Triathlon Mrągowo – pożegnanie z tri-sezonem

Triathlon Mrągowo – pożegnanie z tri-sezonem

A miało nie padać… ;)

Start w ostatni weekend sierpnia był zaplanowany od dość dawna. Nauczony doświadczeniem, że w pierwszym tygodniu września pogoda robi się beznadziejna chytrze pomyślałem o wcześniejszym starcie, by pożegnać się z tri-sezonem.

Ostatnie 2 lata kończyłem sezon w Przechlewie. Za każdym razem lało aczkolwiek rok temu temperatura była “wysoka”, bo z 15 stopni. Rok wcześniej było kilka kresek wcześniej i można było nabawić się konkretnego wychłodzenia.

Gdy zobaczyłem dogodny termin w kalendarzu imprez Triathlon Energy aż się uśmiechnąłem. Teraz jednak wiem, że cały system pogodowy działa nieco inaczej. W międzyczasie organizator Triathlon Przechlewo ustalił termin odbywania się tamtejszych zawodów na… ostatni tydzień sierpnia, zamiast pierwszego tygodnia września. Tydzień wcześniej… pewnie żeby pogoda była lepsza. ;)

Fatum ciąży. Jestem prawie pewien ;-) ;-) ;-), że psia pogoda w Mrągowie była spowodowana tym, że 300 kilometrów na zachód, w dokładnie tym samym terminie odbywał się przechlewski triathlon. :P

Logistyka startowa

Logistyka była ułatwiona, bo 20 km od Mrągowa mieszka teściowa. Trasę zawodów też już miałem zaliczoną podczas pamiętnego Pierścienia tysiąca jezior. W sobotę zawitałem tylko na odprawie i po odbiór pakietu.

Na samej odprawie ciekawe rzeczy. Organizator (jak zwykle bardzo konkretnie – brawo Adam i załoga!) dość dokładnie opowiedział jak w razie burzy z błyskawicami będzie odbywał się duathlon Mrągowo. :P Wtedy jeszcze nie wiedziałem czy się cieszyć, bo pływam słabo, czy się smucić, bo pogoda będzie z czapy. Sprawdzając prognozę w telefonie raczej nie miałem złudzeń. Cokolwiek będziemy robić, będzie na nas kapać.

Start 1/4 IM był zaplanowany w niedzielę na godzinę 11, więc można było się dobrze wyspać. Na start musiałem dostać się okrężną drogą (40 km zamiast 20 km), bo jacyś triathloniści zajęli MOJĄ drogę. Do lasu z nimi! ;)

Przedstartowo

Gdy zaczęło padać wszyscy zaczęli powoli schodzić się pod daszek tuż przed strefą zmian. Gdy już zebraliśmy się tam całym stadkiem zaczęło tak lać, że zamiast wody w jeziorze było widać wodę zlatującą z nieba. Godzina zamknięcia strefy zbliżała się nieubłaganie ale jakoś nikomu się nie spieszyło. :P

Swoją drogą, stał obok nas dyrektor zawodów, który o 10:30 (teoretyczna godzina zamknięcia strefy zmian) miał dać znać czy dzisiaj robimy triathlon czy duathlon. Ciekawostką jest fakt, że decyzja była osobna dla każdego dystansu czyli była możliwość, że 1/2 zrobi tri, my na 1/4 zrobimy duathlon, a po nast na 1/8 też zrobią tri. :)

Tuż przed 10:30 deszcz odpuścił i poszliśmy zawieźć rowerki i przygotować się do startu. W strefie usłyszałem, że robimy tri. Wcześniej dopytywałem organizatora “czy przy takim deszczu będziemy pływać”. Odpowiedź była jasna “deszcz jest nieistotny, ważne czy są wyładowania elektryczne”. Jasna sprawa, bo w wodzie i tak będziemy mokrzy. ;)

W strefie zmian było ultra ciasno. Prawie niemożliwe było włożenie swojego roweru nie zahaczając o rower obok. Przy okazji gość, który miał rower obok mnie powiesił go obok swojego numerka… czyli już na moim miejscu. Przesunąłem go na swoje miejsce ale sytuacja powtórzyła się potem podczas zawodów przez co naprzeklinałem się w T2.

Po rozpływaniu miała miejsce jeszcze jedna przykra sytuacja. Otóż stojąc już w miejscu, z którego schodziliśmy do wody, by płynąć na start zacząłem wymachiwać łapami. Nie wiem czy ja mam taki niefart ale zbyt często zdarza mi się, że gdy rozgrzewam stawy ktoś się na mnie nadzieje. ;/ Tym razem była to biegnąca dziewczyna, która dostała w okolice szczęki i szyi. :( Domyślam się tylko, że moje późniejsze przeprosiny tylko ją wkurzały. Niby to przypadek ale zawsze człowiekowi głupio. Na osłodę dodam, że ta dziewczyna wygrała chyba open kobiet. :P Wielkie gratulacje :)

Start

Zaczyna mi się podobać start z wody. Nie wypacza bezpośredniego ścigania się z innymi jak rolling start, a każdy ma czas by znaleźć swoje miejsce w wodzie. Ja po raz kolejny ustawiłem się za daleko.

Pierwsze 50 metrów płynąłem zrywami. Tzn. chwile normalnie i chwilę z dłuuugim wyleżeniem i zerowym staraniem się. Przede mną płynęło 4-5 osób, jedna obok drugiej, równym tempem… nie moim tempem. Było to irytujące i czekałem dłuższą chwilę na kawałek miejsca między nimi. Próbowałem się nawet wciskać ale jak moja twarz została poturbowana stwierdziłem, że trzeba obrać inną taktykę. ;)

Odbiłem mocno w lewo… za mocno. :P Wyprzedziłem gromadkę i zacząłem ambitnie przeć do przodu. I teraz pytanie: czy na jeziorze Czos są jakieś prądy, których nie widać? Podczas całego pływania dryfowałem w lewo. Co drugie wychylenie głowy, w celu poprawy toru płynięcia powodowało spore (jak na taki czas) poprawki w kierunku płynięcia. Z wielkim zaskoczeniem stwierdzam, że zegarek pokazał tylko 1050m pływania w moim wykonaniu.

Ogólnie płynęło się bardzo fajnie. Chciałem zakręcić się w okolicach 18′. Wiedziałem, że jest to jak najbardziej realne. Czułem, że płynę swoim dobrym rytmem. W pewnym momencie zobaczyłem obok siebie świetnie płynącego zawodnika. Obserwując jak jego głowa przecina wodę pomyślałem, że to jest mega gość i że mega szybko tnie przez fale. Dopiero po dłuższej chwili doszło do mnie, że płyniemy obok siebie… czyli płyniemy tym samym tempem. :P Po kolejnej chwili przyspieszyłem i owy zawodnik został za mną.

Z wody wyszedłem nieujechany, co jest miłą odmianą. Co prawda za dużo sekund tracę na znalezieniu sznurka od pianki ale sam bieg do T1 był już dość świeży. Niestety czas pływania był tragiczny i wynosił ledwo co poniżej 20 minut. Nie wiem o co chodzi ale kolega Marek, który pływa lepiej ode mnie też miał dużo gorszy czas pływania od zamierzonego. Może woda była za gęsta. :P

T1 bardzo słabe

Zwyczajowe spokojne (i wolne) ściąganie pianki… chyba utnę ją pod kolanem, bo już mnie to zaczyna irytować. Reszta ubioru poszła gładko ale… z kasku najpierw musiałem wylać wodę jak z wiadra. ;) To chyba znaczyło, że podczas naszego pływania jednak trochę padało.

Na wybiegu z T1 nieco mną machnęło na zakręcie na co kolega Paweł biegnący z tyłu się zaśmiał. Oho… no to będzie z kim się ścigać, bo jakoś tak bywa, że z Pawłem często gęsto się gdzieś mijamy na zawodach.

Początek roweru całkiem zabawny,

a to szykana na mokrym asfalcie gęsto przykrytym deszczówką. Nie miałem spięcia na wynik, więc nie kombinowałem z szukaniem czarnego asfaltu tylko po prostu mocno hamowałem na zakrętach. Szkoda kolan i roweru. ;) Słyszałem, że już wcześniej zbierali jakiegoś zawodnika, więc jechałem ultra ostrożnie. Innym ciekawym elementem początku pętli była jazda chodnikiem. Podsumowując, nie była to szybka trasa. :P

Na początku trasy mijaliśmy się z Pawłem. Po kilku kilometrach przestało mi się chcieć zabijać się na rowerze. Tempo było za mocne, co widać było po tętnie. Nie byłem zadowolony z tempa ale najwidoczniej to co najlepsze zostawiłem w Gdyni i trzeba się z tym pogodzić. :) Dałem sobie na luz, Paweł mnie wyprzedził i postanowiłem, że będę się trzymał z 15 m za nim.

Taka jazda pozwoliła mi nieco odsapnąć ale tylko na krótką chwilę, bo utrzymanie na widoku niebieskiego stroju Pawła było coraz trudniejsze. Po kilkunastu kilometrach dałem sobie spokój i zacząłem jechać swoim tempem. Trasa była pagórkowata (jak to na Mazurach) i trudno było o dobre tempo okrążenia.

Na pierwszym kółko prędkość średnia wyniosła 35 km/h więc bardzo żwawo. Drugie kółko było zdecydowanie wolniejsze. Tętno spadło i postanowiłem sprawdzić czy jak nie upodle się na rowerze to czy pobiegnę tak jak w Gdańsku (szybko i ochoczo).

T2 like a pro!

Zdejmowanie butów… Zawsze zwracam na to uwagę, bo powoduje to u mnie śmiech. Jednego buta zdjąłem mniej niż kilometr przed metą – jest wyraźny progres. :) Walka z drugim butem zaczęła się gdzieś na 100-150m przed belką. Całość wyszła nawet zgrabnie natomiast bardzo niepewnie przerzucam nogę nad siodełkiem. Już chciałem dać sobie luz ale w ostatnim momencie się wychillowałem i ostatnie metry elegancko dojechałem stojąc po prawej stronie roweru.

Druga strefa zmian poszła zgrabnie… poza jednym aspektem. Nie miałem gdzie odwiesić roweru. Wepchnąłem go na hama na swoje miejsce. Na szczęście żaden z rowerów obok nie spadł ale byłem gotowy je zbierać. Delikatne odwieszanie roweru nie wchodziło w grę, bo bym musiał odłożyć na ziemię swój rower i najpierw układać wszystkie obok – padaka.

Jeszcze tylko obrócić numer… trach, poszła gumka trzymająca kartkę z numerem startowym.

Początek biegu wyglądał obiecująco

Spojrzałem na swój numer… wisiał gdzieś na wietrze, odwrócony białą stroną w kierunku świata – trudno się mówi, biegnie się dalej.

Dobre samopoczucie na biegu skończyło się dość szybko. Tempo trzymałem przez jakiś czas ale w środkowej i środkowo-późnym :P momencie biegu było słabo. Na pierwszym biegowym bufecie wziąłem izotonik, którego tak bardzo brakowało mi na trasie rowerowej (swoją drogą, to pokazuje w jaki sposób byłem nastawiony do zawodów: w bidonie miałem tylko wodę, a na trasę miałem tylko jeden żel i batoniki z pakietu startowego :P).

Wracając do izotonika: połowę kubka wlałem sobie do lewego oka, 1/3 wylałem na chodnik, a 1/6 wypiłem. Generalnie nie polecam. Szczypie wtedy oko.

Plan był taki, by teraz gonić Pawła jednak tempo nie wyglądało na “goniące”. Nie znam dokładnie jego poziomu sportowego ale miałem wrażenie, że jestem nieco mocniejszy na rowerze i nieco słabszy na biegu. Na rowerze to się nie sprawdziło ale skoro rower nie był do utraty tchu, to może bieg wyjdzie. Nie wyszedł. :P

Na mijankach widziałem, że raczej się oddalam niż przybliżam. Po dziwnie kiepskim pływaniu, nienajmocniejszym rowerze, przyszedł czas na średni bieg. :P

Podczas etapu biegowego był natomiast świetny klimat. Piąteczki przybijane ze znajomymi, doping, uśmiechy i pozdrowienia.

Na drugim kółku wydarzyła się ciekawa rzecz. Jeden z nawrotów na trasie biegowej był w lesie. W jedną stronę biegliśmy po lekkim wzniesieniu, a z powrotem dołem, tuż przy samym jeziorze. Obie ścieżki “tam” i “z powrotem” dzieliło dosłownie kilka metrów.

Gdy zbliżałem się na drugiej pętli do lasu ktoś z biegnących w drugą stronę krzyknął, żeby uważać bo pszczoły w lesie gryzą. Nie wiedziałem czy ktoś jaja sobie robi czy jak. Ogólnie to słaby humor ktoś by miał no i z drugiej strony jak to pszczoły kłują. Jakieś agresywne czy jak?

Potem okazało się, że nawrotki nie było tylko dobiegaliśmy do końca ścieżki, robiliśmy obrót 180 stopni i biegliśmy z powrotem. Nic latającego i gryzącego nie widziałem. Sytuacje oceniam na plus, bo z tego co się domyślam, to była nagła sytuacja i bardzo fajnie, że organizator nie zostawił jej samej sobie tylko odpowiedzialne zareagował.

Gdy kończyłem pierwsze kółko wyprzedził mnie jeszcze Tomek. To było upokarzające. Biegłem wtedy pewnie w okolicach 4:45, a Tomek pewnie z 3:20… Swoją drogą, co za kozak. Tydzień temu ścigał się na pełnym dystansie (MP) w Borównie, a teraz wygrał na 1/4…

Meta

Nie było żadnego super sprintu i tym podobnych rzeczy. Spokojnie, z podniesioną głową dotarłem na kreskę. Zmęczony, bez emocji.

Oficjalnie:
swim – 19:52
bike – 1:18:43
run – 46:10

Na koniec zapraszam do obejrzenia filmu z zawodów, na którym jestem obecny przez pół sekundy. Nie mrugajcie okiem, bo przegapicie! :P

Tak, na miniaturce video to ja. ;)

Triathlon Starogard Gdański – polubić intensywność

Triathlon Starogard Gdański – polubić intensywność

Debiut na dystansie 1/8 IM, na którym miałem mieć lekcję z utrzymywania wysokiej intensywności. Zawody bardzo udane aczkolwiek nie mogę się doczekać gdy będę już szybciej biegał. ;)

To był weekend pod znakiem dwóch wycieczek do Starogardu Gdańskiego. Łącznie wyszło na liczniku 400 km. W sobotę pojechałem obejrzeć strefy zmian (bo były dwie. O tym zaraz napiszę) i pozostawiać część rzeczy, w tym rower. Na koniec obowiązkowa odprawa techniczna i wio do domu…. no nie do końca do domu ale o tym też za chwilę. ;)

To był mój pierwszy start, w którym były dwie strefy zmian.

Pierwsza w Borzechowie przy jeziorze, a druga już w Starogardzie Gdańskim przy stadionie im. Kazimierza Deyny. Przy okazji, przepiękne miejsce.

Przy jeziorze borzechowskim były właściwie dwie strefy. :P Jedna dla dystansu 1/4 i 1/2 i druga malutka dla 1/8. Ta moja strefa wyglądała urokliwie. ;) Gdy odwieszałem rower znaczna część pozostawionych rowerów była rowerami turystycznymi albo MTB. To oznaczało, że stawka będzie podzielona między tych, którzy spokojnie debiutują i tych, którzy od początku pójdą w pałę. ;) Jestem dumny, że mogę zaliczyć się do tych drugich.

Na całej imprezie obowiązywał system workowy. Nie mam o nim zdania. Czy są worki, czy koszyczki, nie ma to dla mnie większego znaczenia. W tym przypadku akurat nie było chyba innej opcji, bo wszystkie rzeczy z miejsca startu i T1 były potem przewożone do T2.

Ze Starogardu trafiłem do Gdyni na imprezę urodzinową. :P Były frytki, szampan, truskawki i nawet jedno piwko się trafiło. :P I jeszcze się nawdychałem helu z balonu i ogólnie było śmiesznie. Śmieszność skończyła się o 1 w nocy gdy wylądowałem w łóżku.

Rano byłem lekko zbity z tropu. ;)

Niedospanie w ostatnich tygodniach zostało spotęgowane jednak w drodze do Starogardu miałem dużo czasu, by się obudzić. ;) Start był zaplanowany dopiero na 12 ale po 9 zamykano drogi dojazdowe (wcześniej startowała połówka i 1/4IM), a o 10 jechał bus z T2/mety do T1. Suma sumarum od rańca byłem na nogach ale za to wszystko spokojnie mogłem pozałatwiać.

Popakowałem się odpowiednio w kolejne worki (dopiero rano odwieszałem worek z kaskiem i butami w T1), wrzuciłem odpowiednie rzeczy do depozytu i w głowie zaplanowałem cały start od początku do końca.

Strategia wyglądała następująco

W tym miejscu nieco się rozpisze ale może ktoś będzie startował w zawodach (choćby w jednej z kolejnych edycji Triathlon Energy w Bełchatowie) gdzie będzie miała miejsce ta sama sytuacja, tj. będą dwie osobne strefy zmian.

triathlon energy starogard gdański

Plan sytuacyjny przy jeziorze wyglądał następująco. Bardzo krótki wybieg z wody (jezioro od razu było mega głębokie) i kilka metrów od brzegu stojaki z workami. Potem krótki podbieg do drewnianej chaty, w której była przebieralnia. Dalej dłuższy, stromy podbieg do strefy zmian. Ze strefy zmian krótka, płaska droga do belki.

Jako, że nie wpinam butów do roweru (to by dużo ułatwiło) wrzuciłem do worka buty, kask i numer startowy. Kask teoretycznie mógł leżeć na rowerze ale chciałem go założyć na dobiegu… tylko tutaj następowały pewne komplikacje. ;)

Finalnie T1 wyglądała tak. Wyleciałem z wody, worek w rękę i do budy. ;) Na trasie woda-stojak rozpiąłem piankę ale by to zrobić bardzo zwolniłem swoje poruszanie do przodu. Dalej na trasie stojak-buda zdjąłem do połowy piankę oraz zerwałem czepek i okularki. W drewnianej chatce wiadomix: neoprenowe gacie w dół ;), numer na pas, kask na głowę, buty na podłogę, by wpakować piankę do worka i pobiegłem dalej.

Z jednej strony było spoko, bo po pozbyciu się worka miałem jedną rękę wolną, bo w drugiej trzymałem buty. :P Z drugiej strony ta strefa zmian była tragiczna w moim wykonaniu. Ciągła walka. Z zerwaniem pianki z łydek, z zapięciem głupiego paska na numer… wreszcie biegnąc dalej do góry walczyłem z zapięciem kasku. Patrzyłem jak fotogra robi nam ładne zdjęcia, a ja usiłuję zapiąć kask zasłaniając twarz butami kolarskimi. ;)

Dobiegając do roweru dopiero założyłem buty na gołe stopy i dalej już ten mały kawałek poleciałem, by za belką spokojnie i rozważnie :D :D :D wejść na rower.

Organizacja drugiej strefy zmian była dużo łatwiejsza.

W worku buty i czapeczka. Zeskakując z roweru buty zostały wpięte w pedały (no nie dokońca hyhyhyhy ale o tym później ;) ), więc do “utylizacji” zostawał tylko kask. Dobiegając do wieszaków wysypałem wszystko z worka, zamieniłem parę słów z Pawłem (mężem TriMamy :)), wrzuciłem kask, założyłem buty i wio. Oczywiście wcześniej (parę dni wcześniej :P) testowałem czy dobrze mi się biega w tych butach bez skarpetek.

No to jak już wszystko napisałem o strefach zmian to trzeba by było coś napisać o samym starcie… ;) No to siup ->

Start

Ustawiłem się mocno po prawej stronie z przodu, tak bym miał jak najbliżej do pierwszej boi. Na dzień dobry zacząłem mocno mielić wodę rękami i nogami. Takich rzeczy staram się nie robić, bo w wodzie szybko puchnę. :D Po około 100m było już gorąco i sapiąco ale wyluzowałem się na tyle na ile umiałem i solidnym tempem płynąłem dalej.

Mimo że cały czas poruszałem się w grupie nie było jakoś bardzo dużo walki o miejsce. Pełna kulturka w wodzie. Wiadomo, że walka z kimś powoduje tyle, że zyskują wszyscy oprócz walczących, więc każdy dość sprawnie znajdował sobie miejsce w wodzie. Nawet na bojkach gdy robił się większy ścisk i wszędzie się kotłowało, to każdy parł do przodu i nie czułem żadnych kopnięć. Fajowo :)

Dystans szybko mijał. Byłem ultra zadowolony z tego pływania. Mina mi zrzędła gdy zobaczyłem czas powyżej 8 minut gdy wynurzyłem się z wody. Może trochę nadrobiłem, może Garmin się pogubił, może dystans był nieco dłuższy. Stawiam na to drugie, bo z Garminem w wodzie jest jak z telewizją – kłamie drań!

Tak czy inaczej nadal jestem zadowolony z tego pływania. Gremlin uważa, że płynąłem tempem 1:34/100m co jest tempem z kosmosu. Nie wiem czy jest to możliwe. Bardziej pewne są inne dane. Pływając na pływalni (zdecydowanie krótsze dystanse w pojedynczym interwale) wychodzi mi średnia kadencja 25-27 ruchów/cyklów na minutę. W przypadku tego startu ta wartość wyniosła 33. “Big impruwment”. ;)

O stefie zmian pisałem wyżej, więc nie będę się powtarzał. Wreszcie wsiadłem na…

Rower

Rower miał być dłuższy niż standardowe 22,5 km. Organizator mówił o 25,9, było 26,9. Nie jest to do końca istotne, bo sporą część trasy wiało w plecy i T2 znajdowało się ok. 30-40m niżej niż T1, więc można było tym samym nadrobić “stracony” czas.

Początek trasy to kilkaset metrów wąskiej, nierównej dróżki dojazdowej do głównego asfaltu. Na tym krótkim odcinku wyprzedziłem już parę osób. Trochę się dziwiłem dlaczego aż tak wolno tam jadą. Na asfalcie lekko mnie przytkało. Od razu przypomniałem sobie pierwszy start w Charzykowach, gdzie nie mogłem deptać pedałów, bo przez kilkanaście minut po pływaniu byłem zmulony. Rozmyślania trwały krótko. “Tutaj nie ma czasu na zamulanie”. Ogień!

Piszę ten wpis wieczorem, w dzień, w którym odbył się ten start. Do teraz nie wiem co się w ogóle wydarzyło. Gdy na poczatku roweru zobaczyłem tętno 167 bpm pomyślałem, że pewnie zaraz się uspokoi, bo to pozostałości zasapania po pływaniu. Byłem w błędzie. Nie uspokoiło się. Nie pozwoliłem by się uspokoiło.

Odcinek kolarski mi wyszedł. Bardzo. Jeśli ktoś by zapytał ile watów wycisnąłem na rowerze to (jako osoba nie mająca pomiaru mocy) odpowiedział bym a’la Chuck Norris – WSZYSTKIE! Co właściwie było prawdą patrząc na poziom wigoru na późniejszym biegu. ;)

Od początku do końca łupałem w pedały. Zero kalkulacji. Gdy widziałem, że utrzymuje wysokie dla mnie tętno (takie wartości miewam na biegu na 10 km, a nie na rowerze) nakręcałem się jeszcze bardziej. Czekałem na zgon i było mi z tym dobrze. ;) To 1/8IM, więc teoretycznie krótka jazda jednak z drugiej strony sam rower to 40-parę minut wysiłku. Kilkadziesiąt minut. Może to śmieszne co napisze ale przychodziły kryzysy. Tak jak na połówce w Sierakowie chwilami mnie odłączało z tą jednak różnicą, że średnie prędkości, wysokie tętno i brak jakichkolwiek kalkulacji powodowało zagryzanie zębów i wmawianie sobie, że docisnę jeszcze mocniej ale tylko do następnej górki… i do następnej… do następnej… do następnej.

Było zacnie. Średnia rosła. W oczach widziałem niespotykane cyfry. Czasami nogi były lekko zwaciałe, jakby nie pchały. Niespecjalnie mnie to martwiło jeśli licznik w tym momencie pokazywał 40+. Nie wiem jak mocno wiało. Rozmawiałem z kilkoma osobami i opinie były różne. Wiem, że jak na moje skromne możliwości deptałem bardzo mocno i nie odpuściłem ani na moment.

Wiedziałem, że ostatnie kilometry będą z górki. Wiedziałem, w którym momencie to nastąpi. Gdy zaczął się ostatni zjazd moja średnia prędkość wynosiła 38,2 km/h. “Mniej już nie będzie. Teraz już z górki.” Well done, pomyślałem.

To była świetna jazda. Wyprzedziłem bardzo wiele osób. Niektórych nie mogłem złapać, wieć cisnąłem jeszcze mocniej. W przypadku 2-3 zawodników miałem ciekawe rozkminy. Zdarza mi się wyprzedzać osoby na rowerach czasowych z pięknymi kołami, dyskami itp. Wielu osobom się to pewnie zdarza. Jednak te 2-3 przypadki to momenty, w których zawodnik jak ulał pasował do tego roweru. Widziałem, że osoba dosiadająca TT to maszyna i “dziwnie” mi było gdy im odjeżdżałem. To głupie ale byłem zaniepokojony tą sytuacją. :P

W temacie znajomości trasy nie do końca się popisałem. Jako, że proces wyjmowania stóp z butów, w moim przypadku trwa dłuższą chwilę (buty z trzema rzepami i małe doświadczenie w tym zakresie), to staram się to robić zawczasu. No to w Starogardzie zrobiłem to z 1,5km przed belką. ;) Ale w porównaniu do zeszłorocznego Susza to i tak dość późno. ;) Przejechałem więc kawałek z dotleniającymi się stópkami. W tym rynek na którym nieco nas wytrząsło.

Dojeżdżając do belki niepewnie zacząłem

przekładać nogę na drugą stronę. Nic wielkiego. Zwykle nie czuje się do końca stabilnie gdy to robię. Przekładałem lewą nogę na prawą stronę. Prawa stopa była oparta na bucie i poczułem lekkie pływanie tego podparcia. :P Otóż dokonując tego niezwykle trudnego manewru wykonałem rotacje stopy prawej. :P Rotacja stopy spowodowała rotację buta. W wyniku rotacji buta nastąpiło jego wypięcie.

Było fajnie! Nie spadłem z pedału, nie przeszlifowałem zębami po asfalcie, nic specjalnego się nie wydarzyło. Zaskakując z pedałów zacząłem biec i usłyszałem jakiś szum za sobą. Odpadł but i kibice coś tam krzyczeli że jestem buc… czy but.

Zwolniłem bieg… na 1 lub 2 kroki ;) obróciłem się i machnąłem na to ręką. Pomyślałem, że jak rzucą tym butem w strefę zmian to go znajde. A jak nie znajde, to wreszcie będzie powód do zakupu butów triathlonowych. ;) Uprzedzając… but został zebrany z asfaltu i czekał na mnie przy wejściu do strefy zmian. Już nie mogę się doczekać co się wydarzy na rowerze podczas kolejnego startu w Gdańsku! :D

Druga strefa zmian poszła gładko i sprawnie.

Nie było rozmyślań “co teraz” albo zawiech. Jedyna zawiecha była z Gremlinem, bo wpadając do T2 zapomniałem nacisnąć przycisk. Dopiero wybiegając z T2 go nacisnąłem zmieniając “rower” na “T2” i od razu na “bieg”. Niby nic ale przez ten manewr w statystykach mam średnią 37,4 na rowerze, a nie 38,5. Myślę, że potrafisz sobie wyobrazić moje zdenerwowanie. ;)

Bieg

od samego początku nie należał do przyjemnych. Ruszałem się jak mucha w smole. Czasami doświadczałem wręcz szurania butami po asfalcie. Średnia z biegu wyszła 4:22’/km co w moich oczach jest wciąż fajnym tempem. Nie “obiegałem się” psychicznie z prędkościami osiąganymi w tym roku, a jakby pomyśleć nad tym chwilę dłużej, to półmaraton pobiegłem po 4:17, więc 4:22 osiągnięciem nie jest.

Załatwiłem się na bajku i byłem z siebie zadowolony. Bieg był równy z paroma próbami zerwania się do przodu. Wszystko by było git gdyby nie zaczęli mnie wyprzedzać zawodnicy z 1/8. I to nie było byle jakie wyprzedzanie. Wyprzedziło mnie na oko z 7 osób. Różnice w naszych prędkościach były astronomicznie. Każdy z nich biegł grubo poniżej 4:00’/km i wtedy zrozumiałem jak trzeba biegać, by marzyć o pudle… w kategorii wiekowej… na małych zawodach. Takie są realia.

zwyciezcy triathlon energy starogard gdanski

Na powyższym zdjęciu znajduję się między zwycięzcą dystansu 1/4IM, a zwycięzką sztafetą dystansu 1/4IM. Myślę, że trafiłem w dobre miejsce w tym Endure Team ;) Gratulacje panowie!

Podsumowując start: wśród 130 osób było wieeeelu debiutantów, więc ciężko się porównywać. Miałem 42 czas pływania, 10 czas roweru i 23 czas biegu. Średnio do czasu zwycięzcy brakowało mi w poszczególnych dyscyplinach 12-15%. To sporo, bo jeśli jako przykład weźmiemy bieg na 10 km w 40′, to poprawa o 10% daje wynik 36′. :P

Teraz z ciekawością oczekuje startu w ultramaratonie kolarskim. Jestem pewien, że na nowo poznam definicję słowa “ból”.

KnM #32 – Jak zorganizować cykl imprez triathlonowych?

KnM #32 – Jak zorganizować cykl imprez triathlonowych?

Na ile czynników należy zwracać uwagę przy organizacji zawódów triathlonowych? O tym wie chyba tylko ten kto zorganizował już jakieś zawody.

Temat chodził mi po głowie już od dawna i dzięki zbiegowi okoliczności trafiłem na osoby, które chętnie podzieliły się wiedzą na temat, który powinien zaintersować każdego startującego.

Organizacja triathlonu (a nawet biegu miejskiego) zawsze wydawała mi się ogromnym przedsięwzięciem logistycznym. Dzięki rozmowie z Aldoną i Adamem nieco więcej wiem na ten temat i… jak to zwykle bywa z wiedzą… dowiedziałem się jak mało wiem. ;)

Serdecznie zapraszam do wysłuchania i/lub obejrzenia naszej rozmowy.

(więcej…)