km wrzuciłem do torby aby ubrać go tuż przed metą i wjechać czyściutki i świecący w oko kamer i aparatów. ;) To jest w ogóle dobry moment na wzmiankę o stroju na zmianę. Jego tkanina wciągnęła chyba całą wodę (wraz z rolką papieru toaletowego), która wlała się do niedomkniętej torby w trójkącie ramy. :P

Relacja wideo z ultramaratonu

Drugie pytanie: lemondki. Były dozwolone ale za radą Mietka zrezygnowałem z niej. Trochę ludzi jechało z lemondką. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że lepiej jechałoby mi się z założoną dostawką. Model, który używam umożliwia mi złapanie kierownicy na górze (tak jak, np. w rowerze MTB). Jednak nie miałem takich uchwytów do lampek, by móc je zamocować gdzie indziej niż na kierownicy (np. na rurkach lemondki, pod spodem). Lampki zajmowały niewiele miejsca ale na tyle dużo, że uchwyt “klasyczny” już nie był tak wygodny. Odnośnie trzymania kierownicy opiszę jeszcze swoje przemyślenia na końcu tego wpisu.

Trzeci temat: drogi. Niezależnie czy to był 10, 100 czy 500 kilometr zdarzały się drogi lepsze i gorsze. Ten rejon Polski ma najgorsze nawierzchnie w kraju. Szkoda rozwlekać bardziej temat, bo poprzednie zdanie wystarczająco określa po czym trzeba było jechać.

Wracając jednak do kilometra numer 417

Środek nocy, czujesz się jak na wyczerpującej i długiej imprezie ze znajomymi. Nagle muzyka przestaje grać, a znajomi znikają. Tak samo jak znika dach nad głową, a ty w koszulce i krótkich spodenkach zostajesz wśród jesiennego, chłodnego deszczu. Zaczynasz się trząść z zimna, nie wiesz gdzie w ogóle jesteś i co teraz zrobić. Ja byłem w lepszej sytuacji – wiedziałem co zrobić: pedałować. Sęk w tym, że nie wiedziałem jak to robić.

Gdy pojawił się ból kolana moje myśli w mgnieniu oka nastawiły się na jeden cel: dojechać do kolejnego PK… i tam odłączyć się od grupy. Na podjazdach cierpiałem niemiłosiernie i grupa mi odjeżdżała. To były momenty, w których nadzieja znikała wraz z oddalającymi się lampkami. W tych momentach strach i adrenalina pozwalały docisnąć pedały, by złapać grupę na płaskim odcinku. Instynkt przetrwania zwykle działa cuda. Nie pozwalałem grupie odjechać i wiedziałem, że jak odpuszczę, to nikt tutaj ze mną nie zostanie. Niby nic, pojadę samemu, trudno, nic nowego. Nocy się bać nie będę ale ciągły deszcz wprowadzał ponury klimat.

Kilometry mijały okropnie powoli, a na podjazdach coraz bardziej traciłem łączność z grupką. W pewnym momencie poczułem jakby ból się zmniejszył. Zdążyłem się nawet zastanowić czy może na PK zdążę doprowadzić się do normalności i zabrać razem z grupą. Te krótkie przemyślenia przerwał ból, zgięło mnie i chyba nawet coś krzyknąłem z bólu. Bardzo punktowy ból, zupełnie nie przeszkadzający gdy noga nie musiała pracować. Jeśli jednak chciałem pedałować, to… nie mogłem, bo nie mogłem go przezwyciężyć.

Straciłem wiarę, że dojadę do PK z grupą ale nadal bardzo, BARDZO chciałem przejechać z nimi ten jeden kilometr… i kolejny. Ale kolejnego nie było, bo każdy km dłużył się w nieskończoność, a głowa się poddała. Nie wiem nawet który to był km ale poddałem się. Poddałem się w 100%. Czerwone światełka znikały za kolejnymi zakrętami.

Liczyłem na ulgę, a dostałem coś zupełnie odwrotnego.

Ból się skończył ale samopoczucie się jeszcze pogorszyło. Pozbyłem się w teorii jednego kłopotu ale zyskałem kilka kolejnych. Samotność, rezygnacja, zimno, strach. Każdy z tych stanów miał kilka twarzy.

Najpierw poczułem się samotnie. Niby nic ale morale spadło do zera. Dopiero po chwili uzmysłowiłem sobie, że nie wiem gdzie jechać. Miałem w torbie power banka, a na telefonie wgrany ślad trasy, więc teoretycznie wszystko było ok. Tyle że ciągle lał deszcz, więc mokry ekran telefonu nie reagował. Do zatrzymania się, by przeczyścić telefon i sprawdzić mapę zachęciło mnie jeszcze jedno wydarzenie: brak wizji.

Po odjeździe grupy poczucie zmęczenia nagle do mnie bardzo trafiło. Każda drobna rzecz zaczęła przeszkadzać bardziej niż przed chwilą. Piach i woda w oczach piekła i irytowała. Zacząłem zamykać oczy, by wycisnąć z nich ten syf. Finalnie lądowałem na przeciwległym pasie jezdni, bo średnio kontrolowałem gdzie jadę. Postanowiłem, że poradzę sobie z tym na spokojnie. Zatrzymałem się, przetarłem oczy i telefon oraz sprawdziłem trasę. To wszystko trwało mniej niż minutę i mogłem powoli jechać dalej.

Przez krótką chwilę wydawało mi się, że jadę szybko. Zdarzyła się taka szczególna sytuacja, która nie wpłynęła na mnie w żadnym stopniu, choć powinna. Jadę nocą po czarnym asfalcie położonym w lesie. Cimno jak w… bardzo ciemno ale w oddali widać, że szosa przejeżdża przez jakieś miasteczko. Widzę światło w oddali ale najbliższe otoczenie to tylko lampka świecąca wąskim źródłem światła i zero wizji na boki. Nagle przez ten wąski strumień światła, ok. metra przed rowerem przemknął kot (chyba). Zamiast się wystraszyć wreszcie się uśmiechnąłem, bo przypomniałem sobie historię z jeżem, który wyszedł na spacer.

Otóż gdy jechaliśmy jeszcze w grupie na drogę wyszedł jeż. :) To było również w nocy. Widoczność – tyle co rzucały lampki. Jechaliśmy w dwóch rzędach, bo raźniej. Nagle z przodu słychać “jeż!” i grupy rozbiły się na boki. Akcja trwała może z dwie sekundy ale zdążyłem zauważyć, że jeż chyba zrezygnował z przejścia przez ulicę i zawrócił. ;)

Wracając do mojej samotności. Wiedziałem gdzie jechać i że wystarczy mi prądu w telefonie, jeśli raz na jakiś czas odpalę mapę. Nie było wiele zakrętów na drodze ale średnio kontaktowałem co i jak, więc wolałem co jakiś czas upewniać się, że dobrze jadę. Ból oczu i narastające irytacja i zimno (związane z deszczem i temperaturą) powodowały, że straciłem nawet chęć na jazdę do PK. Chciałem się zatrzymać, położyć i zrezygnować z dalszej jazdy. Miałem kompletnie dość kręcenia korbą, bo nawet lekki ruch nogą promieniował mi na całe kolano.

Szukałem miejsca do popełnienia największego błędu tego ultramaratonu.

Świetną opcją byłby przystanek autobusowy choć marzyłem o jakimś otwartym sklepiku lub budynku. Marzyłem o schowaniu się przed wodą i zimnem. Kulałem się po tej głupiej szosie licząc na otwarty sklep… na wsi, nocą, z soboty na niedzielę. Zimno było mi bliskie od dłuższego czasu ale teraz atakowało ze zdwojoną siłą. Wiadomo, niższa intensywność równa się mniejszej ilości ciepła generowanej przez ciało. Wiedziałem, że jak się gdzieś zatrzymam i położę, to będzie problem – taki duży, prawdziwy problem, bo już wtedy byłem wyziębiony.

Wreszcie zobaczyłem wystający z budynku daszek. Na tyle duży, że spokojnie się pod nim schronię przed deszczem. Daszek chronił wejście do bankomatu, do którego drzwi były już niestety zamknięte. Nareszcie nie będzie padać, nareszcie nie będę musiał kręcić, nareszcie odpocznę. Wszedłem po schodkach i byłem pod daszkiem. Pierwsze wrażenie, cudownie, nic nie kapie. Chwilowo zrobiło mi się cieplej ale to było bardzo chwilowe. Samopoczucie jednak się polepszyło, bo przestało padać na głowę, no i nie musiałem pedałować. Termicznie jednak nie było komfortu, więc wiedziałem, że muszę dojechać do PK, bo inaczej zamarznę.

Wtedy nadjechał jakiś kolarz i widząc mnie zatrzymał się na moment, by sprawdzić mapę. Pogadaliśmy chwilę. To była bardzo markotna rozmowa. Każdy miał dość. Nie można było się użalać nad sobą, bo każdy miał prawo być zmęczonym i poirytowanym przez padający od kilku godzin deszcz. Tak bardzo jak ucieszyłem się widząc drugiego zawodnika, tak bardzo posmutniałem gdy odjechał, a ja jeszcze nie umiałem się do tego zmusić. Minęło jednak parę minut i postanowiłem jechać dalej. Było może z 20 km do przejechania ale wiedziałem, że obecnie jest to dla mnie co najmniej godzina jazdy, podczas której będę mierzył się z wyziębieniem i kłującym kolanem.

Zszedłem po schodkach, wsiadłem na rower, ruszyłem… i dostałem ogromnych drgawek na całym ciele. Przy okazji skurczyły mi się mięśnie w górnych partiach ciała przez co kurczowo trzymałem kierownicę, której i tak nie mogłem skręcić. W głowie przerażenie i panika: co teraz, nie dojadę, nie mogę tu zostać, nie kontroluje siebie ani roweru, zimno. To był ten moment, w którym najbardziej się przestraszyłem. Nie polecam. ;)

Po około minucie kręcenia ciało wróciło do “normalnego stanu wyziębienia” znanego sprzed zatrzymania się pod daszkiem. Obiecałem sobie jedno: choćby skały srały, a noga odpadła nie zatrzymam się nigdzie indziej niż w jakimś ciepłym miejscu. Nawet jak nie będę wiedział gdzie jechać, będę kręcił i jechał. Takie nastawienie pomogło mi odrzucić jeden problem, a właściwie dało odpowiedź na jedno pytanie: jechać czy zatrzymać się bo “cokolwiek”. Postanowiłem, że jak nie będę miał możliwości (lub umiejętności czy ochoty) sprawdzić czy jadę w dobrą stronę…, to trudno.

Pojedyncze dragwki, problemy z oczami czy zjazdy na środek jezdni przytrafiały się jeszcze parę razy ale nie były już takie dramatyczne (w mojej ocenie). Doświadczenia zdobyte w nocy pozwoliły mi zapomnieć o alternatywach i skupić się na dojechaniu do Punktu Kontrolnego. Oczywiście że nie było fajnie, że bolało itp. ale chyba zaznaczyłem to w powyższych akapitach wystarczającą ilość razy.

To nie była żadna epicka jazda. Daleko mi od pochwalenia siebie za walkę i takie tam. To był wynik własnego błędu, tylko tyle.

Punkt Kontrolny 8

był umiejscowiony między dwoma jeziorami. W/g opini różnych osób było to najchłodniejsze miejsce na trasie ultramaratonu. Gdy go zobaczyłem było mi wszystko jedno. Tak długo jechałem w stanie “mam k..a dość”, że nie myślałem o niczym specyficznym. Oparłem rower o balustradę tarasu, zgasiłem lampkę, zabrałem telefon i wszedłem do budynku.

W środku dalsze rutynowe zachowanie. Karta do podbicia i podpis na liście. Jedyne o czym pomyślałem to, że “fajnie być w budynku”. Po papierologii chwyciłem po parę ciasteczek i zacząłem szukać dla siebie miejsca. Nawet nie prosiłem o ciepłą herbatę. Teraz jak o tym myślę, to chyba po prostu byłem całościowo zmęczony aczkolwiek na to zmęczenie nie złożyła się sama aktywność fizyczna ale również kwestie temperatury i pory dnia… a właściwie nocy. Była godzina 4.

Chciałem się położyć na rozłożonym materacu ale przemoczone ciuchy cały czas dawały poczucie zimna i ciągle mną telepało. Zacząłem więc chodzić i pytać obsługę o koc. Tym pytaniem bardzo zaskoczyłem osoby za barem. Nie wiem, może powinienem spalić się ze wstydu, że jestem mięczak. Wtedy jednak moja obojętność była tak wielka, że nawet mnie to nie zastanowiło.

Położyłem się, przykryłem kocem… i nadeszła jeszcze pościel. Może nie wyglądałem najlepiej, bo pani przyniosła mi kolejna warstwę do przykrycia. Koc wystarczył ale puch pod głową zadziałał kojąco. ;) Nawet nie wiem kiedy zasnąłem… aczkolwiek nie jestem pewien czy spałem. Słyszałem znajome głosy rozmawiające w budynku.

Leżakowanie w mokrych ciuchach było na krótką metę lepsze niż próby rozbierania się. Za nic w świecie nie chciałem próbować się osuszać, tylko szukałem każdej odrobiny ciepła. Dopiero po jakimś czasie (1h? 2h?) stwierdziłem, że moje ubrania parują, a wilgoć nie ma gdzie uciec bo jest pod kocem. Odkrycie się nie było przyjemne ale czułem się na tyle ok, że byłem gotów przyjąć chwilową porcję zimna. Zacząłem też rozglądać się po lokalu, coś zjadłem i wypiłem.

W PK8 spędziłem prawdopodobnie 3,5 godziny, więc miałem sporo czasu do obserwacji. Ostatnie (chyba) półtorej godziny spędziłem na próbie osuszenia kurtki, skarpetek i butów. Nie ryzykowałem mimo wszystko mocniejszego rozbierania się. Z żalem wspominałem przemoczony strój triathlonowy, który mógłby być suchą alternatywą ubraniową. ;)

Nie do końca jestem w stanie ogarnąć chronologię wydarzeń ale zacząłem działać w kierunku dalszej jazdy. Nie chciałem jechać dalej ale coś trzeba było robić. W PK cały czas był obecny komandor zawodów jednak byłem zbyt leniwy, by powiadomić go o rezygnacji. “Jeszcze nie teraz, może jak będę się lepiej czuł”. W procesie przygotowań do jazdy wspomagała mnie Agnieszka, która asystowała mężowi w jego wyzwaniu. Swoją drogą taki support to skarb. Mimo deszczu przyniosła mi coś z torby rowerowej (nawet nie pamiętam co) i co jakiś czas podpytywała “co dalej i jak mogę ci w tym pomóc”.

Powoli zacząłem zmieniać myślenie. Nadal chciałem zrezygnować ale z uwagi na nieco lepsze samopoczucie chciałem dojechać do kolejnego PK, z którego miałem kilka kilometrów do swojej rodziny. Zdawałem sobie sprawę, że stamtąd jest jeszcze bliżej do mety ale… 100 km to wcale nie jest blisko. ;) Szczególnie jak jedzie się po górkach 15 km/h, a czworogłowe lewej-sprawnej nogi też już dają o sobie znać.

Z technikaliów. Podczas pobytu w PK8 rozładowałem powerbanka ładując telefon. Garmina nie naładowałem, bo ogólnie rzadko kiedy się ładował przy podpinaniu do powerbanka (wciąż nie wiem czemu). Sam zegarek zakończył aktywność, bo zbyt długo był w stanie pauzy.

Przygotowanie się do jazdy polegało na założeniu siatek na gołe i lekko wilgotne stopy, po wcześniejszym posmarowaniu ich jakimś olejkiem od Agnieszki, by zapobiec odparzeniom. Potem mokre skarpetki, bo nie było gdzie ich dobrze wysuszyć i buty. Po pierwszym skrzywieniu się przy zakładaniu skarpetek poczułem względny komfort. Ubrania zdążyły trochę odparować, więc nie było mi zimno. W teorii byłem gotowy do drogi ale psychicznie… próg w drzwiach był nie do przejścia.

Przygotowując się wychodziłem dwa razy na dwór, by sięgnąć po coś przy rowerze. Na dworze kropiło i było chłodno. Czułem chłód. Nie wiem czy duży chłód czy mały – nieistotne. Spotkanie z zimnem było ostatnią rzeczą, której chciałem doświadczyć tego dnia. Zdawałem sobie sprawę, że dalsza jazda to 50 km do kolejnego punktu czyli w obecnym stanie pewnie z 2,5-3h kręcenia. Nie wiedziałem tylko czy to będzie powolne kręcenie jedną nogą czy może również walka z przenikającym zimnem. Przechodząc próg wiedziałem, że nie będzie powrotu jeśli za godzinę znowu zrobi się nieciekawie. Strach mnie jeszcze nie opuścił… ale pozytywnej energii dodawał fakt, że na dworze było już jasno.

Wtedy do PK wpadł Zbyszek z Olą

czyli goście pensjonatu, w którym smacznie spałem noc wcześniej. Od razu zrobiło się raźniej. Ja byłem po kilku godzinach wypoczynku, więc poziomem energii i witalności nie byłem już zakopany tak głęboko jak parę godzin wcześniej. Pogadaliśmy chwile, Zbyszek poczęstował mnie ketonalem w maści i jakimiś tabletkami na bóle tego typu. Finalnie stwierdził, że chyba oszalełem że “nie jadę dalej” i że pojadę. ;)

W sumie to nadal było mi wszystko jedno. Aura wyglądała na bardziej przyjazną ale ja już swoje przeżyłem i nie chciałem mieć żadnych nowych wrażeń tego dnia. Aczkolwiek nastawienie mentalne zmieniało się powoli przez ostatnie godziny. Stwierdziłem więc, że to spotkanie może być dobrym punktem zwrotnym, do dalszej drogi. Miałem jednak silne przekonanie, że to jeszcze za wcześnie. “Nigdzie mi się nie spieszy. Poczekam jeszcze z 3 godziny, a może 5, by pojechać do Reszla i się wycofać. Rodzina i tak jeszcze śpi.”.

Bałem się zimna. Na chwilę jednak wyłączyłem myślenie “co dalej, co jeśli itp”. Przekroczyliśmy próg i pojechaliśmy dalej. Lekko przesuszone ubrania dawały zupełnie inną ochronę termiczną. Na początku było mało przyjemnie ale odczuwana temperatura szybko się unormowała na dość komfortową. Okazało się, że nie taki wilk straszny… ale za to noga nadal nie działa. Zimno się skończyło, zaczęły się problemy z czterema literami.

Z uwagi na brak generowanej mocy z prawej nogi nie mogłem wstawać na pedały tak jak bym chciał. Z tego też powodu więcej siedziałem na siodełku, bo lewa noga pracowała tak ciężko, że zacząłem się o nią martwić. Generalnie odciążanie tyłka wyglądało w taki sposób: ciśnięcie lewą nogą stając na pedale, chwila przerwy, delikatne opuszczenie się na nodze by powoli usiąść na siodełku, spokojne przekręcenie korby o 180 stopni po to by znowu móc przycisnąć lewą nogą i wstać z siodła. Po kilku takich obrotach miałem dosyć. W sumie to nawet nie fizycznie ale byłem poirytowany, bo nie przynosiło to takiej ulgi jak bym chciał (co chwila wstawanie i siadanie), a dodatkowo katowało mnie mięśniowo.

Nie jechaliśmy też w grupie. Każdy z nas jechał swoim tempem i czasami tylko spotykaliśmy się na skrzyżowaniach. To nie było problemem. Mi był potrzebny punkt zapalny, by ruszyć dalej. Potem już trzeba było tylko zagryzać zęby, bo przecież do kolejnego PK trzeba dojechać. Na środku drogi się przecież nie zatrzymam.

Po dwóch godzinach jazdy znowu zrobiło mi się chłodno. To pewnie przez długotrwałą jazdę. Organizm ma mniej energii by się ogrzewać i jest bardziej marudny na niedogodności. Z pomocą przyszedł mój ruchomy bufet w postaci żony. Wyjechała kilka km z domu na trasę ultramaratonu, by podrzucić mi bluzę. Podobno pomoc związana z ubraniami jest niedozwolona i powinienem dostać za to DSQ. Whatever  ¯\_(ツ)_/¯

Po kolejnych kilkunastu kilometrach jazdy dojechaliśmy do Reszla czyli kolejnego punktu na mapie rajdu. Ola, Zbyszek i ekipa już tam byli. Nie umiałem nawet utrzymać ich spokojnego tempa. Czekała tam też moja Ewa, której oddałem bluzę, bo w niej z kolei było za gorąco. :) Gdy chwilę później wyszedłem na dalszą jazdę, żałowałem tej decyzji…, bo zaczęło padać. ☠️

Z dojazdówki do PK9 pamiętam jeszcze 2 sytuacje. Niekończący się podjazd tuż przed Kętrzynem (na wykresie wysokości wygląda jak niewielka górka) oraz inny dość długi podjazd, na którym zauważyłem drogowskaz do miejscowości Winda. Very funny. ;)

W Reszlu nie myślałem już o rezygnacji. Nie wiem czemu. Chyba po prostu o tym zapomniałem. :) Przypominając sobie jak wtedy się czułem…. no to się nie czułem. Nigdzie się nie musiałem spieszyć ale dyskomfort był spory, a jazda była maltretowaniem samego siebie. Jeśli jednak czytasz te słowa i myślisz o starcie, to muszę ci napisać, że wcale tak być nie musi. :) Gdybym mógł normalnie kręcić korbą na stojaka, to po pierwsze tempo byłoby lepsze, a po drugie tyłek by tak nie bolał. Tak więc największy problem by po prostu nie istniał.

Zjadłem szybko, by móc znowu zabrać się z ekipą na dalszą jazdę. Nie miałem w planach się siłować, by utrzymać ich koło ale jakoś tak raźniej, pojechać choćby chwilę. Przed nami było ostatnie 100 km trasy. Gdy zacząłem pesymistycznie planować czas przejazdu wyszło mi, że nie zdążę dojechać w limicie. :) Co ciekawe psychicznie balansowałem między zrezygnowaniem, a walką, by jednak przyspieszyć i spróbować. To była miła odmiana od stanów lękowo-depresyjnych sprzed kilku godzin. Jak teraz na spokojnie o tym myślę… to wciąż nie wiem po co jechałem dalej. :)

Jechaliśmy spokojnie co jakiś czas się mijając z Olą i jeszcze jednym kompanem. Plus był taki, że nikt nie dyktował tempa. Czasami Zbyszek próbował i motywował. Przez jakiś czas trzymałem jego koło ale prędzej lub później się poddawałem. 100 km mordęgi ale w porównaniu do ostatnich 50, to nie były one takie złe. ;) Na tym odcinku drogi miałem też wrażenie, że palą mi się stopy. Po jakimś czasie, z wielką niechęcią zatrzymałem się by zdjąć siatki ze stóp. Okazało się, że wszystko było w najlepszym porządku i nie było się czym martwić. Co ciekawe gdy usiadłem na asfalcie, to pierwszy samochód przejeżdżający po drodze się zatrzymał i gość zapytał czy wszystko ok. Fajnie. To był ostatni moment imprezy podczas którego poczułem chłod… a zdarzyło sie to gdy skarpetka znowu złapała bezpośredni kontakt ze stopą. ;)

PK10 zlokalizowany był w Lidzbarku Warmińskim. Już na odprawie była mowa, że specjalnie dla uczestników P1000J jest specjalna oferta i można za 5 zł iść do Term Warmińskich się pobyczyć w ciepłej wodzie i jacuzi. ;) Droga przez Lidzbark była względnie płaska oprócz odbicia od ciągu komunikacyjnego w stronę Term, na których parkingu był zlokalizowany Punkt Kontrolny. Ciężko się tam podjeżdżało i niechęć narastała ale pamiętam, że nie dobiło mnie to psychicznie. Uznałem to za ciekawy pstryczek ze strony organizatora, by właśnie w tym miejscu, po 560 kilometrach jazdy zrobić dodatkowy podjazd, by dokręcić wszystkim śrubę.

W tym miejscu zrobię pauzę. Nie wiem czy mnie oczy myliły (i nie żartuje, bo nie skupiałem się na niczym konkretnym i mogłem niedopatrzyć) ale wydawało mi się, że jakaś grupa zawodników stwierdziła, że “to już prawie meta, więc wypijemy piwko”. WTF?! Nie jestem również pewien ale to piwo chyba pochodziło z zapasów Punktu Kontrolnego. Wolę wierzyć, że to jednak moje skołowanie. Zjeżdżając z górki z powrotem na trasę doświadczyłem jeszcze obtrąbienia przez króla szos, który wyprzedzając mnie poświęcił chwilę swojego cennego czasu, by przekazać mi nowinę w postaci “spierdalaj na ścieżkę”. Owa ścieżka istotnie wiła się wzdłuż asfaltu lecz niestety kończyła się po kilkuset metrach i nie jechała tam gdzie ja. Walcząc ze stereotypami dopowiem, że król szos jechał BMW, rocznik 9x. Nadal cieszę się, że mnie nie trzepnął drzwiami.

W ten oto sposób wyruszyliśmy na swoje ostatnie 50 kilometrów. Na kolejnym skrzyżowaniu minąłem Zbyszka, który zastanawiał się czy dobrze pojechał. Ja wtedy już byłem cfany, bo miałem szybki dostęp do nawigacji (suchy telefon). Jasna sprawa, że na następnym podjeździe (na który nie trzeba było długo czekać) zostałem wyprzedzony ale świadomość, że jedziemy “prawie” razem ;) dodawała skrzydeł.

Z tymi skrzydłami to przesadziłem. Ruszając z ekipą Zbyszka z punktu mieliśmy do przejechania 150 km. Nie było w nich ani jednego fajnego kilometra. Tylko zmęczenie oraz narastający ból tyłka i kolana. Ostatnie 50 km dłużyło się jak żadne inne. Im dalej w las tym wolniej. Plan był bardzo prosty: jechać. Nieważne czy powoli czy bardzo powoli, byle jechać. Plan nie zawsze był realizowany jak choćby podczas siedzena na krawężniku przy jakimś przystanku autobusowym.

To było okropnie deprymujące 150 kilometrów. Droga była paskudna, a wiatr… wiatr pozwalał jechać po 40 kilometrów na godzinę w trakcie jazdy na wschód. Było oczywistym, że na powrocie będzie wiało w twarz ale nie myślałem, że aż tak. Jadąc 10 km/h stawiało mnie w miejscu. Jadąc z górki nie można było się rozpędzić… aczkolwiek to miało swoje dobre strony, bo wtedy mogłem usiąść udem na siodełku i dłużej cieszyć się zjazdem. ;)

Odliczanie ostatnich kilometrów też było długie i mozolne. Na ostatniej prostej wyprzedziły mnie jeszcze 3 osoby. Nie żeby miało to znaczenie. ;) … Widzę ją, widzę metę!

Podsumowanie

Podsumowanie pisałem już milion razy w myślach i kilka razy na komputerze. Nie chciałbym nikogo urazić dlatego na początku chcę napisać jedno zastrzeżenie: piszę to jako ja, jako osoba nastawiona na rozwój sportowy w triathlonie na dystansie do 1/2 IM z planami by w nieznanej przyszłości spróbować pełnego dystansu. A teraz do rzeczy.

Co mi dało przejechanie ultramaratonu? Nic, a przynajmniej nic dobrego. Czy udowodniłem coś sobie? Nie.

No bo co miałbym sobie udowodnić? Z perspektywy czasu oceniam ultra jako coś przy czym trzeba zagryźć zęby, być upartym i zmusić się do działania przez 2 dni. By złamać 40′ na 10 km zagryzam zęby codziennie od kilku lat, planując dzień pod sport i poświęcając wiele przyjemności na rzecz treningów. Można powiedzieć, że przy ultra trzeba zagryźć zęby mocniej i z tym się zgodzę ale poziom trudności ultra vs wytrwać w dyscyplinie treningowej przez rok, dwa lata, 10 lat… tego nawet nie wypada porównywać.

Co mi dało przejechanie ultramaratonu?

Wiem, że mogę jechać długo na rowerze ale w zasadzie nic mi to nie mówi i nie wiążę tego z jakąś specjalną umiejętnością czy zdolnością. Patrząc od strony negatywów pojawia się nieco więcej rzeczy do wymienienia. Jazda ultra to zamach na własne zdrowie. W tym przypadku w utracie zdrowia pomógł deszcz ale nawet jeśli byłoby sucho, to organizm jest totalnie rozjechany po takiej jeździe. Niejednokrotnie zresztą powtarzałem (i jest to popularna opinia), że sam maraton biegowy nie ma nic wspólnego ze zdrowiem, bo na tego typu biegu je tracimy, a nie zyskujemy. Jeśli więc sport jest dla nas czymś co ma poprawić nasze zdrowie, to zapukałem pod zły adres. W ten sposób tylko się nieszczymy.

Innym negatywem jest podatność na kontuzje. Patrząc z mojej perspektywy, taki start to nie tylko proszenie się o problemy ale również dłuższa przerwa w procesie treningowym. Tracę więc w tym aspekcie podwójnie. Po kilku dniach możesz czuć się świetnie ale taki rajd siedzi w środku ciebie jeszcze przez długi czas. Kontuzje nie muszą się wydarzać ale przy wielogodzinnej jeździe ryzyko występowania wzrasta dramatycznie.

Kolejnym negatywnym aspektem jest zabijanie swoich możliwości z zakresu utrzymywania intensywności. Na pierwszych treningach po ultra czułem to z czym spotkałem się 2,5 roku temu po przygotowaniach do debiutu w maratonie. Tempo biegu na niskiej intensywności było bardzo fajne ale każda próba przyspieszenia kończyła się bardzo szybko. Nie byłem w stanie na dłuższą chwilę utrzymać tętna i tempa przy którym rok wcześniej biegałem kilkukulometrowe odcinki. Długie zawody zabijają prędkość.

Kolejnym problemem jest utrudnione rolowanie przez kolejne tygodnie (miesiące?) po zawodach. Z uwagi na wielogodzinne opieranie się o kierownice, po zawodach miałem sinobordowe placki na wewnętrznej stronie dłoni. Kolor znikł dzień po zawodach natomiast bóle pozostały. Minęły 2 tygodnie, a ja wciąż mam dziwne napięcia w palcu serdecznym i małym obu rąk. Nie mogę wyciąć nadgarstka i się na nim oprzeć, bo wtedy te 2 palce są jakieś napięte i bolą. W związku z tym nie mogę się podpierać, np. do rolowania. Przez pierwsze dni po ultra nie miałem czucia w tych palcach i robiłem sporo błędów podczas pisania na klawiaturze.

Czy to wszystkie negatywy? Nie :P

Dlatego dużym błędem jest gdy ktoś stwierdza “jestem wolny ale wytrzymały” aby argumentować sobie starty w ultra. Oczywiście “wolny” nie jest obiektywne i nie zawsze jesteśmy w odpowiednim wieku do rozwijania szybkości. Jednak jeśli ktoś w pierwszych latach biegania przygotowuje się do maratonu i narzeka na swoje tempo w biegu na 10 km, to tak jakby trenował siatkówkę i był kiepski w kosza. Niby skoczność jest ale piłka nie chce wpadać w środek obręczy.

Swoją drogą, w tym temacie słuchałem fajny odcinek podcastu Maćka Żywka, w którym zastanawiano się jak w okolicach 40 lat zrobić nową życiówkę w maratonie. Chodziło o wynik sporo poniżej 3h, więc raczej b. szybkie bieganie. Gość podcastu opisał bardzo prosto jak to powinno się odbyć. Żeby biegać maraton w czasie X, należy pobiec półmaraton w czasie Y, co przekłada się na wynik Z, który należy osiągnąć w biegu na 10 km. A aby osiągnąć taki wynik w biegu na 10 km powinno się biegać piątkę na poziomie 16 minut. O ile wskazywany wynik w maratonie był możliwy do objęcia rozumiem, o tyle 16 minut na 5 km to była czysta abstrakcja. I tak właśnie koło się zamyka. Biegając po 6’/km nie ma czegoś takiego jak “wolny ale wytrzymały”. To kwestia wyboru “nie chce być szybki, bo wolę kulać się na ultra”.

Obecnie jestem wyłączony z poważnego treningu przez kolano. Nie wiadomo ile to potrwa. Psychę mam rozjechaną, a na każdym treningu biegowym czuje zmęczenie lewego uda. Domyślam się tylko, że obecny trening jest prawdopodobnie mało efektywny, bo organizm wciąż wraca do swojej równowagi. Cieszy mnie jedynie, że nie zablokowałem się jakoś strasznie z intensywnością, bo po podbiegach i fartleku czuje, że potrafię jeszcze szybciej polecieć następujące po sobie odcinki biegowe.

Czy mam jakieś pozytywne wspomnienia z ultramaratonu?

Oczywiście. Ultra to przygoda, to spotykane osoby, momenty na zastanowienie się (całkiem dużo momentów ;)) nad tym i owym. Teraz też wiem co przyciąga do tego typu zawodów. To może być fajne w wielu przypadkach, np. jeśli ktoś bawi się sportem. Tyle że “bawić się sportem” świetnie pasuje do uprawiania go dla dobrego samopoczucia i zdrowia… a w przypadku ultra bardzo daleko oddalamy się od takiego obszaru.

Zatem jeśli nie dbasz o swoje zdrowie :P, chcesz przeżyć przygodę i poznać wartość wspaniałych ludzi to ultra jest dla Ciebie. ;) U mnie plany są takie, że przez ten start narobiłem sobie tylko przeszkód.

Z całą świadomością mogę powiedzieć, że nie było warto… ALE mimo posiadanego doświadczenia powiem też, że cieszę się że spróbowałem :), poznałem to na własnej skórze… i mam to za sobą… i jakbym nie spróbował… to bym się zapisał i bym spróbował. ;)

We wpisach dotyczących tego startu pominąłem wiele kwestii jak choćby wsparcie bliskich. Z tego miejsca bardzo chciałbym za nie podziękować. To nie były łatwe chwile i wiem, że emocje w rodzinie sięgały zenitu i szły w różnych (czasami zupełnie nowych) kierunkach. To jest w ogóle materiał na całą książkę. Jako osoba skromna myślę, że niepotrzebnie skierowałem na siebie taką uwagę. ;)

Ciągnąc temat… wspomnienie ultra to dla mnie również magia liczb. To liczby działają na wyobraźnie i powodują “gratulacje” i takie tam. “Jechać 2 dni” albo “przejechać 500 czy 1000 km non-stop”. To wydaje się tak bardzo abstrakcyjne i nieosiągalne… a wcale takie nie jest. Abstrakcyjne to jest biegać 800m w 1:50.

Jak więc widzicie mam mocno mieszane uczucia. Z jednej strony jestem z siebie zadowolony i szczęśliwy że już po wszystkim. Cieszę się że spróbowałem i że mimo trudności ukończyłem. Nawet nie zastanawiam się co bym kombinował gdybym jednak nie dojechał do mety… Dlatego tym bardziej się cieszę. Natomiast z drugiej strony, patrząc na wszystkie “ale”, zdecydowanie mówię “nie” kolejnym przygodom tego typu. Powodów jest kilka i większość z nich wymieniłem w tym wpisie.

A żeby nie było zbyt smutno na końcu, zapraszam do obejrzenia poniższego filmu. :)

TUTAJ NIEDŁUGO POJAWI SIĘ FILM Z ULTRAMARATONU ;D

Pierścień Tysiąca Jezior – ultramaraton na słodko – cz. 1

Pierścień Tysiąca Jezior – ultramaraton na słodko – cz. 1

Ziarno ultra zostało zasiane podczas nagrania podcastu. Myśl kiełkowała przez prawie rok, a umysł przyzwyczajał się powoli do podjętej decyzji. Czas minął… taka jego natura… i nadszedł moment, by podjąć wyzwanie.

Piątek, godzina 12, gorączkowo pakuje rzeczy na ultra. Cały dzień nerwowo się pakowałem i milion razy sprawdzałem czy na pewno wszystko mam. Zupełnie bezproduktywny dzień. Myśli roztrzepane jak u nastolatka, zero skupienia. Gdy już wszystko jest spakowane i zaniesione do samochodu nadchodzi otrzeźwienie – buty… nie wziąłem butów kolarskich.

Relacja wideo z ultramaratonu

Gdy tylko ruszamy familią w stronę Mazur zaczyna się “zabawa”. Odprawa ma być o 17:45. Na miejscu powinniśmy być ok 17:30. Obwodnica trójmiejska szybko weryfikuje założenia. Mija półtorej godziny i zamiast mijać Elbąg stoimy na obwodnicy. Dodatkowo zaczyna lać z nieba. Rower wisi na bagażniku zamontowanym na tylnej klapie samochodu. Krople deszczu kapią z napędu. Serce krwawi. ;)

“Prosimy nie regulować odbiorników :/”

Na miejsce docieramy około godziny 19. Chwilę wcześniej gubimy się, mijając prawidłowy wjazd i pakując się do lasu. Trasa dziwna ale “to chyba tu”… parę kilometrów dalej zawracamy. Nie ma za wiele miejsca. Jakiś korzeń wali od spodu w auto. Jedno koło wisi. Jest dobrze… zawracamy i tym razem skręcamy w odpowiednią dróżkę… polną. Błoto wszędzie, samochody się ślizgają i nie mogą ruszyć ale dla sprawnego kierowcy nie jest to wyzwanie nie do przejścia. Parkujemy i trafiamy podobno na sam początek odprawy.

Pada, nie pada, pada, leje, pada, nie pada… wiatr owiewa i podnosi namiot w którym jest odprawa. Myślę sobie, to jakiś absurd że mamy jechać w tej pogodzie na rowerze. Nie myślę nawet, że ta jazda ma trwać ponad dobę. Sama odprawa bardzo fajna. Są omówione newralgiczne miejsca na trasie. Pada pytanie o oznaczenie punktów kontrolnych. W głowie myślę, że “skoro tutaj wowo co trafiliśmy samochodem, to jak z moim poczuciem nawigacyjnym trafię do PK na rowerze… przy zmęczeniu”. Co chwila z różnych stron padają śmieszke teksty i salwy śmiechu. :)

Na odprawie pada też kilka bardzo życiowych informacji. Na przykład aby przed “tym” punktem nie jeść podczas jazdy na rowerze, bo tam to dają tak zjeść (i nie dają wyjść bez jedzenia), że jak najemy się na dojazdówce do PK, to potem może być kiepsko. ;) Są również informacje o karach czasowych. Brak pieczątki z jednego PK to 1h doliczone do czasu. :) Brak pomocy potrzebującemu zawodnikowi na trasie to DSQ. Kultura zawodów na bardzo wysokim poziomie. Widać, że rajd nastawiony jest na jego “wspólne” przejechanie, pomoc innym i dobrą atmosferę. Każdy sam walczy o wynik ale zdecydowanie nie jest pozostawiony samemu sobie.

karta kontrolna pierścień tysiąca jezior

Karta kontrolna, a z drugiej strony miejsca na pieczątki na Punktach Kontrolnych

Po odprawie idę wykorzystać bony żywieniowe. Najadam się pod sam kurek. ;) Potem już tylko przeglądnięcie rzeczy: co zostawiam ze sobą, co oddaje do samochodu familii, która jedzie 80km dalej do swojego miejsca zamieszkania. Ja mam ok. 3km do startu ze swojej “gospody”. Przy gospodzie się rozstajemy. Zastaje nowe towarzystwo. Towarzystwo, które odgrywa jedną z dwóch kluczowych ról podczas zawodów…

Rower ląduje w chlewiku, czystym, przerobionym chyba specjalnie pod gości. Wszędzie są rowery. Pokoje jakby świeżo odremontowane. Jest git. Goście hotelowi to w 100% zawodnicy lub ich rodziny. Gospodarz częstuje żartami. Wydaje mi się, że wszyscy lub chociaż część zawodników się zna. To samo uczucie miałem podczas odprawy. Komunikacja między zawodnikami odbywa się po imieniu – stara gwardia. ;)

Podczas kolacji jest zabawnie. Ola z Agnieszką znają się z gospodarzem. Żarty są dość hardcorowe często lądujące gdzieś w okolicach pośladków. W sam raz na mój dystans do życia i tych zawodów. ;) Na informację, że jestem debiutantem odpowiada salwa śmiechu i spojrzenia pełne pożałowania. ;)

W pokoju śpię z nieco starszym panem z brzuszkiem. Podpytuje każdego o to jak planują jechać. Jestem żądny wiedzy. Mój współlokator myśląc w co się ubrać na zawody przebiera między koszulkami kolarskimi z TdeP (700 km non-stop) a BBT (1008 km). Szacunek. Pytam jak to u niego jest z tą jazdą rowerem. “Ano jak mi się chce pojeździć to wychodzę i jeżdżę… ale tak w promieniu 100-150 km od domu”. ;) Sympatyczna ekipa. Weterani ultra, których spotykam zastanawiają się czy w ogóle jechać, bo “po co marnować zdrowie jak w nocy ma padać. To ma być fajna jazda, a nie udręka i walka z uwagi na deszcz.” Mietek z kolei mówi mi “szkoda zdrowia, jadę mąłą pętlę (~180 km)”. Finalnie spotykam go po raz pierwszy na PK-5 na 240 kilometrze ;) ale o tym później.

Idę spać. Przez dłuższą chwilę nie mogę zasnąć ale ogólnie wysypiam się tej nocy. Jedyne co mnie budzi i martwi jeszcze za wieczora to wiatr, który huczy i wali non stop. Boję się co będzie następnego dnia.

Dzień startu

Plan: śniadanie, przygotowanie roweru (wszystko zostawiłem do zrobienia na rano – nie chciałem montować lampek itp na zimną noc, żeby mieć max prądu w bateriach), ubranie się. Jedyne co wcześniej przygotowałem to worek na przepak.

Podczas śniadania ostatnie śmichy-chichy. Ma być fajnie. Gospodarz chyba ma tę trasę już za sobą. Tym razem tylko komentuje, że nie zazdrości nam ani samej jazdy, ani tego że w nocy ma padać. Wszystko przyjmowane jest w formie żartu – nie ma co się martwić na zapas. Osobiście jestem dziwnie spokojny. Co ma być to będzie.  ¯\_(ツ)_/¯

Przygotowanie roweru trwa sprawnie. Nie ma już bezproduktywnego sprawdzania po 100 razy czy wszystko jest na swoim miejscu. Zimna krew. Główna torba jest tak pojemna, że pakuje w nią rzeczy, które uznaje za potrzebne, a które w ogóle nie przydadzą mi się na trasie. Finalnie wiozę ze sobą za dużo rzeczy ale taka jest cena bycia debiutantem. Ruszam na start z workiem do przepaku w ręce. W głowie pustka. Zero myśli. Jedyne co siedzi w głowie to “jak jechać, by workiem nie zarzuciło w przednie koło”.

W miasteczku zawodów krzątają się ludzie. W nocy padało, więc 500m dojazdówki do startu jest w kałużach i błocie. Na starcie łatwo mi się odnaleźć. Startujemy po kilka (5-6) osób co 5 minut. Najpierw kategoria Solo (dla tych, którzy nie mogą/chcą jechać w grupach), potem po kolei numerkami rusza kategoria Open. Przed startem odbywa się produkcja seryjna: opakowywanie nadajników GPS, odpalanie ich, oklejanie rowerów. Wszystko w kolejności startujących.

Start odbywa się ze szwajcarską precyzją. Wymieniane są osoby do startu, ustawiają się przed bramą startową. Zegar bezlitośnie odlicza 5 minutowe interwały i start odbywa się bez sekundy opóźnienia. Każda grupa rusza w swoim czasie.

Pierwsze 10 m – max błoto. Sporo (większość?) osób prowadziło tam rowery i wsiadało na rowery dopiero na ubitej polnej drodze.

Z pełnym luzem ustawiam się na linii startu. Ostatnie uśmiechy do kamery i rzut okiem na monitor odliczający sekundy. Nie ma co się spinać, bo przecież dystans jest taki, że tutaj nikt się nie spieszy. Zegar pokazuje 0 i znowu 5 minut…

startujemy.

Dwójka zawodników wystrzeliła do przodu. Nie wiem co się dzieje. Miał być start honorowy spod bramy i parę minut później start faktyczny spod skrzyżowania blokowanego przez straż pożarną, już na asfalcie. Coś musiałem źle zrozumieć bo dwójka sprinterów mija straż i ciśnie po asfalcie. Depczę pedały ale nie mogę się zbliżyć do owej dwójki. Odpuszczam, nie ma co się podpalać. Pozostali zawodnicy z naszej fali zostali gdzieś daleko z tyłu. Jadę spokojnie samemu.

Po kilku kilometrów dopadam do dwójki uciekinierów. Trzymam się koła ale jadą za szybko, więc znowu odpuszczam. Luzik, pojadę samemu, jest czas. Zegar tyka i nagle znowu jadę z dwójką “sprinterów”. Tym razem tempo jest swobodne. Albo oni zwolnili albo ja się rozgrzałem. Im dalej w las tym lepiej mi się jedzie. Zaczynamy jechać razem i (zbyt) często prowadzę grupkę. Prowadzenie jest jednak spokojne, bez szarżowania. Na górkach chwilami odjeżdża jeden z nas, w spodenkach z BTT 1008.pl. Drugi z naszej trójki jest debiutantem – jak ja. W tej konfiguracji trafiamy do

pierwszego PK Punktu Kontrolnego na 45 kilometrze.

Do punktu odbija się w prawo i jedzie kawałek ostro w dół na polankę. Owe odbicie na mapie wyglądało tak jakbym miał je ominąć. ;) Jednak jadąc drogą widzę oznaczenie PK niebieską flagą. Uspokaja mnie to bardzo. To znaczy, że punkty są faktycznie oznakowane. Na punkcie drożdżówki, owoce i woda. Dla mnie to informacja: nie będzie izotoników ani super bufetów na trasie. Informacja bardzo nieprawdziwa, bo każdy punkt jest inny :) ale o tym dowiem się dopiero później.

Zaraz za nami dojeżdża na PK1 grupka, którą chwilę wcześniej wyprzedziliśmy. Noo…. chwilę z nimi jechaliśmy i pogadaliśmy, po czym odbiliśmy do przodu. Na PK jemy i rozmawiamy. Gdy dobija do nas owa grupka śmieją się, że tak cisneliśmy do przodu, a teraz marnujemy czas na PK. 100m od bufetu stoi toi-toi, którego jestem gościem. ;) Jest git. Jestem gotowy do dalszej jazdy. Jedna osoba z naszej trójki już przed chwilą ruszyła w dalszą jazdę. Ruszamy i my… debiutanci, w dwójkę.

Jedzie się świetnie. Coraz odważniej, coraz przyjemniej. Pogoda jest idealna. Słońce za chmurami, prawie cały czas cień, ale przy ok. 20 stopniach. Zero opadów. Genialna sprawa. Kilometry mijają. Zbliża się setny kilometr. W głowie myśli, że już 100 km w nogach, a samopoczucie takie, że chyba zrobię dwa kółka po tych Mazurach.

Na 80 km czeka mój osobisty bufet. Przejeżdżamy we dwójkę obok domku mojej teściowej. Kolega śmieje się czy będę miał jeszcze jakiś taki bufet na trasie. Bufecik idealny tylko pytanie “to ile jeszcze do mety, 530?” lekko zbija mnie z tropu. Jak to 530? Zostało 20 do PK2 w Mrągowie. 530 km to absurd tak duży, że zupełnie do mnie nie trafia. Cel: Mrągowo.

PK2 w Mrągowie na 102 km, czyli krzyżówka z MTB

Prawie byśmy ominęli ten punkt. Ostatnie kilkaset metrów przed punktem stoimy chwilę w korku. Wreszcie decyzja – wyprzedzamy samochody środkiem. Auta stoją, bo droga na wprost zablokowana z uwagi na odbywające się tam zawody MTB (trasa zawodów przecinała asfalt). Dla nas droga wolna. Trafiamy na skrzyżowanie, na którym dyryguje zwariowana na punkcie rowerów urocza blond-dziewczyna. :) Na skrzyżowaniu znajduje się również punkt ale go mijamy… nie wiem czy z uwagi na dziewczynę czy po prostu myśleliśmy że to jakiś namiot imprezy MTB. Ekipa z punktu woła na nas. Zatrzymujemy się.

Szybki pit stop i jedziemy dalej. Woda, owoce… wyprzedza nas jakiś zawodnik. Przyjechał na punkt sporo po nas, złapał tylko siatkę z owocami i wodą i pojechał dalej. Teraz już wiem jak się jeździ na takich punktach. Tu się nie zatrzymuje, tu się chwyta co można, a resztę się ogarnia już jadąc dalej. Ruszamy i my bez zbędnej zwłoki. Między punktem 1, a 2 doganiamy i przeganiamy kolegę z naszej trójki, który pozwolił sobie zostawić nas na PK-1 i ruszyć jako pierwszy w dalszą drogę. ;) Kawałek jechaliśmy dalej ale w pewnym momencie odpuścił.

Droga do PK3 była mało przyjemna

Wszystko zaczęło się zaraz z Mrągowem – koszmarny ból stopy, zaraz za palcami, na wysokości śródstopa. Myślę sobie – oho, zaczał się mój ultramaraton… ale nie, nie zaczął się jeszcze wtedy. Gdy przez głowę przeszła mi myśl, że jesteśmy na 110 km, a kolejny punkt znajduje się na 170 km to zwątpiłem w to całe przedsięwzięcie. Mam ogromną ochotę się zatrzymać by ulżyć stopie. Z doświadczenia wiem, że to nie pomaga, bo już miewałem takie akcje ale nie z takim nasileniem.

Jadę dalej, bo jedziemy we dwójkę. Nic nie mówię partnerowi w jeździe. Nie będę płakał, zaciskam zęby. Wyginam się dziwnie, pedałuje w komiczny sposób ale parę kilometrów dalej ból nagle puszcza. Znowu jest pełen komfort ale nie na długo. Zaczyna się ból dupy…

Myślę sobie. No to teraz zaczął się ultramaraton… ale nie, to nie był ten moment. Ból tyłka wydaje się nie do ogarnięcia ale poprzez wstawanie na pedały na górkach (i nie tylko), mijający czas i przyzwyczajenie do warunków ból przestaje dokuczać. Niby nadal jest ale zupełnie go nie czuje. Kilometry 100-150 wydawały się być najgorsze. Teraz będzie już lepiej.

Na drodze do PK3 (170 km) wydarzyła się jeszcze jedna historia. Zaczęło się robić nudno gdy nagle wyprzedził nas 5-osobowy pociąg. Zawołałem do kolegi, że ciśniemy i się ich trzymamy. Najpierw trzeba było mocno przyspieszyć ale potem z minuty na minutę coraz łatwiej było się ich trzymać. Dobrnęliśmy do punktu na 170 km, na którym kolega stwierdził, że taka jazda nie dla niego, że ich nie utrzyma. Ja mówię na to “spróbujmy, dla mnie też jest szybko ale noga się rozkręca”.

PK3 nie był najlepszym punktem pod kilkoma względami. Najpierw czekaliśmy na zimną wodę, bo była tylko gorąca (z której zrobiłem sobie izotonik zalewając bidony do połowy). Potem coś tam podjadłem (pomidorówka na tym etapie weszła jak bizon w szyszki ;)), dolałem wreszcie zimnej wody do bidonów… ale ogólnie ze wszystkim się mega cackałem, co chwila pilnowałem czy czasem grupa nie odjechała i marnowałem na to sporo czasu. Znowu kłania się brak doświadczenia. Gdy wreszcie nalałem sobie herbaty (która oczywiście była tak smaczna!!!) grupa zaczęła się zbierać. Łapczywie próbowałem pić gorący napar ale wreszcie dałem spokój i zebrałem rower, by pojechać z grupą. Kolega z mojej grupy startowej również ruszył.

Tego typu pośpiech na PK wydarzył się jeszcze raz na jedynym przepaku. Nie chodziło nawet o sam pośpiech ale o własną niegramotność w podejmowaniu decyzji z uwagi na brak zimnej krwi i myślenie “bo zaraz mi odjadą”.

Parking przed PK3 ;)

Ruszyliśmy większą ekipą w dalszą podróż do kolejnego PK na 240 km. Grupa zdecydowanie urosła. Było kilkanaście rowerów w pociągu. Szybko się to jednak porwało, a nasza dwójka postarała się o dołączenie do osób, które wyjechały najbardziej do przodu. Kolega coś tam jeszcze mówił, że jedzie tak tylko do następnego punktu, bo jazda jest zabójcza…… ubiegając fakty -> on dojechał z tą grupą do mety, czego nie można powiedzieć o mnie. ;)

Myślałem, że wszystko co najgorsze było już za mną. Tyłek nie przeszkadzał, bo nauczyłem sobie z nim radzić. Stopa ok… do momentu drugiego ataku na 220 km (czyli po kolejnych 110 km). Tym razem aż mnie zamroczyło z bólu. Znowu to samo, nerwowy ból tuż za palcami na podeszwie stopy. No k$#@jap@%#@. “To minie, to minie, to za chwilę minie. Jestem w grupie, tym bardziej nie mogę teraz odpuścić.” Nie radziłem sobie zupełnie, zostawałem momentami w tyle na parę metrów po czym jeszcze bardziej zaciskałem zęby, by ich dogonić. Czas ciągnął się niemiłosiernie, “qrwa nie dam rady”… i pomyślałem, że właśnie wtedy zaczął się mój ultramaraton… ale nie, bo po kilku (kilkunastu? zupełnie nie miałem świadomości czasu, a zegarka nie widziałem, bo oczy z bólu też zamykałem ;)) minutach znowu ból odszedł.

Gdy znowu mogłem myśleć o czymkolwiek innym niż stopa, stwierdziłem, że jak to samo spotka mnie na 330 km i znowu ból będzie silniejszy to się zatrzymam, popłacze sobie na łące i jak przestanie to dopiero pojadę dalej. ;)

Poza stopą jechało się kapitalnie. Właściwie od momentu złapania grupy na 150 km, poprzez PK na 170 km i dołączeniu do innej grupy, aż do PK7 Gołdap na 400 km jechało się w prawie pełnym komforcie. Wiadomo, że coś tam dolegało ale nic niepokojącego. To było cudowne, szybkie, wręcz idealne 250 km jazdy na szosie. Górki, nie górki, jechało się cudownie.

Po ataku bólu na 220 km pojawił się Punkt Kontrolny na 240 km.

To był bardzo przyjemny punkt. Ledwo co wjechaliśmy na Punkt, a od razu pojawiły się panie z pytaniem “ile osób?” i nie minęła minuta jak wjechały dania do zjedzenia. Przy okazji gość podbijający nam karty nadawał tak kapitalny klimat, że chętnie zostałbym tam dłużej. ;) “Kto nie je ten nie jedzie, jemy do końca, każdy, powtarzam, każdy ma wziąć pierogi na drogę!”. A to wszystko mówił w taki swojski sposób. Mega chłop!

Na tym punkcie spotkałem również Mietka “ja jadę tylko mały pierścień” Solka. ;) Powiedziałem mu że świetnie się jedzie, szybko, mocno… odpowiedź mogła być tylko jedna “Marcin, to jest 600 km, szanuj siły”, po czym pojechał.

Zjedliśmy zupkę, drugie danie, ja pierogów nie brałem. :P Jedzenie wchłonąłem momentalnie i korzystając z okazji przesunąłem bloki w butach maksymalnie w tył (czyli z 1-2mm) licząc, że ustrzegę się od kolejnego bólu podeszwy.

To był fajny punkt. Odpocząłem na nim psychicznie, bo miałem dość przez tę stopę. Zjadłem i wypiłem to co chciałem. Nie stresowałem się że odjedzie mi grupa. No i zmieniłem ustawienie bloków, o którym myślałem ostatnie 20 km. Ruszyliśmy tą samą ekipą w dalszą trasę.

Kolejne 60 km bez większych historii, raczej z podziwianiem widoków. Coś pod górkę, coś z górki… bo przecież na Mazurach nie ma płaskich dróg. ;) Po dłuższej chwili trafiliśmy do kolejnego punktu w miejscowości Sejny.

PK5 Sejny – 305 km

To był ciekawy punkcik. Po pierwsze wreszcie napiłem się herbaty, której odmówiłem sobie 165 km wcześniej. ;) Cudowna chwila! :) Po drugie gdy siedzieliśmy pod daszkiem, zaczęło padać. Póki co niegroźnie ale krople nieco zwilżyły glebę. ;) Po trzecie, po raz kolejny spotkałem tam Mietka “ja jadę tylko mały pierścień” Solka. ;) Gdy delektowałem się batonikiem, popijając herbatkę zawołał mnie Mietek i mówi, że ma tutaj słuchacza podcastu. :) Okazało się, że ostatnie 130 km (i kolejne 110 km ;)) jechałem w grupce ze słuchaczem “Kropki nad M”. Przy okazji pozdrawiam Cię Andrzej!

Historia była taka, że Andrzej siedząc na PK usłyszał głos Mietka i doznał uczucia “skądś go znam”. W ten sposób poznał Mietka, a Mietek zaprosił mnie do rozmowy i “przybiliśmy piątki”. ;) Gdy rozmawiałem z Andrzejem podczas późniejszej jazdy, okazało się że również debiutuje i “Kropkę” znalazł szukając informacji o tym jak jeździć ultra. Super sprawa! Fajnie, że wiedza moich szanownych gości się komuś przydaje. :) Andrzej również jako pierwszy nawoływał, że “musimy zmienić taktykę na noc, bo jedziemy za mocno”. :P Finalnie zajął 10 miejsce. =) Dobre sobie. ;)

Tak jak droga z PK4 do PK5, tak i droga z PK5 do PK6 odbyła się szybko, sprawnie i sympatycznie. Jechaliśmy tą samą grupką. Żadnych specjalnych dolegliwości. Przypominałem sobie jak jestem szczęśliwy, że stopa już nie dokucza. Było bosko. :D Nadszedł wieczór i w ruch poszły lampki. Jedyne co zapadło mi pamięć jeśli chodzi o zaledwie 50-kilometrowy odcinek między tymi punktami to podjazd. Chwilę przed samym przepakiem na 352 kilometrze była górka zaznaczona na poniższym wykresie. Tym razem odpuściłem grupę i po ciemku, spokojnie wdrapywałem się na wzniesienie. Mimo wszystko nie chciałem przedobrzyć, a przy mojej masie ciała górki są jednak małym wyzwaniem. ;)

Na ostatnich metrach przed PK6 jeszcze chwilę pobłądziliśmy (na końcu dojazdu do punktu jechałem z przedostatnią na górce Mariką) ale finalnie dotarliśmy do przepaku… Nawigacją nocą, gdy jest pełno małych uliczek wokół jest zdecydowanie utrudniona. ;)

350 km, czyli półmetek już kawał za nami!

Kolejny syty punkt. Obiadek, łakocie i witaminy. ;D Poza obiadkiem skierowałem również swoje dostojne kroki w kierunku kibelka. :P Ogólnie się nieco odświeżyłem oraz (na co nie chciałbym zwracać uwagi ale może komuś się przyda taka wiedza :P) nasmarowałem cztery litery sudokremem. Uznałem że to jest dobry moment by odświeżyć warstwę osłaniającą przed odparzeniami. ;) Poza tym zmieniłem koszulkę i przygotowałem się do nocy…

… gówno się przygotowałem. Stwierdziłem, że jest ciepło, a w nocy będzie tylko minimalnie chłodniej. Moja kurtka fluorescencyjna nie przepuszcza zupełnie powietrza (w obie strony :/), więc stwierdziłem, że nie może być mi zimno. Założyłem jedynie potówkę oraz nową, suchą koszulkę. Czułem się świetnie i świeżo. Natomiast nie założyłem termoaktywnej koszulki z długim rękawem. Takiej dość grubej. To był ogromny błąd ale o tym miałem się przekonać nieco później.

To był drugi punkt, na którym byłem nieco nieogarnięty. W owym nieogarnięciu zapomniałem wreszcie zabrać z przepaku rękawiczek wiatroodpornych i bufki. Patrząc z perspektywy czasu ich przydatność byłaby niewielka ale może coś by pomogły.

W oddali materace do spania. :) Na tym etapie (przynajmniej o czasie, w którym ja tam byłem) nikt nie myślał o spaniu.

Z fantastycznymi nastrojami ruszyliśmy do kolejnego punktu. Zaledwie 50 kilometrów drogi aczkolwiek dopiero teraz uderzyła mnie ta absolutna ciemność na dworze. Początek drogi super przyjemny. Z górki, jechaliśmy na prawym pasie, a po lewej jechał samochód organizatora. Bezpieczeństwo na super poziomie. W ogóle jazdę nocą wspominam bezpieczniej niż jazdę w ciągu dnia gdy ruch był większy i była duża szansa na spotkanie “króla szos”. W nocy, tym bardziej w weekend, jest niebezpieczeństwo nietrzeźwego kierowcy na drogach ale takich atrakcji na szczęście nie napotkaliśmy.

Samochód organizatora towarzyszył nam dość długo, a przynajmniej tak mi się wydawało. Pogoda się pogorszyła. Lekki deszczyk zmienił się w mocny deszcz. Nie spowodowało to jednak pogorszenia komfortu jazdy… przynajmniej jeszcze nie teraz. Jechaliśmy sobie na kole i było cool.

Wcale nie było cool. Nie minęło dużo czasu jak przestałem widzieć na oczy. Jasne okulary trzeba było odchylać, bo były zalane wodą. Gdy odsłaniało się oksy, to woda leciała na oczy. Nie było to specjalnym problemem. Gorzej, że przy jeździe na kole do oczu trafiała woda wraz z piaskiem, to odbiło się na późniejszej jeździe. Oczy szczypały (przynajmniej mnie) i nawet ściskając oczy ciężko było wycisnąć tę wodę z piaskiem z gałek. Trochę to irytowało, a patrząc przez pryzmat wielogodzinnej jazdy to nawet “trochę bardzo irytowało”. Ale nadal jechaliśmy w grupie, cały czas tej samej. Było git! 50 km w ciemności minęło całkiem szybko, aczkolwiek na pewno daleko od przyjemności. Deszcz ukradł przyjemność.

PK7 Gołdap był kopem w jaja mojego morale

Zresztą nie tylko mojego. Kilka osób na mecie również oschle wspominało ten punkt. Do oceny oczywiście przyczyniła się pogoda. Zrobiło się zimno, nie było się gdzie schować. Na punkcie owoce i izotonik. Teoretycznie nic więcej nie było potrzebne, bo 50 km wcześniej jedliśmy obiad w budynku. Tak więc tutaj wystarczyło zjeść owoca, napełnić bidony i można było wiosłować dalej.

Mimo to było niefajnie. Deszcz, zimno, brak możliwości choćby chwilowej ucieczki przed tym bagnem… to bardzo deprymowało. Z drugiej strony spowodowało, że nie chcieliśmy tam być ani jednej zbędnej minuty, więc dość szybko ruszyliśmy w dalszą podróż – oczywiście po ciemku. 400 km za nami. Już tylko 210 do mety… a właściwie tylko kolejne 60 do kolejnego punktu.

Zacząłem czule wspominać wcześniejszy punkt z przepakiem. Ciepło, obiadek pod nosem, nowy, suchy strój na ciele – wspaniała chwila. Rozmyślania przerwał okropny ból w prawym kolanie. Jakby ktoś wbił gwoździa od wewnętrznej strony na wysokości dolnego zakończenia rzepki. Po cichu zawyłem z bólu. Spojrzałem na zegarek. 417 km w nogach. Aż 43 km do kolejnego Punktu Kontrolnego. Przestraszyłem się.

I wtedy właśnie zaczął się dla mnie ultramaraton…

Revelate Designs Tangle – genialna torba rowerowa

Revelate Designs Tangle – genialna torba rowerowa

Gdy na ostatniej prostej w przygotowaniach do ultramaratonu zacząłem rozglądać się za torbą, w którą spakuję potrzebne rzeczy, z pomocą przyszła oferta sklepu Bikester. Torba firmy Revelate Designs bardzo ułatwiła mi całą logistykę związaną ze startem.

Miałem jeden prosty cel. Zmieścić wszystko co potrzeba na ultramaraton. :) Wiedziałem jedno – nie chcę brać plecaka. Alternatywą była duża torba podsiodłowa. Taka, która mocno wystaje za siodełko.

Dla osób, które wolą oglądać niż czytać: na samym końcu wpisu znajduje się krótka wideo-recenzja tej torby.

Zdecydowałem się na rozwiązanie montowane w trójkąt ramy. Powodów jest kilka:

  1. Równiejsze dociążenie obu kół. Ważę parę kg (za dużo ;)), a torba pod siodłem dociążyła by dodatkowo tylne koło. Nie wydaje mi się, by te kilka kilogramów (np. 95 kg, zamiast 90 kg) miało znaczenie ale przy zastosowanym rozwiązaniu jestem spokojniejszy.
  2. Łatwiejsza dostępność przedmiotów. Z tego typu torby (o ile jest mądrze zbudowana) można korzystać nawet podczas jazdy. Z jednej strony można sięgnąć głębiej po większe porcje jedzenia, z drugiej strony, ci bardziej doświadczeni kolarze (to nie dotyczy mojej skromnej osoby), mogą nawet wyciągnąć kurtkę i ją założyć.

Żeby nie było zbyt pięknie podam dla równowagi dwa minusy:

  1. Podatność na wiatr boczny. Widziałem torby (również z Revelate Designs – przykład), które zajmują całą przestrzeń trójkąta ramy. Czyli mamy do dyspozycji jeszcze więcej miejsca! Niby ok ale po pierwsze tracimy miejsce na bidony (można to rozwiązać camelbackiem), a po drugie nie chciałbym jechać z taką torbą i dostać strzał wiatru bocznego. Walka z tym zjawiskiem po 15h jazdy non-stop rozbijaja morale i męczy głowę.
  2. Pojemność torby. Wielkie paki wystające spod siodła mieszczą wiele rzeczy. Jednak tak jak pisałem, są to worki, które musimy zdjąć, otworzyć i wyjąć wierzchnie rzeczy, by dostać się do tych umieszczonych głębiej.

Jest jeszcze trzecia alternatywa – sakwy. To rozwiązanie zupełnie mi się nie podobało. Kwestia aerodynamiki, potrzeby posiadania bagażnika, wyglądu roweru, maksymalnego docisku tylnego koła… same negatywy choć w przypadku czystej turystyki rowerowej gdy potrzebujemy naprawdę dużo miejsca na rzeczy, to rozsądnych alternatyw zapewne nie ma. :) Są sakwy na bagażnik przedni? Spoko, jednak najważniejsze z powyższych powodów wciąż są nierozwiązane. ;)

Mam nadzieję, że z powyższego wywodu widać, że miałem…

mocno przemyślane to czego potrzebuje.

Torba pojemna (na tyle na ile się da), nie blokująca dostępu do bidonów i nie psująca wyglądu i aerodynamiki (!) roweru. Na pierwszy rzut ok, dzięki torbie Revelate Designs Tangle mój cel został osiągnięty.

  1. Pojemność

    Listę rzeczy do zabrania na “krótki” (jak to powiedział Mietek w ostatnim podcaście) ultramaraton znajdziesz odsłuchując “Kropkę nad M” #36. :) W torbie ma znaleźć się bluza/kurtka, ochraniacze na buty kolarskie, portfel, telefon oraz jedzenie.

    Moja kurtka na rower, po złożeniu, zabiera sporo miejsca. Mimo wszystko gdy sprawdzałem jak się spakować na zawody, to kurtka zajęła mniej niż połowę głównej komory. Drugą połowę przeznaczam na jedzenie, więc nawet mając na uwadze mój apetyt ;) jestem spokojny o przestrzeń.

    Z drugiej strony torby, w mniejszej, “płaskiej” komorze zmieści się portfel, telefon, książeczka zawodów plus jakieś inne, drobne przedmioty (batoniki, żele, narzędzia?)

    Ahh, byłbym zapomniał. W głównej komorze znajduja się dodatkowe 2 rzepy, które mogą trzymać nam pompkę. Znajdują się one 17 cm od siebie. Moja pompka jest krótka i podczas jazdy w pustej torbie przesuwałą się w rzepach aż z jednego z nich wypadła. W momencie gdy w komorze była kurtka, pompka już nie miała gdzie latać i trzymała się swojego miejsca.

  2. Dostęp do bidonów

    Nie jest super wygodnie ale mimo wszystko jestem zadowolony. Sytuację widać na poniższym zdjęciu. W koszyku pionowym jest bidon o pojemności pół litra. W koszyku ukośnym jest bidon litrowy (wcześniej miałem tam drugi bidon 0,5l ale zmieniłem na większy, bo się zmieścił :)).

    Oba koszyki są zamontowane najniżej jak się da. Oba bidony dotykają torby. Jaka jest wygoda użytkowania takiego setupu? Do przyjęcia. Przedni bidon wyjmuje się podobnie jak by torby nie było, tylko odychylając lekko w bok. ;)

    W tym momencie chciałbym zwrócić uwagę, że będę się czepiał, więc opinię należy przyjąć przez zmrużone oczy. ;) Rzecz tyczy się tylnego bidonu. Jego wyjęcie trwa pół sekundę dłużej niż w sytuacji gdy torby nie miałem. Po pierwsze i najważniejsze ma to związek z obniżeniem koszyka i moim rozciągnięciem pleców. :) Po drugie to kwestia ograniczonego miejsca. Gdybym miał dwa półlitrowe bidony, to po opróżnieniu przedniego bidonu zamieniłbym bidony miejscami, tj. pełny wylądowałby z przodu… tyle że w ten sposób robiłem również gdy nie miałem zamontowanej torby, bo po prostu mi tak wygodniej. W przypadku używania litrowego bidonu nie mam takiej możliwości.

    Podsumowując. Jadąc w siodle 4-5h nie irytowałem się sięgając po każdy z bidonów. Nie musiałem zwracać dodatkowej uwagi przy wyjmowaniu czy chowaniu bidonów kręcąc korbą. Natomiast jestem świadom, że to rozwiązanie będzie używane na imprezie ultra. Jakie będą moje spostrzeżenia po 10, 15, 20 godzinach jazdy? To się jeszcze okażę. :)

  3. Wygląd, aerodynamika i budowa torby

    Dzięki podłużnej budowie torba nie przeszkadza w pedałowaniu. Rozpychając torbę (poprzez włożenie do niej kurtki), pedałowałem wykręcając kolana do wewnątrz. Delikatnie szurały o torbę, jednak mógłbym tak pedałować wiele godzin i by mi to nie przeszkadzało. Przy “normalnym” pedałowaniu nie szuramy kolanami o torbę (tak jak nie walimy przecież kolanami o górną rurkę ramy).

    Jak wiadomo, torby tego typu nie zaburzają aerodynamiki roweru (to był mój argument również przeciw torbie na kierownicę, które swoją drogą są mało pojemne). W tym wypadku boczna powierzchnia nie jest również na tyle duża, by powodowało to większe problemy przy bocznym wietrze (mieszkam na pomorzu… sprawdzone w boju ;)).

    Wygląd torby to kwestia dyskusyjna. Wygląda bardzo porządnie, a gdy widzieli ją znajomi to słyszałem tylko: “duża ta torba”. ;) Po wyjaśnieniu, że to na przygodę z ultra nie było więcej uwag.

    Bardzo istotną kwestią, którą poruszam dopiero teraz to jakość wykonania. Torba nie jest tania, a za ceną powinna iść jakość. Cóż, nie umiałbym wycenić tego typu produktu. Nie wiem czy cena jest odpowiednia. Wiem natomiast, że szarpiąc ją nie miałem wrażenia, że zaraz jakiś szew puści lub coś się rozciągnie czy poluzuje. Solidność wykonania jest na bardzo wysokim poziomie. Takim bardzo, bardzo. Całość jest wodoodporna, a miejsca kluczowe (otwór o którym piszę poniżej oraz przód zamków błyskawicznych) są dodatkowo osłonięte. Sam materiał jak i zamek są również wodoodporne. Jednym zdaniem mówiąc: produkt na lata do codziennego użytkowania w każdych warunkach pogodowych.

    Materiał jest dość sztywny, a zapięcia mocujące solidne. Dzięki temu każde otwarcie i zamknięcie zamka błyskawicznego jest pewne i lekkie. By ułatwić chwyt do każdego z zamków błyskawicznych jest przyczepiona dodatkowa pętelka.

    Na sam koniec bonusik. Na samym przodzie torby, w jej górnej części jest otwór na wężyk. W związku z tym, gdy mamy wolną przestrzeń w dużej komorze, możemy wrzucić tam dodatkowy zbiornik z piciem.

    Minus torby. Nie można jej w szybki sposób zabrać ze sobą. Mówię tutaj o rozwiązaniu znanym, np. z sakw Ortlieb. Nie wiem czy w ogóle stosuje się coś takiego w torbach montowanych w trójkąt ramy ale fajnie by było gdyby było to możliwe. Chyba że taki mechanizm zabrał by przestrzeń bagażową, to cofam swoje zdanie. :)


Testowałem torbę w rozmiarze M. Jej długość to 50 cm. Długość wolnej przestrzeni w mojej ramie między rurką sterów, a rurką podsiodłową to 51 cm. Rozmiar M pasuje idealnie i większy by się raczej nie zmieścił.

Materiał wideo

Aby łatwiej było zobaczyć torbę Revelate Designs Tangle przygotowałem krótki film, w którym pokazuje torbę i dopowiadam kilka kwesti.

Torba dostępna jest pod tym linkiem.

Z tego miejsca dziękuję sklepowi Bikester za wsparcie mnie w mojej drodze na metę ultramaratonu Pierścień Tysiąca Jezior. :)

Uwagi po starcie w ultra

Ten fragment dopisuje po docelowym starcie w ultramaratonie. Torba technicznie sprawdziła się świetnie. Nie przeszkadzała. Zapakowałem w nią wszystko co chciałem… i to był błąd. Po pierwsze: nie wykorzystałem połowy rzeczy. Po drugie: trudniej było znaleźć to czego potrzebuje. ;) Aha no i jak jej nie domknąłem w ulewie i woda nalała się do środka, to nie chciała stamtąd wylecieć… bo przecież materiał jest wodoodporny. ;)

ultramaraton pierścień tysiąca jezior revelate design