Tri-lejdis – finalne szlify przed debiutem w triathlonie

Tri-lejdis – finalne szlify przed debiutem w triathlonie

Nadeszła wiekopomna chwila. ;) Dziewczyny przygotowywały się od dobrych kilku miesięcy. Zarówno pod względem nauki, poprawiania formy jak i od strony sprzętowej.

Ostatnie dwa miesiące walki potraktowały nieco poważniej… nareszcie. ;) :P Robota była zrobiona. Teraz pozostało lekko podreptać i pokręcić, a na koniec dobrze podjeść. To ostatnie lubię chyba najbardziej! :D (więcej…)

Tri-lejdis – studniówka Herbalife’owa! :)

Tri-lejdis – studniówka Herbalife’owa! :)

Przygotowania trwają. Każdy ma swoje zajęcia i przeszkody. Dziewczyny walczą. So am I. ;)

Mała uwaga na początek. Dziewczyny się znają (kojarzą) ale piszą zupełnie osobno. Tzn. z tego co mi wiadomo to nie konsultują się. :P Zostały 3 miesiące. Hasło “studniówka” brzmi groźnie ale 3 miesiące to kupa czasu by zrobić robotę na taki dystans jak sprint. Tak że z jednej strony proponuję stoicki spokój ale tylko pod warunkiem, że dupa zostanie mocno ruszona (to dla tych co jeszcze nie ruszyli). ;-) (więcej…)

Tri-lejdis – jaki sprzęt posiadają i jaki chcą kupić?

Tri-lejdis – jaki sprzęt posiadają i jaki chcą kupić?

Przepytuję Tri-lejdis o sprzęt. Co mają? Czego nie mają ale kupią oraz czego nie mają ale bardzo by chciały mieć. ;-)

Sprzęt w triathlonie robi różnicę ale nie popadajmy w skrajności. Nie rozważam tutaj o tym czy kupić koła za 5 czy 10 tysięcy złotych albo lemondkę za 150 złotych vs. całą kierownicę za 4000. Tak jak dla słabych pływaków pianka jest wybawieniem (zarówno pod względem spokoju psychicznego jak i poprawą pozycji w wodzie) tak dla słabych kolarzy dużym ułatwieniem będzie przejście z roweru MTB na jakąkolwiek szosówkę. Tyle tytułem wstępu. (więcej…)

Tri-lejdis – styczniowe osiągi

Tri-lejdis – styczniowe osiągi

Dziewczyny cierpią na ABC – Absolutny Brak Czasu. Zbyt dużo etatów, studiów tudzież obowiązków domowych. To wszystko spycha aktywność na boczny tor. Jesteśmy tylko amatorami. Robimy co możemy… o ile chcemy. ;-)

Na pierwszy rzut idzie Dorota:

Garmin Connect Doroty

Garmin Connect Doroty

Styczeń
Miesiąc rozruchu, po kilku miesiącach prawie nic nie robienia. Od września do listopada działo się naprawdę niewiele. Grudzień był lepszy, ale wciąż słabiutko, nie jest to forma sprzed 2 lat.
Styczeń na spokojnie, ale mimo wszystko duży postęp. Przede wszystkim jedzeniowy, bo na tym chciałam się skupić ponad wszystko. Wprowadzam w życie dietę plant based, zmiany są spore i widoczne. Waga na koniec stycznia pokazała –2 kg. Czyli jeszcze ‘tylko’ 8 kg do wagi sprzed 2 lat :) Taki jest cel na najbliższe miesiące.

O proszę. To mamy dość zbieżne cele. ;) Mi wystarczy dojechać do 80–82. Czyli tak z –5 kg. :) Ciekaw jestem jak wygląda próba zwiększenia ilości warzyw w diecie Doroty ale pewnie nie będzie miała czasu by to merytorycznie opisać. :(

Dużo ćwiczeń w domu, na siłowni, wzmacnianie i budowanie mięśni.
Dlaczego? Ponieważ zaniedbałam to 2 lata temu, nie słuchałam organizmu i stąd, między innymi, problemy z biodrem/kręgosłupem. Chcę teraz zacząć od dobrej strony, nie chcę znów się zabiegać i płakać z bólu. Problemy z biodrem są i będą mi towarzyszyć więc muszę robić wszystko bardzo powolutku, tak by organizm miał czas na przyswojenie zmian. Chcę wszystko robić z głową, słuchając ciała, a nie żyć w szaleńczym nastawieniu “przecież muszę zrobić trening”.
Nie chcę zgubić tej całej frajdy która powinna towarzyszyć treningom. :)

Temat rzeka. Nikt nie chodzi do fizjoterapeuty, bo po co. Też nie chodzę… choć zdecydowanie powinienem. :/

Dlaczego tak mało biegania? Bo jestem biegowym zerem na tę chwilę, plus brak mojej odporności (efekt uboczny choroby która mnie męczy). Walczę z ciągłymi przeziębieniami, dlatego bieganie przy głupich –1 jest dla mnie niebezpieczne. Niestety pochorowałam się w połowie miesiąca (10–17.01) i z treningów musiałam zrezygnować. Słucham się organizmu. Końcówka miesiąca przyniosła nagłą zmianę ponieważ bieganie wyglądało już zupełnie inaczej, mogłam biec i biec … a zatrzymywał mnie jedynie czas. Zabrakło więcej czasu na trening. :)

Kłody pod nogami ale twardo idzie do przodu. Każdy pokonuje na swojej drodze mniejsze lub większe problemy. Trzeba się przyzwyczaić, że gdy będziemy startowali w zawodach, prawdopodobnie nikt oprócz nas nie będzie wiedział jak dużo się staraliśmy i jak wiele musieliśmy poświęcić, by wystartować i osiągnąć konkretny czas. Taki lajf.

Pływanie to największe zaskoczenie tego miesiąca. Na początek niewiele tego pływania, ale … Pływa mi się dobrze, łatwo i przyjemnie. Mam trenera który wyciska ze mnie dużo i uczy techniki. Jestem zadowolona, cieszę się na myśl o następnej wizycie na pływalni.

Zazdraszczam! :)

Rower? Dalej brudny, ale patrzę za okno z nadzieją, że już niedługo się przewietrzymy – nie chcę iść na spining o ile nie będę zmuszona.

Plany na luty:
– pływanie: basen 2x w tyg ( 1x z trenerem, 1x sama) – technika
– bieganie: znacznie, ale stopniowo zwiększyć dystans do 10 km, biegać 2–3x tygodniowo
– rower – o ile pogoda pozwoli na dworze jeżeli nie to spining
– kontynuować zmiany w diecie – do 70% plant based
– –3 kg na koniec lutego !
– ćwiczenia siłowe, interwały, rozciągania – bez zmian

Tak to wygląda u Doroty. Nie zawsze można robić to co by się chciało i… często bardzo ciężko sobie to wbić do głowy i podjąć dobrą decyzję.

W takich warunkach trenowała ostatnio Ania :)

W takich warunkach trenowała ostatnio Ania :)

A co u Ani?

Wiedziałam, ze kiedyś pojawi się temat treningów… szkoda, że akurat teraz kiedy było na nie mało czasu. Chociaż pewnie każdy termin byłby nietrafiony ;) W sumie i tak trenuję dla siebie, ale może lepiej by wyglądał terminarzyk. A tak jest jak jest. Kiedyś każdego dnia było coś: rower, bieganie, aerobik … coś się działo. Teraz chyba więcej odpoczywam ;) Czasem zamieniam trening na rzecz uczestnictwa w evencie dla pozytywnych idei: marsz PIASKIEM W RAKA – spełnianie marzeń podopiecznych fundacji TRZEBA MARZYĆ.

Warto zachować w życiu równowagę. Ja ją trochę utraciłem i pognałem w kierunku wyników, co też nie każdemu musi się podobać. Zdaje sobie z tego sprawę. Także Aniu, nie tłumacz się. :P Gorzej by było jakbyś przegapiła tego rodzaju wyjazd!

Gdynia - Piaskiem w raka

Gdynia – Piaskiem w raka

Treningi jakie założyłam to: spinning, step & shape, basen i bieganie w miarę możliwości pogodowych.
Obiecałam sobie poniedziałkowe pedałowanie na spinningu i tego się trzymam – wypadł mi 1 trening przez wyjazd służbowy. Nie zraziło mnie nawet oddawanie krwi dzień przed. Byłam trochę osłabiona, miałam mniej mocy, ale trening odbyłam – i bardzo dobrze, bo ten tydzień przed wyjazdem wypadł bardzo słabo treningowo: przygotowania, pakowanie, do późna w pracy i tak wyszło, że czasu na bieganie już brakło.

Oj, z jakimkolwiek wysiłkiem po donacji ja bym uważał. Sam zrezygnowałem z oddawania krwi właśnie przez to, że zacząłem uprawiać sport. Po oddaniu krwi lepiej odczekać 1–2 dni, a w niektórych planach treningowych nie ma takiej opcji. ;)

Garmin Connect Ani

Garmin Connect Ani

W ogóle bieganie w styczniu potraktowałam po macoszemu (bałam się przeziębienia przed delegacją). W Polsce biegałam raptem raz!!! Aż wstyd. Zabrałam więc ze sobą buty biegowe do HK … udało się przebiec kawałek, pozostałe dni, to kilometry przerobione na targach i wieczornych spacerach (nie zawsze rejestrowane). Dalej było mi mało i miałam poczucie nic nie robienia. Jak tylko wpadłam do Dubaju – raptem na 2 dni, stwierdziłam, że nie po to wiozłam sprzęt żeby leżał. Po całym dniu zwiedzania wskoczyłam w strój biegowy i sio potruchtać chociaż 5 km wokół sztucznych stawów (powoli, bo w HK lekko podkręciłam nogę i musiałam ją oszczędzać i do tego było kiepsko z oświetleniem i tylko w kółko, bo biegałam sama i wolałam się nie wypuszczać za daleko, żeby wiedzieć którędy do domu ;)).

1. HK wyjście na treing_mini

Cały ten wyjazd skopał moją systematyczność . W weekendy odpadły już 2 baseny, ale 2 się odbyły. Muszę zmusić się do biegania wg jakiegoś planu. Mam z tym mega problem. Treningi powinny odbywać się w ściśle określone dni (zazwyczaj) niezależnie od pogody. Jak tylko jednak założę jakiś plan dzieje się wszystko żeby mi go skopać! Tak było przed półmaratonem. Nie rozumiem też za bardzo tych truchtów, podbiegów, przebieżek. Ja już po 8–10 km wybiegania jestem dętka a oni każą mi przyspieszać. HOW???

Jak to “HOW?”. Poprzez trening. ;) Teraz jest dostępnych masa treningów do realizowania. Czy to będą te na platformie Garmin Connect czy skąd inąd, jest to jakaś dodatkowa mobilizacja. Można też rozpocząć współpracę z trenerem – to była moja mobilizacja dla wyrobienia m.in. systematyczności w treningach. Co do skopania planów… u Doroty też nie jest wszystko pięknie, więc… zwyczajnie u bardzo niewielu osób wszystko idzie w 100% zgodzie z oczekiwaniami. ZAWSZE będą płotki i przeszkody. Niech każdy sobie na początku to uświadomi – łatwiej będzie mu gdy zaczną się schody… których nikomu nie życzę. ;-)

Sorry ale taki mamy klimat? ;)

Sorry ale taki mamy klimat? ;)

Tri-lejdis – czego się obawiają?

Tri-lejdis – czego się obawiają?

Pamiętam jak bałem się przed pierwszym startem na 10000 m. Nie wiedziałem czy dobiegnę. To jednak nic w porównaniu z debiutem w triathlonie. Woda nie jest naszym normalnym środowiskiem i obawy narastały. Dzisiaj pytam tri-lejdis o ich obawy przed sierpniowym (jeszcze jest dużo czasu! ;-) ) startem w sprincie HTG.

Na pierwszy rzut idzie Ania:

Hmmmm jestem boi dudkiem i boję się wszystkiego. Zawsze jednak staram się nie wywoływać wilka z lasu i nie pisać czarnych scenariuszy, tak więc nie rozpisze się za bardzo na zadany temat ;)

Przed każdym startem jestem zdenerwowana (niezależnie od dyscypliny – czuję się jak przed egzaminem!), ale nigdy nie zadałam sobie wprost pytania, czego tak naprawdę się obawiam? Zazwyczaj jęczę moim współtowarzyszom, że nie uda się dobiec, że zabraknie sił… i to jest chyba największa obawa, że pomimo treningów nie uda się połączyć wszystkich 3 dyscyplin i gdzieś po drodze zabraknie powera. Taki ze mnie Kłapouchy. Mam jednak postanowienie noworoczne – patrzeć na szklankę do połowy pełną, a nie na tą w połowie pustą. Dodam jeszcze jedną obawę – brak czasu na wyznaczone treningi… wiem wiem kwestia organizacyjna, ale wierzcie mi, czasem faktycznie się nie da, albo nie chce ;) – i wtedy na starcie stanę nieprzygotowana tak jak sobie to założyłam.

No cóż, wszyscy to znamy. Ania pracuje oraz jest mamą. Nie zawsze da się to pogodzić, chociaż sportowcy potrafią często w magiczny sposób znaleźć czas na trening. Z mojego punktu widzenia fajnie, że Ania nie boi się najbardziej wody. Widocznie nie jest źle skoro nie zwraca na nią szczególnej uwagi. ;-) Rower i bieg jakoś pójdzie tylko trzeba zachować spokój.

Do tej pory udawało mi się ukończyć wszystkie zawody. Niestety 3 razy miałam problem i walczyłam sama ze sobą – w biegach górskich (przy każdym zbieganiu z górek dostawałam paraliżu nóg i musiałam stawać) i w ostatnim biegu Westerplatte – ten bieg określiłam mianem największej porażki sezonu. Otóż w upale, po zabiegu, z dużymi nerwami przed startem, źle wyliczoną godziną startu … itd. Itp. walczyłam na trasie, walczyłam, żeby nie zejść z trasy i nie zejść z tego świata. Tętno masakrycznie wysokie, brak sił, płacz i zawroty głowy. Doszłam (bo biec już nie mogłam) do mety. Nie zeszłam z trasy, bo jestem uparta, ale czasami ta upartość nie pomaga… bo trzeba znać granice i wsłuchać się w swój organizm. A ja tego nie umiem!

Jest ok. Ania boi się o formę. Ja ze swojej strony mogę uspokoić. Bieganie po rowerze nie jest takie straszne. Zawody trwają trochę czasu ale 90 minut biegu, a 90 minut zawodów triathlonowych to inna para kaloszy. Ja miałem tak, że odczuwałem zdecydowanie mniejszy wysiłek podczas tri. Ania ma za sobą półmaraton, więc… ;-) W kwestii zostawiania zdrowia dla sportu powtórzę to co mówiłem kolegom w zeszłym roku. Debiut w tri będę traktował krajoznawczo, żeby mieć siły na rozglądanie się wokół, cieszenie zawodami i wchłanianiem atmosfery. Mega polecam takie podejście. Na bicie rekordów będzie jeszcze czas (o ile ktoś ma takie zapędy).

A teraz kilka słów od Doroty:

Czego najbardziej obawiam się w moim debiucie ?
Pewnie mogłabym powiedzieć, że pływania, bo to wychodzi mi najgorzej – w tej chwili. Jednak wiem, że jest sporo czasu i jeżeli go uczciwie go przepracuję to jakimś cudem dystans przepłynę.

Przerabiałem temat. Lepiej się człowiek czuje, stojąc na plaży, gdy nie liczy na cud. ;-)

Boję się kontuzji, ale to raczej dotyczy czasu przed startem. Po moich różnych przejściach jestem bardzo wyczulona na najmniejsze sygnały dochodzące z mojego organizmu.

To jest dosyć ciekawy temat. Dorota ma swoje przejścia, ja też muszę uważać na kostkę… pewnie do końca życia. Co do wyczulenia na sygnały dawane przez ciało mam swoją teorię. Gdy skupiamy się na jakiejś części ciała, to odczuwamy ból znacznie mocniej. Tak mam z kostką. Gdy za bardzo się nią interesuje i się z nią pieszczę, to od razu coś złego w niej wyczuje. Pamiętam jak musiałem oddać zegarek czy pasek HR do naprawy i próbowałem skupić się na określeniu poziomu wysiłku podczas biegu. Nagle zacząłem biegać wolniej, sapiąc przy tym okropnie. Gdy odebrałem pasek okazało się, że forma jest i biegałem zbyt wolno. Tak mocno skupiałem się na oddechu, że podejmowany wysiłek wydawał mi się większy niż był w rzeczywistości.

Tak naprawdę najbardziej obawiam się w moim debiucie nie tego, że się podtopię, czy złapię gumę na rowerze, albo, że się przewrócę na biegu, obawiam się tego, że nie będę dość dobrze przygotowana, że nie zdążę, że nie dam z siebie 110%.

Byle wyrobić się w limicie. ;) Dla informacji. W biegach na 10000 m limit jest 2h, a zwycięzca ma ok. 30 minut. W sprincie HTG limit również jest 2h ale zwycięzca ma w okolicach 1h. Teoretycznie jest trudniej ale myślę, że dziewczyny spokojnie sobie poradzą. :D Byle mnie nie wyprzedziły. :P ;-)

Pewnie dla niektórych będzie to głupota, ale dla mnie, przy moim stylu życia i wszystkich moich obowiązkach znalezienie czasu i zmobilizowanie się do treningu to duże wyzwanie.
Przecież to jest powód, dla którego to robimy prawda? Wyzwanie. :)

Tytułowe zdjęcie pochodzi ze strony ironcology.net.